To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

C. McCoy - #1

Caroline McCoy - 2019-09-15, 23:06

Uśmiechnęłam się smutno, słysząc jego słowa. Czas... Tak, mieliśmy go wiele. Szczególnie teraz, gdy nawet nie miałam pewności, czy wciąż mam pracę. Pokiwałam głową, zagryzając swoje wargi w geście zwątpienia. - Z tym chyba masz rację, bo... Nawet nie wiem, czy mam do czego wracać. - Ponownie pociągnęłam nosem, biorąc po chwili głębszy wdech. Nie musiałam też długo czekać, by - choćby pokrótce - nakreślić mu, gdzie leży problem. - Ja... Do tej pory pracowałam w Departamencie Bezpieczeństwa Genetycznego, wcześniej przewinęłam się przez inne laboratorium... Ja... Nie wiem, czy moja kariera właśnie nie poszła się kochać. - Wyznałam dość ciężko, a moje dłonie zaczęły delikatnie drżeć. Czy ja w ogóle chciałam wracać do takich zajęć? Na litość boską, ostatnie kilka dni wyciągałam z mutantów dokładnie te same chipy, które przed miesiącami sama w nich wkładałam. Na co było to całe cierpienie? Widziałam, w jakim stanie byli mieszkańcy Dzielnicy, a mimo tego... Dalej posłusznie wykonywałam rozkazy, samej odnajdując poniekąd dziwną radość przy każdym kolejnym pacjencie. - Ostatnie tygodnie mi uświadomiły, że... Że to wcale nie jest tak dobre, jak mi się wydawało. - Dodałam po chwili, dość, słabo, nerwowo mrugając powiekami - byle tylko się zaraz nie rozbeczeć jak małe, bezbronne dziecko, którym teraz się czułam.
Najdziwniejsze, że mimo tego, że sama czułam wobec siebie odrazę - po Scotcie ani trochę nie było tego widać. Mimowolnie przytuliłam swoją twarz do jego dłoni - była taka ciepła, a mimo dość szorstkiej skóry - niezwykle delikatna. Mogłabym się zgubić w tym dotyku, którego tak pragnęłam od tylu, długich tygodni.
Mogłabym, gdyby nie tylko...
- Przestań... - Niemal natychmiast się speszyłam, czując dziwny ścisk w żołądku. Ta.. Ta magiczna chwila się skończyła, a ja, gdyby nie krzesło, pewnie natychmiast bym odskoczyła. Rumieniec, który oblał mój policzek zdawał się niezwykle parzyć, a co najgorsze - w tym momencie już nawet nie byłam pewna, czy mi się to podoba, czy jednak nie.
Mojej uwadze jednak nie umknął fakt, że on ponownie tak nerwowo przebierał tymi koralikami. Sama na moment zawiesiłam na nich swoje spojrzenie, myśląc, co też mogą oznaczać. Może kiedyś jeszcze się tego dowiem?

Scott D'Amico - 2019-09-15, 23:17

Najważniejsze, że wróciła. Cokolwiek tam się wydarzyło - cokolwiek jej zrobili.... Cholera, wreszcie byli ponownie razem. I może to głupie, ale Scott naprawdę był do tego wszystkiego pozytywnie nastawiony. Pragnął tylko być z nią - wbrew wszelkim przeciwnościom losu. Być może nawet im się to uda? Zobaczymy.
- Więc zbuduj coś nowego. Zbudujmy to razem. Miejsce do którego będziesz mogła wracać. - powiedział przepełniony optymizmem. Nie miał pojęcia czy Caroline będzie w stanie tak po prostu zmienić całe swoje życie - w końcu to nie jest proste, ale on... Cholera, dla niej chyba by mógł. Jasne - Scott doskonale wiedział, że to wszystko brzmi jak gadanie zakochanego szczeniaka, ale... Chyba nawet jemu czasem wolno się tak poczuć - przy tym wszystkim czego doświadczył w życiu? Tak, myślę, że jak najbardziej mu się to należy.
Wzdrygnął się delikatnie słysząc nazwę miejsca jej pracy. Niestety to nie kojarzyło się z niczym dobrym.
Na razie nie zamierzał wypytywać o szczegóły, ale zanotował tą informację w pamięci.
- Posłuchaj, kariera... Wiem, że jest ważna, ale przecież to nie wszystko. - powiedział cicho mając nadzieję, że nie wybuchnie, czy coś w tym rodzaju. Oby nie była jedną z tych kobiet, które stawiają karierę ponad wszystko.
Właściwie... Czy oni tak bardzo się różnili? Oboje robili krzywdę - oboje robili to dla pieniędzy, oboje byli w tym dobrzy. Jedyna różnica była taka, że Caroline krzywdziła ludzi dla Państwa, natomiast Scott robił to dla własnej korzyści.
Może dlatego tak dobrze czuli się w swoim towarzystwie? Ponieważ oboje byli po prostu złymi osobami?

- Ugh. Wybacz, zapomniałem... - rzucił, a w myślach skarcił sam siebie, za ten głupi i niepotrzebny komplement. Zapomniał jak to na nią działa. Dlaczego był takim idiotą i nie potrafił zachowywać takich rzeczy dla siebie? Co miał jednak poradzić na to, że... No cóż, tak właśnie uważał!
Zwrócił uwagę na to, że jego palce powędrowały do koralików, a zaraz za nimi jej wzrok. Ukrył bransoletkę przed jej spojrzeniem - być może zrobił to trochę zbyt szybko i... Eh. Prawdopodobnie nie powinien tego przed nią ukrywać, ale Julie... Nie potrafił o tym rozmawiać, czuł się za każdym razem jak ktoś, kto przegrał właściwie wszystko. Tak bardzo pragnął jej po prostu zwierzyć się z tej części swojej przeszłości, ale zwyczajnie nie potrafił.
- Jeśli mam zostać... Będę potrzebował paru rzeczy. - rzucił, aby tylko zmienić temat, aby nie zadawała mu pytań na temat nietypowej biżuterii...

Caroline McCoy - 2019-09-15, 23:34

Jak głupie mogło się to nie wydawać - to serio budowało mnie na duchu. Te jego mądrości, niczym wyjęte z encyklopedii zbuntowanego nastolatka napełniały mnie pewnego rodzaju optymizmem. Chciałam wierzyć, że jesteśmy w stanie to zrobić. Że możemy walnąć wszystko, co trzymało się nas do tej pory.
Poza tym... Czy w sumie miałam inne wyjście?
Bez pracy nie miałam pieniędzy, a bez pieniędzy... Nie będę w stanie opłacić tego mieszkania. Obstawiałam, że to zaledwie kwestia dni, nim wszelkie media zostaną odcięte... I co ja wtedy pocznę?
- Wiem, że to nie wszystko, ale... Bez niej ciężej się żyje. - Stwierdziłam dość słabo, jednak wymuszając na swoich ustach uśmiech. - Nie potrafię robić nic innego. - Dodałam po chwili, prychając z bezradności. - Jestem żałosna. - Stwierdziłam w końcu, przymykając na chwilę powieki.
Nim jednak zbyt głęboko wypłynęłam w odmęty swego pesymizmu, postanowiłam odwrócić kartę.
- Chyba masz świadomość, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami każdej z sali badań, i dlaczego mogę czuć się winna temu, co się stało. Ale w takim razie jaką tajemnicę skrywa Scott, że musi nosić broń ze sobą na każdym kroku? - Zapytałam, chyba próbując odwrócić myśli od ostatnich tygodni. Ja... Nie wiedziałam, czy prawda mi się spodoba, ani czy w ogóle ją poznam, ale... Może akurat? Czy to nie był pierwszy krok do tego, by zbliżyć się jeszcze bardziej?
- Nic się nie stało, ja... Po prostu... Nawet nie wiem, czemu tak się dzieje. - Stwierdziłam, zgonie z prawdą, ponownie skupiając wzrok na jakimś łączeniu paneli. Musiałam uspokoić własne bicie serca, mimo, że nie potrafiłam zrozumieć, czemu w ogóle się tym denerwuję. Czemu, gdzieś tam w środku tak bałam się tak drobnych czułości?
Nie dał mi jednak zbyt długo nad tym rozmyślać, niemal natychmiast wymuszając na mnie podniesienie mych dłoni do jego rąk. Nerwowo złapałam go za palce, jakbym chciała go powstrzymać przed wyjściem. Pokręciłam nerwowo głową, a pojedyncze, wolne kropelki z moich włosów skapnęły na podłogę.
- Ale nie teraz. - Poprosiłam, niemal błagalnie. W sumie... Głupio było mi nawet wspominać, że nie warto tu czegokolwiek znosić, bo przecież... Przecież całkiem prawdopodobne, że zaraz ja stąd będę musiała się wynieść, czyż nie?

Scott D'Amico - 2019-09-15, 23:58

On również bardzo mocno chciał w to wszystko wierzyć. I chyba wierzył. Wiedział doskonale jak wiele jest w stanie zadziałać jeśli czegoś chce - a w tej chwili nie chciał niczego bardziej niż po prostu ją gdzieś stąd zabrać, zacząć od nowa. No... Dobra. I znaleźć Jules. To też było ważne.
Pieniądze nie stanowiły problemu - zawsze się znajdowały kiedy były potrzebne. Poważnym problemem byli ludzie, którzy mogą chcieć jej szukać. Nie miał pojęcia w co Caroline się wpakowała, ale z pewnością nie było to nic dobrego.
- Hej... Nie jesteś żałosna. Jeśli będzie trzeba nauczysz się czegoś innego. Jestem tego pewien. - wiedział to z doświadczenia. Jeśli jest coś co Scott potrafi robić dobrze to z pewnością jest to popełnianie wszelkiego rodzaju przestępstw. A jednak nauczył się żyć inaczej, prawda? Może praca w barze nie jest szczytem marzeń, ale... To zawsze jakiś początek. Ciężko jest tylko postawić pierwszy krok. Dalej idzie samo.
Swoimi następnymi słowami Caroline trafiła w punkt. Odwrócił od niej wzrok i zaniemówił.
- To... Nie tak, nie noszę jej na każdym kroku, tylko... Czasem biorę ze sobą. - cholernie marna odpowiedź, ale nie potrafił wymyślić nic lepszego. Prawda nie chciała mu przejść przez gardło, tak trudno było mu zburzyć to wszystko, przecież chciał jej pokazać się z innej strony...
Przygryzł delikatnie wargę i wciąż na nią nie patrzył - nie spojrzał nawet wtedy, gdy złapała go za dłoń.
- Nie... Pewnie, że nie. Teraz nigdzie się nie wybieram. Zostaję tutaj. A Ty powinnaś coś zjeść, tak swoją drogą. - ile ona mogła tam schudnąć? Z 10 kilo? Przynajmniej tak właśnie wyglądała.

Caroline McCoy - 2019-09-16, 00:15

Wiara jest pięknym objawieniem. Napędza do działania i daje siłę - tę, której teraz tak cholernie potrzebowałam. Mawiają też, że jeśli wystarczająco mocno w coś wierzysz, to może się ziścić. Czy tak było i tym razem?
Musieliśmy być albo zbyt naiwni, albo zbyt głupi, by wierzyć, że mamy szansę na spokojne, nowe życie. Bo jak bardzo byśmy się nie starali - demony przeszłości z całą pewnością tak szybko nam nie odpuszczą.
- Prze... Przepraszam. - Zająknęłam się, na własny pesymizm - To wszystko... Po prostu mnie przerosło. Nie wiem jak sobie z tym radzić, ja... - Nie wiedziałam, czy znowu zaczyna mnie ogarniać panika, czy po prostu musiałam to wszystko z siebie wyrzucić. Mimo wszystko, przez ostatnie miesiące - nawet, jeśli z Obiektem 36 w końcu byłam w stanie znaleźć poniekąd wspólny język - nie miałam do kogo się odezwać. Nie miałam komu wylać swoich żali. Nie miałam komu się tak normalnie, po ludzku poskarżyć - chyba, że chciałam kolejny raz mieć wykręconą kostkę. - Już ran zaczynałam swoje życie od zera. Nie chcę znowu tego robić. - Pociągnęłam smutno nosem, na wspomnienie o tej pobudce w szpitalnej sali, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Co prawda... Teraz byłam w o tyle lepszej sytuacji, że moja pamięć mnie nie opuściła.
Ale czy to na pewno było "lepiej"?.
Nieznacznie jednak uśmiechnęłam się słysząc jego wykręty. Jak widać - nie tylko mi kiepsko wychodziło kłamanie. - Rzeczywiście. Przeciętny facet w Ameryce nosi ze sobą broń tylko czasami. - Nie wiem, czy nie przekraczałam pewnej granicy tą próbą żartu, ale... Ciekawość mnie zżerała. Tym bardziej, że normalnie, poza miejscem swojej pracy nie byłam przyzwyczajona do spędzania czasu z uzbrojonymi ludźmi.
Szybko jednak mój humor odszedł gdzieś w siną dal, gdy wspomniał o jedzeniu. Wstyd było przyznać, ale przecież... Cokolwiek, co się tu ostało, już dawno nie nadawało się do spożycia.
- Obawiam się, że nie zdążyłam zrobić zakupów. - Wyznałam z wyczuwalnym zakłopotaniem w głosie, modląc się gdzieś w środku, by nie otwierał drzwi od lodówki - bo prawdopodobnie od co najmniej 3 miesięcy hodowałam tam już bombę biologiczną...

Scott D'Amico - 2019-09-16, 00:30

Czy Scott był naiwny? Raczej nie. Prędzej głupi, ale mimo wszystko odnalazł w sobie wiarę. Był pewien tego, że im się uda - jeśli będą chcieli stąd uciec... Dadzą radę. Jasne - to nie takie hop siup. Pozostało wiele spraw do pozamykania, ale w niedalekiej przyszłości... Czemu nie?
Los uwielbiał rzucać kłody pod nogi, o tym oboje mogli już się przekonać. Sztuką było nauczyć się omijać te przeszkody, lub... Niszczyć je. Przy każdym upadku podnieść się do góry i iść dalej. I myślę, że wspólnie dadzą radę to zrobić.
- Nie będziesz musiała już sobie z tym sama radzić. - po coś tutaj był, prawda? Szukał jej, czekał, aż wróci, a teraz... A teraz po prostu pomoże jej stanąć na nogi. Potrzebowała takiej osoby - był tego świadom.
Przez te wszystkie dni bez niej jego świat stał się... Pusty. Szary, kompletnie bez sensu. Podczas ich ostatniego spotkania dała mu nadzieję na lepsze jutro, a potem tak po prostu zniknęła. Zaraz, nie. Nie zniknęła. Została mu odebrana. To zupełnie jak pomachać dziecku cukierkiem przed nosem, a potem schować go do kieszeni.
Pragnął zemsty. Chciał im zrobić dokładnie to samo co oni zrobili jej, lub jeszcze gorsze rzeczy. Potwór ukryty głęboko w nim wyrywał się na zewnątrz i tylko obecność Caroline sprawiała, że jeszcze się nie wydostał. Bo przecież każdy z nas ma w sobie potwora, prawda?
Tylko, że ten, który siedział w nim... Lepiej, żeby się nie wydostał.

Temat ponownie zszedł na tą nieszczęsną broń... Westchnął cicho słysząc jej następne słowa i przygryzł wargę niemalże do krwi.
- Kiedyś... Kiedyś robiłem złe rzeczy. Krzywdziłem innych. Nie zawsze w słusznej sprawie, ja... - urwał na moment nie wiedząc czy powinien w to dalej brnąć. Te same dłonie, które teraz spoczywały na jej dłoniach miały na sobie tyle krwi... Czy będzie chciała go znać po tym jak usłyszy resztę?
Na całe szczęście Caroline odpuściła mu na chwilę, ponieważ bardziej przejęła się brakiem jedzenia w domu. Odetchnął z ulgą, chociaż nawet przez moment poprzedni temat nie przestawał go gryźć.
- Nie ma sprawy, możemy coś zamówić, albo... Jeśli czujesz się na siłach - w co wątpię - gdzieś wyjść. - powiedział, ale tak naprawdę myślami był kompletnie gdzieś indziej.
Postanowił jednak... Spróbować.
- Duch... - szepnął cicho odwracając od niej wzrok.
- Tym wtedy byłem. Duchem... - nie miał pojęcia czy ten pseudonim cokolwiek jej podpowie, ale przecież pracowała w takim, a nie innym miejscu. Jeśli była dość wysoko... Być może coś o nim wiedziała.

Caroline McCoy - 2019-09-16, 01:05

Sama nie wiedziałam, czy jego słowa mnie cieszą, czy jednak martwią. Mimo wszystko - nie bycie samemu oznaczało, że trzeba się martwić o jedną osobę więcej. Ale z drugiej strony... Czy życie nie stawało się prostsze?
Chociaż... Czy można było mówić o prostocie, patrząc na naszą historię?
Dwie zbłąkane dusze, podejmujące złe wybory, jeden za drugim, zatracające się w mroku tego świata. Ale czy razem nie mogliby w końcu znaleźć dla siebie tego odległego, światełka w tunelu?
- Nie chcę więcej sama sobie z tym radzić. - Przytaknęłam na jego słowa, z lekkim, acz niepewnym uśmiechem na twarzy. - Niezależnie od tego, kim byłeś. Bo... Przeszłość nas nie definiuje, prawda? - Zapytałam, chyba bardziej licząc na to, że i on się ze mną zgodzi. Bo gdyby tak nie było, czy znaczyłoby to, że sama jestem pusta? - No i... Jest nas dwoje. - Dodałam po chwili, widząc przed oczami ponownie to małe, bezbronne dziecko, które zyskało przydomek Obiektu 36. Miałam na sumieniu nie jedną krzywdę, która go spotkała. Byłam współwinna traktowaniu niewinnych obdarzonych i musiałam znosić ich osądzające spojrzenia, gdy zmuszono mnie do stanięcia po ich stronie. Ale poniekąd... Zaczęłam ich rozumieć, przez krzywdę, która i mnie spotkała. Mimo wszystko jednak - wciąż nie byłam w stanie żywić do nich sympatii, a wszystko przez obycie pewnego... Nie do końca przyjemnego blondyna.
- Obawiam się, że nie jestem najlepszym wyborem na jakiekolwiek spacery w tym momencie. - Westchnęłam na jego propozycję, lekko wyginając własną kostkę. Widać było, że coś z nią było nie tak. Z całą pewnością złamanie bez odpowiedniego usztywnienia nie mogło się prawidłowo zrosnąć. - Nawet nie wiem, czy byłabym w stanie cokolwiek przełknąć. - Dodałam też po chwili, skupiając swoje spojrzenie na oczach mężczyzny. Ale czy to na pewno był odpowiedni moment?
Przechyliłam lekko swoją głowę, wsłuchując się w jego odpowiedź, by po chwili machnąć na nią ręką.
- No ale przecież to nic nie znaczy, każdy z nas czasem musi się zapaść pod ziemię i zniknąć. Niektórzy specjalnie, inni zmuszeni przez los. Tak jak na przykład ja, 16 lat temu obudziłam się nic nie pamiętając, i... - słowotok sam posypał się z mych ust, bo jak zwykle - musiałam najpierw zacząć mówić, nim pomyślałam. I wtedy... Wtedy mnie to trafiło. To... To wcale nie była przenośnia.
Ten lekki uśmiech, który towarzyszył mi jeszcze kilka chwil temu, ustąpił niepewności i strachowi. Moja mina zrzedła, a sama - zaniemówiłam. - Zaraz, czekaj, co? - Zapytałam, jakbym chciała się upewnić, czy słuch mnie nie myli. Mimo, że wiele kartotek przewinęło się przez moje dłonie, niektóre szczególnie przykuwały mój wzrok. Jakbym znając profil przestępcy mogła się przed nim uchronić - ale jak widać, i takie klocki były dla mnie ciężkie do ułożenia...

Scott D'Amico - 2019-09-16, 01:19

Czy faktycznie tak jest? Przeszłość nas nie definiuje? Być może i tak, ale na pewno kształtuje. Sprawia, że jesteśmy, jacy jesteśmy. Ci z trudną przeszłością potrafią sobie poradzić w życiu, aczkolwiek są w jakiś sposób skrzywdzeni, złamani psychicznie - zawsze pozostają ślady. Mniejsze, lub większe.
Jednak... Przecież to przyszłość jest ważna, prawda? To jak będzie wyglądał następny dzień, w jaki sposób ułożymi swoje życie i z kim je spędzimy. To było najważniejsze, wczoraj nie ma już dzisiaj najmniejszego znaczenia, prawda?
- Może... Może i masz rację. - powiedział dość niepewnie. Chciałby w to wszystko wierzyć i tak po prostu odsunąć od siebie wszystkie błędy przeszłości, ale chyba nie potrafił.
Do tej pory dręczyły go koszmary - dość często widywał twarze ludzi, których skrzywdził, którym odebrał wszystko. Kto w ogóle dał mu do tego prawo i dlaczego im to robił? Nigdy nie potrafił odpowiedzieć sobie na te pytania. Brał za to pieniądze, ale tak naprawdę to o nie o to chodziło. Nigdy nie chodziło o zarobek, to było coś innego. Jakby... Karał wszystkich innych za swoje nieudane życie. Żałosne. Po prostu żałosne.
Kto mógłby go zrozumieć lepiej, niż Caroline? Oczywiście... Gdyby jej tak po prostu o tym wszystkim opowiedział, a to już takie proste nie było.

Zerknął na jej nogę, którą poruszyła oznajmiając mu, że spacer nie jest najlepszym pomysłem. To prawda - łatwo było zauważyć, że coś jest nie tak z jej kostką. Już jej współczuł - prawdopodobnie lekarze będą musieli ją znowu złamać... Jego nienawiść do jej oprawców ciągle rosła.
Oczyma wyobraźni widział jak wyrywa im serca, jak ich niszczy - kawałek po kawałku, jak odbiera im wszystko...
[/i]Przestań, Scott. Przestań. Nie teraz.[/i]
Wyłapał to, że obudziła się 16 lat temu nie pamiętając swojej przeszłości, ale nie zdążył nawet nic powiedzieć, ponieważ dziewczyna chyba... Chyba wiedziała kim on jest.
Uśmiech bardzo szybko zniknął z jej twarzy i Scott mógłby przysiąc, że ujrzał w jej oczach strach. Strach przed... Przed nim.
- Dobrze słyszałaś. Jestem... Byłem Duchem. - odparł opuszczając głowę w dół tak, by nie musieć jej patrzeć w oczy. Teraz czuł, że na to nie zasługuje, było mu przed nią po prostu wstyd.
Delikatnie odsunął swoje dłonie od jej dłoni - żeby jej nie osaczać, żeby w razie czego mogła spokojnie się od niego odsunąć, uciec... Czy cokolwiek będzie chciała.
- To... To znaczy, że słyszałaś już o mnie wcześniej. Caroline, ja... Naprawdę z tym skończyłem, próbowałem być kimś... Kimś lepszym. - wymamrotał cicho. Nie wiem czego w tej chwili oczekiwał, chyba... Chyba zrozumienia? Przebaczenia? Albo i tego i tego. Na jedno i drugie jednak absolutnie nie zasłużył.

Caroline McCoy - 2019-09-16, 01:42

Życie bywa przewrotne. I nie wiedzieć czemu - los usilnie ostatnio starał mi się to udowodnić. Kolejne osoby trafiające na moją drogę przypominały mi o tym w każdej wolnej chwili - gdy sama z oprawcy stałam się ofiarą, gdy do współpracy zmuszono mnie wbrew mojej woli, gdy dla większego dobra, musiałam pracować ze złem... A ta historia chciała zataczać koło wciąż, i wciąż, i wciąż, nie dając ani chwili wytchnienia.
Czy właśnie dlatego na siebie trafiliśmy? Byłam przekonana, że niewola mi nie służy i chyba właśnie miałam na to kolejny dowód - czy fakt, że los mój i Scotta się złączył, miał być naszą szansą na odkupienie?
Nie do końca wiedziałam, jak się zachować. W końcu... Nie codziennie masz szansę stanąć przed potencjalnym, seryjnym mordercą. Ja... Nie wiem jak bym się zachowała te 4 miesiące temu, ale dzisiaj... Dzisiaj wiedziałam, że świat nie jest w pełni czarny, albo biały. Przełknęłam głośniej ślinę, i mimo, że nie byłam w stanie składnie ułożyć swoich myśli... Wstałam i go przytuliłam. Tak po prostu. Albo... Albo mnie zabije, albo będę wiedziała, że to nie ma znaczenia.
- To przeszłość, Scott. To... Przeszłość. - Wyszeptałam, chowając twarz w jego koszulce. Usilnie chciałam w to wierzyć, pragnęłam tak luźnego podejścia do tej sprawy, jakie próbowałam przed nim odgrywać. Ale prawda była taka, że... Widziałam te akta. Widziałam zarzuty. Widziałam raporty. I nie raz wyobrażałam sobie, jak mogę uczynić ten świat lepszym, pomagając spacyfikować tak radykalne przypadki.
Czy ostatnie miesiące zmieniły mnie na tyle, bym mogła o tym zapomnieć?
Nerwy zżerały mnie od środka, musiałam stoczyć wewnętrzną walkę sama ze sobą. To... To był ciężki wybór moralny. Czy... Czy to kiełkujące uczucie było dla mnie ważniejsze, niż dalsza kariera? Przecież... Przecież gdybym była w stanie na niego donieść, gdybym podała Ducha na tacy w Departamencie... Nie tylko uniknęłabym pytań o tak długą nieobecność, ale i mogłabym pewnie liczyć na awans.
Tylko... Tylko czy chciałam wracać do dawnego, względnie spokojnego życia, za cenę szczęścia i bezpieczeństwa?
Mężczyzna z całą pewnością mógł poczuć, jak moje ciało drży - ze zmęczenia, z nadmiaru emocji, z szoku, ale... O dziwo było mi wyjątkowo dobrze, w tym chwilowym dyskomforcie.
- Ciii... To nie ważne. Liczy się tu i teraz. To przeszłość, już się nie liczy. - Dodałam, chyba próbując samą siebie do tego przekonać.

Scott D'Amico - 2019-09-16, 23:51

Caroline raczej nie mogła podejrzewać, że ten mężczyzna, który był dla niej tak delikatny (a przynajmniej się starał) i któremu tak na niej zależało w rzeczywistości... Był kimś innym.
Scott nie wiedział do czego udało się dojść organizacjom rządowym, jak wiele o nim wiedzieli, ale jeśli chociaż małą część... Wystarczyło.
Czy wstydził się swojej przeszłości? Chyba nie. Duch to bardzo ważna część jego historii, to, co kiedyś robił sprawiło, że teraz był kimś kompletnie innym. Popełnił mnóstwo błędów - niektóre mniejsze, inne cholernie wielkie... A teraz był tutaj. Z kobietą, która sprawiała, że wszystkie problemy odchodziły w niepamięć, był z kimś z kim czuł się po prostu dobrze. I jeśli ktoś będzie w stanie wybaczyć mu błędy popełnione wiele lat temu... To właśnie ona.
Podniósł się razem z nią i objął ją mocno zamykając oczy. Nienawidził siebie za to wszystko, chciał krzyczeć, płakać, ale nie robił tego - wszystkie te emocje schował w sobie, a siebie ukrył w jej ramionach.
- To już nie jestem ja... Nie jestem nim... - wyszeptał, chociaż brzmiało to jakby próbował do tego przekonać sam siebie.
Bzdura.
Oczywiście, że dalej nim był. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że poczuł podniecenie na samą myśl o tym co zrobi jej oprawcom? Ciągnęło go do tego. Trzymając broń przy czyjejś głowie czuł się... Czuł się silny, czuł się Panem sytuacji. I to było cholernie niebezpieczne, te pieprzone instynkty, które próbowały nim zawładnąć.
Odsunął się od niej, jednak nie wypuścił jej ze swoich objęć. Spojrzał jej w oczy szukając... Cholera, czego? Sam nie wiedział czego, ale miał nadzieję, że w jej spojrzeniu nie odnajdzie strachu. Nie zniósł by tego, nie chciał, żeby się go bała...
- Teraz już wiesz właściwie wszystko... Jeszcze masz czas, żeby się wycofać, zanim to... coś co jest między nami stanie się czymś więcej. - postanowił nie owijać już w bawełnę. Jaki miało to sens? Oboje stanęli właśnie przed wyborem. Czy powinni związać swoje losy, czy każde z nich powinno odejść w swoją stronę? Scott doskonale wiedział czego chcę. Pytanie brzmi: Czy Caroline pragnie tego samego co on?

Caroline McCoy - 2019-09-17, 00:13

Poczucie władzy może zmienić człowieka. Może zawładnąć jego życiem, pchając go dalej, w przód, niezmiennie w te same, nie zawsze bezpieczne środowiska. Wiedziałam o tym lepiej, niż mogło się jemu wydawać. Czy sama nie stawałam się bogiem, gdy życie mutantów leżało w moich rękach? Czy nie bawiłam się w stwórcę, przesuwając ich granice tylko po to, by obudzić w nich nowe pokłady energii?
Chyba... Chyba rozmowa z Vincentem uświadomiła mi, jak wielkim potworem byłam w swojej nieświadomości. Tylko co z tego, skoro dalej walczyłam z demonami swojej przeszłości?
Nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Szala zwycięstwa nie chciała się przechylić na żadną ze stron, budząc we mnie ten dziwny niepokój. Teraz... Teraz decyzja należała tylko i wyłącznie do mnie. Nawet, jeśli do tej pory to Scottowi mogło się wydawać, że był panem życia i śmierci - wszystko się zmieniło. A ta odpowiedzialność... Tak cholernie mnie przerażała.
Co, jeśli podejmę złą decyzję?
Odwzajemniłam jego spojrzenie i niestety - wbrew jego oczekiwaniom nie mógł dostrzec w moich oczach spokoju i szczęścia. Byłam przepełniona wątpliwościami i bałam się tego, kim mogę się stać...
- Scott, Ty... Ja... Oboje odbieraliśmy życia. - Wyrzuciłam z siebie w końcu, a w moim głosie dało się wyraźnie wyczuć cierpienie, jakie obecnie przeżywałam. - Nie wiem, które z nas jest gorsze i nie wiem, do kogo powinna należeć ta decyzja, ale boję się... Boję się, że już za późno na wycofanie. - Dodałam po chwili, a moja warga delikatnie zadrżała. Jak bardzo nie chciałam tego przyznawać - nie wyobrażałam sobie, by ten brunet miał teraz nagle zniknąć z mojego życia. Ta dziwna więź, która się między nami zawiązała już przy pierwszym spotkaniu dawała mi dziwną nadzieję, przy nim czułam się bezpiecznie, jakby już nie raz ratował mnie z opresji i zdawało się, że nic nie zmieni mojego myślenia. A to... To chyba było w tym najgorsze. Bo czy wydając go, już na zawsze nie złączę naszych losów, za zamkniętym murem Departamentu?
Nie, Caroline. Nie możesz tak myśleć.
Zachłysnęłam się powietrzem, biorąc głębszy wdech w tych nerwach. Przysięgłabym, że w mojej głowie nagle zawirowało, przez co niemal natychmiast podparłam się o ramiona bruneta. - Przepraszam, ja... - Nawet nie zauważyłam, jak mój szlafrok lekko się poluzował, odsłaniając kawałek jednej z moich najświeższych blizn - paskudne trzy cyferki wyryte nad prawą piersią... - Nie wiem co się dzieje, ale... Od jakiegoś czasu mam te dziwne bóle głowy, i... - Próbowałam się wytłumaczyć z tego nagłego spadku sił, starając się jednak stanąć prosto, by dopiero po chwili zdać sobie sprawę z tego, co właśnie się stało. Niemal natychmiast podniosłam swoją rękę do brzegu szlafroka, by go poprawić, głupio wierząc w to, że mężczyzna wcale nic nie widział...

Scott D'Amico - 2019-09-17, 01:06

Scotta właśnie to poczucie zmieniło nie do poznania - w pewnym okresie jego życia. Krew na rękach stała się jego codziennością do której w pewnym sensie przywykł. Najgorzej, że wtedy nie zawsze potrafił odróżnić dobro od zła. Krzywdził nawet niewinnych ludzi, był nożem do wynajęcia - nie zadawał pytań, po prostu wykonywał zadanie. Pewnie - pieniądze były z tego nie małe, ale jakim kosztem? Kosztem jego duszy. Z każdym kolejnym dniem tracił cząstkę siebie, był bliski tego, by nic nie zostało z jego człowieczeństwa i...
I pewnego dnia zadał sobie jedno pytanie:
Nawet jeśli uda mu się odnaleźć Julie... Czy byłaby zadowolona z tego kim się stał?
I przestał. Z dnia na dzień - zaczął urywać wszelkie kontakty, wyrzucił wszystkie karty sim, przestał pojawiać się w miejscach w których zwykle można było go znaleźć. Jak przystało na ducha - zwyczajnie zniknął.

To co ujrzał w jej oczach... Bolało. Bolało jak cholera, ale przecież potrafił sobie radzić z bólem, prawda? Nie sądził tylko, że kiedykolwiek głupie spojrzenie będzie w stanie zranić go tak mocno. Z tą dziewczyną wszystko było kompletnie inne - zupełnie jakby do tej pory błądził we mgle i nagle pojawił się ktoś, kto złapał go za rękę i wyciągnął. W ciągu tak naprawdę kilku godzin spędzonych razem nauczyła od nowa czym jest cierpienie, tęsknota, pokazywała mu od nowa czym są uczucia. Nie chciał chyba nawet myśleć co będzie dalej, skoro jego serce należało do niej już po pierwszym spotkaniu.
- Nie ma licytacji kto jest gorszy, a kto lepszy... Może... Może po prostu pogódźmy się z tym, że oboje jesteśmy złymi ludźmi i zróbmy coś z tym? Myślę, że... Przy Tobie potrafię być kimś lepszym. - powiedział łamiącym się głosem.
Co by nie było... Na pewno razem będzie im łatwiej stawić temu czoła.
Szkoda, że Caroline musiała zniknąć na tyle czasu, by zrozumiał, że nie potrafi bez niej już funkcjonować.
Kurwa, to przecież jak z jakiejś książki dla nastolatków - czy można po tak krótkim czasie tak cholernie się od kogoś uzależnić? Jak widać na załączonym obrazku - można.
Objął ją nieco mocniej, pewniej, gdy tak wpadła w jego ramiona tracąc na moment równowagę. Szlafrok, którym była okryta odsłonił część jej ciała. Zerknął na moment na jej piersi i chciał odwrócić wzrok, ale... Jego uwagę przykuła blizna. Dość paskudna w dodatku... Kurwa, ona nie powstała w wyniku jakiegoś wypadku, czy coś.
Caroline chciała poprawić okrycie, ale nie pozwolił jej na to. Złapał ją za dłoń i powoli ją odsunął, po czym poluzował szlafrok tak, by się temu przyjrzeć.
Przesunął palcami po bliźnie, druga dłoń mimowolnie zacisnęła się w pięść. Jego knykcie zbielały i...
- Kurwa... - warknął tylko nie odrywając wzroku od tego pierdolonego numerku wyrytego w jej ciele.
- Oni Cię... Oni Cię oznaczyli jakimś... Jakimś jebanym numerem?! - wycedził przez zęby, aż wreszcie odsunął się od niej i drżącymi dłońmi sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów.
Bezceremonialnie odwrócił się do niej i podszedł do pierwszego napotkanego okna. Otworzył je i rozpalił papierosa stojąc plecami do niej.
Potrzebował tego, potrzebował zajarać tą cholerną fajkę, ponieważ jeśli tego nie zrobi, jeśli choć trochę się nie uspokoi... Zwyczajnie wyjdzie stąd i użyje każdego ze swoich kontaktów na całej tej jebanej planecie i ich odnajdzie. A gdy już to zrobi sprawi, że będą cierpieć tak mocno jak jeszcze nigdy nie cierpieli. Doprowadzi ich do takiego stanu, że śmierć będzie im się wydawać najlepszym wyjściem, będą o nią błagać.
- Zabiję tych skurwysynów... - warknął sam do siebie pod nosem i ponownie podniósł papierosa do ust.
Zaczęło mu się kręcić w głowie od tych wszystkich emocji - przede wszystkim od gniewu.
Nie potrafił na nią spojrzeć. Nie potrafił, ponieważ wyobrażał sobie jak wiele musiała tam znieść. I nienawidził sam siebie za to, że pozwolił jej w tym trwać, że nie odnalazł jej wcześniej.
Nie miało znaczenia to, że przecież nie mógł wiedzieć, że dzieje jej się krzywda - powinien się, kurwa domyśleć!
- Idiota... Jestem jebanym idiotą, dlaczego nie przyłożyłem się do tego bardziej, dlaczego nie spędziłem każdego dnia na szukaniu Cię... Dlaczego jestem takim pierdolonym kretynem!? - powiedział i zacisnął palce lewej dłoni na parapecie. Jego ciało drżało, a w jego głowie szalało tornado.
Nie uratował Julie przed tym wszystkim. Nie uratował Caroline.
Nikogo nie potrafił uratować...
Nawet siebie samego.

Caroline McCoy - 2019-09-17, 01:40

Czy i ja byłam zdolna zakończyć swoje praktyki? Jeszcze... Jeszcze kilka godzin temu powiedziałabym, że tak. Ale teraz, gdy miałam przed sobą poszukiwanego przestępce... Czy dalej chciałam z tego zrezygnować? Czy wiedząc, że to jest moja szansa na odzyskanie łask w tak paskudnej organizacji jaką jest Rząd... Chciałam z niej skorzystać?
Wiele bym dała, by móc poznać jego motywy. By wiedzieć, co sprawiło, iż duch udał się na emeryturę. Ile bym dała, by znaleźć w sobie tyle samozaparcia, by dążyć do stania się lepszą wersją siebie. Zamiast tego, miałam wrażenie, że coraz bardziej zatapiam się w ciemności, gubiąc gdzieś swoją dawną niewinność.
A najgorsze, że obawiałam się, że nawet obecność bruneta mnie przed nią nie uratuje, wręcz pchając mnie w nią coraz głębiej i głębiej - tak długo, jak nie będzie odwrotu.
Z tego dziwnego transu szybko jednak wyrwały mnie jego słowa. Stańmy się lepsi - tak piękna dewiza, którą chciałabym się kierować, ale... Nie wiedziałam, czy mam w sobie wystarczająco sił na takie wyzwanie. Mimo wszystko jednak pokiwałam swoją głową, pociągając lekko nosem.
- Jeżeli Ty potrafisz... To czy ze mną może być inaczej? - Zapytałam, próbując przywołać na swoje usta choć delikatny uśmiech. Chciałam wierzyć, że mogę być dobra. Że mogę zerwać z przeszłością, że ta pokusa nie okaże się silniejsza ode mnie, ale... Ale najpierw musiałam mieć pewność.
- Myślisz... Że byłbyś w stanie mnie znienawidzić? - Zapytałam, wlepiając w niego swoje ślepia, jakbym chciała uniknąć jakichkolwiek niedomówień. - Czy będziesz po mojej stronie, niezależnie od wszystkiego? - Dodałam po chwili, zdecydowanie zbyt lekko jak na dylematy, z którymi właśnie się zmagałam.
To... To naprawdę było głupie. Takie przywiązanie w ogóle nie powinno mieć miejsca, nie w moim życiu. Przecież... Przecież przez tyle lat bała się mężczyzn - dlaczego więc teraz pozwalałam tak bardzo mu się do mnie zbliżyć?
Szybko zaczęłam tego żałować - jego nagły chwyt nie tylko wywołał we mnie strach i panikę, ale i... Dziwny prześwit, gdzieś z tyłu głowy, przez który mimowolnie pisnęłam.
- Nie... - Wypadło z moich ust niemal bezdźwięcznie, a łzy same zaczęły płynąć po moich policzkach, jak na dziwną komendę. Nawet... Nawet nie wiedziałam, czemu ten jeden gest tak negatywnie na mnie wpłynął. ale czułam, że muszę się uwolnić - wyszarpując mu swoją rękę i zasłaniając każdy skrawek skóry, który do tej pory był odkryty. Ja... Ja znowu czułam się tak brudna i upokorzona, jak tej nocy, gdy ta blizna pojawiła się na moim ciele. Czułam, jak cała drżę, niemal od razu opadając znowu na krzesło. Jego słowa... Tak dziwnie odbijały się w mojej głowie a ja nie potrafiłam znaleźć w sobie sił, by jakkolwiek mu odpowiedzieć, wyrzucając z siebie jedynie cichy szloch - bo przecież za każdy krzyk byłam karana.
- To... To nie... - Zająknęłam się, między kolejnymi haustami powietrza. Chyba powoli zaczynałam się hiperwentylować. Nie mogłam powstrzymać płaczu - ze wstydu, z bezsilności, z tej dziwnej, wewnętrznej paniki, która kazała mi się bronić.
Tylko... Przed czym?

Scott D'Amico - 2019-09-18, 23:09

Jeżeli mieli całkowicie odmienić swoje dotychczasowe życie to Caroline będzie musiała podjąć decyzję. On już podjął. Wierzył w to, że będzie w stanie całkowicie porzucić swoje poprzednie życie - oczywiście zaraz po wymordowaniu tych, którzy jej to zrobili - ale to zamierzał przemilczeć.
Dlaczego Duch udał się na emeryturę? To proste. Miał dosyć patrzenia codziennie w lustro z obrzydzeniem. Nienawidził sam siebie. Dzień zaczynał lufą czystej wódki - kończył podobnie. Tak się przecież nie da funkcjonować. I tylko chęć odnalezienia Jules trzymała go przy życiu.
Z resztą... Nie zmieniło się wcale tak wiele. No dobra, może nienawidził się trochę mniej. A przynajmniej nie zmieniło się do momentu w którym poznał Caroline.
Przy niej zaczynał rozumieć, że... Że można inaczej. Nie został jeszcze skreślony przez ten cholerny świat, dostał szansę na coś nowego, coś... Coś pięknego. I, cholera, zamierzał z niej skorzystać.
- Nie... Nie dałbym rady Cię nienawidzić. Po prostu bym nie potrafił. - odparł cicho. Niby jak miałby to zrobić? Dla niego ta dziewczyna była ucieleśnieniem dobra - nie wiedział o niej zbyt wiele, ale to, że była taka delikatna, to, że dźwięk jej głosu go uspokajał, a uśmiech sprawiał, że czuł się jak na jakiejś ekstazie... No cóż. Dla niego była ideałem - nic innego się nie liczyło.

Ale teraz stał plecami do niej. Nerwowo obracał papierosa między palcami raz po raz podnosząc go do ust, by wpuścić do swoich płuc kolejną chmurę dymu.
Nie chciał, żeby się go bała - ale zwyczajnie nie potrafił się pohamować. Nie mógł sobie wybaczyć tego, że na to wszystko pozwolił i... Nie potrafił zrozumieć jak ktoś mógł jej to zrobić. Jak można skrzywdzić kogoś takiego jak Caroline, a co ważniejsze... Z jakiego powodu? Dla czystej zabawy? Czy może ktoś się na niej mścił, a jeśli tak to za co?
Wyrzucił wreszcie papierosa przez okno i zamknął je, po czym odetchnął głęboko i odwrócił się do niej.
Przetarł dłonią twarz i westchnął kręcąc głową.
Odsunął się od parapetu i ruszył w kierunku kuchni.
Otworzył lodówkę i nie zważając na wydobywający się z niej zapach] przejrzał jej zawartość. Znalazł to na co liczył - butelka wina. Możliwe, że nawet jedna z tych, którą kupowali ostatnim razem - wtedy, gdy zaprosiła go (chyba nie do końca świadomie) do swojego mieszkania.
- Nie wiem jak Ty... - zaczął będąc jeszcze w kuchni - ... ale mi przyda się odrobina na rozluźnienie. - dokończył wychodząc z niej już z dwoma lampkami, oraz z odkorkowaną butelką. Nalał jej, po czym sobie, no... No sobie dość sporo alkoholu i nie czekając na nią zwyczajnie przechylił go na raz.
- Dobra. Chyba.... Chyba musimy się trochę oboje uspokoić. Zbyt wiele emocji, zbyt wiele, tego... Eh, tego wszystkiego. Ja... Pytałaś mnie wcześniej, czy potrafiłbym Cię znienawidzić. - urwał na chwilę i spojrzał jej prosto w oczy jednocześnie wyciągając do niej dłoń.
- Myślę, że nawet jeśli cały świat Cię znienawidzi... Ja będę stał za Tobą jak mur, dam się za Ciebie pochlastać. Nie... Pochlastam każdego, kto spróbuję Cię jeszcze raz skrzywdzić. Obiecuję, Caroline. Jeśli o mnie słyszałaś, wiesz... Wiesz, że Duch nie rzuca słów na wiatr.

Caroline McCoy - 2019-09-18, 23:46

Świadomość, że nie jesteś sam w tym świecie, że ktoś zawsze trzyma Twoją stronę, mogłaby być tak budująca. Normalnie pewnie czułabym, jak moje skrzydła się rozrastają - otwierając przede mną nowe drogi, dając nowe szanse - na odkrycie tego co nieznane. Ale... Jak to zwykle bywa, nie wszystko mogło pójść zgodnie z planem.
Gy on stał tak daleko ode mnie, uspokajając własne nerwy, ja przechodziłam istną gehennę - widząc przed oczyma nie tylko przykre wydarzenia sprzed trzech miesięcy, czując nie tylko ból spowodowany wycinaniem tych piekielnych cyfr, nie tylko wcieraniem w nie soli tą paskudną, obleśną dłonią... W mojej głowie odbijały się głuche słowa, wypowiadane z dziwnym ciepłem, będąc jednocześnie tak... Niepokojące? Księżniczka? Czułam dziwny niepokój, którego nie byłam w stanie zrozumieć, ale który zmuszał mnie do zamknięcia się we własnych objęciach - jakby to miało mnie przed czymkolwiek obronić. Jeśli do tej pory Scottowi wydawałam się krucha, to jaka teraz się stałam?
Łzy same spływały mi po policzkach, kreśląc na nich zimne ślady przeszłości, która dopadała mnie w najmniej odpowiednim momencie. Nie potrafiłam się uspokoić, nie potrafiłam wyjść z tych strasznych wizji, nie potrafiłam odnaleźć ujścia dla swojego strachu. A sposób mężczyzny na poradzenie sobie z tą histerią... Z całą pewnością nie należał do najlepszych.
Byłam głucha na jego słowa, Przestałam rozumieć jego czyny. Jedyne co teraz widziałam, to jego spojrzenie i dłoń, która wyciągała się w moim kierunku - w stronę tej kruchej skorupy, którą próbowałam wokół siebie zbudować. - Nie, nie, nie, nie... - Powtarzałam niczym mantrę, mając wrażenie, że już kiedyś tak robiłam - i że to wcale w niczym nie pomogło. Moje usta wygięły się w nieprzyjemnym grymasie, a szloch nie ustępował. Łapanie oddechu było coraz cięższe, co z całą pewnością odnalazło odpowiedź w czerwieniącej się skórze na twarzy i chłodnych, drżących dłoniach.
Pochlasta? Skrzywdzi? Czemu te słowa wydawały się teraz tak ciężkie, tak nieznośne w swej wypowiedzi? Czemu brałam je tak bardzo do siebie, jednocześnie nie pozwalając, by cokolwiek ze mnie uciekło? Przesyt emocji, jakie teraz odczuwałam był nieznośny i bolesny - wręcz w fizycznym odczuciu. Czułam się słaba, a w całych tych nerwach, jedyne co byłam w stanie zrobić, to odsunięcie się od ręki wyciąganej w moją stronę. Sama nie wiem, czy to moja nagła reakcja, czy bogowie prania naprawdę mnie nienawidzą, ale wytrąciłam mu przez to szkło trzymane w jego dłoni.
Kieliszek upadł, nie tłukąc się jednak w drobne kawałeczki. Szkarłatna ciecz pokryła jednak w znacznym stopniu śnieżnobiały dywan, wyłożony na podłodze, dając po sobie niezmywalny ślad po tragedii, jaką przeżywałam w swoim wnętrzu.
Czy był dla mnie jeszcze ratunek? Czy Scott mógł znaleźć odpowiedź na ten ból, który był tak głęboko we mnie skrywany, od tak wielu lat? Czy mógł być na niego odpowiedzią?
Nie wiedziałam. Nie teraz. Nie w tej chwili...



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group