To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

Dawne biuro Bractwa - Gabinet Przywódcy Bractwa

Ricky Roseberry - 2018-04-07, 22:47

Miałam tylko nadzieję, że nie będę musiała reagować na zachowanie Lei, a znak od Colleen dał mi do zrozumienia, że czuła się bezpiecznie. Może byłam przewrażliwiona, ale gdybym sama nie potrafiła zapanować nad własnymi emocjami byłam świadoma tego że mogłabym kogoś niechcąco zabić. Wiedziałam, że każdy mutant jest zagrożeniem dla innych właśnie dlatego dopiero gdy Leilah puściła Fay odpuściłam używanie mocy. Nie że nie ufałam innym, a może właśnie to było to. Nie ważne, ważne było to że trzeba uważać nawet przy najbliższych. A to że nie znałam za dobrze Lei było nie tylko z mojej winy. Stroniłam od poznawania nowych osób i trzymałam się w swoim gronie, chociaż wiedziałam, że jako ochroniarz Colleen i jej przyjaciółka nic by jej nie zrobiła. Kiwnęłam głową na jej słowa. Wątpiła we mnie. W sumie się nie dziwię.
- Obiecuję. - szepnęłam tak by tylko ona to usłyszała. Obietnic się nie łamie. To była moja jedyna zasada, a nie dotrzymanie jej wiązało się z konsekwencjami. Już raz się o tym przekonałam. Nie ruszyłam się jednak z miejsca i stałam nadal przy Fay.
- Nie tylko mała tam zginęła, pożegnaliśmy się też z Alison Blake. - powiedziałam prawie spokojnie, bo gdy wypowiadałam jej imię i nazwisko zacisnęły mi się pięści. Starałam nie okazywać uczuć i nienawiści co do jej osoby, ale jakoś mi to nie wychodziło. Wzięłam głęboki wdech.
- Na pewno kilku jest rannych i nie obędzie się bez echa używanie mocy. - dodałam nie pokazując palcem kto był na tyle mądry by to robić w miejscu publicznym. Sama przecież do nich należałam. Gdyby nie moja bariera ten czarny glut dalej atakowałby Leona.
Ruszyłam w stronę mojego starego miejsca i gdy tam stanęłam wzięłam głęboki wdech.
- Był też pies, mutant nie pamiętam go dokładnie, ale miał ciekawą moc. - zamknęłam oczy próbując sobie to przypomnieć. Czarny glut który wspinał się po mojej tarczy. Przecięty po paru chwilach znika, może się rozdzielać, szybko sunie po powierzchni. Intrygująca umiejętność.

Matilde Wallace - 2018-04-08, 12:59

Ruchy Matilde były stanowczo zbyt spowolnione, by w ogóle była w stanie zareagować. Sam fakt, że zarejestrowała jakieś zamieszanie po kilku dobrych sekundach od rozpoczęcia – dużo świadczył o jej kondycji. Jej pierwszym ruchem było wykonanie pół kroku w przód z zamiarem kopnięcia Leilah po kostkach, bo poważnie laska nieźle przesadzała. Okej, straciła dziecko, ale Wallace nie rozumiała jej logiki. Wszyscy mieli za to cierpieć? Zwłaszcza biedna Fay, która nie miała z tym kompletnie nic wspólnego? Rany! Jaką Addams w ogóle była matką, skoro zgubiła swoje dziecko i obwiniała o to biedne, niewinne osoby? Nie mówiąc o tym, że robiła krzywdę Murphy, która jeszcze dzień wcześniej walczyła o życie. No kurwa, nie. Matilde nie mogła pozwolić, by jakaś durna baba marnowała jej moc. Ale w gruncie rzeczy Matilde nie zdołała zrobić nic więcej niż mruknąć podniesionym głosem: ty suko!
Bo drogę do Leilah nagle zasłoniła jej Ricky, a potem odezwała się Colleen i biedny, skacowany umysł Matilde nie nadążył (swoją drogą zajebisty był z Bradley'a ochroniarz, nie ma co). Więc po prostu pozostała w miejscu, wciąż będąc gotowa zaatakować. Ale najwidoczniej Addams ustąpiła i sytuacja się opanowała. Przynajmniej tyle zostało z tej dramy. I bardzo dobrze. Nie zmieniło to jednak faktu, że teraz Wallace łypała spode łba na pierdzieloną matkę roku. Zabrali jej dziecko? To może niech zrobi wszystkim przysługę, walnie sobie kulkę w łeb i powróci do swojej córeczki? Brzmiało jak plan. Szkoda tylko, że nie mogła się z nim podzielić na głos.
Słuchała wiec kolejnych słów z jeszcze większą obojętnością, dopiero napinając się, gdy usłyszała o rannych. Właściwie nie wiedziała, kiedy przybrała pozycję obronną. Ale gdzieś w kościach czuła, że zaraz ktoś jej zleci jakieś leczenie, a na to się stanowczo nie godziło. Wallace wręcz wlepiła wzrok w Colleen, a jej mina dość jasno mówiła: nawet, kurwa, o tym nie myśl.

Fay Murphy - 2018-04-08, 17:39

Fay aż uśmiechnęła się cynicznie, słysząc słowa Addams. Mhm, no na pewno. Skoro może się bez powodu rzucać na Bogu ducha winną Murphy, to czemu nie miałaby kiedyś powtórzyć tego na Colleen? I najwyraźniej nie było to tylko jej spostrzeżenie, skoro Ricky postanowiła ochraniać kobietę tarczą. No bo przecież to nie przed nią ją osłaniała, tylko właśnie przed Leilą, prawda? Jak na jej gust Marie powinna lepiej dobierać ludzi, którymi się otacza. Bo przecież... równie dobrze to od niej mogła usłyszeć o śmierci córki. I co? Wtedy też by ją tak poniosło?
Gdy Leilah ją puściła, Fay zgięła się w pół, walcząc z atakiem kaszlu. No zajebiście, że oszczędziła jej jakiegoś izraelskiego kung-fu czy innego karate, ale Murphy nie życzyła sobie być w żaden sposób atakowana. Bez powodu. W obozie. Dlatego też nic nie odpowiedziała na słowa Addams i jedynie odprowadziła ją wzrokiem, prostując się i biorąc głęboki oddech. Cóż, po czymś takim trudno było Fay postawić się na jej miejscu i okazać jej współczucie, no niestety. Tym bardziej, że u niej samej żałoba objawiała się zupełnie inaczej i to, co odwalała kobieta, było dla niej niepojęte.
Chętnie będę kontynuować, jeśli wyjdziesz - miała zamiar powiedzieć, ale ostatecznie ugryzła się w język. To nie był czas, żeby unosić się dumą, więc po prostu jakoś to przełknęła i dała sobie spokój.
- Alison zginęła później. Oberwała kulkę - wtrąciła się, chociaż... może nie było to tak istotne? A może było? To już osądzą inni, Fay po prostu przekazywała to, co pamiętała.
Echo używania mocy, taaa... tu nie chodziło o to, czy ktoś był mądry czy nie, żeby to robić. W tamtym momencie po prostu nie było wyjścia, każdy robił, co mógł, żeby się obronić. Nie mówiąc już o tym, że ci z DOGS robili to samo.
- Mówisz o kolesiu z tą czarną mazią? - spytała Ricky, jednak nawet nie czekała na odpowiedź. Nikt inny nie wchodził w grę , a Fay... przyjrzała mu się aż za dobrze - Potrafił przywołać tą... substancję? - dziewczyna nie wiedziała, jak inaczej mogła to nazwać - Kierował nią. Mogła zmienić się w lecące w twoją stronę kolce, robić za tarczę, albo pokryć kogoś w całości i zastygnąć, uniemożliwiając poruszanie. O duszeniu nie wspomnę - dodała, zerkając kątem oka na Leile, ale tylko na sekundkę. Bardziej skupiła się na przypomnieniu innych właściwości czarnej mazi, z którymi miała do czynienia, jednak nic nie przychodziło jej już do głowy. Oprócz tego, że była zimna w dotyku.

Aaron Bartowski - 2018-04-09, 13:46

| wbijam po Seattle jakiś czas, wiadomo

Oj, działo się, działo w tej mojej głowie. Natłok ciężkich myśli, których nie potrafiłem znieść. Nie tylko myśli w sumie, ale też strachu. Przeszłość, przyszłość, teraźniejszość były niczym jeden czas, równie ważne, równie niepewne i niszczące.
Zakląłem, rozglądając się, gdzie ja jestem. Nie pamiętałem za bardzo drogi… Prowadziłem, jak na kretyna przystało. Jechałem autem nietrzeźwy. Swoim autem. Jeśli zarysowałem, to pewnie za kilka dni, kiedy już do siebie dojdę na porządnie, sam siebie uduszę za ten czyn, a teraz?/
Teraz czas mijał jak z bicza strzelił. Jeszcze chwilę temu siedziałem przed barem, a teraz stałem przed biurem Colleen. Chwilę rozkminiałem, co tu robię, póki nie usłyszałem krzyków i nie przypomniałem sobie, że to przecież trwa spotkanie, co nie? Byłem łowcą, byłem w Seattle na tej jebanej paradzie czy co to tam było. Chyba jakiś popieprzony pochód żałobny! Kij, nacisnąłem po prostu klamkę czy tam przekręciłem i wlazłem do pokoju. Nie dyskretnie niczym wąż, raczej zauważalnie i, cóż, musiałem wyglądać na nieogarniającego. Włosy, ubranie, sama mimika twarzy.
- Ooo… więcej was matka nie miała? Ty, Matylda, to ty możesz iść się krzywić gdzie indziej! Skoro nawet tu nie leczysz – zauważałem, machając do niej poparzoną dłonią. Znaczy, wpierw pomachałem tą bez bandaża, ale dosyć szybko się poprawiłem. Uśmiechnąłem się jak ten debil, zatoczyłem i wskazałem na księżniczkę naszego Bractwa! – Rozjebali połowę Bractwa, ale dajemy radę – zaraportowałem, zanosząc się śmiechem przepełnionym żałością. Bez Yvonne mieliśmy takie szanse, że wcale. Chaos totalny. Zdechniemy wszyscy, przydeptani buciorami D.O.G.S. albo tych drugich. Świat miał nas za robaki.
- I mam pomysł. Napadniemy na nich. Zbieram siły do ataku. Mam to opracowane. Zrzucę na nich wielką kulę ognia, choćbym miał zdechnąć. Ronnie mi pomoże wysadzić to ściero. Ronnie? Gdzie jest Ronnie? – pierdoliłem trzy po trzy, pewnie w większości niezrozumiale, a jak dostrzegłem nadal bulwersującą się Leilah, to pewnie też wyzwałem ją od suk. Bo why not? Miała ten wkurwiający wyraz twarzy, a kiedy miała pretęchy, to pewnie jeszcze bardziej.
A gdzieś tam, w trakcie swojego przemówienia, oparłem się o jakąś szafkę, kiedy niechcący się zabujałem niebezpiecznie.

Colleen Marie - 2018-04-09, 14:50

No to ładnie. Zjebałam. Leilah straciła córkę... a ja przecież zawracałam jej głowę swoimi ciężarnymi problemami. No cóż, to trochę nie było w porę, ale skąd miałam wiedzieć? Nie mogłam przecież domyślić się, że Lizzy to akurat ja JEJ Lizzy, jej córeczka. Nie mogłam też nikomu zabronić pójść na marsz, więc no, nie miałam żadnych obiekcji, że Lizzy tam szła, póki miała opiekuna, a przecież miała, więc co ja w zasadzie mogłam zrobić? Nic, do cholery, to przecież nie była moja wina...
Ale czemu w takim razie czułam się winna?
Widziałam, jak bardzo Leilah cierpiała. Nigdy wcześniej nie widziałam jej w takim stanie, ale nie mogłam jej teraz pocieszać i wiedziałam, że nawet by tego nie chciała. Trwało spotkanie i na tym spotkaniu musiałyśmy się skupić. Kiwnęłam więc tylko głową w jej stronę, chcąc jej przekazać, że jakoś to będzie, że jakoś to wszystko się ułoży... Musiałam jednak przenieść swoją uwagę na moją informatorkę, ale w między czasie to Ricky zaczęła mówić, a ja słuchałam dokładnie tego, co miała do powiedzenia.
- Alison Blake? - spytałam, zaszokowana. Marsz Pokojowy zebrał okropne żniwa w Bractwie... - Trzeba będzie dla wszystkich zrobić chociaż symboliczny pogrzeb. Sanitariusze zajęli się rannymi? Z nimi też będę musiała porozmawiać. - spytałam, jednocześnie patrząc na Axona, bo chciałam, żeby on poszedł razem ze mną. Na pewno zapamięta o wiele więcej szczegółów od ofiar, niż ja...Potem coś było o jakimś mutancie z mocą psa, a w między czasie Wallace zaczęła się rzucać.
- Wallace, uspokój się. - warknęłam w stronę dziewczyny, bo usłyszałam to, co powiedziała do Leilah. Rozumiałam nerwy i w ogóle, ale ja wcale nie potrzebowałam wojny domowej. Zmierzyłam Uzdrowicielkę spojrzeniem. Wyglądała na wykończoną, a ja nie zamierzałam gonić jej do leczenia rannych mutantów. Poza tym, chyba nie byli aż tak ranni, że ledwo żywi, to moc Matilde nie była nam potrzebna.
Wstałam i wzrok przeniosłam na Fay, która znów zaczęła mówić, kontynuując temat ciekawej mocy pewnego mutanta. Nie zdążyłam tego jednak skomentować w żaden sposób, bo do środka wpadł nie kto inny, jak pierdolony Aaron, pijany jak cholera, niczym najgorszy menel. Spojrzałam na niego, zszokowana, gdy tak rzucał głupimi tekstami. Co ja w nim kiedykolwiek widziałam?
- Bradley, Leilah. Wyprowadźcie go stąd. - powiedziałam stanowczo, bez jakichkolwiek uczuć i emocji w głosie. Absolutnie nie robiłam tego dlatego, że puścił się z moją najlepszą przyjaciółką, zdradzając mnie tym samym. Po prostu był pijany, a ja nie potrzebowałam takich mutantów na spotkaniu.

Bradley Grey - 2018-04-09, 16:16

Brad nie działał pochopnie, dlatego może nie od razu zareagował na wybuch Leilah, bo też nie chciał jej prowokować do dalszych ataków. Lepiej było przemówić jej do rozsądku, zwłaszcza że słuchała Colleen. Wszyscy współczuli jej straty, ale nie mogli pozwolić, żeby pozabijała niewinne osoby. I dobrze, że Brad nie wkroczył, bo mogła się z tego przekształcić dość niebezpieczna sytuacja.
Potem skupił się na tym co do powiedzenia miały osoby, które uczestniczyły w tym marszu. Chciał znać jak najwięcej szczegółów, więc nie wtrącał się tylko słuchał. Zainteresował go gość kontrolujący niebezpieczną maź. Mógł być niebezpieczny w starciu. I zanim zdążył jakoś to wszystko przetrawić, do środka wpadł Aaron. Pijany, z mętnym spojrzeniem i szalonymi pomysłami. Bo pewnie, zaatakujmy ich, czemu nie? Niech w końcu zdobędą to czego tak bardzo chcą - zabiją wszystkich mutantów, a z przydatnych zrobią sobie pieski.
Kiwnął głową, gdy Colleen wydała polecenie. O ironio, ich ostatnie spotkanie nie przebiegło pomyślnie, ale miał nadzieję, że facet pokaże resztki jakiejś tam godności i nie zechce z nim walczyć. Nie chciał go też łapać za fraki i wyrzucać, dlatego podszedł do niego spokojnie i wykonał gest, przepuszczający go przodem.
- Pójdziesz dobrowolnie? - zapytał dość cicho, ale tak żeby usłyszał. Oczywiście jeśli otrzyma niezadowalającą odpowiedź, jedynym wyjściem pozostaje mu siłowe wyprowadzenie Aarona. Zerknął porozumiewawczo na Leilah, bo chciał żeby to sprawnie poszło.

William Hopper - 2018-04-09, 16:29

Hopper w milczeniu przysłuchiwał się całej rozmowie nie zwracając na siebie szczególnej uwagi. Nie miał zamiaru nijak zareagować na wejście mocno wczorajszej Wallace (swoją drogą nie miał najmniejszego pojęcia co właściwie czuł patrząc na jej wory pod oczami i siniaka na twarzy) ani na nagły wybuch Addams. Hej, w końcu to chyba była jej cecha charakterystyczna. Mimo tego, Hopper nie był w stanie wyrzucić ze swojej głowy myśli, że gdyby wtedy po prostu jej pomógł, zamiast odpłacać się pięknym za nadobne, to prawdopodobnie spotkałaby się ze swoją córką - Lizzy - przed jej śmiercią. Może w ogóle by nie poszła na marsz. Może obydwie by poszły i obydwie by zginęły. To było zwykłe, bezsensowne gdybanie, ale jednej rzeczy był pewien: przynajmniej zobaczyłyby się po raz ostatni. A tak? Było już za późno.
Miał zbyt dużo na głowie, żeby teraz o tym myśleć. Złapał spojrzenie Colleen i domyślając się jej intencji, skinął jej głową. Z ich zachowania ciężko było się tego domyślić, ale zasadniczo powinni pracować razem, dzielić się istotnymi informacjami. Przynajmniej tak to wyglądało w teorii, a w praktyce... Cóż, ciężko było to nazwać szczególnie bliską współpracą.
Will nawet nie skomentował zachowania Bartowskiego, po prostu uniósł brew i zapisał sobie gdzieś w pamięci, żeby nie dawać mu odpowiedzialnych zadań. Nie obchodziło go, czy to była jego normalna postawa, czy był na marszu, czy zginął tam ktoś dla niego bliski. Nawet Addams próbowała zachować resztki profesjonalizmu, a przecież właśnie dowiedziała się o śmierci dziecka.
- Będziemy potrzebować nagrań z monitoringu, żeby ustalić pozycję strzelca, może nawet uda nam się ustalić jego tożsamość. Przekażę Kovacs żeby się tym zajęła - zaczął, kiedy w końcu Bartowski skończył swój cyrk, nie ważne czy go wyprowadzili, czy po prostu się uspokoił. - Myślę, że film na którym Haywell przemienia się w bestie powinno przypadkowo wyciec do internetu i stać się viralowe. Mamy całkiem niezłą szansę poważnie podkopać GC.
Nie mówiąc już o tym, że jeśli zdobędą dowody na to, jak organizacja porywa i torturuje przypadkowych mutantów, właściwie mogli już pakować się na wakacje w Meksyku. Jeszcze gdyby powiązać z tym jakieś zaginięcia, może nawet dzieci... ale to był temat na inną rozmowę.

Matilde Wallace - 2018-04-09, 17:03

Poważnie? Przecież nawet nic nie robiła! Stała, ledwo co oddychała i nawet nie była w stanie porządnie zgromić człowieka spojrzeniem, bo kac nie dawał jej spokoju. A nagle okazywało się, że była najczarniejszą owcą w całym pomieszczeniu. Ona miała się uspokoić? Niby dlaczego? To przecież Leilah zachowywała się jak dzikie zwierzę, nieprzystosowane do przebywania wśród ludzi. A jakimś cudem to ona obrywała najbardziej. Bo co? Bo powiedziała prawdę? Addams przecież zachowywała się jak suka!
Potem jeszcze, jakby tego było mało, wpadł ten złamas Bartowski, a Matilde po prostu szlag trafił. Dlaczego ludzie nie potrafili jej po prostu ignorować? Miała w dupie całe to przedsięwzięcie, a z jakiegoś powodu wszyscy musieli ją zaczepiać. I to jeszcze w taki sposób. Tego już było za dużo. Pieprzyła takie Bractwo. Niby wszyscy równi, tak? A jednak nie. Ci, którzy przyjaźnili się z Colleen dziwnym trafem byli o wiele lepiej traktowani. Przypadek? Matilde zrobiła krok do przodu.
– Najwidoczniej jestem tu postrzegana tylko jako swoja moc, a nie jako osoba – zabrzmiało to bardziej jak suche stwierdzenie faktu, niż cokolwiek innego. Przyszła tu załatwić pewną sprawę, ale najwidoczniej i tak nie miała nic osiągnąć. Wzruszyła więc ramionami, parskając gorzkim śmiechem. Aaron był chujem, ale nie tylko on zasługiwał na wyproszenie z pomieszczenia. Addams, która niemal nie udusiła Fay wciąż natomiast zajmowała najwygodniejsze stanowisko przy boku Colleen. A Bradley? Ten zajebisty ochroniarz kompletnie nic nie robił, ale cóż… łóżko dawało o wiele silniejszą pozycję w stadzie niż ratowanie ludziom życia.
– W takim razie pieprzę to – i po prostu obróciła się na pięcie, kierując się do wyjścia. Zanim jednak na dobre opuściła pomieszczenie, obróciła głowę przez ramię, by wyrzucić z siebie urocze: –Nie wołaj mnie następnym razem, gdy twój facet będzie się wykrwawiał na stole.
Była niemożliwie wściekła, ale przede wszystkim też zmęczona. Pieprzyła to wszystko, poważnie. Miała dość ratowania życia tym ludziom, w zamian nie otrzymując kompletnie nic. Marie doskonale wiedziała, jak Matilde źle znosiła każde jedno leczenie. Jak wiele kosztowało ją postawienie ludzi na nogi. To były nieodwracalne zmiany, a jednak robiła to wszystko. Najwyraźniej czas jednak postawić siebie na pierwszym miejscu. I od tej pory miała zamiar dać Bractwu tyle, ile Bractwo dawało jej. Czyli kompletnie nic.

/zt

Rocky Roseberry - 2018-04-09, 19:28

Serio? To pytanie coraz częściej nasuwa się Rocky siedząc w tym pomieszczeniu. Mało kto stara zachować się tutaj spokój. Jasne zachowanie Leilah było wytłumaczone, bo właśnie dowiedziała się o śmierć dziecka. Dobrze, że umiała nad sobą zapanować i stanąć na wysokość zadania. To był ogromny plus dla kobiety i zyskała w oczach Rocky, bo mało kto umiał by się tak zachować jak ona.
Na jej pytania odpowiedziała jej siostra, ale nim zdążyła nawet pomyśleć do pomieszczenia wszedł pijany Aaron. Zaczął gadać o zaatakowaniu ich, że zbiera ludzi do tego. Czy on oszalał? Jeśli wykonamy ruch w ich stronę to nas napiętnuje. Stracimy wszystko co możemy zyskać. Tylko potwierdzimy opinii publicznej, że niczym się nie różnimy od terrorystów. Po za tym najlepszym atakiem jest obrona. Jeśli pomysł Aarona przeszedł to Rocky nie zamierzała brać w tym udziału. Nie zamierzała krzywdzić ludzi nawet swoich przeciwników. Poszła na medycyne by pomagać, a nie jeszcze bardziej ranić.
Wysłuchała następnych wypowiedzi ludzi i ulżyło jej, że nikt zgromadzonych nie popiera ataku na naszych nie przyjaciół. Pomysł zniszczenia wizerunku jak najbardziej była za, bo to pokaże ludziom, że oni również krzywdzą innych. Jednak też może zostać obrócony przeciwko nam. W końcu ten facet był mutantem... był taki jak my.
- Colleen chciała ci powiedzieć, że jeśli będzie potrzeba moja moc oczywiście pomogę - zwróciła się do swojej dobrej znajomej, a jednocześnie przywódczyni po wyjściu Matilde. - Może nie powinnam tego robić przy wszystkich, ale... w szpitalu brakuje leków i jest szansa, że uda mi się trochę zdobyć od przyjaciela. Jednak będę musiała wyjechać na początku marca do Seattle - zwróciła się do Colleen, bo już wcześniej Cass zwróciła jej uwagę, że szpital długo nie pociągnie tylko na medycynie naturalnej. Potrzebują leków, który nie da się zastąpić. A na początku marca do miasta przyjeżdża jej dobry przyjaciel, który przyjechał po leki dla wioski. Rocky jest pewna, że uda się jej zdobyć kilka pudełek dla Bractwa. Nawet te kilka to było by już coś. Jednak potrzebuje do tego zgody Colleen. By było to wykonane jak należy, ale jeśli ona się nie zgodzi to sama to zrobi. Szpital potrzebuje leków, zwłaszcza tej chwili, gdy zapewne jest dużo rannych. To uszczupli ich już marne zasoby leków.

Ricky Roseberry - 2018-04-09, 21:59

Podchwycono temat mutanta, do momentu jak wbił Aaron. Parsknęłam śmiechem widząc jego stan, ale miałam świadomość, że chłopak się zajebał w akcji. Spojrzałam na niego z politowaniem, a po sekundzie usłyszałam słowa Colleen. Może miała rację że trzeba go wyprowadzić, ale wątpiłam w to że nie będzie się stawiał. Nie chciałam widzieć tego jak Brad podchodzi do Aarona. Taki duet nie wróżył nic dobrego. Odwróciłam wzrok wpatrując się w Marie.
- Przyszliśmy tu odstawiać szopki czy poważnie rozmawiać bo nie mam czasu na zabawę z dziećmi. - odezwałam się mając świadomość tego, że większość osób tu zgromadzonych jest starsza ode mnie. Zachowaniem tego nie potwierdzali. Odwróciłam się patrząc na Tilde gdy ta wychodziła. Zrobiłam w jej stronę jeden krok, bo przecież się przyjaźniłyśmy, ale musiałam załatwić jeszcze jedną sprawę. Prywatną.
Nie chciałam mówić przy wszystkich, ale nie też nie miałam ochoty być z tyłu i tylko się przyglądać. Moja siostra chyba pomyślała to samo, bo usłyszałam jej zdanie i od razu wbiłam w nią moje spojrzenie. Leki.
Leki które kradłam z aptek by pomagać moim znajomym były niczym, a to że ona próbuje sprowadzić leki dla bractwa było ryzykowne. Przyjaciel? Byłam ciekawa kto to taki, ale nie odezwałam się. Zerkałam nadal na Aarona i miałam nadzieję na scenę z cyrku.
- Wracając do tematu dla którego się tu zebraliśmy. Podkopać GC za to że jeden z nich był mutantem przez którego wszystko się zaczęło. Tak to na pewno pomoże mutantom.. Najpierw bym pomyślała nad tym po co go zastrzelono bo wątpię by było to przypadkowe. - powiedziałam do mężczyzny który był niby największym mózgiem. Wykpiłam go. Po prostu miałam ochotę zaśmiać mu się w twarz. Przecież gdyby nie to że był mutantem i go zastrzelono marsz odbył się bez przeszkód, a tak.. To znowu my będziemy winni. Nie uśmiechało mi się to.
- Podejrzewam że strzelano z naprzeciwka. Tam był najlepszy widok na scenę, ale to nie moja bajka. - powiedziałam ziewając. Miałam ochotę już stąd wyjść. Nie lubiłam zbiorowiska mutantów, a na pewno nie gdy można było czuć w atmosferze to coś. Gęste powietrze i chęć pozabijania się.
- Colleen. - zwróciłam się do kobiety. - pozwolisz, że przez parę dni będę pod telefonem? Muszę zająć się kimś dla mnie ważnym. - powiedziałam do niej z lekkim uśmiechem. Wiedziałam że w tym momencie najlepsze będzie to gdy zaopiekuję się Sami. Wątpię by sama się pozbierała, a umrzeć jej z głodu nie pozwolę.

Leilah Addams - 2018-04-10, 00:47

Leilah może i była porywcza i agresywna, ale to nie było tak, że jej ataki szału nie miały końca, wprost przeciwnie potrafiła bardzo szybko się pozbierać i zepchnąć agresję głęboko do swojego wnętrza. No i chyba teraz miała powód zdecydowanie lepszy niż zazwyczaj do emocjonalnego wybuchu. Colleen wiedziała o tym, że Lizzie jest tutaj. Ale..czy można ją bardzo winić za to, że nie zwróciła szczególnie dużej uwagi na jedno dziecko? Może i tak, ale to nie była droga, którą Leilah chciała podążąć. To co się stało nie było winą ani Fay ani Colleen, tylko tego, kto pociągnął za spust. Trzeba przyznać, że kobieta poczuła w tym momencie jeszcze większą nienawiść do ludzi, a przede wszystkim do swoich wrogów niż zazwyczaj. Ale to nie w Bractwie byli wrogowie. Dlatego też skinęła głową w stronę Ricky, chcąc dać jej do zrozumienia, że na pewno o tej danej obietnicy nie zapomni, a nawet nie zareagowała na te podłe słowa Wallace. Mogła sobie być utalentowaną sanitariuszką, ale w tym momencie, to miała tylko ochotę przyłożyć jej tak mocno, że nawet sama siebie nie będzie w stanie wyleczyć. Ale nie zrobiła nic w tym kierunku, ni dała nic po sobie poznać. Wyłapała też spojrzenie Fay i miała na tyle przyzwoitości by spojrzeć wtedy dosyć zawstydzonym wzrokiem na ziemię.
No i wtedy przyszedł pijany Aaron, który zaczął rozpowiadać różne brednie. Do cholery Lei była prawdziwą action girl i nie miała nic przeciwko odrobinie przemocy, no ale to co on proponował to było istne szaleństwo, które doprowadziłoby do zagłady ich wszystkich. Jeżeli już kogoś chce się atakowac, to w ich przypadku trzeba doporwadzić do odizolowania tej czy innej jednostki i wtedy zaatakować, a nie wywoływać jaki lbrzymi atak czy inną bitwę, tak jakby ich środki były nieskończone. Co za palant. Na słowa Colleen oderwała sie od biurka i stanęła zaraz przy Bartowskim, czekając jak zareaguje on na słowa Bradleya, kładąc mu jedynie rękę na ramieniu. Nie chciała, żeby ktoś powiedział, że znowu sprowokowała brutalne zajście w przeciągu paru minut. Na jakże dramatyczne wyjście Wallace nie zareagowała ani słowem, tylko w duchu wywróciła oczami. Ktoś tu jest niezwykle przewrażliwiony.
-Leki zawsze się przydadzą, a jeśli jest okazja jest zdobyć to może warto zaryzykować. To chyba jedna z niewielu rzeczy, dla których warto ryzykować powiedziała Leilah nie odrywając jednak wzroku od Aarona ani na chwilę. Dostała polecenie i miała zamiar je spełnić, nawet jeżeli nie będzie to po dobroci ze strony chłopaka.

Aaron Bartowski - 2018-04-10, 12:46

Dobre sobie. Zimna, w opór nieczuła suka… Wyprowadźcie go stąd! – tylko tyle, tylko tyle powiedziała, patrząc na mnie tym swoim chłodnym spojrzeniem, bez jakichkolwiek uczuć ciepłych albo chociażby litości. Zachowywała się, jak gdybym od zawsze był dla niej kompletnie obcym człowiekiem, ewentualnie tym obcym, który przeszkadzał jej w oddychaniu.
Przeklinałem ją! Jak mogłem ruchać się z kimś tak bezdusznym, bez krzty uczuć. Była niczym kamień, skała, jebany lodowiec. Mroziła. Czemu nie mroziła wzrokiem, tylko ciskała metalem na prawo i lewo jak jakaś wariatka? Już wolałbym zamarznąć niż wykrwawiać się godzinami, bo przez nią właśnie to robiłem. Ale tak bardziej metaforycznie, bo fizycznie to mnie jeszcze nim, o zgrozo, nie przeleciała.
- A spróbuj mnie tknąć, Bradleyo! – warknąłem tak, że pewnie nie tylko on słyszał. Spojrzałem też na niego tym spojrzeniem, które oświadczało, że jeśli spróbuje, to niechybnie skończy ze skręconym karkiem. Nie tak bardzo za tycanie mnie, jak przez to, że najwyraźniej teraz to on miał względy u Colleen… Pupilek. Mówili o psach u D.O.G.S.? Colleen też miała własne kundle.
- I co? Będziecie się ze mną szarpać? Tylko dlatego że księżniczka nakazała? Wallace, o dziwo, ma rację. Wstrętnie faworyzujesz ludzi, a na dodatek myślisz, że masz kontrolę, a potem dziwisz się, że połowa Bractwa jest przeciwko tobie! Wiedz, że ja od dziś też będę po tej drugiej stronie. Cholera cię, Marie! Z kim się jeszcze ruchałaś?! No z kim?! Żałosne na maksa – stwierdziłem, cofając się o krok. Pewnie tym gestem uniknąłem jakiegoś ruchu od Bradleya. Pokręciłem głową, bo to się nie mieściło w niej, ta świadomość, jak można było być taką żmiją. Machnąłem ręką na to, zaraz przeczesując włos, czym pewnie doprowadziłem je do jeszcze większego nieładu.
- Gniazdo szerszeni – podsumowałem tonem kogoś, kto właśnie widział przyszłość. Cóż, tyle tylko, że ja chyba wolałem nie myśleć, co będzie z Bractwem za rok… o ile do tego czasu przetrwa. – A sam se pójdę rozwalić D.O.G.S.! SAJONARA! – oświadczyłem, po czym nieco się chwiejąc, odwróciłem się tyłem do publiki i postanowiłem odmaszerować. Pewnie potknąłem się na progu, kląc.

Colleen Marie - 2018-04-10, 15:36

Nigdy nie twierdziłam, że byłam super idealną przywódczynią, że wszystko robię okej, że wszysto jest idealnie. Nie, nie twierdziłam tak. Nie uważałam jednak, że byłam taka najgorsza i taka okropna, a no cóż, patrząc po zachowaniu Matilde, czy Aarona... Można by było w sekundę ocenić, że ja to byłam najgorszym potworem okropnym, że powinnam wpierdalać i dać sobie spokój, bo nic nie potrafię.
Przyglądałam się w spokoju, jak Bradley i Leilah ruszyli na Aarona. On nie mógł tutaj być. Nie w takim stanie. Gdyby nie był pijany... Nie miałabym nic przeciwko, naprawdę. Bardzo starałam się rozgraniczać prywatne sympatie od zawodowych, no i serio obecność mojego byłego zupełnie by mi nie przeszkadzała, ale skoro był najebany w trzy dupy... No nie było opcji, żeby tu przesiadywal.
I wtedy Matilde wybuchła. Przyglądałam jej się , uśmiechając się smutno. Nie rozumiałam jej wybuchu. No bo co ja jej niby zrobilam, przepraszam? Oprócz tego, że poprosiłam, by się uspokoiła? No naprawdę, straszne. Powinnam jej pozwolić się rzucać jak małemu psu, bo tak, bo przecież może to robić. Nie podobalo mi się, że jakieś klótnie wewnęrzne w Bractwie mogły powstać, więc po prostu, cholera, poprosiłam, żeby sę uspokoiła. Czy to takie złe? Co do jej słów na temat mocy... Jeśli była taka delikatna i bolało ją to, co mówił Bartowski, to współczuję, bardzo współczuję. Powinna się zamknąć w pokoju i oglądać kreskówki, może wtedy nikt by jej nie obraził. Bądź co bądź nie miałam zamiaru iść za nią, gdy wyszła z Gabinetu. To nie był mó priorytet. Może później powinnam z nią porozmawiać, ale teraz... teraz miałam to gdzieś. Byłam jedynie zażenowana takim obrażaniem się, jakie prezentowała.
No i wtedy wtrąciła się Rocky mówiąc o lekach.
- W porządku. Najlepiej jakbyś wzięła któregoś z łowców, albo jakiegoś ochroniarza ze sobą. Nie powinniśmy się poruszać poza terenem Bractwa samodzielnie. - odparłam na jej słowa, zgadzając się na jej wyjście. Leki były cholernie potrzebne, a jeśli ona, jako sanitariuszka uważała, że zapasy się kończą, to jak najbardziej, niech idzie.
No i zaraz po Rocky zaczęła mówić jej siostra bliźniaczka, a ja spojrzałam na nią unosząc jedną brew do góry w geście zaskoczenia. No co jest? Wszyscy chcą z Bractwa odchodzić albo na chwilę, albo na zawsze? Ładnie się działo, a ja zupełnie nie wiedziałam, jak mam temu zapobiec, no bo naprawdę nie uważałam siebie za najgorszą przywódczynię na świecie...
- Jasne. - powiedziałam tylko krótko, bo przecież nie mogłam jej trzymać w obozie na siłę. Chciała wyjechać na jakiś czas, no to miała do tego absolutnie prawo.
- Hopper, co do monitoringu, zgadzam się absolutnie. Wiemy mniej więcej skąd strzelał, to może nam się uda rozpoznać kto strzelał. - przytaknęłam, analizując to, co mówił Mózg Bractwa, a także Ricky - No wydaje mi się, że motyw zastrzelenia Haywella jest zajebiście oczywisty. Był mutantem, więc go zamordowali. Nie zdziwiłabym się nawet gdyby to była jakaś wewnętrzna robota. - skomentowałam i zaraz chciałam coś dodać jeszcze na temat tego, czy upublicznienie filmu by nam coś dało, gdy nagle Aaron zaczął ciągnąć swój cyrk.
Ja faworyzowałam ludzi? A on się na mnie rzucał, że z kimś się ruchałam? JA? Nie chciałam kłócić się prywatnie przy wszystkich, ale kurwa... to on najpierw wyruchał Albę, zanim ja zdążyłam zrobić cokolwiek innego. To on potraktował mnie jak najgorsze gówno, puszczając się z tą blond szmatą, a teraz wydzierał się na mnie wmawiając mi, że kogoś faworyzuję? No kurwa. Jakby Bradley był takim pijanym debilem, to też bym kazała go wyprowadzić. Dale'a to samo. Nie chodzilo o to, czy kogoś lubiłam, czy nie.
- Okej, myślę, że następnym razem któryś z ochroniarzy powinien stać przed drzwiami i pilnować, by żaden alkoholik nam w spotkaniu nie przeszkodził. - powiedziałam, gdy ten idiota już wyzsedł, a swoją prośbę skierowałam do Leilah i Bradleya. To nie był taki zły pomysł, bo naprawdę już kurwicy dostawałam, że na tym spotkaniu to wszyscy wchodzili, wychodzili, trzaskali drzwiami i krzyczeli.
- Chyba możemy kontynuować. - dodałam, uśmiechając się nieznacznie do pozostałych. Kochałam ich wszystkich. Po kolei. Byli dla mnie bardzo ważni i naprawdę chciałam dla nas wszystkich jak najlepiej... Chyba nie do końca po prostu wiedziałam jak to najlepiej osiągnąć.

Fay Murphy - 2018-04-10, 20:44

Fay nie rozumiała, co tu się właśnie wyprawiało. Chociaż nie... rozumiała i to bardzo dobrze, to z pojęciem tego było gorzej. Jak dla niej wyglądało to jak jeden, wielki, pozbawiony jakiegokolwiek profesjonalizmu żart. Skoro ci ludzie chcieli stanowić zgraną, mającą cokolwiek do powiedzenia grupę, to... hoho, bójcie się DOGS, bractwo rozgromi was z rękami zaplecionymi za plecami.
Co to za zebranie, gdy na pierwszy plan wychodziły prywatne dramaty przywódczyni, a nie naprawdę kluczowe dla obozu sprawy? Fay zaczęła się zastanawiać, po cholerę ona tu w ogóle jeszcze była? Żeby wysłuchiwać z kim Colleen sypiała i co te osoby z tego miały? Bo w pewnym momencie właśnie to stało się najgłośniejszym tematem, a Murphy jakoś niekoniecznie była nim zainteresowana.
Dlatego też przyglądała się temu wszystkiemu bez żadnego słowa komentarza. Bo i po co ścierać sobie gardło, skoro wszyscy i tak wiedzieli swoje? W pewnym momencie, gdy Aaron naskoczył na Tildę, a Colleen na dodatek kazała jej się uspokoić, miała ochotę pasknąć gorzkim śmiechem. Po prostu wspaniale to wychodziło, osoba, która nic nie robiła, opuszczała salę, a inna, która rzucała się na ludzi, zajmowała honorowe miejsce u boku przywódcy.
I cóż, zawstydzone spojrzenia Lei raczej nie za bardzo na Fay działały. Na razie wciąż była zła za to, co się stało, ale może później, gdy już będzie mogła przełykać ślinę bez bólu gardła, trochę jej przejdzie.
- Skoro nie jestem więcej potrzebna, też chciałabym już pójść - odezwała się, przenosząc spojrzenie z wychodzącego Bartowskiego na Marie. Skoro to wszystko, co chcieli usłyszeć a'propos marszu, skoro nie było do niej żadnych pytań, to chyba bez sensu, żeby robiła tu sztuczny tłum, prawda? Nie załatwi leków, zadanie zdobycia nagrań przypadło komuś innemu, chociaż Fay może też mogłaby coś zdziałać w tym temacie, jednak nie miała zamiaru się o nic prosić, skoro postanowiono inaczej.
Daltego też gdy Colleen wyraziła zgodę (co jak co, ale szacunek do autorytetu Fay miała i nie miała zamiaru robić scen i trzaskać drzwiami), opuściła gabinet, a następnie budynek biura bractwa.

//zt (jeśli Colleen wyrazi zgodę)

Ricky Roseberry - 2018-04-10, 21:01

Nie miałam ochoty uczestniczyć w tym przedszkolu. Rozumiałam wszystko Leilah straciła dziecko, Aaron pijany, a Tilda czuła się jak przedmiot. Dobra wiem. Bractwo nie jest najlepsze, ale dawało nam schronienie i przynajmniej mieliśmy świadomość że nie jesteśmy sami. Tak bo właśnie to mi dawało. Poczucie bezpieczeństwa, ale nieeee, bo inni muszą opowiadać kto z kim sypia, kto ma jakie względy. Zamknęłam oczy i westchnęłam. Nerwy zaczęły mi puszczać. Matilde wyszła trzaskając drzwiami Aaron jak to on musiał odgrywać swoje i jeszcze się przewrócić spojrzałam w jego stronę zniesmaczona.
- Aaron sorry, ale wątpię by bliskie Ci osoby były zadowolone z twojego planu. - krzyknęłam za nim mając na myśli Albe i siebie. Będę zmuszona go zatrzymać gdyby coś próbował odwalić, a Alba na pewno mi pomoże. Wróciłam spojrzeniem na zgromadzone tu osoby i pokręciłam głową. Wydawało mi się, że to nie było zebranie dla informacji, a raczej kłótnia domowa, a my byliśmy na dywaniku. Prychnęłam i podeszłam do swojej siostry.
- Daj znać gdy załatwisz sprawy żebym się nie martwiła i wybacz mi tamto. - powiedziałam trochę ciszej tak by tylko ona to usłyszała. Następnie zrobiłam kilka kroków w stronę drzwi. Tuż przy nich odwróciłam się z powrotem przodem do towarzystwa.
- Leilah daj znać co z moją obietnicą. Teraz muszę się zbierać nie mam zamiaru uczestniczyć w tym przedszkolu. - oznajmiłam i przelotnie spojrzałam na Colleen. Miałam gdzieś czy chciała coś jeszcze dodać. Wystarczająco czasu już zmarnowałam, a Sami była sama. Szybko wyszłam zamykając drzwi biegiem puściłam się do samochodu. Będąc już w aucie walnęłam pięścią w kierownice. Chciałam się na czymś wyżyć. Wkurzyli mnie swoim zachowaniem, ale nie mogłam teraz dać upustu swoim emocjom. Zebrałam się w sobie i odpaliłam auto odjeżdżając w stronę mieszkania Sami.

/zt



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group