black lake bible camp - Opuszczony sklep z pamiątkami
Matilde Wallace - 2018-03-25, 16:28 Słysząc słowa Cassandry, Matilde parsknęła autentycznym śmiechem. To chyba najlepiej obrazowało, jak bardzo niewinna i naiwna jeszcze była. W gruncie rzeczy nie miała żadnych podstaw, by nie uwierzyć słowom Cassandry, a mimo to – parsknęła zupełnie, jakby przyjaciółka opowiedziała jej najbardziej typowy, a zarazem jeden z tych zawsze robiących furorę żartów. Nie potrafiła jednak zbyt dobrze zdiagnozować, czy w tym chichocie w ogóle była krzta jakiejkolwiek wesołości, czy rozbawienia, ani tego czy nie dominował w nim ten cholerny, pełen politowania cynizm.
– Nie… nie zrobiłaś tego – zamrugała kilkakrotnie powiekami. Wow. A Matilde jeszcze przed chwilą myślała, że to ona tkwiła w skomplikowanej relacji. Jednak z każdą kolejną sekundą brunetka coraz bardziej zdawała sobie sprawę z faktu, że Cassandra rzeczywiście to zrobiła, a Matilde – jakby ktoś w tym momencie pstryknął palcami – totalnie przestała się dziwić. Jedynie wzniosła prawą brew ku górze, cierpliwie czekając na dalszą część historii. W pewnym sensie – miała cichą nadzieję, że Gardner odstrzeliła jaja temu złamasowi.
– Od Fay – rzuciła, wciąż nie wyzbywając się z głosu nutki ironii. Skoro i tak już ciągnęły ten temat, to czemu nie pogadać o szczegółach? W przypadku faktycznej zbrodni będzie miała przynajmniej zaoszczędzony czas na obmyślanie strategii. Było w tym coś z klasycznego win-win. Czy rzeczywiście zachowywała się jak podmieniec? Cóż, też miała takie wrażenie. Jak inaczej wytłumaczyć to co zrobiła z Hopperem? Albo fakt, że wciąż o nim myślała? Może i na ogół działała impulsywnie i bardzo często niezbyt sensownie, ale wczorajsze wydarzenia przechodziły jej najśmielsze oczekiwania. I niech to diabli. Zdecydowanie ktoś ją podmienił! A ten pistolet miał być idealnym kluczem do odzyskania siebie. Dlatego też Matilde posłała Cassandrze nieco zadziorny uśmieszek.
– Więc się nad tym nie zastanawiaj – bo to przecież było tak proste, prawda? Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz, czyż nie? Cassandra powinna o tym wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Nie było sensu jej denerwować, czy wciągać w tą dziwną gierkę z Willem. To wszystko było dla niej zupełnie obcym światem. Być może początkowo Gardner nieświadomie była pionkiem w tej rozgrywce, ale już dawno przestało ją to dotyczyć. Matilde zmarszczyła brwi, wyrzucając z siebie przeciągłe: naaaaah. To musiał być ten pistolet. To tego pistoletu chciała.
– Ten jest dla mnie idealny – stwierdziła z uporem. Być może po części, dlatego że była to jej zdobycz, a po części bo chciała zrobić na złość pewnemu irytującemu typkowi. Każdy powód wydawał jej się wystarczająco dobry, by zawłaszczyć sobie tą broń.
– Chcę byś mi pokazała – dodała po chwili namysłu. Ten plan był nawet jeszcze lepszy. Skoro Cassandra miała jej wytłumaczyć jak działa ten pistolet, to Matilde była na jeszcze lepszej pozycji. W tym momencie zaczęła nawet czuć dziwną ekscytację. I choć wciąż miała zawiązany supeł na żołądku, a jej serce biło zdecydowanie szybciej niż kiedykolwiek w życiu – czuła się niezwykle dobrze w sytuacji, w której się znalazła.Cassandra Gardner - 2018-03-25, 17:42 - Mogłam strzelić mu w głowę, sam dał mi taką możliwość... - Burknęła, jednak niezupełnie tak, jakby tego żałowała. Wbrew pozorom, wcale nie brzmiała w ten psychopatyczny, zadowolony z siebie sposób. Wręcz przeciwnie, nadal mówiła to wszystko tak, jak gdyby wyłącznie informowała Tilly o pogodzie na ten weekend. Wszystko, byleby nie zabrzmieć, jakby naprawdę żałowała swojego instynktownego, nieprzemyślanego uczynku. Zwłaszcza że sama nie wiedziała zresztą przecież, co powinna o tym sądzić. Był chujem i kawałem parszywego gnoja, udowadniał to przy każdym otwarciu ust, powodując u niej frustrację oraz gniew, ale nie powinna przecież aż tak bardzo się unosić. Nie do tego stopnia, by faktycznie strzelić do Sandersa.
- Ugodziłam go w środek kamizelki. - Nie musiała chyba dodawać, że kuloodpornej, nie? Tak samo jak tego, że dobrze wiedziała, że miał ją na sobie. Sam w końcu o tym powiedział. Inaczej prawdopodobnie skończyłaby na samym mierzeniu do niego, ale pokusa była nie do przełknięcia. Przynajmniej w ciągu tych kilkunastu sekund, jakie minęły między przyswojeniem informacji a strzałem. - Prawdopodobnie połamałam mu jakieś żebra. - Ale skubaniec nadal przycisnął ją do ziemi, obezwładniając i stanowczo zbyt wiele memląc gębą.
Jak to było, że mężczyźni z otoczenia Gardner prawie nie zwracali uwagi na podobne poważne obrażenia, a potem rozkładali się pod wpływem pierwszego lepszego katarku? To było prawdopodobnie jedną z największych zagadek tego świata. Prawie taką jak to, jakim cudem Tilda zamierzała wyżebrać cokolwiek od ich trzeciej współlokatorki... Zwłaszcza podobnie ciekawe rzeczy.
- Czyżby? - Pytając ni to pobłażliwie, ni to odrobinę kpiąco, powstrzymała parsknięcie pod nosem. To była dokładnie taka sama sytuacja, jak ta w przypadku nieobecności Cass i braku możliwości pomocy w przeniesieniu, jak i również ukryciu zwłok. W tym ich absurdalnym scenariuszu, który teraz tworzyły, stanowczo zbyt wiele zależało od innych ludzi i od samych okoliczności zbrodni, a nie od Wallace, która przecież powinna nad wszystkim panować. Od początku do końca. Mieć plan A, plan B, plan C, plan D... Wiadomo, jak działał alfabet, nie? Tymczasem sam plan A wyglądał... Źle.
- Toksyczne odpady? Resztki rozpuszczonego ciała? Gdzie je wylejesz? Bo chyba nie Colleen na rabatkę? - Tym razem uśmiechając się już pod nosem, nieznacznie pokręciła głową. - Kwas jest dobry, gdy masz, co z nim potem zrobić. - Stwierdziła, czując się w tym momencie niczym prawdziwy spec od morderstw. Naprawdę, być może już wcześniej miały dosyć dziwaczne tematy, jednak nigdy nie sądziła, że będą planować pozbycie się zwłok, których nawet jeszcze nie było. Swoją drogą, oby tylko nie jej zwłok, bowiem to byłoby lekko... Podchodzące pod ironię losu, czyż nie? Im dłużej nad tym myślała, tym więcej zastanawiała się jednocześnie nad innymi sprawami i tym więcej chciała wiedzieć. Zwyczajnie wiedzieć, a nie obchodzić temat przy wykorzystaniu autorskiego stylu Tildy Wallace.
- Przeszkadza ci, że to robię? - Zadając pozornie proste pytanie, posłała Tilly dosyć mocno pytające spojrzenie, wcale nie oczekując jasnej odpowiedzi. O dobry losie, chyba nieświadomie zaczęła przyzwyczajać się do tej nowej, zabójczej wersji przyjaciółki, stanowczo zbyt łatwo i za lekko przyjmując do wiadomości jakiekolwiek kiepskie wymówki oraz zmiany w zachowaniu Matilde. Na dodatek, cóż, zaczynając dawać jej rady. Zdecydowanie zbyt poważne rady.
- Biorąc pod uwagę twoją wprawę i fizyczne możliwości... - Zaczęła z powątpiewaniem, przypatrując się Tildzie spod zmrużonych powiek. Ostatecznie dosłownie machnęła na to jednak ręką, odchrząkując i kiwając na towarzyszkę głową, by ta przysunęła się jeszcze trochę bliżej. - Normalnie musiałabyś to zrobić dużo szybciej, ale na to... - Skupiając się jednocześnie na rozpoczęciu powolnego, wręcz instruktażowego składania broni w taki sposób, by Wallace mogła wszystko zarejestrować, mruknęła do towarzyszki. - Na to pewnie przyjdzie jeszcze pora, co nie?Matilde Wallace - 2018-03-25, 18:44 – Dał ci taką możliwość? – powtórzyła po niej z wyraźnym zdegustowaniem na twarzy, prychając pod nosem i kręcąc z niedowierzaniem głową. Zupełnie, jakby te słowa w jakimś stopniu w nią ugodziły. Tak, w pewnym sensie – zdecydowanie ugodziły. Matilde miała wręcz ochotę wyprawić pogrzeb logice tego dziwnego typa. – Poleciałaś na największego idiotę na świecie, wow. Czy jego mózg jest wielkości orzeszka?!
I była wręcz rozczarowana, że Cassandra nie wykorzystała tej sytuacji, by faktycznie strzelić mu w potylicę. Wow, kiedy właściwie stałą się taką zwolenniczką przemocy i zabijania? Chociaż z drugie strony, czy wielkość mózgu miała tu jakiekolwiek znaczenie? Najwyraźniej wszyscy faceci byli chodzącymi geniuszami. Na przykład Hopper. Chociaż jego mózg ciągle się rozrastał, mężczyzna najwidoczniej nie miał z niego za dużo pożytku. Do cholery, rzekomo uchodził za najmądrzejszego faceta na ziemi, a był możliwie jeszcze większym złamasem niż Billy. W końcu jak mógł dopuścić do tego, by w ogóle się ze sobą przespali? Siebie rozumiała – była samotną, zdesperowaną ćpunką. To nie była jej wina. Ale on?!
– Złamane żebro za złamane serce, brzmi sprawiedliwie – kiwnęła w końcu głową, wciąż nie kryjąc rozczarowania. Jak dla niej ten sukinsyn powinien już dawno wąchać kwiatki od spodu, ale z jakiegoś powodu Cassandra uważała inaczej. I chyba po tej akcji z Hopperem, Matilde nie mogła jej osądzać. A to wkurzało ją jeszcze bardziej.
Dlatego też – chociaż tak bardzo ją to triggerowało – ugryzła się w język i nie powiedziała tego, co naprawdę chodziło po jej głowie. I na jej pytanie, jedynie wzruszyła ramionami. Czemu nie? Fay znała ludzi, którzy znali ludzi, którzy z kolei znali jeszcze innych ludzi. Skołowanie kwasu nie miało zająć aż tak dużo czasu, jak wydawało się Cassandrze.
– A kto mi zabroni? Wreszcie jasno dam jej do zrozumienia, gdzie mam te jej rządy i panoszenie się – rzuciła bojowo, co w pewnym sensie było nieco komiczne. Tak, rzeczywiście nigdy nie miały bardziej porytych tematów, ale w pewnym sensie był to idealny temat dla Wallace, by wreszcie przestać myśleć o Hopperze i zająć się czymś pożytecznym. O ile można tak było nazwać planowanie usuwania czyichś zwłok.
– To nie wiem.. wyleję do kanałów – odparła w końcu z westchnieniem, zupełnie jakby to było takie proste. Przecież na każdej ulicy były jakieś studzienki, nie? Zresztą jeśli miała być szczera, nie obchodziło jej to, co później miałaby zrobić z tym cholernym sztywnym ciałem. Czy morderstwo – którego przecież nie miała zamiaru popełniać – nie było już wystarczające? I najwyraźniej ten temat spowodował, że Matilde postanowiła być chociaż trochę szczera z Gardner. Wallace bez zastanowienia odmruknęła mhmm, jednocześnie podążając za ruchem dłoni Cass i przybliżając się do przyjaciółki.
– Okej, czaję. Ale wiesz jak trudno odzyskać formę po dwóch latach heroiny? Nie osądzaj mnie – odburknęła, czując ten wzrok przyjaciółki na sobie. Phi! Nic nie wiedziała o tym, jak ciężko było odzyskać odpowiednią wagę po gwałtownej utracie masy! Ale mimo tego, cóż… i nie zdołała się ugryźć w język:
– I tak wciąż mam lepsze cycki od ciebie – ha! Chociaż powiedziała to wyjątkowo cicho, doskonale zdawała sobie sprawę, że Gardner to usłyszy. Ale mimo wszystko nie przejmowała się tym za bardzo. Po prostu z rozchylonymi wargami zaczęła przyglądać się czynnościom koleżanki i jakby notować w głowie wszystkie kroki. W końcu kto wie, czy nie miało jej się to znowu przydać? Hopper mógł wykorzystać jej chwilę nieuwagi i znowu rozebrać ten pistolet znacznie szybciej niż rozebrał Matilde. Tym razem miała zamiar być przygotowana.
– Szybko się uczę.Cassandra Gardner - 2018-03-25, 19:35 - Kazał celować w głowę, jeśli faktycznie chcę, żeby to było skuteczne. - Być może dlatego tego nie zrobiła. Być może w rzeczywistości wcale nie chciała, by to takie było. Ba, być może nie chodziło nawet o to, co mu wtedy powiedziała, o to, że ktoś inny miał wyręczyć ją w tej czynności. To była jednak zdecydowanie niewygodna, bez dwóch zdań żałosna i godna politowania myśl, a Cassandra nie chciała przecież wyjść na sentymentalną idiotkę. Nie, jeśli faktycznie było jej szkoda tego człowieka, to wyłącznie na poziomie jego głupoty. Tak, szkoda jej było, że był taką zakichaną amebą umysłową bez krzty jakichkolwiek zdrowych uczuć. Ot, tyle w tej sprawie.
- Nie chciałam dać idiocie tej satysfakcji. - Dodała jeszcze tylko w czymś na kształt wyjaśnienia - czy ona w ogóle musiała się przed kimkolwiek tłumaczyć? - jednocześnie wydając z siebie niezmiernie zdegustowany dźwięk, gdy usłyszała porównanie do orzeszka. Ostatecznie jednak, kiedy się tak nad tym głębiej zastanowiła, faktycznie - ich związek obfitował w totalny brak logiki. To ona jednak okazała się największą idiotką, w ogóle w to wszystko wchodząc. Teraz zaś chciała zejść. Zejść z tematu, dokładnie rzecz biorąc, migając się w możliwie jak najbardziej żartobliwy sposób.
- Przynajmniej miał dobre podwozie... - Wzruszając lekko ramionami, spojrzała na Matilde, jednocześnie układając usta w coś na kształt łobuzerskiego uśmiechu czternastolatki chichrającej się na samo wspomnienie o seksie. Sama nie wiedziała, co jeszcze chciała tym osiągnąć, bo takie rozmowy od dłuższego czasu wcale jej nie ekscytowały. W przeciwieństwie do samej Gardner, to Tilda miała tu w końcu bujne życie erotyczne. Nie bez powodu szeptano o niej przecież Tilly Kokietka, co raz po raz dosyć mocno irytowało Cassandrę. Nie, nie przez to, że zazdrościła przyjaciółce. Przez to, że niektórzy w tym miejscu zdecydowanie pasowali do obozu... Tyle tylko, że wakacyjno-przedszkolnego.
- Czasami zastanawiam się... - Zaczęła w czymś na kształt połowicznego zamyślenia, tym razem już poważniej podchodząc do tego całego tematu. - Czy nie robi tego teraz komuś innemu. - Z jednej strony, nie miał przecież najmniejszych skrupułów. Był bezuczuciowym, egoistycznym gnojkiem, kawałem chuja lubującego się w tych swoich gierkach. Z drugiej jednak prawdopodobnie osiągnął już przecież to, do czego tak wtedy dążył. Po trupach wspiął się na tyle wysoko, by nie musieć już do tego stopnia brudzić sobie rączek.
Cassie zaś musiała przyznać, że - niezależnie od tego, jak okropnie by to nie brzmiało - wolałaby żyć z myślą, że była jedyną taką ofiarą. Nie, nie przez to, że chciała chronić Bractwo czy inne naiwniaczki, nie. Była na to zbyt egoistyczna i doskonale o tym wiedziała. Po prostu mniej by ją to wtedy wewnętrznie bolało. Nie tylko ze względu na samą zdradę, lecz także na świadomość, jak bardzo to wszystko było niepotrzebne. Jej przyłączanie się do Bractwa było niepotrzebne. Gdyby nie to, prawdopodobnie uniknęłaby tego wszystkiego. Bractwo nie było warte takich poświęceń, nie teraz, gdy było w nim tyle wątpliwych rzeczy.
- Nie lepiej byłoby po prostu to wszystko chrzanić? - Spytała ciszej od Tildy, marszcząc usta i zaciskając zęby na dolnej wardze. Dobrze, prawdopodobnie nikt nie pozwoliłby nikomu na odłączenie się. Nie w sytuacji, w której ta osoba znała tyle sekretów, ale... Zawsze można było o tym pomarzyć, czyż nie? O najzwyczajniejszym w świecie pierdzieleniu wszystkiego i wszystkich w tej organizacji, o próbie ułożenia sobie normalnego życia. Nie w Olympii, nie w Seattle, ale gdzieś indziej, być może nawet nie w Stanach. Na przykład gdzieś w Europie.
- Wiesz, że to nie byłby... Najlepszy pomysł. - Tym razem już autentycznie rollując oczami, powstrzymała dodatkowy komentarz dla siebie - tak, Bractwo faktycznie bywało jak jeden wielki kanał - ignorując pomruk ze strony Matilde. Co miała powiedzieć? Że było jej wstyd czy może nawet przykro za to, że przeszkadzała Tilly swoim wypytywaniem? Bujda. Chciała jak najwięcej wiedzieć, chciała jak najlepiej się upewnić, że nie popełniała błędu, składając broń i ucząc Wallace, jak to zrobić.
- Nie, nie wiem. - Przyznała szczerze, nie przestając zajmować rąk obecnymi czynnościami i oczekując, że Tilda po prostu nadąży za wyjątkowo żółwimi krokami. - Ale oczekuję, że zostawisz moje cycki w świętym spokoju. - Tak, zdecydowanie to słyszała. Być może była starsza od przyjaciółki, jednak nadal miała dosyć dobry słuch. Jeszcze nie była jedną nogą w grobie. Chyba.
- Naprawdę? - Uniosła brwi, ostatecznie kładąc przed sobą broń. - Jesteś teraz w stanie powtórzyć to w drugą stronę?Matilde Wallace - 2018-03-25, 20:43 – Ah – skwitowała, wypuszczając z ust powietrze ze świstem. Było coś niepokojącego w sposobie, w jaki wydobyła z siebie ten dźwięk. Być może było w tym nieco zawodu, być może rozczarowania. Sama Matilde nie byłaby w stanie wymienić wszystkich emocji, które towarzyszyły temu zrezygnowanemu „ah”, które w tym momencie wyrażało więcej niż tysiąc słów. Oczywiście, że Cassandra nie chciała. Nieważne jaką maskę miała zamiar przywdziać, do królowej lodu wciąż było jej daleko. W gruncie rzeczy – nigdy nie przestała być ciepłą kluską.
– No tak, nie ma nic gorszego niż usatysfakcjonowany trup – i wywróciła teatralnie oczami. W tym momencie?! Była autentycznie zła, że Sanders jeszcze dychał. Kto by pomyślał, że Matilde Wallace tak bardzo nie mogła się doczekać widoku czyichś zwłok. Ona, która nocami śniła o truposzach, zaciskających ohydne zimne łapska na jej subtelnej szyi! I być może Hopper miał rację – była nieobliczalna.
– Ewwwww, dlaczego coś takiego w ogóle powiedziałaś? – skrzywiła się niemiłosiernie, próbując wyrzucić z głowy tą paskudną informację. Fujka. Ona nie dzieliła się ze znajomymi takimi informacjami. Jeszcze tego brakowało, by zaczęła zwierzać się Cass z seksu z Hopperem. Wiesz, że te jego blizny w gruncie rzeczy są zajebiście seksowne? Prawdopodobnie gdyby stanął teraz przede mną – rzuciłabym się na niego. Nie, Cassandro. Takich rzeczy się nie mówiło. Takie rzeczy zachowywało się dla siebie, by umarły w tobie śmiercią naturalną. Nie rozwodziło się nad podwoziami kolesi, nie komentowało się, jak dobrzy byli w łóżku. To było złe.
– Jesteś cholerną masochistką – wyrzuciła z siebie. Dlaczego ona sobie coś takiego robiła? Złamas zawsze będzie złamasem. A skoro nie chciała go zamordować, to mogła chociaż o nim nie myśleć. To było przecież aż takie proste, prawda? Prawda, Matilde? Przecież Wallace dokładnie robiła to samo z Hopperem. Nie myślała o nim. Wcale. W ogóle. Ani przez chwilę.
A chrzanienie bynajmniej nie było w jej stylu. Z kolei schrzanienie sprawy to już zupełnie inna bajka. Nie miała zamiaru się poddawać. Nie miała zamiaru dać Williamowi satysfakcji. Dlatego nie odpowiedziała na pytanie koleżanki, bo najzwyczajniej w świecie nie musiała. Wystarczyło na nią spojrzeć, by zobaczyć to pobłażliwe spojrzenie i zrozumieć, że taka opcja nie wchodziła nawet w grę. Była uparta jak osioł, ale bynajmniej nie uznawała tego za swoją największą wadę.
– Jak dla mnie jest to zajebisty pomysł. Wyobraź sobie, ze ta suka Colleen dotyka tego gołymi rękoma – i ta myśl sprawiła, że kąciki ust Matilde po prostu uniosły się ku górze. Nie musiała sobie nawet za bardzo wyobrażać sobie tej sytuacji, bo wydawała się jej taka realna!
– Zostawię, jeśli przestaniesz zadawać pytania – odparowała, wciąż obserwując te wszystkie czynności składania pistoletu. Kiedy Cassandra składała tę cholerną broń, Matilde wydawało się to takie proste. Przynajmniej do momentu, w którym Gardner nie zadała jej tego ostatniego pytania. Wallace przez chwilę się zawahała, przygryzając zębami dolną wargę, ale zaraz potem sięgnęła ręką po broń, by odpowiednio ułożyć ją sobie w dłoni i zauważyć jak ciężka była.
– Tak myślę – rzuciła w końcu, dość nieudolnie próbując powtórzyć kroki koleżanki. Choć początkowo szło jej naprawdę topornie i tragicznie, po kilku minutach wreszcie coś się ruszyło. I nawet jeśli nie robiła tego profesjonalnie, czy nawet dobrze, to na ladzie pojawiły się jakieś pierwsze części pistoletu.Cassandra Gardner - 2018-03-25, 21:37 - Nie ahuj na mnie. - Wywracając oczami w odpowiedzi na matildowe westchnięcia, tak naprawdę nie wiedziała, co więcej mogłaby powiedzieć. Dlatego tylko posłała przyjaciółce dosyć nieprzejednane, karcące spojrzenie, doskonale wiedząc, jak bardzo była w tym momencie szufladkowana. A tak się składało, że - o ironio, pracując wcześniej w miejscach znanych z typowego przyczepiania ludziom różnorakich etykietek - Cassandra naprawdę nienawidziła szufladkowania. W porządku, być może nie zawsze dało się go uniknąć, ale tym razem? Tildę było stać na znacznie więcej, nie tylko pozornie pełne zrozumienia wzdychanie.
- Byłby usatysfakcjonowany w tych ułamkach ostatniej sekundy życia. A to już za dużo. - Billy zdecydowanie nie zasługiwał na to, by ktokolwiek robił coś, co byłoby zgodne z jego przewidywaniami. Owszem, chciała mu zrobić na złość, chciała mu dokopać, zemścić się za całkowite rozwalenie jej całego życia, ale jednocześnie nie zamierzała dać się rozgryźć. Zarówno, gdyby tak po prostu opuściła wtedy pistolet, jak i w przypadku, w którym faktycznie udałaby, że zamierza się, by strzelić mu koło głowy - nie w głowę; to byłaby stanowczo zbyt prosta i szybka śmierć - byłaby przewidywalna. Tymczasem strzał prosto w klatkę piersiową? Widziała wtedy autentyczne zaskoczenie, dezorientację w oczach mężczyzny... I to, to dopiero było satysfakcjonujące. Dla niej, nie dla niego.
- Nie bądź pruderyjna, Tilly. Przecież nie opisuję ci jego ulubionych pozycji łóżkowych. - Jak szybko dało się przejść z raczej ciężkawego, dosyć posępnego nastroju wprost do tej iście nastoletniej pogawędki o walorach i innych równie ciekawych rzeczach? Najwyraźniej dostatecznie szybko, by zadziwić tym nawet samą siebie. - Nie tylko broń, z której do niego celowałam, a którą mi zabrał, była duża, Tilly. - Dodała, robiąc to jednak bardziej po to, by jeszcze mocniej zniesmaczyć przyjaciółkę, niżeli po to, aby cokolwiek wspominać. To był już zamknięty rozdział. Niezależnie od tego, ile było w nim fatalnych, a ile dobrych momentów. Ile wad, a ile - o dziwo - zalet.
- Nie jestem. - Zaprotestowała, powstrzymując się przed dodaniem, że ona przynajmniej o tym mówiła. Nie tłumiła w sobie tego, o czym myślała. No, przynajmniej nie w towarzystwie Wallace, która działała zupełnie na odwrót. I kto tu miał większe skłonności do masochizmu, huh? Ostatecznie więcej czasu minęło od tragedii związanej ze śmiercią Aarona, niż do tragedii, jaką był ostatni związek Cassandry. Obie te sytuacje zniszczyły im życie, o obu wypadało kiedyś porozmawiać, ale chwilowo tylko Gardner to robiła. Matilde milczała jak grób, kisząc w sobie to wszystko. Pogrążając się przez moment w zamyśleniu, zerknęła w kierunku towarzyszki, nieświadomie powracając do momentu, w którym wspominała o wielkości zabranej jej broni.
- Myślisz, że to jest już broń Williama? - Spytała ni stąd, ni zowąd, instynktownie zerkając także na elementy pistoletu rozłożone na stoliku. Odebrana jej spluwa była dosyć podobna, przynajmniej w takiej postaci, ale... Czy to miało jakieś znaczenie? Chciałaby ją zwyczajnie odzyskać. - Skoro mi ją wtedy zabrał. - Dodając po stanowczo zbyt długim czasie, wreszcie oderwała wzrok od żelastwa, odchrząkując i powracając myślami do tego, o czym aktualnie rozmawiała z Tildą. No, a przynajmniej - o czym wydawało jej się, że z nią rozmawiała.
- Chcesz ją zabić? - To było jednocześnie tak niejasne i tak zrozumiałe. Cass nie miała nic do ich obecnej przywódczyni, łączyły je raczej neutralne stosunki, jednak zdecydowanie nie zapłakałaby nad krzywdą kobiety. Nie przez to, że była nieczuła. Przez to, że podświadomie bała się wydania. Myśl o tym, że jej przeszłość, wszystkie błędy popełnione podczas bycia informatorem Bractwa, wszelkie nieświadome zdrady... Że to mogłoby wypłynąć na wierzch... Cóż, mogła śmiało powiedzieć, że nie ułatwiało jej to życia. Z drugiej strony, chwilowo nie było tak źle. Grunt nie palił jej się jeszcze pod nogami. Jak to mawiali, było chujowo, ale stabilnie. Dosyć stabilnie.
- Nigdy nie przestanę zadawać pytań. Przecież mnie znasz. - Uśmiechając się nieznacznie, przesunęła broń w kierunku towarzyszki, przyglądając się jej poczynaniom. - Musisz zawsze sprawdzić, czy w komorze nabojowej nie ma naboju. - Dodała, choć... Cóż, szło zaskakująco dobrze, przynajmniej jak na kogoś, kto nie miał w tym zupełnie żadnej wprawy. - Skąd w ogóle wytrzasnęłaś takie cacko?Matilde Wallace - 2018-03-26, 17:07 – A ty byłabyś usatysfakcjonowana, że złamas nie oddycha. Jak na moje oko jest to dość sprawiedliwa wymiana – ale co ona tam wiedziała, nie? W końcu nie była taką mistrzynią logiki, jak jej przyjaciółka. Koniec końców, mimo swoich przekonań, może nawet lepiej, że w ich otoczeniu nie pojawił się kolejny trup. Cassandra może i była zabójczo wściekła, ale najwyraźniej – czego hipokrytka Wallace nie była w stanie zrozumieć – wciąż z dziwnych przyczyn zależało jej na tym gnojku. Matilde nie popierała, Matilde jawnie krytykowała, Matilde osądzała, ale mimo wszystko Matilde było naprawdę szkoda koleżanki. A przynajmniej do momentu, w którym ta łajza nie zaczęła wygadywać rzeczy, o których Wallace nie miała ochoty wiedzieć.
Początkowo – na sam dźwięk słowa „Tilly” – Wallace spiorunowała Cassandrę spojrzeniem, by zaraz po tym – wraz z jej kolejnymi słowami – uwieńczyć to klasycznym wywróceniem oczami.
– Czy to jest rodzaj jakiejś poronionej reklamy, Cassandro? – wyrzuciła z siebie, znacząco wznosząc przy tym brwi. Jeszcze tylko brakowało chwytliwej muzyczki, kolesia z reklamy Old Spice i malowniczego zachodu słońca na tle Dzikiego Zachodu. I jeśli w intencjach Cassandry było zawstydzenie Matilde to muszę z przykrością stwierdzić, że zdecydowanie jej się to nie udało. Ba! Wallace wręcz zaczęła się zastanawiać, czy to wspomnienie o niezłym podwoziu i dużych walorach Sandersa nie były swego rodzaju dziką próbą pchnięcia Matilde w ramiona tego psychola. Wallace mogłaby przysiąc, że Gardner z tym swoim łobuzerskim, nastoletnim uśmiechem niemalże krzyczała „no dawaj, Tilly, będzie fajnie”. Nie, Cassandro. Nie będzie.
I zdecydowanie nie było też fajnie, gdy do uszu Tildy dotarły te słowa. A konkretniej to imię. Wallace dosłownie osłupiała. Jej twarz momentalnie pobladła, z kolei serce – mogłaby przysiąc – że na moment się po prostu zatrzymało. Brunetka była w kompletnym szoku, a to sprawiło, ze nie była w stanie panować nad swoimi reakcjami. Gwałtownie przeniosła więc wzrok z broni na twarz Cassandry i z przerażeniem zaczęła niekontrolowanie mrugać oczami.
– Skąd wiesz o Hop.. – zaczęła cicho, zastanawiając się nawet, czy to możliwe żeby w tak młodym wieku dostać zawału! Wallace nie była przerażona, ona była sparaliżowana. I to właśnie chyba to ją uratowało. Bo gdy Cassandra weszła jej w słowo, Matilde poczuła jak jakiś niewidzialny ciężar po prostu spada z jej serca. Niemal automatycznie też ugryzła się w język, odchrząkając pod nosem, zupełnie jakby miało to zagłuszyć wcześniejsze – i tak niezwykle ciche – słowa. Nie musiała też sprawdzać, by wiedzieć, że odzyskała swój kolorek, bo ciepło niemal rozlało się po całym jej ciele. Była chyba za bardzo w szoku, by dodać jeszcze coś ambitniejszego niż to pełne zrozumienia i ulgi „oh”.
– Powtórzę to jeszcze tylko raz, Cassandro. Nie mam zamiaru nikogo zabijać! – żachnęła się. Nie była przecież aż tak niestabilna emocjonalnie! Bynajmniej nie chciała nikomu robić krzywdy. Ani Hopperowi, ani Colleen, ani Cassandrze, ani nikomu innego. Czy tak ciężko było zrozumieć, że dla niektórych osób jedynym pożytkiem z pistoletu było machanie nim przed oczami przypadkowych, bucowatych ludzi?!
– Więc może zacznę pisać bloga o twoich cyckach – odrzuciła równie sarkastycznym tonem głosu co Gardner, jednocześnie posyłając jej przy tym dokładnie ten sam typ uśmiechu. Ale potem.. po prostu rozkładała ten pistolet na części, odrywając się od niego tylko raz – by odpowiedzieć na pytanie.
– Ukradłam – rzuciła, jak gdyby nigdy nic. I mniej więcej zabrzmiało to z jej ust dokładnie tak samo, jak słowa Cass o postrzeleniu swojego byłego faceta. Bo to nie było nic wielkiego, prawda? I na domiar złego Wallace jeszcze wzruszyła ramionami, by dopiero po kilkunastu sekundach, z powrotem wbić wzrok w twarz przyjaciółki. Ale bynajmniej nie było to spowodowane tematem rozmowy, nie. Po prostu skończyła.Cassandra Gardner - 2018-03-26, 21:41 - Kiepska satysfakcja. Wolałabym raczej zobaczyć, jak wraca do niego cała ta karma. - Burknęła, wzruszając przy tym ramionami, nim nie uściśliła. - Wiesz, to wszystko, co niektórzy lubią mówić. Na starość nikt ci nie poda nawet szklanki brudnej wody albo umrzesz samotnie w brudzie, smrodzie i rozpaczy. To lepsze od błyskawicznie zabijającej kulki w łeb. - Tak to sobie przynajmniej usiłowała tłumaczyć. Lepiej było wyjść na niemiłosierną, złośliwą i mściwą sukę bez serca, niżeli dalej zachowywać się jak ciepły kluch, który zwyczajnie nie umiał wycelować w odpowiednim kierunku, a potem dodatkowo nacisnąć spustu. Robiła to tyle razy, ale za tym po prostu nie umiała. Co jej pozostało? Odgrażanie się, że ktoś inny to zrobi? Przewidywanie, że tak właśnie będzie? Chyba... Prawdopodobnie... No, to właśnie wtedy zrobiła. Teraz pewnie nie postąpiłaby aż tak znowu inaczej.
- Huh? - Z samego początku nie do końca załapała aluzję, ale dosyć szybko powtórzyła swoją reakcję. Tym razem zdecydowanie z większym niedowierzaniem. - HUH, Wallace?! - Nie. Nigdy. Nie w tym świecie. Nie w tej rzeczywistości. W życiu. Samo zasugerowanie jej, że miałaby reklamować tego parszywego złamasa, było... Znacznie bardziej nieapetyczne niż cassandrowe próby wzbudzenia zniesmaczenia u Tildy. Nie ma co, przyjaciółka zdecydowanie potrafiła obrócić wszystko tak, by wygrać. Cass musiała oddać jej tutaj honory, niezależnie jak bardzo nie chciała tego zrobić. Uniosła jednak jednocześnie brwi, odchrząkając znacząco.
- Nie, moja droga, to raczej ostrzeżenie, że nie wszystko złoto, czemu się jaja świecą. - Odmruknęła, po tym nie zamierzając już raczej niepotrzebnie zagłębiać się w te tematy. Umysł postanowił wywinąć jej całkiem niezły numer, sprawiając, iż zaledwie chwilę później znowu w nie weszła. Z początku nie zwracając uwagi na reakcję Tilly, ale dosyć szybko dostrzegając nagle pobladłą twarz przyjaciółki, jak i również inne elementy wskazujące na... Cóż, niezwykłe i całkowicie niezrozumiałe zdenerwowanie.
- Zamierzasz czy nie... Jaki to ma związek z Hop? - Unosząc lekko brwi, spojrzała wprost na Matilde, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że prędzej gruszki wyrosną na wierzbie, niż ta wygada jej się w przeciągu kilku sekund. Mimo to, cóż, próbowała to zrobić. Naprawdę próbowała dociec prawdy. Teraz, nie kiedyś. Bo coś w tym wszystkim było zdecydowanie nie tak.
- A więęęc... - Przedłużając odrobinę drugie słowo, kląsnęła językiem o podniebienie, wierzchem dłoni lekko przecierając sobie oczy. - Ukradłaś, tak? - Nie, wcale nie potrzebowała kolejnego potwierdzenia. Dosyć dobrze wiedziała, że Tilly w tym momencie wcale nie żartowała. Było to jednak swoistym wstępem do tego, co jeszcze chciała dodać. - Czy powinnam martwić się, że wkrótce spotkam tego, komu to zwinęłaś? - Niewypowiedziane przecież mamy broń w domu, wystarczyło tylko, żebyś poprosiła zawisło w powietrzu... I najwyraźniej tam miało pozostać, ponieważ chwilę po tym, cóż, Cass powróciła do najistotniejszego obecnie zadania.
Rzucając okiem na rozłożoną broń, wzięła do ręki jeden z jej elementów, dodatkowo upewniając się, że Matilde faktycznie niczego nie przeoczyła, po czym krótko kiwnęła głową. Prawdę mówiąc, nie do końca dowierzała w to, iż w stresowej sytuacji jej przyjaciółka miała tak dobrze sobie z tym wszystkim poradzić, jednakże obecnie... Było nieźle. Prócz jednego, ostatecznego kroku, jaki w tym wszystkim - prawdopodobnie przez ich ciągnącą się rozmowę - został pominięty. Poprawiając drobne niedociągnięcie, Cassandra po raz kolejny machnęła głową w kierunku Tildy.
- Składasz, a potem idziesz w coś, byle nie w kogoś, strzelać? - Spytała jak gdyby nigdy nic, przeciągając się na krześle.Matilde Wallace - 2018-03-27, 18:11 – Zapomniałaś o jednej rzeczy, Cass. Tacy ludzie nie dożywają starości – nawet nie kryła swojego pesymizmu i tego, jak sceptycznie podchodziła do idealnej zemsty autorstwa Cassandry Gardner. Poza tym, jej przyjaciółka zdawała się zapomnieć o jednej kluczowej rzeczy – – Jeszcze ktoś ci go kropnie przed nosem i tyle będziesz miała z tej swojej urojonej satysfakcji.
Ot co. Bo Matilde wie najlepiej, nie? Jeśli mówi, że trzeba było kogoś zabić, to kuźwa trzeba było! Mogła jeszcze zlitować się nad Gardner i pozwolić jej wykorzystać swój zajebisty plan, dotyczący tego „jak pozbyć się zwłok złamasa”. Jedynie.. jedynie Cassie musiała poprosić i przestać zgrywać dzikiego osła, albo ciepłą kluskę. Jak zwał, tak zwał. I cóż.. Matilde nawet nie panowała nad tym, że po chwili założyła ramiona na wysokości klatki piersiowej, jednocześnie za pomocą tej pozycji podkreślając swój stosunek do całej tej sytuacji. A potem… było chyba jeszcze gorzej. Zdziwienie, zniesmaczenie, niedowierzanie przyjaciółki skwitowała swoim firmowym wywróceniem oczami.
– Jakbyś nie zauważyła, Gardner, jedyną osobą zainteresowaną jego jajami jesteś ty. Więc z łaski swojej sama skorzystaj z tej cudownej rady i nie zapominaj o niej, kiedy następnym razem go spotkasz. – Matilde zdecydowanie nie potrzebowała ostrzeżenia, bo przecież zajebiście dobrze rozumiała zasady, kierujące tym światem, prawda? Umiała sobie umiejętnie dobierać towarzystwo do łóżka, by następnego dnia tego nie żałować i nie chcieć zamordować gościa we śnie. I w przeciwieństwie do Cassandry wcale nie kierowała się impulsem. Wcale. A niedawny seks Hopperem wcale nie był sprzeczny z jej logiką i przekonaniami. I wcale jej się nie podobał. Wcale.
A potem, jakby tego było mało, wzniosła wysoko brwi i udając głupią rzuciła niewinne:
– Nie wiem o czym mówisz.
Bo nie wiedziała, prawda? Poza tym… kim do cholery był Hop, huh? Nie znała takiego człowieka. Ani zwierzęcia. Ani przedmiotu. A skoro nie znała to zdecydowanie nie powinna zaprzątać sobie nim głowy. Zwłaszcza przez więcej niż jeden dzień. To było przecież taaaakie proste. A mimo to, z dziwnego powodu – wciąż myślała. A to.. to irytowało ją jeszcze bardziej. W gruncie rzeczy – irytowało do tego stopnia, że miała ochotę coś rozwalić. I bynajmniej, gdy Matilde była w takim stanie – kradzież pistoletu to było chyba najlepsze co mogło spotkać Hoppera z jej strony.
– Ukradłam – potwierdziła spokojnym głosem, nie widząc w tym nic złego. Być może gdyby to była jej pierwsza kradzież… albo gdyby nie chodziło o Williama, to poczułaby się z tym znacznie gorzej. Teraz jednak… meh. Po prostu wzruszyła ramionami.
– Nie, nie sądzę – odezwała się po chwili. Nie spodziewała się, by Hopper był aż tak głupi, by nawiedzać je w domu. Z pewnością był wkurwiony – a to niezwykle satysfakcjonowało Wallace. Właściwie to satysfakcjonowało ją do tego stopnia, że nie sądziła by to uczucie było w ogóle prawdziwe. Ale mimo złości nie mógł posunąć się przecież do niczego ryzykownego. Zwłaszcza jeśli nadal chciał, by go leczyła. Ot, krótka piłka. A potem jedynie wydęła usta w podkówkę, ponownie próbując złożyć pistolet. Najwidoczniej bycie badassem jej służyło, bo w tym momencie – pomimo zawiązanego supła na żołądku i notorycznie powracających myśli o irytującym Hopperze – czuła się wyjątkowo dobrze. Tak dobrze, że chciała jak najszybciej złożyć ten pistolet i wreszcie oddać kilka ciosów. W niebo. W ptaki. W drzewa. W ludzi. W cokolwiek.
– Aha, a ty idziesz ze mną. – i na moment odwróciła wzrok z Glocka, tylko po to by posłać Cassandrze dziwnie wesoły uśmieszek.Cassandra Gardner - 2018-03-27, 18:49 - Fidel Castro? Albo inni fajni ludzie? - Robiąc dosyć charakterystyczną minę, nie zamierzała przyznawać racji Matilde. Nie w tym wypadku, choć sama przecież nie tak dawno posłużyła się podobnymi tekstami w rozmowie z Sandersem. Teraz ten argument był jednak kompletnym inwalidą wojennym, bo... Bo tak. Po prostu. - Wtedy uścisnę temu komuś rękę, bo zawsze zostanie mi tańczenie na grobie. - Nie była zbyt świetną tancerką, to fakt, ale w ostateczności nie zrezygnowałaby raczej ze zrobienia show. Zwłaszcza że mogła przysiąc, iż gdzieś w ich szafach znalazłyby się nawet buty do stepowania. Nie do końca wiedziała, czyje. Zdecydowanie nie wiedziała, w jakim rozmiarze ani jak się je obsługuje, ale... Szczegóły, tak? Na pewno byłoby to lepsze od jakiejkolwiek innej reakcji.
Zdecydowanie nie byłaby przecież kimś, kto wyprawiłby całą uroczystość. Nie mówiąc już wiele o tym, że jeszcze bardziej zdecydowanie nie dołączyłaby do grona płaczek rozpaczających nad utratą tego daru dla świata, za jakiego miał się William. Prawdę mówiąc, szczerze powątpiewała w to, czy w ogóle miałaby jakkolwiek mocniej mokre oczy. Zbyt wiele się już naszlochała z powodu tego człowieka, teraz pozostał już tylko śmiech - gorzki czy nie.
- Ja? - Posyłając Tildzie dosyć kpiąco-powątpiewające spojrzenie, parsknęła tylko głośno. - Nie jestem nimi zainteresowana nawet w takim stopniu, by go w nie kopnąć. Wolę strzelać mu w klatę. Daj spokój, Tilly, to zgniłek... Praktycznie każdy William, jakiego znam, nim jest. Jeszcze by śmierdziało. - Bez dwóch zdań, wszyscy znani Cassandrze ludzie noszący imię jej byłego... Cóż, byli okropni. Tragiczni w zachowaniu, tragiczni w postawie myślenia, tragiczni w uczynkach, tragiczni... Dosłownie we wszystkim. Imię William niechybnie zwiastowało kłopoty, wywołując już u niej także odruch wymiotny. Zaskakujące, jak szybko można sobie coś przyswoić, nie?
Mimo tej łatwości, Gardner zdecydowanie nie zamierzała dać sobie wcisnąć jakichkolwiek kłamstw. Wystarczyło, iż przyjęła do wiadomości wcześniejsze obejścia tematu, poniekąd dosyć łatwo się z nimi godząc. Zdecydowanie nie miała jednak zamiaru pozwolić mydlić sobie oczu. Nie, Wallace bez dwóch zdań zareagowała zbyt emocjonalnie, a Cass pragnęła wiedzieć, dlaczego się tak stało. I czym było - była lub był - wspomniane tajemne Hop...
- Doskonale wiesz, o czym mówię. - Stwierdziła, intensywnie wpatrując się w Matilde, jakby chciała przeskanować ją spojrzeniem. Czy to była jakaś osoba? Stowarzyszenie zarządzane przez jakiegoś gostka o tym fatalnie dobranym imieniu? A może rodzaj narkotyku sprzedawanego przez jakiegoś williamowego dilera? Czymkolwiek było hop, Cassandra nie zamierzała pozwolić Tildzie tak szybko kicnąć do innego tematu.
- A ta kradzież ma związek z...? - Celowo pozostawiając otwarte zakończenie tego pytającego zdania, uniosła obie brwi, wyraźnie oczekując na odpowiedź. - Nie wiem, czy twoje osądy mogą być teraz jasne i trafne. - Dodała bez cienia zawahania, po raz kolejny powracając do myśli z początku tej rozmowy. Z Matilde działo się coś naprawdę, naprawdę niedobrego. Dawanie jej broni mogło być - dosłownym - strzałem w dziesiątkę... Lub też wręcz przeciwnie, największą porażką w historii tego obozu. Nawet jeśli miały tu wcześniej miejsce jakieś zdarzenia z udziałem broni, o których Cass nie było wiadomo.
- Chyba nie uczę cię po to, żebyś mnie teraz zastrzeliła, co? - Spytała, mrużąc powieki i z powątpiewaniem przyglądając się temu dziwnemu uśmieszkowi na twarzy przyjaciółki. - To byłoby cholerną ironią losu.Matilde Wallace - 2018-03-27, 20:49 – Oh proszę, nikt nie chciałby tego oglądać – odmruknęła jeszcze, doskonale zdając sobie sprawę z umiejętności tanecznych Cassandry. Wallace nie miała już dłużej siły się spierać z Gardner, co do tego kto miał rację, a kto nie. Bo było to całkiem jasne jak słońce. Matilde miała rację. Jak zawsze.
A Cassandra tym swoim nie do końca uroczym uporem jedynie utwierdzała ją w przekonaniu, że tak naprawdę wciąż czuła coś do tego złamasa. I patrząc na postawę koleżanki, Wallace mogła się nawet założyć, że przy pierwszej lepszej okazji Gardner ponownie mu wskoczy do łóżka. Ot, romantycznie jak się patrzy. Bajka stara jak świat.
– Na litość boską, Cass! – rzuciła nieco zbyt agresywnie, mając przy tym minę cierpiętnicy. Czy ona musiała wymawiać to cholerne imię? Czy nie mogła z tym skończyć? Czy bawiło ją to, że Matilde co chwilę dostawała mini zawału serca? Tak. Tym razem też była niemal przekonana, że jej serce znacząco spowolniło swoją akcję. To była jak jakaś pierdzielona jazda na kolejce górskiej, a Wallace nie była fanką kolejek górskich. Nigdy. Zazwyczaj ją od nich mdliło. I tym razem nie było inaczej.
– Więc całe szczęście, że nie znam żadnego Williama.
Dodała, poniekąd czując się do tego zobowiązana. W końcu i tak dała już przyjaciółce do zrozumienia, że męczył ją temat złamasa. Cassandra tylko nie miała bladego pojęcia, że mówiły o skrajnie dwóch różnych złamasach. W każdym razie Matilde zostało mieć tylko nadzieję, że ten temat umrze śmiercią naturalną, bo jeśli jeszcze raz padnie to piekielne imię to Wallace rzeczywiście trafi na oddział intensywnej terapii i tyle z tego będzie. Pierdzielony Hopper najwidoczniej chciał ją wpędzić do grobu.
– Z bronią – duuuh. Nie miała zamiaru się wygadać. Nie teraz, nie jutro, nie nigdy. I pocieszający był fakt, że była niemal przekonana, że sekret ten miał pozostać tylko pomiędzy nią a Hopperem. Z dziwnych przyczyn ufała mu pod tym względem. Kto by pomyślał.
– Więc musisz mi zaufać – rzuciła, wzruszając ramionami. Hoppera nie było stać na to, by pozbyć się jej magicznych dłoni. Jeśli chciał, by go leczyła – nie mógł zrobić nic głupiego. Jeśli miał zamiar zrobić coś głupiego – podpisywał swój wyrok śmierci. I ta myśl niezwykle pocieszała Matilde. Kobieta nawet nie przejmowała się ewentualnymi konsekwencjami swoich czynów. Bo po co? Najwyraźniej – jeśli takowe się pojawią – będzie zajebiście zaskoczona i nieprzygotowana. Mimo wszystko po prostu wróciła do składania pistoletu, kilka razy się zacinając i pytająco spoglądając na Cassandrę. Koniec końców była jednak z siebie zadowolona. Bo złożony przez nią pistolet wciąż był podobny do pistoletu.
– Więc jestem gotowa upolować jakąś czarownicę – rzuciła, ochoczo podnosząc się z krzesła i wymachując pistoletem przed oczami przyjaciółki.Cassandra Gardner - 2018-03-27, 21:46 - Jeśli nie chcesz patrzeć na moje pląsanie... - Zaczęła, drapiąc się po brodzie i przygryzając usta. - Zawsze możesz trzymać mnie z daleka od tego typa. Znaleźć mi jakieś bardziej produktywne zajęcie, zafundować kurs tańca, no, nie wiem... - Zupełnie tak, jakby było je stać na cokolwiek podobnego. Zupełnie tak, jakby mogła zwyczajnie opuścić obóz, pojechać gdzieś dalej do miasta, zapisać się do jakiejkolwiek szkoły, podać dane z dowodu albo innych dokumentów... Powiedzmy, że gdyby to wszystko było takie banalnie proste, to... Cóż, zdecydowanie nie mieszkałaby w nieco rozwalającym się domku należącym do Bractwa, którego nawet nie lubiła.
Ale życie nie rozdawało ludziom cukierków, nie? Ono wyłącznie podstawiało nogi, kopało w tyłki, a potem łaskawie oferowało niedużą buteleczkę Tylenolu... Najpewniej zachowaną jeszcze z czasów fali cyjankowych chicagowskich morderstw z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego, bo potem... Potem aż chciało się wyciągnąć kopyta. Tak czy siak, nic nie było zbyt proste. Nawet zrozumienie Matilde, która w tym momencie zaczęła zachowywać się jeszcze dziwniej niż wcześniej. Jęcząc na nią i odnosząc się do Boga, w którego litość obie raczej zbyt mocno przecież nie wierzyły.
- Co? - Z wyraźnym brakiem zrozumienia dla towarzyszki, zamrugała w zagubieniu. - Z jednej strony tak bardzo najeżdżasz na mojego byłego, a z drugiej drzesz się, gdy mówię, że William jest zgniłkiem? - Prawdę mówiąc, w tym momencie zaczęła już co nieco łapać, specjalnie powstrzymując się przed tym, by nie nazwać Billy'ego skróconą wersją imienia. Zdawało jej się bowiem, że to właśnie William robił tu taką wielką różnicę. Zachowując się gorzej niż źle czy gorzej niż fatalnie, chciała dowieść trafności swojego stwierdzenia. To właśnie dlatego tak bardzo obserwowała teraz Tildę. Nie była głupia.
- A może jest jakiś William, którego chciałabyś poznać? - Nadal wpatrując się w przyjaciółkę, przejechała językiem po rządku zębów pod górną wargą. - Podoba ci się ktoś williamowaty? Czyjaś williamowość cię pociąga? Poszukujesz nawet najgorszego villaina Williama? - Tak, w tej chwili dosyć jasne było to, jak bardzo robiła sobie jaja z Wallace. Zdecydowanie odzyskując humor, choć jednocześnie raczej nie tracąc czujności. Nie, nie, nie. Miała w końcu nad wyraz dużo pytań, na które musiała znaleźć odpowiedź. Czy to zaserwowaną jej bezpośrednio przez Tilly, czy przez kogokolwiek innego, kto mógł coś wiedzieć. Pytanie tylko, jaki scenariusz wolała Tilda.
- A broń ma związek z kradzieżą? - Westchnęła ciężko, prawie wywracając oczami. - Daj spokój, Tills. A może to wszystko ma ze sobą związek, huh? Zajebałaś broń jakiegoś biednego Willa? Czy chcesz jednego z niej zastrzelić? - I ponoć to ona miała być mściwa czy nienawidzić facetów o tym imieniu... No, chyba jednak nie do końca. Najwyraźniej był ktoś lepszy od niej. Ktoś, kto znalazł się w posiadaniu całkiem niezłego i zdecydowanie morderczego cacuszka. Może nawet aż za niezłego...
- Mogę ci zaufać, ale... Wiesz, że ta broń zostawia prawie namacalny podpis, nie? Jeśli kogoś z niej załatwić, bardzo łatwo będzie namierzyć właściciela. - Stwierdziła, choć tym razem tak, jakby serwowała Tidzie wyłącznie fragment starego, nieaktualnego newsa, o którym całkowicie przypadkiem sobie teraz przypomniała. O dziwo, nie był to jednak sposób na podejście przyjaciółki, jakkolwiek mocno nie chciałaby dowiedzieć się wszystkiego. O dziwo, po prostu ją uprzedzała, bo... Kolejne o dziwo naprawdę nie chciała, by Matilde miała kłopoty. Mniejsze czy większe, po prostu nie.
Nawet jeśli ta aż się o nie prosiła. Bój się Boga!, wymachując wątpliwie złożonym pistoletem jak batutą dyrygenta. Cass instynktownie jak najszybciej się uchyliła, woląc zachować profilaktyczny odstęp, niżeli dostać kulką lub - co gorsza - jakąś ciężką częścią w głowę.
- Matilde! - Jęknęła prawie natychmiast. - Chcesz nas obie pozabijać?! - Po tym zaś ostrożnie wyciągnęła rękę w kierunku przyjaciółki, chcąc sprawdzić broń, nim gdziekolwiek się udadzą. Swoją drogą... Czy przy obecnych realiach, cóż, to nie mutanci byli czarownicami...?Matilde Wallace - 2018-03-28, 16:05 Matilde zdawała sobie sprawę, że traci grunt pod nogami i niezwykle ją to mierziło. Nie mogła znieść myśli, że tak łatwo dała się zaskoczyć czymś tak błahym jak dźwięk imienia kolesia, którego w gruncie rzeczy nawet nie lubiła. Kolesia, którego miała gdzieś i któremu jeszcze nie dawno życzyła śmierci. Ale tym razem Cassandra znacznie przeginała. I to na niej Matilde miała zamiar wyładować całą swoją złość, jaką żywiła zarówno do siebie jak i przede wszystkim do Hoppera.
– Ile można gadać o typie, którego rzekomo się nie kocha? Daj mu już święty spokój i przy okazji mi. Męczy mnie już to udawanie, że mnie to cokolwiek obchodzi. – być może zabrzmiała nieco zbyt nieprzyjemnie i drażliwie. W gruncie rzeczy nie była pozbawioną uczuć socjopatką i naprawdę potrafiła się odnaleźć w towarzystwie. Ale tym razem po prostu traciła cierpliwość. Nie chciała dłużej rozmawiać ani o złamasach, ani o potencjalnych złamasach.
– Tak, trafiłaś w sedno. – rzuciła, nie kryjąc sarkazmu i przy okazji wywracając oczami. W pewnym sensie z jej ust nawet wydobyło się to chłodne, pełne cynizmu parsknięcie. Ale mimo wszystko nie miała zamiaru tego tak zostawić, bo jeszcze wyjdzie na to, ze Cass nie potrafi wyłapać ironii. I jeśli Gardner myślała, że coś ugra – to się myliła. O ile Matilde rzeczywiście reagowała na pojedyncze wzmianki o „Williamie”, tak gdy co drugie słowo jej przyjaciółki tak brzmiało.. przestało to na Wallace robić jakiekolwiek wrażenie. Po prostu wbiła wzrok w twarz Gardner i z gorzkim śmiechem mruknęła:
– Jedyna osoba, która mi krąży po głowie to twój martwy kuzyn, więc daruj sobie takie insynuacje. Po wykładzie jaki mi strzeliłaś, jestem pewna, że nie spojrzę na żadnego Williama, choćby był cholernym bogiem i wzorem wszelkich cnót. Więc po prostu zakończmy to.
I jeśli Cassandra miała dobry humor, to Tilly wręcz przeciwnie. Pomimo tych wszystkich durnych symptomów, które nie opuszczały jej od obudzenia się w ramionach Hoppera, to w tym momencie czuła coś jeszcze. Czuła się, jak jakaś cholerna dziwka. Chociaż zdawała sobie sprawę, że Aaron już nigdy miał do niej nie powrócić, to myśli o Hopperze i sposób w jaki sprawił, że się poczuła.. to wszystko wywołało tylko ogromny żal. Dlaczego do cholery nie opuszczało ją wrażenie, że zdradzała Aarona? Dlaczego to wszystko było takie.. takie ciężkie. Dlaczego wydawało jej się, że powinna mieć wyrzuty sumienia?
– Mam to gdzieś. – skwitowała nieprzytomnie, wyrywając się ze swoich paskudnych myśli. Szczerze? Jeśli miała jakimś cudem użyć tej broni – czego nie planowała – to przecież i tak ślady prowadziły tylko i wyłącznie do Hoppera. A skoro był już poszukiwany o morderstwo, to i tak nie będą zbyt przychylnie na niego patrzeć. Prawdopodobnie nawet, by mu nie uwierzyli, że to sprawka Matilde. Swoją drogą nie była nawet pewna, czy już legalnie nie została uznana za martwą. Po ucieczce z odwyku, była wręcz pewna, że jej ojciec po prostu załatwi to od ręki. Poszukiwanie córki-ćpunki było poniżej jego godności. Zdecydowanie lepiej widziane w społeczeństwie było posiadanie tragicznie zmarłego dziecka.
– Ale jeśli już musisz wiedzieć to broń należała do Leona – dodała po chwili, sama nawet nie wiedząc czemu postanowiła wmieszać w to tego biednego chłopaka. Wiedziała jednak, że musiała powiedzieć Cassandrze cokolwiek. A skoro aż tak bardzo uparła się, by wciąż chronić Hoppera, najlepszym kandydatem wydawał się Leon, który ostatnimi czasy przecież nadepnął jej na odcisk.
– Czemu nie? Może wreszcie byś się przymknęła. – odparła już z o wiele lepszym humorkiem, posyłając jej złośliwy uśmiech, by po chwili otworzyć dłoń, w której znajdował się niewłożony do broni magazynek. – Więc jaki jest plan?Cassandra Gardner - 2018-03-28, 16:56 Zadziwiające, jak szybko można było przejść z dosyć znośnego - żeby nie powiedzieć niezłego - humoru wprost w najmroczniejsze, najgłębsze otchłanie czeluści piekielnych. W jednym momencie bez wątpienia miała bowiem do czynienia z tą dziwaczną-ale-w-gruncie-rzeczy-dosyć-zjadliwą Tildą, w kolejnej zaś milsze byłoby już nawet spotkanie z rozwścieczonym buldogiem, głodnym niedźwiedziem lub czymś w tym rodzaju... No, zdecydowanie nie z Wallace, której nastroje tego dnia najwyraźniej zmieniały się zupełnie jak w kalejdoskopie.
- Proszę bardzo, mogę zabrać stąd swój tyłek i dać ci święty spokój, skoro moje odzywki sprawiają ci aż taki problem. - Mruknęła z irytacją. Nie, nie chciała się złościć, zwłaszcza że zbyt dobrze znała już te humorki przyjaciółki - może nie w aż tak nieprzyjemnej wersji, ale zawsze - jednakże nikt nie mógł od niej przecież wymagać, by była przemiła i przekochana, nie? Nie była taka. Nie była taka już od pieruńsko długiego czasu i zdecydowanie nie zamierzała dać sobie wleźć na głowę, choć najmniej nieprzyjemne czy oschłe komentarze postanowiła pozostawić dla siebie.
- Ja przynajmniej mówię o kimkolwiek. Nie milczę i nie zachowuję się potem jak pierdzielona męczennica. - Tak, to było prawdopodobnie najmilsze z wszystkiego, co chodziło teraz Cassandrze po głowie. Matilde... Przeginała, nawet jak na samą siebie. A Cass nie miała nawet najmniejszej ochoty być odbiorcą podobnych zachowań. Mogła przychodzić praktycznie na każde zawołanie Wallace, mogła chcieć się o nią troszczyć, obawiać się o jej zdrowie, chronić ją, bronić, chuchać i dmuchać, ale... Nie była stereotypowym Murzynem. Nie kłóciły się wcześniej, gdy Tilda usiłowała wyżebrać od niej pomoc, po co miały się kłócić teraz?
- Nie jestem twoim workiem treningowym. - Dodając dosyć oschłym tonem głosu, naprawdę przestała już wnikać w to, czyja to była broń i kogo mogły - celowo bądź też nie - władować przez to w tarapaty. Najwyraźniej nie była tak zaufana, by można było powierzać jej jakiekolwiek sekrety. Oj, nie. W tej chwili naprawdę poczuła się niczym ktoś od czarnej roboty. Pierwszy z brzegu najemnik, który nie powinien o nic pytać. Czy tak właśnie działała przyjaźń? Od dłuższego czasu, cóż, Wallace miała coraz więcej sekretów, sekrecików, sekreciątek, jednocześnie przez większość czasu odrzucając jakiekolwiek formy porozumienia się czy też zwykłego pożartowania. Te jej ciągłe zmiany nastroju zaczynały coraz bardziej dokuczać Gardner. Musiała to sobie powiedzieć.
- Kula mogła być już wewnątrz. Nawet nie wiesz, ilu ludzi zginęło w tak durny sposób. - Przypatrując się magazynkowi, uniosła brew, po czym dopowiedziała dalej tym samym, nieco chłodnawym - choć nie tak jak na samym początku nagłych zmian nastroju przyjaciółki - tonem głosu. - Możesz zabrać coś stąd. Lepiej postrzelać do tego niż do zwykłych puszek.Matilde Wallace - 2018-03-28, 20:30 Matilde nie odpowiedziała na słowa koleżanki, jedynie potrząsnęła głową, zupełnie jakby to miało załatwić całą sprawę. Przecież nie chciała, by sobie poszła. Miała jedynie przestać się wtrącać. Ale najwyraźniej Cassandra miała talent do wtykania nosa w nie swoje sprawy, a Wallace nie bardzo się to podobało. Ceniła sobie prywatność i nierozmawianie o czymkolwiek, co się działo w jej życiu. Nie potrzebowała porad, mądrych wykładów, czy zamartwiania się. Nie. Matilde miała własne sposoby na radzenie sobie z emocjami i całym tym syfem w jej życiu. W końcu uczyli tego na odwyku, prawda? Wystarczyło tylko zaakceptować prawdę. Była złym człowiekiem. To wszystko.
– W ogóle – odburknęła, posyłając Cassandrze to powątpiewające spojrzenie. Być może i była męczennicą, za to Cassandra hipokrytką. Jeszcze większą niż Wallace. Matilde chyba nie znała nikogo innego, kto by zachowywał się jak ta rasowa Drama Queen. W tym Gardner była najlepsza. Co Tilly z pewnością dała odczuć koleżance w sposobie, w jaki teraz na nią patrzyła. Ale w gruncie rzeczy nie czuła się najlepiej z tym, jak potraktowała Cass.
Były przyjaciółkami i zdecydowanie nie powinna aż tak wybuchać. W pewnym sensie było jej naprawdę źle z całą tą sytuacją. Ale czy miała zamiar to jakoś naprawić? Nah. To nie było w stylu Matilde. Ona wolała zamiatać brudy pod dywan i udawać, że nic się nie wydarzyło. Poza tym… pogorszeniu atmosfery były obie tak samo winne. Gdyby Cassandra nie naciskała – w tym momencie wciąż by żartowały i śmiały się jak głupie. Ba. Wallace była wręcz gotowa wysunąć ten jeden prosty wniosek – Cassandra po prostu się o to prosiła.
– Nie, nie jesteś – przyznała po chwili z cichym westchnięciem, po czym przetarła twarz dłonią. Być może powinna się zamknąć i nic więcej nie mówić, bo to tylko ją pogrążało, ale.. nie byłaby sobą, gdyby tak to zostawiła.
– Po prostu nie chcę gadać, okej?
I tym razem wyraz jej twarzy diametralnie się zmienił. Nie była już agresywna, czy zła. Była pierdoloną oazą spokoju, w dodatku ogniki w jej ciemnych oczach nagle przygasły. Wallace nawet subtelnie wykrzywiła kąciki ust ku górze. Ale tylko na chwilę. Bo zaraz potem zmarszczyła brwi, by wyrzucić z siebie to tak inteligentne:
– Okej, nie wiedziałam o tym. – i to właśnie dlatego potrzebowała nauczyciela. Bo najwidoczniej filmy były przereklamowane. Huh! Wszędzie uczyli, że broń bez magazynku jest bezpieczna, a tu… niespodzianka! Jeśli by przez to zginęła, z całą pewnością miała zamiar pozwać Quentina Tarantino o umyślne spowodowanie śmierci. A potem ze skinięciem głowy, zaczęła ściągać ze sklepowych półek figurki i inne brzydkie maskotki, w dość określonej kolorystycznie kolejności odpowiednio układając je na ladzie.