Samantha Bartowski - 2019-02-08, 21:35 Mój szloch ustał w chwili, gdy drzwi na klatce się otworzyły z nie lada hukiem. W tych framugach dostrzegłam dziwnie znajomą, a jednak tak rozmazaną twarz... Czy to ta kobieta ledwie kilka dni temu wzięła ode mnie przepustkę dla Ricky?
Przetarłam swoje powieki dłonią, biorąc głębszy wdech. Tak, to zdecydowanie była ona. A Roseberry... Jej tu dalej nie było. Dalej nie miałam od niej żadnego znaku życia. Co, jeśli mnie oszukała? Jeśli ta przepustka nigdy do Kruszyny miała nie trafić? Albo co, jeśli mnie oszukała w inny sposób i tak naprawdę brunetkę schwytano?
Ogarniała mnie złość doprawiona paniką. A jednak... Nie miałam sił o nic pytać czy tego podważać. Nie, gdy w mojej głowie odbijały się tylko głuche słowa.
Odporni są odpowiedzią...
Od kilku dni Te słowa roznosiły się bardziej, niż ogarniająca mnie zaraza. Co najgorsze - nie wiedziałam już, czy to wina halucynacji, czy ta kobieta serio mogła być odporna? Wypieki na twarzy mogły o tym świadczyć. Ponoć tak miało się rozpoznać tych, którzy mieli dać lekarstwo. Czy... Czy to mogła być prawda?
Nie spuszczałam z niej wzroku. Nie mogłam znaleźć żadnych słów, które wydawałyby się teraz odpowiednie.Po prostu się na nią tępo gapiłam, wciąż mając przed oczami wydarzenia z dnia poprzedniego i mój obecny, idący w tym samym kierunku stan...
- H-hej... - Rzuciłam tylko zachrypniętym głosem, przez moje spierzchnięte usta. Starałam się wyprostować, powstrzymać kolejne torsje ogarniające mój żołądek i łzy, wciąż napływające pod powieki. Widziałam, jak wygląda. Widziałam krew na jej skórze. Widziałam to przerażenie i osłupienie. A jednak... W tej jednej chwili nie miało to dla mnie znaczenia. Przestało się dla mnie liczyć wszystko - w imię nie zakończenia swojego losu, jak nieszczęsna Vivien.
- To Ty mi pomogłaś kilka dni temu, nie? - Zapytałam, przywołując na usta bardzo niepewny uśmiech, by po chwili - dość nieporadnie - zbliżyć się do znajomej. - Powinnam się chyba odwdzięczyć. Ja... Znam jednego psa. Zostawił... Zostawił bandaże. Ja nie umiem, ale może sama dasz radę sobie to... Opatrzyć? - Dodałam po chwili, mało pewnie, przełykając głośniej ślinę. Musiałam wyglądać na tak samo przerażoną, jak ona. Ale... Nie miałam już nic do stracenia, po prostu otwierając szerzej drzwi, które jeszcze chwilę temu miałam ochotę zatrzasnąć.Maysilee Griffith - 2019-02-11, 23:37 Nieistotne, jak bardzo starała się skupić na wykonywanych czynnościach... Na tym, by utrzymać równowagę, by nie wyrżnąć się o pozwijane ciuchy czy progi, jakie dosłownie nagle wyrastały tuż przed jej nogami... Nieważne, jak mocno wytężała zmysły, usiłując ogarniać to wszystko, co działo się dookoła niej. Po prostu nie była w stanie tego zrobić, mogąc wyłącznie dziękować wszystkim siłom, że nie znajdowała się w znacznie gorszych okolicznościach.
W końcu dookoła niej było względnie spokojnie, czyż nie? Zwłaszcza jak na sam środek DOMu, w którym - bądź co bądź - zazwyczaj nie było ani trochę bezpiecznie, tym razem nie wyczuwała większego niebezpieczeństwa. Tym razem sądziła, że największym potencjalnym zagrożeniem była wyłącznie ona sama. Dla siebie, nie dla innych - warto dodać. Zwyczajnie ledwo trzymała się na nogach, prawie rozbijając sobie głowę, gdy wypadła przez drzwi na klatkę schodową.
Słysząc czyjś głos, potrzebowała też dłuższej chwili, by w ogóle skupić na czymś spojrzenie, kilkanaście sekund później kierując je w stronę rozmazanej sylwetki - Samanthy? to była ona? tak się nazywała? - i mrugając nieprzytomnie. Tak cholernie ciężko było jej rozróżnić kolejne słowa, wytężając słuch i wyłapując wyłącznie części wypowiedzi kobiety...
- Uh-uh? - Mruknęła niepewnie, bardziej pytając niż potwierdzając słowa Sam. Tak, pamiętała coś takiego. Mgliście, jednak z pewnością. Nie była tylko w stanie ulokować tamtego momentu w żadnej konkretnej linii czasowej, co dopiero mówić o określonej dacie. Mimo to, nie zastanawiała się nad tym zbytnio. Bandaże brzmiały zbyt dobrze, zbyt... Kusząco. Nie mogła odpuścić, po prostu nie zamierzała zmarnować takiej okazji, nawet jeśli nie sądziła, że da radę samodzielnie zająć się swoimi ranami.
- Dzdzdziękuję... - Mamrocząc, bez zastanowienia oparła się o ścianę, stawiając powolne, drżące kroki w kierunku mieszkania sąsiadki Thomasa i Marii.Samantha Bartowski - 2019-02-18, 22:39 Nie wiem co mną kierowało. Z całą pewnością po przeżyciach ostatniej nocy nie myślałam trzeźwo. Nie byłam już sobą. Chciałam po prostu... Przetrwać. Nie dla siebie, nie dla Briana, nie dla Dale'a i nie dla Ricky. Ja... Musiałam zawalczyć o to, co sama powołałam do życia - niezależnie od tego, czy stało się to intencjonalnie, czy też nie.
Właśnie dlatego pozwoliłam tej zarumienionej dziewczynie przejść koło mnie i odwrócić się plecami. Przecież... Dobrze wiedziałam, że w tym mieszkaniu wciąż leżał trup tamtej kobiety. Ja... Ja wcale nie chciałam tam wracać. Nie chciałam czuć zapachu śmierci. Nie chciałam znów przebywać przy tym truchle...
Chyba już bardziej machinalnie, złapałam pierwsze, co wydawało się dość ciężkie i twarde. A że cala ta kamienica wyglądała, jakby miała się niedługo rozpaść, wcale nie było trudno o kawałek gruzu czy kamień. Ja... Sama nawet nie wiedziałam, co trzymałam w swojej dłoni, gdy łzy same cisnęły się do moich oczu.
- Przepraszam... - Zdążyłam tylko wymamrotać, nim zamachnęłam się tym jakże niebezpiecznym, ledwie zdobytym narzędziem, by trafić tę dziewczynę w tył głowy. Tak bardzo miałam nadzieję, że to wystarczy. Ja... Sama nie miałam wiele sił, ale przecież nie mogłam ryzykować, że za kilka chwil i mi się oberwie. Brakowało mi dawnej werwy i energii, by móc się teraz mierzyć z kimkolwiek. Jednocześnie... Och, tak bardzo nie chciałam jej robić krzywdy!
Ale gdy miałam wybór... Życie jej, albo tego maleństwa które powoli zaczynało rosnąć pod moim sercem, nie mogłam się dłużej wahać.
Odporni są odpowiedzią. Odporni są odpowiedzią. Odporni są... Lekarstwem... - Powtarzałam w głowie niczym mantrę słowa usłyszane gdzieś na ulicy, jednocześnie nie mogąc opanować własnych emocji, gdy zdałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam. Pisnęłam, wypuszczając kamień z dłoni i zakrywając własne usta obiema dłońmi, nim całkowicie zalałam się łzami. Czułam się paskudnie sama ze sobą. Kim się stałam? Dlaczego pozwoliłam na to, by Rząd doprowadził mnie do takiego stanu? Czy naprawdę nie potrafiłam zachować się logiczniej niż zwierze przyparte do muru?
Płakałam, opadając na własne kolana z bezsilności. Wiedziałam jednak, że czas ucieka - o ile oczywiście mój cios nie okazał się zbyt silny. Zbliżyłam się więc do brunetki, ledwie człapiąc na czworakach, aż ujrzałam ledwie zaschnięte rany na jej dłoni.
- Przepraszam, tak bardzo Cię przepraszam... - Powtarzałam, zachrypniętym i ledwie zrozumiałym głosem, podnosząc lekko jej rękę. Było mi niedobrze na samą myśl tego, co chciałam dalej robić, ale jednak... Musiałam. Musiałam, by nie skończyć jak Vivien.
Próbowałam rozdrapać jej rany, byle choć odrobina krwi zaczęła spływać po jej bladej skórze. Niewiele to jednak dawało - prowadząc do pojawiania się zaledwie kilku szkarłatnych kropelek, które tak usilnie próbowałam zlizać - z każdą próbą płacząc coraz mocniej.
Brzydziłam się. Nie tylko tą sytuacją, ale samą sobą...
W końcu jednak któraś z ran ustąpiła, dając z siebie dużo więcej tego upragnionego przeze mnie trunku. Musiałam liczyć, że to wystarczy...
Co dziwne - mimo ogólnego paskudnego samopoczucia i okropnego poczucia winy - mogłabym przysiąc, że rzeczywiście czułam się lepiej. Czyżby... Czyżby mieli rację?
Wytarłam swoje usta, wciąż walcząc ze spływającymi łzami po moich policzkach. Resztką sił odnalazłam jedynie opatrunki, które niedbale rzuciłam tuż przy nieprzytomnej dziewczynie, nim sama uciekłam z tego przeklętego mieszkania, nie wiedząc nawet, dokąd kroczę...