To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

Opuszczona elektrownia - Dach z kominami

Cassandra Gardner - 2018-03-20, 15:43

Aż za dobrze rozumiała te niewypowiedziane słowa, które dosłownie zawisły w zgęstniałym powietrzu. Prócz lekkiego, kpiącego uniesienia brwi, nie skomentowała ich jednak ani najkrótszym, najcichszym słowem. Choć absorbująca, dalsza dyskusja wcale nie miała sensu. No, jeśli celem nie było mocniejsze zranienie Cassandry, bo to wychodziło nawet aż nazbyt dobrze. Mimo upływu czasu, nadal czuła się źle z tym wszystkim, nie umiejąc tego zbyt dobrze ukryć. Aczkolwiek... Zawsze mogła przykryć to jeszcze bardziej nieprzyjemnymi tekstami, czyż nie? Zwłaszcza że, skoro jakakolwiek podstawa ich nie obowiązywała, nie musiała być też podstawowo uprzejma. Zwłaszcza przy irytacji, jaka ogarniała ją z każdym kolejnym słowem wypowiedzianym przez Billy'ego.
- W tamtym czasie... Było tam tyle innych osób. Jakiego przeklętego pecha musiałam mieć, że padło akurat na mnie. - Mruknęła z mieszanką czegoś na kształt niedowierzania i... Cóż, irytacji. Coraz bardziej wzrastającej. Po raz kolejny zaczynała odczuwać ten rodzaj buzującej w niej złości, jednak tym razem nie zamierzała pozwolić sobie na utratę twarzy. Tamten jeden strzał musiał jej w zupełności wystarczyć, choć Cassandra miała naprawdę dużą ochotę syknąć, by udławił się całymi tymi swoimi pieczeniami. Chora czy nie, to nie była już ambicja. To było czyste, nieusprawiedliwione niczym skurwysyństwo, na które nie chciała nawet patrzeć przez jakikolwiek inny pryzmat. Przyjęcie jednego toku oceny, czego dotąd - jak na złość - nie umiała dostatecznie dobrze zrobić, tak wiele przecież ułatwiało.
- Nie wszyscy są na umysłowym poziomie pieprzonego pięciolatka, który musi mieć wszystko, co mu się spodoba. Tylko ty. - Normalni ludzie byli w stanie pojąć, że niektórych rzeczy nie powinno się osiągać kłamstwem, oszustwem, wymuszaniem czy innymi niegodnymi sposobami. Normalni ludzie potrafili zrozumieć, że czasami należało poczekać, wysilając się na tyle, by zdobyć coś bez wykorzystywania i krzywdzenia innych osób. Normalni ludzie umieli pogodzić się z tym, że niektóre rzeczy miały być poza ich zasięgiem. Normalni ludzie... Ale najwyraźniej nie Sanders. Być może jej ostre, obraźliwe słowa rzeczywiście miały głębszy sens. Jak tak teraz myślała, mężczyzna nawet w tej chwili - podczas ich całego spotkania - zachowywał się niczym wyrośnięte dziecko z paczką ukradzionych cukierków i pistoletem wyglądającym ładniej od tych na wodę. A te wszystkie kobiety, które były przed nią, zdecydowanie także po niej i najpewniej w czasie ich związku? Chore zastępstwo matki?
- Dobrze. - Stwierdziła po chwili, nie zmieniając nieprzejednanego wyrazu twarzy. - Tu mnie masz. Może rzeczywiście chciałam, ale nie miałam zamiaru. To powinno robić różnicę. - Ale nie robiło. Najwyraźniej nie w przypadku, gdy miało się do czynienia z kimś do tego stopnia wkurzającym, dosłownie zaczynającym doprowadzać Cassandrę do białej gorączki. Kim on był? Za kogo się uważał? Przerośnięte ego chyba jeszcze nigdy aż tak od niego nie promieniowało. Radioaktywnie. Zupełnie jak od karalucha po wybuchu nuklearnym. Karalucha z odpowiednią ilością broni dla wszystkich swoich odnóży.
- Wcale nie zamierzałam ładować się w bagno. - Tak, to raczej musiała mu przyznać. Bractwo rzeczywiście nie było niczym wspaniałym ani nawet na tyle silnym, by zapewnić komuś bezpieczeństwo na dłuższą metę. Dlatego swego czasu była tylko informatorem. Nie chciała oficjalnie dołączać do tego grona. Ba, chciała mieć normalne życie, służąc tylko okazjonalnym wsparciem w słusznej sprawie. To on poniekąd sam ją w to ładował. Jego działania, jego pieprzone kłamstwa. A teraz? Śmiał dawać jej dobre rady? Roześmiała się, autentycznie gorzko się zaśmiała, lekko kręcąc przy tym głową, ale mimo wszystko się nie odzywając. Po co, skoro to i tak nie miało większego sensu?
Ostatecznie powoli obróciła się na pięcie, nie zważając na to, że raczej nie powinna tego robić. Jeśli zamierzał rozmyślić się i jednak strzelić jej prosto w plecy czy tył głowy... Droga wolna. Inaczej rzeczywiście zamierzała się wycofać, robiąc pierwszy krok, potem kolejny i jeszcze jeden. Bez pożegnania, bo wystarczająco pożegnali się już w przeszłości.

[z/t]

Billy Sanders - 2018-03-31, 23:54

Zacisnął wargi w cienką linię. - Informatorka Bractwa w szeregach FBI. Nigdy nie chodziło o naiwną gąskę, która mi zaufa. Chcieli właśnie ciebie i wszystko to co wiesz. - popatrzył na nią, uśmiechając się gorzko. Nagle zabawna wydała mu się myśl, że byli jak pieprzeni Romeo i Julia w krzywym zwierciadle. Czy nie widziała tego, że oni od samego początku byli spisani na straty? On to wiedział. Był świadomy, że według świętego porządku zawsze jedno z nich będzie po złej stronie lufy. I ciężko było stwierdzić czy w ich wypadku w gorszej sytuacji było to, które mierzyło z broni czy to, znajdujące się na linii ognia. Miała prawo być wściekła. On zresztą w jakiś sposób też był. Nauczył się akceptować świat takim jaki był… Jednak wciąż tliła się w nim iskierka buntu. Gniew wymierzony we wszystko co mógł obwinić o ten niefart. Dlaczego ona musiała być taka głupia? Dlaczego nie rzuciła bractwa w pizdu? Dlaczego w ogóle się w to angażowała? Dlaczego w ogóle przyszło jej do głowy, by przebywać w obozie wroga? Dlaczego oni musieli wybrać właśnie ją? I W końcu dlaczego on pozwolił sobie na to, żeby to wszystko zabrnęło za daleko.
- Widocznie jako jedyny nie jestem ograniczony przez to wszystko co ogranicza ciebie przed sięganiem po wszystko co mogłabyś mieć. - odparł. Czy nie miał racji? Miał ją. Oczywiście, że ją miał. Leżała na ziemi w brudnej kurtce, a jedyną nadzieją była ucieczka do jakiejś śmierdzące pieczary z pewnością należącej do bractwa mutantów. Mogła mieć znacznie więcej niż miała w tym momencie, chociażby ze względu na to kim był jej ojciec. Wystarczyłoby o to, że zamiast myśleć o jakichkolwiek ograniczeniach po prostu myślała o własnym dobrze i tym czego naprawdę potrzebowała, a na pewno nie potrzebowała Bractwa. Wiedział, że pewnego dnia właśnie to będzie powodem jej upadku. Bo następnym razem, gdy trafi na agenta GC to nie będzie ktoś kto nie będzie w stanie nacisnąć na spust. To będzie ktoś gotowy zabić lub zabrać ją ze sobą ze sobą. Nie wiedział, która opcja była gorsza.
- Wiem. - pokiwał głową. - Żałuję, że nie miałaś na to żadnego wpływu. - dodał, pośpieszająco kiwając głową. Nie chciał się nad nią rozczulać, ani nad sobą. Ani nad tym co ich łączyło. Zbyt wiele emocji nim dzisiaj targało, być może dlatego nie strzelił do niej, gdy miał ku temu okazję. Zawahał się. Ona wyciągnęła broń, przedłużali moment podjęcia decyzji, aż w końcu postąpił najzwyczajniej głupio. Tak jak półtora roku temu, gdy również pozwolił jej uciec. Żałował wielu rzeczy. Po części tego też żałował, bo narażał teraz wszystko to co udało mu się zbudować przez całe swoje życie. I żałował też, że spotykali się zawsze w złym miejscu, w złym czasie. Że nawet on nie miał na to wszystko wpływo. Podobnie jak ona.

/zt



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group