To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

dzielnica ochrony mutantów - Uliczka

Maysilee Griffith - 2018-10-08, 23:42

Słysząc jego słowa, kilka razy pokiwała głową. Faktycznie, istniało prawdopodobieństwo, że widywał ją tu w częstotliwości, która mogła być zbliżona do tego jego codziennie. Kilka razy w tygodniu odwiedzała przecież Dzielnicę - dokładnie wtedy, kiedy czuła się najpotrzebniejsza. Dla zagubionego chłopaka, dla którego czas nie grał aż tak dużej roli, musiało to brzmieć naprawdę realnie. Nie tłumaczyło to jednak, czemu nadal brał ją za ducha.
- Czy to ostatnie... - Zawahała się, spoglądając na niego spod zmrużonych powiek. - To groźba? - Nie mówiła tego całkowicie na serio, ale jego słowa brzmiały dosyć... Niefortunnie. Stanie przed nim równoznaczne z jej śmiercią? Tak mówili wyłącznie dresiarze, wampiry i niespełnieni twórcy horrorów... A on nie wyglądał na któregokolwiek z nich. No, przynajmniej do czasu, kiedy nie poczuła się przez niego odepchnięta. Dosłownie. Wtedy faktycznie zaczęła rozważać zakwalifikowanie go do grona obrońców dzielnicy. Mimo to, ani trochę nie myślała o momentalnym przerywaniu ich rozmowy. Przynajmniej teraz.
- Może minęliśmy się kilka razy w jakiejś kawiarni? Piekarni? Barze? Sklepie z narzędziami? - Spytała, ciągnąc się zębami za wargę i usiłując wpaść na to, skąd ewentualnie mógłby ją kojarzyć, bo ona... Miała złudne wrażenie, że go znała. Nadal, nawet mimo sceny sprzed kilkudziesięciu sekund, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to był on. Być może to właśnie przez to tak ciężko jej było powiedzieć do widzenia, zostawiając tylko te wszystkie rzeczy, jakie chwilę wcześniej mu zaoferowała. Naprawdę duża część jej chciała jeszcze chwilę ulegać złudzeniom, nawet tak ulotnym.
- Pracowałam jako kelnerka w barze w Seattle albo... Może w Kansas? City? - Być może to właśnie miejsce jej urodzenia było kluczem do tego, gdzie mogli się spotkać. Inaczej z pewnością by go nie zapomniała. Nie sposób było wyrzucić z pamięci kogoś, kto sprawiał tak znajome i bliskie wrażenie, zwłaszcza po tych wszystkich dosyć traumatycznych wydarzeniach, z którymi w lwiej części już jakoś się pogodziła, ale które na zawsze miały pozostać w jej wspomnieniach. Po tym spotkaniu także miała o nim pamiętać. Była tego stuprocentowo pewna, zwłaszcza że znała przyczynę. Tęskniła do przeszłości i do ludzi z nią związanych, w szczególności zaś do tej wyjątkowej dwójki.
- Nie jesteś? - Powtórzyła po nim, ponownie lekko marszcząc brwi, bo chyba odrobinę wypadła z tematu. W tym samym momencie uświadamiając sobie, że dodatkowo jeszcze mu się nie przedstawiła. A przecież tego właśnie wymagała kultura, czyż nie? Nawet - a może szczególnie? - w takim miejscu. Było tu dostatecznie niemiło i nieprzyjemnie, by jeszcze dokładać do tego bycie gburem czy tam gburzycą. Dlatego Maysilee bardzo ostrożnie - pamiętając jego wcześniejszą reakcję - wyciągnęła przed siebie rękę.
- A ja jestem... Sally. - Pierwsza, wyjątkowo wyraźna różnica tkwiła w tym, iż Tobey nigdy by jej tak nie nazwał. Dla niego zawsze była Mayą, nieczęsto Maysilee, ale nigdy Sally. Być może to miało jej dać trochę ochłonąć, choć nadal czuła wysychające łzy na policzkach. Naprawdę chciałaby, żeby to jednak był ktoś, kogo już dawno straciła.
Druga, choć już bardziej ciekawostka, sprawiała, że imię Sally zdecydowanie bardziej tu pasowało. Skoro upierał się, iż była martwa, naturalne skojarzenie z Sally F. Skellington z The Nightmare Before Christmas. Szkoda tylko, że święta Bożego Narodzenia miały dla niej samej ten specjalny, naprawdę nostalgiczny wydźwięk. Ale o tym nie musiał już wiedzieć, nieprawdaż? A ona zamaskowała to kolejnym, wyjątkowo pogodnym uśmiechem, moment później instynktownie czerwieniąc się na... Niewybredną propozycję chłopaka.
- Nie zrozum mnie źle... - Czy nie od takich słów zaczynały się wszystkie niezbyt przyjemne zdania? - Ale chyba nie jestem z tych dziewczyn. Po prostu weź ode mnie te rzeczy, nie musisz mi... No, nic za nie oferować. - Nie chciała, żeby poczuł się z tym źle. Przecież nie oceniała ludzi po tym, co robili. A przynajmniej starała się tego nie robić. Jeśli tak właśnie zarabiał na pożywienie, było jej go wyłącznie szkoda, nie zamierzała w żaden sposób stygmatyzować chłopaka. Ludzie w tragicznych okolicznościach po prostu starali się przeżyć...

Toby Jensen - 2018-10-09, 18:54

Thomas spoglądał na brunetkę spod zmarszczonych brwi. Groźba? Jaka groźba? Nie do końca rozumiał. Próbował przeanalizować swoje słowa, ale nie szło mu najlepiej. I huh, najwidoczniej udało mu się odkryć kolejną rzecz, w której był niezwykle kiepski. Chłopak pokręcił przecząco głową. Kawiarnia? Piekarnia? Bar? Sklep z narzędziami? Czy ona widziała w jakim miejscu się znajdowali? Czy ona widziała w jakim on był stanie? Czy ona uważała, że on mógł przebywać w podobnego typu miejscach? Otworzył usta, ale właściwie żadne słowo się z nich nie wydobyło, więc znowu je zamknął i pokręcił – po raz tysięczny – głową.
– Chyba pochodzę z Bostonu – powiedział po chwili zawahania bo właściwie tego też nie był pewien, ale… ale przecież to stamtąd udało mu się uciec, prawda? Nie wiedział jakim cudem znalazł się w Seattle. Nie pamiętał dokładnie swojej ucieczki, ani tego co robił kilka tygodni po niej, ale.. udało mu się. I jeśli miał być czegoś pewien to fakt, że przebywał w Bostonie. – Byłaś w Bostonie? – spytał cicho, posyłając jej natarczywe, niemal błagalne spojrzenie. Potrzebował twierdzącej odpowiedzi, naprawdę tego potrzebował. Nie był człowiekiem, który posiadał nieograniczone pokłady nadziei – tego chyba był pewny, ale… Ale wydawało mu się, że w tej sprawie czuł coś dziwnego w żołądku. Miał nadzieję. A ona nie mogła tego tak zniszczyć. Rozpaczliwie potrzebował, by mu przytaknęła.
– Zły… Nie jestem zły – wyjaśnił, spuszczając wzrok na wyciągniętą dłoń. Sally? Nie potrafił tego określić, ale kompletnie nic nie poczuł, słysząc jej imię. Okej, zdawał sobie sprawę z tego, że z jego pamięcią było kiepsko, ale powinien coś poczuć. Cokolwiek. A tymczasem… Chłopak przyjrzał się jej badawczo, zupełnie jakby podejrzewał ją o kłamstwo. Nie pasowało do niej to imię. Było takie… takie obce. Mimo wszystko uścisnął jej dłoń, będąc przy tym nieźle skołowany.
– Co? – wyrzucił z siebie, znowu energicznie kręcąc głową. Nie, nie, nie. Nie to miał na myśli. W tym momencie wyglądał na naprawdę przerażonego. Przerażonego tym, że pomyślała, że proponował jej takie rzeczy. Walker przełknął ślinę. – Nie, źle mnie zrozumiałaś, ja nie… Ja nie… Po prostu godzina policyjna i…. – ugh! Świetnie, Walker. Ty to potrafisz rozmawiać z dziewczynami. Chłopak westchnął ciężko. – Słuchaj, nie chcę twoich kanapek. Znaczy, chcę, ale nie aż tak bardzo. Ja… porozmawiaj ze mną proszę. Tylko ty możesz mi pomóc. Jesteś jak… jak… – zacisnął mocno usta, zastanawiając się gorączkowo. Miał to na końcu języka. Wiedział to. Naprawdę to wiedział. Nie potrafił powiedzieć skąd, ale… i nagle z jego ust wydobyły się trzy słowa: – Obi Wan Kenobi.

Maysilee Griffith - 2018-10-09, 19:46

Boston... Ładne portowe miasto, w którym przebywała zdecydowanie krócej, niżeli mogłaby tego chcieć, a jednocześnie prawdopodobnie dłużej, niż powinna. Gdyby wyjechali stamtąd dzień czy pół dnia wcześniej, prawdopodobnie już dawno byliby w Europie. Szczęśliwi, spokojni, bardziej bezpieczni niż teraz. Żywi. Wszyscy. Razem. Kiedy zatem usłyszała o tym nieszczęsnym miejscu, mimowolnie się wzdrygnęła, wychwytując jednak jedno nietypowe słówko w wypowiedzi chłopaka, o które postanowiła go spytać.
- Chyba? - Albo się skądś pochodziło, albo też nie. Pochodzenie nie musiało być równoznaczne z miejscem urodzenia - przynajmniej ona tak uważała, nie do końca wiedząc, gdzie się urodziła, ale za miejsce własnego pochodzenia nieodmiennie uznając Kansas City. Tym bardziej jego niepewność była dla niej czymś nietypowym.
Co zaś tyczyło się samego Bostonu, nie mogli się tam widzieć. Była tego w stu procentach pewna. Nie chciała też odpowiadać na jego pytanie, ostatecznie ograniczając się do prostego i krótkiego:
- Byliśmy tam przez chwilę. Z chłopakiem, z którym cię pomyliłam. I z moją siostrą. - Na ten moment uważała, że to wystarczy, odpowiadając mu wyłącznie przez to, że jego spojrzenie było tak... Proszące? Nie mogła milczeć.
- Myślałam, że jesteś. Zareagowałeś tak... Gwałtownie. - Odpowiedziała, wbijając w niego spojrzenie, ponieważ teraz - już po pewnym czasie od pamiętnego zdarzenia, zaczęło ją to na swój sposób zastanawiać. Faktycznie nie wyglądał na kogoś, kto naumyślnie zachowywał się nieprzyjemnie w stosunku do innych, ale przecież teoretycznie mogła się mylić. Nie miała zbyt dużych zdolności do rozszyfrowywania intencji innych ludzi. Wręcz przeciwnie, każdy był dla niej na swój sposób dobry, reszta zależała już tylko od sytuacji, w jakiej się znalazł.
Tym razem było to... Nietypowe i niezmiernie konsternujące. Czyżby uznał to za atak? Chęć odebrania mu czegoś, co przy sobie posiadał? Instynktownie chciał się przed nią bronić? To miejsce przecież musiało tak wpływać na jego mieszkańców... Było szare, smutne, przepełnione i niebezpieczne. Nie mogła nic na to poradzić, nawet jeśli sama nie chciała przecież źle. Wtedy dała się ponieść emocjom, teraz zaś była już tylko zaciekawiona tym, o co chodziło. I z chwilą, w której uścisnął jej dłoń, spojrzała mu głębiej w oczy, nie mogąc powstrzymać się przed zadaniem pytania.
- A ja? Jestem aż taka straszna? - Mówiąc to, uniosła oba kąciki ust, jednocześnie nie przetrzymując już dłużej jego ręki w uścisku swojej, tylko wypuszczając ją delikatnie. - Często... No, wiesz, dotykasz się z duchami? - Kolejne dosyć głupie, raczej niepotrzebne pytanie, ale przed tym też nie była w stanie się pohamować. Po prostu... Im dłużej tu stali, tym bardziej pokazywała mu, jak bardzo żywa była. On zaś prawdopodobnie dalej zamierzał upierać się przy swoim. Widziała to gdzieś tam w jego postawie. Naprawdę miał ją za ducha. Nie żartował.
Zresztą... Dotykanie się z duchami miało też jeszcze jedno poważne znaczenie dla tego, co jej proponował. No, a może raczej - dla tego, co niepoprawnie uznała, że jej oferował. Uświadomiwszy sobie swoją niefortunną pomyłkę, Maysilee jeszcze bardziej się zaczerwieniła, wybuchając dosyć niezręcznym śmiechem. Kiedy tak trzeźwo o tym pomyślała... Tak, to faktycznie brzmiało niezmiernie głupio, powodując u niej jeszcze głupszy uśmiech. W przeciwieństwie do Thomasa, który najwyraźniej czuł się z tym wszystkim po prostu źle. Do tego stopnia, że zaczynało jej być go szkoda. Niepotrzebnie znowu zaczynał aż tak bardzo się stresować. Wystarczyło, że ona trochę to robiła.
- Nie przejmuj się mną, jestem... - Zaczęła, dosłownie wchodząc mu w słowo, aby urwać w momencie, w którym do jej uszu dotarło jego porównanie. Nerdowskie, a jednak obecnie dosyć niecodzienne. Wpierw pojawił się Boston, teraz to. Mai jeszcze raz zakręciło się w głowie. - Jasne. Co chcesz ode mnie usłyszeć? - Mruknęła dopiero po paru sekundach, przygryzając wargę. - Obi Wan Kenobi... Now that's a name I've not heard in a long time. A long time... Używaliśmy tego z przyjacielem, o którym ci mówiłam. Jesteś pewien, że go nie znasz? Nic nie słyszałeś? - Nie mogła sobie tego darować.

Toby Jensen - 2018-10-16, 18:09

Słysząc to powątpiewające chyba, Thomas po prostu wzruszył ramionami. Co niby miał powiedzieć? To nie miało znaczenia. Nie, właściwie to kompletnie nie miało znaczenia, dlatego nie zamierzał się na tym skupiać. Wystarczająco dobijało go to, że z całego swojego życia pamiętał zaledwie dwa lata. Nie musiała mu jeszcze bardziej tego utrudniać. Był wystarczająco zagubiony. A Boston… Boston brzmiał jak miejsce, w którym mógłby się urodzić. Ba! Boston brzmiał jak miejsce w którym mógłby mieszkać. Całe te przypuszczania dodatkowo potwierdzał fakt, że na jakąkolwiek myśl o Bostonie czuł jak coś przewraca się mu w żołądku. Nie potrafił do końca zidentyfikować tego uczucia. Nie wiedział z czym było związane. Ale to musiało coś znaczyć, prawda? Chciał wierzyć, że to coś znaczyło.
– Czyli znamy się stamtąd – zadecydował niezwykle naiwnie. Nie interesowało go za bardzo to, że dziewczyna była tam krótko i go wcale nie pamiętała. Na pewno sobie przypomni. To w żadnym wypadku nie mógł być po prostu przypadek. Oboje byli w Bostonie i Walker nie zamierzał tego ignorować. I nawet jeśli teraz nie pamiętała to… to znajdą sposób, by sobie o nim przypomniała. On znajdzie sposób. Nieważne jaki, ale jakikolwiek. Po prostu… miał tak bardzo dość tej wielkiej dziury w pamięci, a ona musiała być kluczem do tego wszystkiego. Od stanowczo zbyt długiego czasu pokładał w niej zbyt duże nadzieje, by teraz to okazało się po prostu jedną wielką bujdą i ściemą.
– To chyba zespół stresu pourazowego – wytłumaczył, obojętnie wzruszając ramionami. To nie było nic dziwnego, nie? Początkowo rzeczywiście był zaskoczony swoją reakcją, ale jakby się nad tym zastanowić… Cudem udało mu się zwiać z siedziby DOGS, w której robili mu naprawdę okropne rzeczy. A teraz… po kilku miesiącach wolności trafił tutaj – do dżungli, w której nie było żadnych zasad i z której nie było ucieczki. Musiał walczyć o każdy kolejny dzień, a ta mania przetrwania po prostu przejęła nad nim kontrolę i… cóż. To wszystko wyjaśniało, nie? Nie chciał jej skrzywdzić. To nigdy nie należało do jego intencji. Chciał, żeby to wiedziała. Zwłaszcza teraz, kiedy ściskał jej rękę i zdawał sobie sprawę z tego jak przyjemnie miłą i gładką miała dłoń. Thomas wbił wzrok w jej twarz, mimowolnie wznosząc brwi.
– Nie wszystkie duchy są straszne – powiedział w końcu. Nie chciał jeszcze bardziej zepsuć tego wszystkiego. Nie chciał jej rozwścieczyć. Zdenerwowany duch to ostatnie czego potrzebował, prawda? Wciąż przecież nie potrafił sobie poradzić z atakami furii i opętaniami. Ale kiedy usłyszał ten dziwny, niezręczny komentarz i śmiech… Walker zmarszczył brwi, by po chwili uraczyć ją dość głupkowatym, ale niezwykle szczerym uśmiechem. – Wstyd się przyznać, ale częściej niż z żyjącymi ludźmi.
Nie miał jednak zamiaru dodawać, że jego najlepszy przyjaciel był martwy od czterdziestu lat, ani tego, że jego ostatnia miłość była studentką, którą poznał po tym jak zdecydowała sobie podciąć żyły i zakończyć swoje życie.
– Chcę… cokolwiek – przyznał. Wiedział, że miała wszystkie odpowiedzi, ale problem w tym, że przecież nawet nie wiedział o co powinien zapytać… Jak miał chcieć czegokolwiek skoro nie pamiętał absolutnie niczego? Czy to w ogóle miało jakikolwiek sens? Walker wzniósł wysoko brew. Szczerze powiedziawszy nawet nie wiedział do końca kim był ten cały Obi Wan Kenobi. To określenie po prostu tak naturalnie pojawiło się w jego głowie. A teraz… a teraz ono najwyraźniej miało jakieś znaczenie. Thomas pokręcił przecząco głową.
– Sęk w tym, że nie wiem. Ja… Ja pamiętam tylko dwa lata z całego swojego życia… – zacisnął mocno usta, ponownie zaciskając mocno pięści. Denerwował się, widać było to w całej jego postawie. – Złapali mnie w Bostonie, poddawali terapiom, eksperymentowali, a potem… uciekłem i… to tyle.

Maysilee Griffith - 2018-10-16, 19:14

Czy miała mówić mu, że nie było praktycznie żadnej możliwości, by znali się z Bostonu? Czy chciała być kimś, kto psuł jego wyobrażenia i pewność, że coś wiedział? Stwierdzając, iż to właśnie z tamtego miejsca musieli się kojarzyć, brzmiał tak… Uparcie, ale jednocześnie też na swój sposób desperacko, jakby naprawdę mocno chciał, żeby znowu potwierdziła jego słowa. Co jej zatem pozostało, jeśli nie automatyczne pokiwanie głową i blady uśmiech, który mógł interpretować jako zapewnienie, że tak, najpewniej tak właśnie musiało być. Dostrzegała, że tego potrzebował. Nie miała serca, żeby złamać mu jego własne, a tak niewątpliwie by się stało, gdyby zaprzeczyła.
Wiedziała, że kiedyś musiała to sprostować, ale nie teraz, jeszcze nie teraz. Przy dobrych wiatrach, być może nigdy nie będzie dostatecznie dobrej okazji, aby wycofać się z tego kłamstwa. Białego, ale jednak nadal pozostającego łgarstwem. Przecież doskonale wiedziała, że nie przebywała w Bostonie na tyle długo, by kogokolwiek tam poznać. Nawet najzwyklejsze frytki zamawiali zazwyczaj przez okienko drive-thru, bo tak było nieco bezpieczniej.
- Czemu to akurat mnie zapamiętałeś? Z tych wszystkich osób, jakie musiałeś poznać? - Przed tymi pytaniami nie mogła się jednak powstrzymać. Nie uważała przecież, by było w niej coś niesamowicie charakterystycznego. Coś, co bywało w ludziach, na których wystarczyło spojrzeć przez kilka sekund, by zapamiętać ich na całe życie… Nie, to u niej nie występowało. Nie starała się zresztą, by było inaczej. Znikanie w tłumie miało swoje zalety, zwłaszcza jeśli w starciach siłowych nie miało się zbyt wielkich szans i nie popierało się tego rodzaju agresji.
O ironio, bo przecież cała obecna rzeczywistość opierała się na walce. Walce z D.O.G.S., walce z G.C., walce z wrogo nastawionymi ludźmi, walce z groźnymi mutantami, walce o życie, walce… Cóż, na tysiącu - jak nie więcej - rodzajach walki. Ciężko było być pacyfistą, kiedy dookoła działo się tyle paskudnych rzeczy. I choć praktycznie nigdy nie chciała odpowiadać agresją na agresję, bywały takie momenty, w których musiała to robić. O zgrozo, często wcale nie żałując tego, co zrobiła, żeby przetrwać. Zdecydowanie wolała jednak wtapiać się w tło, unikając zagrożenia. Szkoda tylko, że ono najwyraźniej nie chciało unikać jej. Nawet ta sytuacja w pewnym stopniu na to wskazywała.
- Przykro mi. - Wyszeptała, próbując nawiązać kontakt wzrokowy, nawet jeśli nie do końca wiedziała, czy to właśnie powinno się robić w przypadku czyjegoś stresu pourazowego. - Naprawdę mi przykro. Mogę ci z tym jakoś pomóc? - To było dosyć naiwne pytanie, dosyć szczenięce w swojej istocie, bo nie była przecież ani dostatecznie doświadczona, ani dostatecznie wykwalifikowana, żeby pomagać komuś z jego instynktami.
Ciężko jej było jednak patrzeć na to, co działo się z osobami, które tu trafiły. To nigdy nie był łatwy widok, ale tym razem miała nieodparte wrażenie, że podchodziła do tego jakby jeszcze bardziej personalnie. Nawet w przypadku pomylenia Thomasa z kimś innym i uświadomienia sobie tego, wciąż dostrzegała w nim okruchy osoby, którą chciałaby, by był. To niczego nie ułatwiało, ale też wcale nie chciała, by było inaczej. Jeśli w ten sposób miała spróbować lepiej mu pomóc… Ten żal był do zneutralizowania. W końcu od tylu lat żyła z myślą, że nie odzyska już ani Toby’ego, ani Alex. Kilka minut nie miało zbyt mocno tego naruszyć.
- Najgorsze są chyba duchy przeszłości. - Stwierdziła, uświadamiając sobie, że zabrzmiało to odrobinę zbyt gorzko, dlatego moment później dodała. - Ale gdyby nie one, pewnie nigdy nie przeprowadzalibyśmy tej rozmowy. Do czegoś się jednak przydają. - I tak, nadal twierdziła, że wspomniane duchy były tutaj jedynymi duchami. On zaś najwidoczniej nadal twierdził coś innego, ale… Co mu się dziwić, skoro przyznał, że miał częściej do czynienia z duchami niż z ludźmi? Uśmiechając się z rozbawieniem, poruszyła brwiami w górę i w dół.
- Może dlatego nie chcesz uwierzyć, że jestem żyjącym człowiekiem? Boisz się zmian, Thomasie Domyśl-Się-Nazwiska? - Nie powinno być jej aż tak bardzo do śmiechu, ale… Cóż, było. Pomimo sytuacji i otoczenia, i tego, iż nadal nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć. Ba, on sam nie wiedział… Wiedział za to rzeczy, które na nowo sprawiały, że w Maysilee budziła się ta wątła nadzieja. Boston, tekst o Obi Wanie, złapanie, terapie, eksperymenty. Nawet jeśli nie był jej przyjacielem, być może miał z nim do czynienia. Być może tu tkwił klucz do tego, skąd wydawało mu się, że ją kojarzył. Ze słyszenia, nie z widzenia…
Nim po raz kolejny dobrze się zastanowiła, jej dłonie zacisnęły się na jego przedramionach, gdy wbiła w niego naprawdę intensywne, wręcz błagalne spojrzenie od dołu - maksymalnie zadzierając podbródek. Tym razem nie miała dać się tak łatwo odepchnąć. Nawet o tym nie pomyślała.
- Powiedz mi więcej. Byłeś tam sam? Pamiętasz kogokolwiek jeszcze? Jakieś szczegóły? Cokolwiek? - Niewypowiedziane proszę nadzwyczaj głośno rozbrzmiewało w tonie jej głosu.

Toby Jensen - 2018-10-16, 21:17

Ten blady uśmiech… to było chyba jedyne czego w tym momencie potrzebował. Kiedy tylko zauważył jak kąciki jej ust niemrawo się unoszą, Thomas przez tą krótką chwilę nie czuł się dłużej aż tak zagubiony jak przedtem. Nie potrafił wyjaśnić tego uczucia ale mimo, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ona wcale go nie pamiętała, było mu znacznie lżej. A jednak ci wszyscy poeci mieli rację, huh? Nadzieja rzeczywiście była o wiele silniejsza od strachu. Była też znacznie bardziej destrukcyjna… Niemal zabójcza. Ale Thomas był zbyt zaślepiony, by to dostrzec. Był zbyt zaślepiony, by zrozumieć, że ona mówiła to co on chciał usłyszeć. Zdecydowanie zbyt szybko jej zaufał… I to mogło go zabić.
– Nie wiem – przyznał szczerze. Właściwie Walker otworzył usta, by wydobyć z siebie coś jeszcze, ale ciężko mu było to wszystko właściwie ubrać w słowa. Nie wiedział co było wyjątkowego w niej. Nie wiedział dlaczego była jedynym wspomnieniem jakie miał, które nie było związane z pobytem w DOGS. To nie miało sensu, prawda? To kompletnie nie miało sensu. Początkowo myślał, że może była jego rodziną, ale… wtedy na pewno by go pamiętała. Nie, to nie była rodzina.
– Czasami mam przebłyski i… właściwie jedyne co widzę to twoja twarz. Szukałem cię, ale… byłaś jeszcze żywa, a teraz…umarłaś. Umarła i dlatego pojawiła się dopiero teraz. To miało sens. Tak bardzo chciał, by to miało sens. Walker przygryzł policzek od środka, by po chwili zastanowienia po prostu wzruszyć ramionami. Tak nie działał zespół stresu pourazowego, ale nie miał siły jej tego tłumaczyć. Poza tym… jakkolwiek okropnie to brzmiało chyba się zżył z tym czymś. A może inaczej. Nie pamiętał czasów, kiedy nie był taki. Nie, kompletnie nic nie pamiętał. A to tworzyło jego tożsamość. To było jedyną rzeczą jaką o sobie wiedział.
– Po prostu nie rób tak więcej – powiedział zmęczonym tonem głosu, dopiero teraz przypominając sobie o pustym brzuchu. Ale było stanowczo za późno, by zdobyć coś do jedzenia. Będzie musiał to zrobić jutro rano. Tą noc jakoś przetrwa. Teraz miał znacznie ważniejsze rzeczy na głowie. Takie jak na przykład zrozumienie o co do cholery z nim chodziło.
– Umiem przywołać konkretnych zmarłych jeśli byś chciała kogoś znaleźć – wyrzucił z siebie całkiem spontanicznie. Nie wiedział czy się uda, ale zdecydowanie mógł tego spróbować. To nie było nic strasznego. Może też mógłby jej w czymś pomóc? Każdy miał swoje duchy z przeszłości… Walker mierzył ją spojrzeniem, kręcąc przy tym głową. Dlaczego tak bardzo się upierała co do swojej żywotności? Nie mogła się pogodzić ze swoim losem i… no właśnie. Co dalej? Nic nie szło według jego planu. Ona się nie potrafiła dostosować, a on zaczynał jej coraz bardziej wierzyć. Chłopak parsknął cichym śmiechem.
– Walker, mam na nazwisko Walker i gwarantuję ci, Ma.. – ściągnął brwi, czując jak kręci mu się w głowie. Potrzebował chwili, by do siebie dojść. – Sally. Gwarantuję, że niczego się nie boję. A zwłaszcza żywych ludzi.
Nie rozumiał co się właśnie wydarzyło, ale chyba ponownie miał przebłysk wspomnień. Ta dziewczyna. Ta dziewczyna, która stała naprzeciwko niego i chwytała go za ramiona… Widział ją. Widział ją przez ułamek sekundy. Siedziała w samochodzie i była czymś wyraźnie uradowana. Jakby… podekscytowana. Thomasowi wyrosła gula w gardle.
– Za pięć minut pojawi się tu patrol. Musimy iść. Porozmawiamy w innym miejscu. I naprawdę nic ci nie zrobię. – tym razem to on posłał jej błagalne spojrzenie. A potem rozejrzał się za siebie i całkiem spontanicznie chwycił ją za rękę, by pociągnąć ją do klatki schodowej najbliższego budynku.


/zt x2

Maysilee Griffith - 2018-11-08, 22:53

|jakiś czas po wejściu do DOMu [17.11]

Stawiając kolejne, niekoniecznie szybkie kroki, praktycznie nieustannie rozglądała się dookoła. Odnosiła przy tym wrażenie, iż brakowało jej tylko aparatu fotograficznego na szyi i notesu wraz z przyczepionym do niego długopisem, ewentualnie może jakiegoś kiepskiego dyktafonu, by zacząć przypominać nadmiernie czujną reporterkę węszącą w poszukiwaniu taniej sensacji związanej z niedawnym tymczasowym zamknięciem tej części getta.
Być może znowu robiła coś, za co praktycznie wszystkie znane jej osoby prawdopodobnie dosyć poważnie by ją opierdzieliły. Pchając się prosto do prawdopodobnie najbardziej niepewnej części Dzielnicy Ochrony Mutantów, narażała się przynajmniej dwukrotnie bardziej niż podczas samej próby wejścia tutaj. Mimo to, nie zamierzała się wycofać. Niezmiernie łatwo byłoby obrócić się na pięcie i odejść, dostarczając znajomym mutantom to, co przyniosła z myślą o nich, ale… Nie umiała tego zrobić.
Jeżeli ciekawość była pierwszym stopniem do Piekła, to Maysilee Griffith właśnie w tej chwili zamierzała wybrać się na całodzienną wycieczkę po jego najmroczniejszych zakamarkach. Zdecydowanie zbyt często i intensywnie powracała bowiem do swojej ostatniej wizyty w tym miejscu, a im dłużej o niej myślała, tym - cóż - coraz bardziej głupio się czuła. Nie powinna być aż tak nieprzyjazna dla kogoś, kto pomógł jej bardziej niż ona sama sobie przez te wszystkie ostatnie lata. Nieważne, jak on zachował się w stosunku do niej, zwyczajnie nie powinna.
Co gorsza, wciąż obowiązywała ją tamta obietnica. Nie chciała tak po prostu tego zignorować, mimo że teoretycznie wcale nie musiała wracać w miejsce, w którym ostatnio na siebie wpadli. Z dużym prawdopodobieństwem miała nie być w stanie odtworzyć całej tej drogi, jaką wtedy przemierzyli ku mieszkaniu Thomasa. Szła w dzień i to w zupełnie innych warunkach, o zgrozo, nie mijając przy tym żywej duszy. Zupełnie tak, jakby znalazła się w najprawdziwszym mieście zombie - nadal ogarniętym widmem niedawnej kwarantanny.
Mimo wszystko, starała się być dobrej myśli, wreszcie stając przy ścianie, w której szczelinach między cegłami - jak dostrzegła - zaplątało się coś, co wyglądało zupełnie jak kilka ciemnych włosów. Kto wie, czy nie jej własnych…
Nie sprawdziła tego jednak, jeszcze bardziej rozglądając się dookoła i mrużąc oczy, gdy usiłowała przypomnieć sobie tamten wieczór.

Toby Jensen - 2018-11-12, 00:06

Thomas nie miał zielonego pojęcia ile właściwie czasu spędził w getcie. Gdyby ktoś nagle stwierdził, że od pojmania minęło kilka lat – z pewnością, by w to uwierzył. Wszystko tutaj było takie szare, takie… ciągłe. Dzisiejszy dzień też był taki sam jak wszystkie pozostałe. Walker po prostu szedł przez ulicę, by wykonać powierzone mu zadanie. Nawet nie pamiętał kiedy dokładnie wplątał się w jakieś podejrzane interesy. Po prostu jednego dnia zasuwał po zakątkach DOMu i rozprowadzał dziwne i nieznane mu wcześniej substancje po tych najmroczniejszych zakątkach getta. Mógł sobie zażądać jedzenie. Mógł zażądać cokolwiek. Ale nie. To czego chciał ciążyło mu teraz w kieszeni przetartych dżinsów. To tego potrzebował bardziej niż czegokolwiek innego. Walker myślami był już dawno w swoim mieszkaniu. Potrzebował w końcu osłony, by nikt nie doszedł do tego skąd ma zakazane substancje. I wszystko właściwie poszłoby po jego myśli. Schowałby się w mieszkaniu, wziął swoją dawkę i zapomniał o skutkach ubocznych mocy, gdyby nie… gdyby nie ta znajoma twarz. Walker przez krótką chwilę utrzymywał z nią kontakt wzrokowy, by ostatecznie przekręcić głowę i ruszyć dość żwawym krokiem. Oszukała go. Nie zamierzał się z nią zadawać. Nie zamierzał z nią więcej rozmawiać. Po prostu jego jedynym celem było wyminięcie natręta i zapomnienie o nim jak najszybciej. Miał gdzieś już tą cudowna historię o tym jakim kluczem do jego przeszłości była. Nie. Pieprzyć to.
Maysilee Griffith - 2018-11-12, 00:49

Mogła chodzić tu całkowicie na ślepo, bo prawda była taka, iż w życiu nie połapałaby się w tej okolicy. Już teraz rozglądała się z pewną dozą desperacji widocznej w spojrzeniu, usiłując przypomnieć sobie jakiekolwiek szczegóły z tamtego wieczoru. Niewiele przychodziło jej jednak do głowy. Cóż, praktycznie nic, ale...
Głupi miał zawsze szczęście, prawda? Jej twarz momentalnie rozbłysła w uśmiechu, tak samo jak oczy. Przynajmniej na chwilę, bo potem zrozumiała, że - mimo upływu czasu - spór między nimi nadal był tak samo mocny jak wtedy, kiedy zaistniał...
Nie była wyśmienita czy nawet chociaż trochę dobra w rozpoznawaniu cudzych wyrazów twarzy i intencji z nimi związanych, jednak ten przekaz był zadziwiająco jasny. Wystarczył ten krótki kontakt wzrokowy, żeby wiedziała, czego chciał Thomas. Zupełnie tak, jakby poznała go już na tyle dobrze, że nie musiała zbyt wiele się zastanawiać. A on? Najwyraźniej nadal był na nią zły. Cholernie, naprawdę cholernie zły, całym sobą prezentując odpychającą postawę.
Zostaw mnie w świętym spokoju.
Nie podchodź, bo gryzę.
Spieprzaj, gdziekolwiek chcesz, byle jak najdalej ode mnie.

Ale ona wcale nie chciała tego robić. Czuła się źle z tym niewidzialnym supłem, który coraz mocniej ściskał jej żołądek. Nie lubiła... Cóż, nie lubiła odczuwać czyjejś urazy, zwłaszcza że do tej pory tak naprawdę nie miała bladego pojęcia, co go tak ugodziło. W pierwszym momencie, oczywiście, bo resztę swojego zachowania już zdecydowanie pamiętała. I żałowała. Naprawdę szczerze żałowała, nie mając zamiaru tak tego teraz zostawić. Przynajmniej po tym, jak zrozumiała, że Walker nawet nie zamierzał postać przez chwilę w jednym miejscu. Po prostu zabrał się do odejścia.
- Hej! Ej! - Mocno zaakcentowała, ruszając w kierunku, w którym najwyraźniej zmierzał chłopak. Nie mogła zwyczajnie za nim pobiec, czując ciężar torby na ramieniu, jednak nie przeszkodziło jej to w próbie truchtania za nim. Z drugiej strony, nic także nie ułatwiło. Być może trzymała się bliżej ziemi, ale powoli zaczynały boleć ją podeszwy stóp. A jej niedoszła ofiara była dokładnie tak samo daleko jak wcześniej.
- Ty! Walker! Thomas Walker! Na litość boską! - Nie chciała tak tego zostawić, choć najprawdopodobniej powinna. Zwłaszcza patrząc na to, iż na ulicach panowały pustki, a ona zdecydowanie zwracała na siebie uwagę. - Będę cię śledzić, słyszysz?! Będę cię śledzić! - Zakrzyknęła za nim po raz kolejny, chwilę później dodając już cichszym głosem. - Aż wreszcie postanowisz ze mną porozmawiać. Potem sobie pójdę. Obiecuję, że więcej mnie nie zobaczysz. Brzmi jak dobry deal?!

Toby Jensen - 2018-11-12, 19:10

Nie wiedział co tutaj robiła. I szczerze? Nie bardzo go to interesowało. Po prostu chciał się jakoś koło niej przecisnąć i mieć to z głowy. I szczerze? Gdzieś w podświadomości nawet śmiał twierdzić, że to spotkanie było czystym przypadkiem. Pewnie znowu tutaj przyszła, by poczuć się lepiej z myślą, że jej życie nie było tak beznadziejne jak innych mieszkańców getta. Tak. To był czysty przypadek. Ale wtedy… tak. Wtedy musiała się do niego odezwać. Wszystko w co wierzył. Wszystko w co chciał wierzyć musiało się okazać bzdurą, prawda? Inaczej to nie byłoby jego życie. Walker zacisnął mocno wargi w cienką linijkę, nie zamierzając się sprowokować. Nie usłyszał jej. To się zdarzało, nie? Zwłaszcza na pustej, pozbawionej życia ulicy. Zdarzało się.
Ale… ona nie mogła się tak po prostu poddać. Kiedy zaczęła się drzeć, zdradzając jego personalia, zdradzając to, że go zna, to, że zna mutanta, skupiając na nich całą uwagę… coś się w nim zagotowało. Nie mógł już tak po prostu dłużej jej ignorować. Nie wiedział w końcu do czego mogła być zdolna. Thomas momentalnie się zatrzymał, przekrzywiając głowę w jej stronę i nie zamierzając ukrywać tego jak wściekły w tym momencie był na nią. Czy musiała się tak głupio zachowywać? Musiała się tak narażać? Walker przesunął koniuszkiem języka po dolnej wardze.
– Czego? – wyrzucił z siebie w końcu. Jak chciała mówić, niech mówi. Miała na to kilka minut, a potem po prostu sobie pójdzie. Lepiej więc, żeby się streszczała.

Maysilee Griffith - 2018-11-13, 02:44

- Czy musimy to tak załatwiać? Tutaj? W ten sposób? - Spytała, nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, iż próby rozbudzenia w nim chęci do jakiejkolwiek bardziej prywatnej dyskusji nie miały przynieść skutku. Thomas był wściekły. Dosłownie przeładowany gniewem i tą samą agresją, jaką już u niego widziała. Nie chciała tego tak załatwiać, nie w ten sposób, jednak najwyraźniej nie było innego wyjścia. Nie była przy tym także na tyle dumną osobą, by unosić się honorem. Zwyczajnie spoglądała na niego jeszcze przez chwilę, przykro się przy tym uśmiechając, po czym nerwowo przesunęła piętą garść liści leżących na ulicy. W prawo i w lewo, w prawo i w lewo, a potem znowu w prawo.
- Przepraszam. - To mówiąc, posłała Walkerowi kolejne spojrzenie przywodzące na myśl zbitego szczeniaka, który mimo wszystko nadal chciał łazić za swoim wściekłym towarzyszem. - Dlaczego tak bardzo się na mnie złościsz? Nie możemy po prostu... Zacząć od nowa?
Sama nie do końca wiedziała, na czym miałoby to polegać, jednakże zdecydowanie wolała wszystko od tego ognia piekielnego, jaki teraz dosłownie otaczał jej nowego znajomego. I mimo że nie powiedziała tego na głos, pytanie o wybaczenie - czegokolwiek, co uznał za tak bardzo złe - czaiło się na jej ustach. Chciała go o to spytać. Po prostu się obawiała. Po raz pierwszy od długiego czasu ktoś wyzwalał w niej takie odczucia. A to zdecydowanie jej nie pocieszało.

Toby Jensen - 2018-11-23, 20:16

Dlaczego ona była taka… taka? Nawet nie potrafił znaleźć na to odpowiedniego określenia. Ale im dłużej z nią przebywał, tym bardziej mu zaczynała działać na nerwy i po prostu chciał, by mu dała święty spokój. Nie, nie chciał z nią niczego załatwiać. Ani tutaj, ani gdzie indziej. Więc po prostu wzruszył obojętnie ramionami, nie odpowiadając jej na zadanie pytania. Miał nadzieję, że to było wystarczająco wymowne. Skoro nie zamierzała mu powiedzieć o co chodzi, to nie widział sensu na dalszą rozmowę. Z zaciśniętymi wargami obserwował ten jej uśmiech, po czym zupełnie nonszalancko zrobił krok do tyłu, by ją wyminąć i tak po prostu odejść, ale… znowu zaczęła gadać. Na wpół skierowany do niej, na wpół w przestrzeń, Walker przekręcił głowę przez ramię, by się jej uważniej przyjrzeć.
– Nie mamy czego zaczynać – wyrzucił wciąż tym podenerwowanym tonem głosu, przesuwając otwartą dłonią po swojej twarzy. Znowu zaczął rozważać ja najszybsze ulotnienie się, ale coś w sposobie w jaki a niego patrzyła, nie pozwalał mu na tak radykalne kroki. Walker westchnął ciężko, po czym posłał jej dość nerwowe spojrzenie. – O co chodzi? Jeśli o moją moc to nie masz co tutaj szukać. Powiedziałem ci wszystko co wiedziałem. – i wzruszył lekko ramionami, mimo wszystko pozostając w tej samej pozycji i co najważniejsze – wciąż w tym samym miejscu.

Maysilee Griffith - 2018-11-23, 22:05

- Chcę ci pomóc. Tak jak obiecałam. - Jęknęła najbardziej przekonującym tonem głosu, na jaki było ją teraz stać, wbijając spojrzenie w gniewnego mężczyznę. - Naprawdę chcę ci pomóc, Tommy. - Być może używanie takiej intonacji było ruchem poniżej pasa, być może nawet nie miało na niego zadziałać... W końcu nadal praktycznie się nie znali, a ona robiła teraz coś, co najpewniej działało wyłącznie na ludzi, którzy żywili do niej jakiekolwiek cieplejsze uczucia... Ale naprawdę nie chciała tak łatwo odpuścić.
Nie tylko przez to, że czuła się źle z samą sobą, łamiąc obietnice, jaką mu złożyła. Owszem, to było wyjątkowo istotne i poniekąd doprowadziło do zaistnienia tej rozmowy, jednak z chwilą, w której nawiązali cząstkę kontaktu... Maysilee po prostu poczuła, że nie chciała dać temu uciec... Nie tak łatwo, nie tak kompletnie banalnie i prozaicznie, nie w takich okolicznościach. Coś w jej wnętrzu wręcz ściskało się na samą myśl o daniu sobie spokoju, odpuszczeniu i odejściu w przeciwnym kierunku do tego, w jakim zmierzał Thomas.
Nie wiedziała, co to było. Nie potrafiła tego nazwać, jednak zdawała sobie sprawę z tego, iż czuła to także na samym początku ich wątłej i tragicznej znajomości. To było coś na kształt tego samego wrażenia, jakie miała, kiedy uznała go za dawno utraconego przyjaciela. Dokładnie to samo wrażenie, jakie odczuła, kiedy myślała, że coś mu się stało, bo za długo używał swojej mocy.
I choć obiecała Thomasowi, iż po tej rozmowie nie będzie go już dłużej męczyć... I choć nie powinna łamać przyrzeczeń, nawet tak głupich i impulsywnych, i z pewnością na swój sposób raniących... Zawsze mogła przedłużać ten dziwny dialog, nie? Nieważne, jak niemiły by on nie był... Zawsze mogła prowadzić jedną, wyjątkowo długą rozmowę... Musiała tylko podtrzymać szumnie nazwaną chęć Walkera do słownej współpracy.
- Ktoś cię zranił? - To był bardzo daleko idący wniosek. Być może nawet za daleko, jednak na swój sposób... Mogłoby to wyjaśniać jego zachowanie, jego uniki i gniewność. Nie tę obecną, bo to ona - Maysilee Griffith - była jej powodem, a znacznie wcześniejszą, praktycznie sprzed ich pierwszego prawdziwego kontaktu. - Nie chcę tego robić, chcę się tylko... - Zaprzyjaźnić... Czy to było takie trudne?

Toby Jensen - 2018-11-24, 19:48

– Nie chcę nic od ciebie – odpowiedział po prostu. Okej, to było kłamstwo. Wciąż potrzebował poznać swoją przeszłość. Wciąż ta niewiedza i niepewność go dobijały. Ale chyba wolał poznać prawdę na własną rękę. Więc… w zasadzie to rzeczywiście niczego od niej nie chciał. I kiedy zaczęła mówić tego typu tonem głosu, Thomas jedynie potrząsnął głową. Nie wiedział, czy to działało na jej wytęsknionego przyjaciela, ale niespodzianka! On nim nie był. I na niego to absolutnie nie działało. W rzeczy samej uważał to wręcz za niesamowicie żałosne. Nie odpowiedział więc nic. Po prostu wysoko wzniósł brwi. Obietnica i tak już jej nie obowiązywała, więc nie musiała się czuć winna. Z jakiegoś powodu nie umiał wybaczyć jej tego jak go okłamywała w tak błahej sprawie. Zresztą, on był z nią całkowicie szczery, a ona…
Miała tupet, zadając mu tego typu pytania. Walkera wręcz wmurowało. Ktoś go zranił? Skąd ten pomysł? Przecież wcale nie był zamknięty w pieprzonym getcie, gdzie ludzie umierali z dnia na dzień. Przecież wcale nie stracił pamięci i nie wiedział co się z nim działo przez praktycznie całe życie. Przecież wcale nie był więziony przez DOGS.
– Tylko…? – wyrzucił z siebie w końcu. Chciała się tylko… tylko co? Naprawdę nie miał czasu. A przynajmniej nie miał go dla niej. Liczył, że to wszystko po prostu zostanie zakończone jak najszybciej i oboje wrócą do swojego życia. – Nie powinnaś tutaj przychodzić – dodał po chwili. Ostatni raz ją niczego nie nauczył? Zresztą, to nie była jego sprawa.

Maysilee Griffith - 2018-11-24, 20:19

Zadziwiające, ile osób na tym świecie mogło nie chcieć nic od niej, a Thomas zdecydowanie nie był pierwszą z nich. Ba, najprawdopodobniej nie miał być także ostatnią, nawet jeśli szczerze chciała wierzyć w coś innego. Tak czy inaczej, przyzwyczaiła się już do słyszenia podobnych przekazów i - niespodzianka, niespodzianka - nie robiły one na niej zbytniego wrażenia.
Owszem, gdzieś tam w głębi trochę ją piekły, ale dalej robiła swoje. W tym wypadku zaś swoim miała być próba najzwyklejszego w świecie porozmawiania... No, może z jakimś bardziej pomocnym i przyjacielskim bonusem. Nie dało się przecież ukryć, iż to właśnie tego tak bardzo od niego chciała. Pragnęła, żeby nie był na nią aż tak straszliwie wściekły. Pragnęła, żeby pozwolił sobie pomóc. Pragnęła zobaczyć, jak mogłaby się rozwinąć ich znajomość, gdyby przypadkiem tego nie spierdzieliła.
W chwili, w której powtórzył fragment jej niedokończonej wypowiedzi, przełknęła zatem ślinę, śląc mu kolejne - jak miała nadzieję - łagodzące spojrzenie i wyginając usta w bardzo delikatnym, wręcz błagalnym uśmiechu. Wiedziała, iż najprawdopodobniej to na niego nie działało, ale... Zawsze mogła ponowić próbę, czyż nie? Po raz pierwszy, drugi, czwarty czy dziesiąty. Aż wreszcie chociaż trochę ulegnie jej wpływowi. W końcu fakt, iż nadal nie postanowił odejść, był na swój sposób pocieszający.
- Zaprzyjaźnić? - Spytała ostrożnie, nadal nie przestając robić tej samej miny. A potem... A potem? Postanowiła zagrać bardzo, bardzo nieczysto. Nie planowała tego robić, jednakże tak właściwie... Żadna z jej dotychczasowych wypowiedzi nie była planowana. Mogła wręcz powiedzieć, iż najlepsze - lub najgorsze - pomysły przychodziły jej samoistnie, instynktownie. Tak i teraz wyciągnęła rękę ku mężczyźnie, patrząc na jego twarz.
- Ale to zrobiłam. Skoro mamy wspólną przeszłość, to jest naturalne, że chciałam cię zobaczyć... Już tego nie chcesz? - Tak, nadal wzbudzała w nim fałszywą nadzieję, że faktycznie się znali. Że nawiązali znajomość gdzieś w ponurym Bostonie, że to wszystko było możliwe, a ona tylko o tym zapomniała. Chciała dobrze, naprawdę chciała dobrze...



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group