inne części stanu - Droga z przystankiem autobusowym
Mistrz Gry - 2019-05-09, 22:48 / 28 luty 2019
Wiedzieli, że dzisiejszego popołudnia ma wyjechać biała furgonetka przewożąca więźnia z DOGS do innego ośrodka szkoleniowego i terapeutycznego dla mutantów. Kto wie czy nie gorszego, niż obecny. A czy może być taki z bardziej drastycznymi metodami prania mózgu? Tego nie wiadomo.
Uzbrojeni w moce i broń palną mutanci, czaili się przy przystanku autobusowym. Wyglądali na zwyczajnych obywateli, lecz odzianych na czarno. Zima dawała się we znaki. Byli przygotowani. Było ich czterech.
Biała furgonetka przewoziła mutantkę, posiadającą bardzo niebezpieczną ale i dla rządu przydatną moc. Pracowali nad jej umysłem, by była po ich stronie. By pracowała dla nich. By likwidowała swoich, chroniła ludzi. Zwyczajnych obywateli. Przy ostatnich testach stwierdzono powolnie pojawiające się sukcesy. Lecz by osiągnąć coś więcej, postanowiono przeprowadzić badania w innym laboratorium. Bardziej rozbudowanym. Owa mutantka nazywa się Colleen Marie. Ubrana w dresy i kurtkę by nie przemarzła. Na szyi miała od samego początku obrożę, która uniemożliwiała jej pełne używanie mocy. Była co prawda osłabiona przez leki jakimi nafaszerowano jej ciało, poprzez zastrzyki. Ręce i nogi miała zakute w kajdanki, połączone ze sobą łańcuchem. Traktowano ją jak prawdziwego więźnia. Tuż na przeciwko niej siedziało dwóch szwadronowców, którzy mieli za zadanie jej pilnować i obserwować.
Furgonetka opuściwszy siedzibę DOGS, ruszyła w główna drogę opuszczając miasto, nie wiedząc co może ją po droge spotkać.Colleen Marie - 2019-05-09, 23:12 Coś się zmieniło. Rano przyszli do mnie mężczyźni w fartuchach. Robili mi badania. Znosiłam kolejne zastrzyki już bez żadnego wzruszenia, zbyt mocno się do nich przyzwyczaiłam. Ale robili ich więcej, niż normalnie. Dlaczego? Nie pytałam już. Przestałam pytać jakieś dwa tygodnie temu. A może więcej? Traciłam poczucie czasu, a nadziei nie miałam już kompletnie. Przestałam walczyć, przestałam się starać. Stałam się całkowicie bierna, na to, co mi robili, bo przecież poza laboratorium było tak samo źle, więc czemu miałabym chcieć stąd uciec? Tu przynajmniej wiedziałam mniej więcej, czego mogę się spodziewać, a tam, w wielkim świecie… Nawet, jakbym jakimś cudem się uwolniła, to… to co z tego? Wszyscy, którzy tu pracowali mówili mi, że świat chce się mnie pozbyć. Każdy mutant i każdy człowiek na świecie chciał mnie zabić, a ja… a ja nie byłabym w stanie obronić się przed nimi wszystkimi. Poza tym… nie wiedziałam, jak wygląda obecny świat. Nie pamiętałam.
Rzucili mi świeże ubrania. Pierwszy raz od trzech miesięcy pozwolili założyć mi coś innego niż ten laboratoryjny strój. Dresy i kurtka. Świeże. Kompletnie niepasujące do moich brudnych, klejących się włosów, ale nie narzekałam.
Opuściliśmy laboratorium, a świeże powietrze zaskoczyło mnie tak bardzo, że aż zakręciło mi się w głowie. Chciałam płakać. I chciałam umrzeć. Miałam już dość, byłam zmęczona, wszystko mnie bolało, nie wiedziałam nawet kim jestem… Nie chciałam istnieć. Nie miałam nikogo na tym świecie, nie miałam powodu, by żyć.
Gdy wsadzili mnie do furgonetki to już płakałam. Nie mogłam się powstrzymać. Kajdanki uwierały mnie w kostki i nadgarstki, mocno ograniczając moje ruchy. Obroży już nawet nie czułam, ale świadomość, że wciąż tam była i nigdy pewnie nie zniknie była przerażająca.
Ruszyliśmy, a ja przełknęłam nerwowo ślinę. Podniosłam wzrok, wlepiając go w mężczyzn siedzących naprzeciwko mnie. Dlaczego?
- Gdzie… gdzie jedziemy? – spytałam tak cicho, że mogliby mnie nawet nie usłyszeć. Miałam nie pytać, ale… ale nie mogłam się powstrzymać. Pierwszy raz od trzech miesięcy robiłam kompletnie coś innego, nowego, niespodziewanego… Bałam się.Mistrz Gry - 2019-05-10, 23:37 Colleen od samego rana była przygotowywana do podróży, zatem nic dziwnego że ponownie otrzymywała stałe dawki mutazyny i innych lekarstw. A świeże ubrania, były czymś dla niej w rodzaju nagrody. Jakby uważali, że ich terapia robi postępy. Że jeżeli przejdzie kolejne badania i szkolenia, być może będzie z niej bardzo dobrze oddany kundel.
Nikt nie zareagował na uwalniające się z niej emocje i płacz. Nawet nie zamierzano jej podczas podróży udzielić odpowiedzi na pytanie. Dowie się na miejscu, kiedy tam dotrą. Niestety coś sprawiło, że po dłuższej podróży pojazd zatrzymał się. Kobieta mogła usłyszeć głos jednego z siedzących przy kierownicy szwadronowców DOGS.
- Co jest grane?
Zdziwili się, widząc zagradzających im drogę czterech zakapturzonych i zamaskowanych mężczyzn. Jednakże przysięgliby, że wśród nich była jedna kobieta. Czteroosobowa grupa zza pleców ujawniła swoje karabiny, łapiąc odpowiednio, wystrzelili w pojazd salwę pocisków, dziurawiąc pojazd jak ser szwajcarski. Jednocześnie śmiertelnie zabijając dwóch żołnierzy siedzących na przedzie. Ten hałas był bardzo słyszalny. Reakcja dwóch towarzyszy Colleen była niepokojąca.
- Co tam się dzieje?
Sami również schowali się niżej, w obawie że pociski przedrą się do ich miejsca.
Wyjść nie mogli. Furgonetka była zamknięta od zewnątrz. Obaj panowie wyjęli broń i wycelowali w drzwi, jakby oczekiwali czyjegoś wejścia. Nic jednak się nie stało. Tylko kroki, zamontowanie czegoś i oddalenie się. Co powinni o tym sądzić? Chyba nikt ich nie zaatakował? Jeden z nich spojrzał na kobietę, jakby sprawdzał, czy ona czegoś nie kombinuje.
- Zabijmy ją...
Padła propozycja jednego z nich, który tym samym wycelował lufę w jej głowę.Colleen Marie - 2019-05-11, 13:48 Oczywiście, że mi nie odpowiedzieli. Nie mieli zamiaru. Nie byłam dla nich człowiekiem, ani trochę. Nawet mutantem nie byłam. W ich oczach byłam jedynie królikiem doświadczalnym. Tworzyli mnie od podstaw, a ja… a ja nie miałam wyjścia. Musiałam się ich słuchać. Byłam im podległa i straciłam siłę na walkę.
Siedziałam spokojnie, z głową opuszczoną w dół. Zrezygnowana, zmęczona, obolała… Łzy powoli płynęły po moich policzkach, powoli mocząc podłogę ciężarówki i wtedy… i wtedy samochód niespodziewanie się zatrzymał. Uniosłam głowę, patrząc na tych dwóch ochroniarzy, co mnie pilnowali. Byli rozkojarzeni, nie wiedzieli, co się dzieje, a ja mimowolnie stałam się bardziej czujna. Nic nie widziałam, ale już po chwili usłyszałam. Salwa pocisków uderzyła w samochód tak nagle, że aż krzyknęłam cicho, zaszokowana. Ktoś nas atakował. Atakował mnie. Chcieli mnie zabić, na pewno.
Przełknęłam nerwowo ślinę patrząc prosto w oczy jednego z ochroniarzy. Byli zaniepokojeni, chowali głowy w dole, chcąc chronić się przed strzałami. Więc to nie było w planie. To gorzej? Czy lepiej? Nie mogłam nic zrobić, miałam kajdanki, obroże… Nie byłam w stanie się bronić. Byłam osłabiona fizycznie, bardzo. Gdy mężczyźni spojrzeli w kierunku drzwi, kierując pistolety w tamtą stronę, ja podążyłam za ich spojrzeniem. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie miałam kompletnie pomysłu na to, co powinnam zrobić, jak działać. Kroki, kliknięcie, cisza.
I nagle jeden z mężczyzn zarządził, że trzeba mnie zabić, wycelował we mnie pistolet, a świat… a świat się zatrzymał.
Mała, maleńka dziewczynka. Las. Drewniany domek. Dużo drewnianych domków. Czy to dom? Wygląda jak dom. Czuję, że to dom. Druga mała dziewczynka. Ale ona nie żyje, wciąż krwawi. Leży na ziemi, zakurzona od piachu, który osiadł na niej, gdy upadła. Mężczyzna. Celuje w drugą dziewczynkę. Ciemność. Wystrzał. Ręka dziewczynki uniesiona w górze. Krzyk. Mężczyzna nie żyje. Dziewczynka przeżyła. Obroniła się.
To było wspomnienie. Zachłysnęłam się nim. Czułam się tak, jakbym prawie się utopiła, jakbym nagle wynurzyła się z wody i nabrała powietrza. Tą małą dziewczynką byłam ja. To było moje wspomnienie. To byłam ja. Byłam tego pewna. Nie urodziłam się w laboratorium. Nie stworzyli mnie. Kiedyś byłam kimś. Nie mogłam dać się zabić.
Wszystko działo się w ciągu dwóch-trzech sekund, naprawdę, choć dla mnie trwało całą wieczność. Przekrzywiłam nieznacznie głowę w lewo, nie spuszczając wzroku z wycelowanej we mnie broni. Byłam wykończona, osłabiona, w cholernie słabej pozycji, ale… ale zajebiście zmotywowana. Znałam swoją moc. Trenowałam. Trenowali mnie. Miałam obroże, byłam gotowa na ból. To była moja chwila, moja szansa. Mój moment. Wyobraziłam sobie, że wycelowany we mnie pistolet nagle wyrywa się z dłoni mężczyzny, uderza go w twarz. Mocno. Widzę jego krew. Jest chwilowo ogłuszony. Zaskoczyłam go. Pistolet obraca się w prawo. Wystrzał. Drugi mężczyzna nie żyje. Kolejny obrót pistoletu. Tym razem wycelowany prosto w głowę tego, który we mnie celował. Kolejny wystrzał. Pada martwy.
A ja krzyczę i krzyczę, bo ból jest nie do zniesienia. Ale chcę żyć. Muszę żyć. Muszę się dowiedzieć kim jestem.
Ale może to wcale się nie wydarzyło, a moja wyobraźnia oszalała? Może już jestem martwa?Mistrz Gry - 2019-05-12, 17:43 Strach ogarniał wszystkich. Tych co przebywali wewnątrz pojazdu. Nikt nie wiedział co dzieje, albo co stało się na zewnątrz. Jeden ze szwadronowców zamierzał zabić ich więźnia. Obaj panowie pamiętali o zdarzeniach, jak kończyli ich poprzedni koledzy. Najwyraźniej wniosków z przetransportowaniem więźniów nie wyciągnęli. Jak będzie teraz?
Colleen postanowiła zaryzykować. Użyła swojej mocy do wyrwania broni z jego dłoni i go uderzyć. Obroża zadziałała automatycznie i to dość mocno, że nie pozwoliła jej na kolejne wyczyny.
- Cholera.
Rzekł poszkodowany mężczyzna łapiąc się za obolałe miejsce. Z kolei drugi spojrzał na Marie i nie zastanawiając się, oddał strzał w lewy jej bok. Chcąc sprawić jej ból i nie pozwolić na więcej koncentracji. Drugi strzał miał paść w okolicach jej ramienia bądź klatki piersiowej. Niestety do tego nie doszło. W tym czasie rozległ się niespodziewany wybuch, którego siła odrzuciła całą trójkę na drugą stronę pojazdu, powodując rozwalenie tylnych drzwi. Sporo dymu uniemożliwiało zlokalizowanie kogokolwiek a jedynie siebie. Cała trójka usłyszała, jak ktoś wszedł do powodu. Jego kroki były dość mocne, pewne siebie. Po chwili, kobieta mogła usłyszeć dwa strzały a obok niej leżały trupy strażników. Nad nią teraz stał mężczyzna, odziany w czerń. Jego twarz była zakryta. Widoczne były tylko oczy.
- Twoje imię i nazwisko?
Zapytał. Chcąc by się przedstawiła. Od razu dostrzegł, że jest więźniem, że jest ranna i słaba. Efekty działań DOGS. Od niej teraz zależy jak się zachowa.
Na zewnątrz przy pojeździe stała pozostała trójka z owej grupy. Również odziani na czarno, z zasłoniętymi twarzami.Colleen Marie - 2019-05-12, 18:46 Ból rozniósł się echem po całym moim organizmie. Krzyczałam, a ten krzyk brzmiał dla mnie tak, jakby krzyczał totalnie ktoś inny. Traciłam zmysły? Czy ból sprawiał, że wariowałam? A może oszalałam już wcześniej, a teraz tylko dostrzegałam objawy tego szaleństwa? Może. Ale gdy w końcu przestałam krzyczeć, zrozumiałam, że to, co miałam zamiar zrobić, nie do końca zadziałało. Ból mnie rozproszył, więc choć faktycznie jeden z mężczyzn oberwał pistoletem w twarz, to oboje wciąż niestety żyli. Trudno. Chciałam cieszyć się tym, co udało mi się osiągnąć. Obroniłam się, przynajmniej chwilowo i…
- Kurwa! – krzyknęłam i mimowolnie złapałam się za bok, który właśnie oberwałam. Postrzelił mnie. Czułam, jak gorąca krew wypływa z rany, brudzi moje dłonie. W oczach znów miałam łzy. Boże… Ja jednak umrę. Umrę w tej cholernej ciężarówce, bo nie byłam już w stanie walczyć. Odzyskałam siłę walki, nie chciałam się poddawać, chciałam przeżyć, ale… ale możliwości miałam już mocno ograniczone.
I wtedy usłyszałam ogromny huk. Siła wybuchu odrzuciła mnie na drugi koniec furgonetki, zupełnie tak, jakbym była tylko szmacianką lalką. Cholera… w sumie pewnie nie byłam jakoś dużo silniejsza i cięższa niż taka lalka. Oparłam głowę o ścianę samochodu, z zamkniętymi oczami, czekając na najgorsze. Głowa pulsowała mi bólem, zarówno po reakcji obroży, jak i po tym uderzeniu. Wciąż krwawiłam.
Kroki. Jeden strzał. Drugi strzał.
Zabił ich. Ktoś zabił tych ochroniarzy, a teraz szedł po mnie.
Jak się nazywasz?
Zamarłam. Skurczyłam się w sobie jeszcze bardziej, jeżeli to w ogóle było możliwe. Przecież ja nie znałam mojego imienia… Nie wiedziałam, kim byłam… Ale musiałam coś powiedzieć. I nie mogłam się przyznać do tego, że straciłam pamięć. Czułam, że nie mogłam.
Otworzyłam oczy, wlepiając wzrok w mężczyznę w czerni. Byłam wykończona. Krwawiłam. Bolało mnie wszystko. Brudna, poraniona i wychudzona z pewnością nie przypominałam tej siebie z mojego poprzedniego życia. Istniała więc duża szansa, że ten człowiek nie złapie mnie na kłamstwie. Westchnęłam ciężko.
- Gemma. Gemma Oaks. – powiedziałam z trudem, z zaskoczeniem rozumiejąc, że to imię tej małej dziewczynki z mojego wspomnienia. Przypominałam sobie. Powoli zaczynałam pamiętać pewne rzeczy… Może, jeżeli przeżyję, to kiedyś całkowicie odzyskam pamięć? Boże, marzyłam o tym. No, ale najpierw musiałam nie stracić życia.
- Proszę… Jak chcesz mnie zabić, to zrób to szybko. Błagam… – szepnęłam cicho, spuszczając wzrok. Nie miałam szans. Wiedziałam, że nie był sam. Tych poprzednich strzałów było zbyt dużo jak na jednego człowieka. Z nowopowstałą raną i z obrożą wciąż zapiętą na szyi byłam totalnie bezbronna, a fakt, iż moje życie było całkowicie w rękach mężczyzny i jego znajomych było przerażające.Mistrz Gry - 2019-05-12, 19:08 W tej chwili nikogo nie obchodziło to, że jest ranna czy coś się jej stało. Jednego mogła być pewna. Jedno zagrożenie minęło. Szwadroni z DOGS nie żyli. Zdana teraz była na łaskę nieznajomych osób. Nie było wiadomo, czy byli sprzymierzeńcami czy mordercami. Lecz wiadomo, że działali w grupie. Byli bardzo pewni siebie.
Przedstawiła się. Mężczyzna opuścił lufę broni, celując teraz w podłogę.
- To nie ona.
Rzekł z podniesionym głosem, kierując te słowa bardziej do swoje grupy.
- Jaka szkoda. Czyli znów zły pojazd. Szlag.
Colleen mogła usłyszeć z oddali kobiecy głos. Niezadowolony z zamierzonego celu. Najwidoczniej szukali kogoś. Ale znów nie znaleźli.
Mężczyzna który stał przy Marie, odwrócił się bokiem i spojrzał w dal pojazdu, wprost na swoich kompanów.
- Jest ranna. Zdaje się, że musi być ich nowym nabytkiem.
Skierował swoje kroki do wyjścia i zeskoczył z pojazdu.
- Co z nią robimy?
Zapytał koleżanki, jakby każda decyzja zależała od niej.
Nieznajoma odziana w czerń, skrzyżowała ręce pod biustem i się zastanawiała, spoglądając na ofiarę DOGS.
- Ulecz ją. Reszta już zależy od Losu, jeżeli będzie dla niej łaskaw.
Zwróciła się do drugiego z ich kompanów. Wyższego i bardziej zbudowanego. Skinął głową w zgodzie i wskoczył do pojazdu, podchodząc do rannej. Jeżeli pozwoliła, zdjął rękawiczkę i przyłożył nad jej ranę, by jasne zielone światło spływało do jej rany. Niestety, efekt ten był bolesny. Jakby rana goiła się na żywca. Była zasklepywana czymś gorącym. Widocznie jego moc uleczania bywała bolesna. Kula wyszła z ciała, krew przestała wypływać, po ranie nie było śladu. Gdy mężczyzna skończył, zostawił ją i wyszedł zakładając rękawiczkę. Wrócił do swoich. Wtem odezwał się kobiety głos.
- Zabrać Cię ze sobą nie możemy. Reszta Twojego życia w ręku Losu. Może jakiś Anioł będzie nad Tobą czuwał.
Po tych słowach, cała czwórka zaczęła się oddalać.Colleen Marie - 2019-05-12, 19:27 Serce waliło mi tak mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć mi z piersi. Wpatrywałam się prosto w lufę pistoletu, która wycelowana była we mnie. Tak strasznie się bałam… Nie chciałam umierać, ale w sumie jakbym już miała umrzeć, to chyba teraz był najlepszy moment. Słaba, zniszczona, poraniona…. nie miałam szans. Jeżeli Bóg istniał, to darem od niego byłaby w tym momencie szybka śmierć, bo przecież mogło mnie spotkać coś znacznie gorszego. Miałam już dość tortur, dość bólu… Ale wtedy mężczyzna opuścił lufę.
To nie ona. Boże, czy to było możliwe, że to mnie szukali? Udało mi się. Oszukałam ich, a oni się nie zorientowali. Gdybym przyznała się, że nie pamiętam, kim jestem… Może by się zorientowali? I może zamordowaliby mnie bez najmniejszego wahania? Mój pierwszy, mały sukces, odkąd tylko pamiętam… Ledwo powstrzymałam się od uśmiechu, skupiając się na bólu, który wciąż odczuwałam.
Słuchałam ich, nie odzywając się ani słowem. Bałam się, że powiem coś, co mnie zdradzi, albo co skupi ich uwagę na mnie. Rozmawiali ze sobą i w końcu doszli do tak zaskakującej decyzji, że teraz znów chciałam płakać, ale ze szczęścia. Nie zabijali mnie, a na dodatek zdecydowali się udzielić mi pomocy. Boże…
Do pojazdu wskoczył mężczyzna, który podszedł prosto do mnie. Przełknęłam ślinę, pozwalając mu na dotknięcie mojej rany. Ból był nie do opisania, naprawdę. Ale jak najbardziej do wytrzymania. Zaciskałam zęby, nie chcąc krzyczeć, podczas gdy on mnie leczył i… i cholera, wyleczył mnie. Gdy przestał, pot spływał mi z czoła, ale przynajmniej już nie krwawiłam, a kuli nie było w moim ciele.
- Dziękuję. – powiedziałam, patrząc mu w oczy z naprawdę ogromną wdzięcznością. Pomogli mi i teraz odchodzili, ale ja… ale ja wciąż byłam tak bardzo bezbronna. Dlatego gdy oni już zamierzali odejść, ja zdecydowałam się ich jeszcze zatrzymać.
- Ja… czy umiecie… umiecie zdjąć tą cholerną obrożę? – spytałam, patrząc na nich z rozpaczą w oczach. Przesunęłam dłonią po chłodnym materiale obroży, która blokowała moją moc. Mogłam uciec, ale… ale przecież wciąż miałam kajdanki na nogach, na nadgarstkach, a do tego ta obroża…Mistrz Gry - 2019-05-12, 20:38 Może jej szukali, nie znając jej prawdziwego obecnie imienia i nazwiska, skoro przedstawiła się fałszywymi? A może nie jej a kogoś jeszcze innego? Trop okazał się być fałszywy. Ale z drugiej strony, ocalili kolejnego mutanta. Wyleczyli i tyle powinien być wdzięczny.
Jej prośba sprawiła, że zatrzymali się. Odwrócili się w jej kierunku, by spojrzeć z obojętnością. Nie przejmowali się tym, że miała obrożę i kajdanki na kończynach. Od teraz powinna sobie sama radzić.
- Los dla nas wszystkich nie jest łaskawy. Ale dla Ciebie może będzie. Od teraz musisz sama sobie radzić. Swoje zrobiliśmy. Jeżeli dotrzesz do najbliższej wioski czy miasta i znajdziesz człowieka obeznanego w technologii nowoczesnej, myślę że będzie wstanie Ci pomóc.
Odpowiedziała kobieta, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę odchodzą. To samo zrobili trzej towarzyszący jej mężczyźni. Po przebyciu paru kroków chodu, ruszyli biegiem do miejsca, gdzie ukryli transport. Wsiedli na swoje motory i odjechali. Colleen została sama. Zdana na siebie.
W pojeździe była broń. I to aż cztery egzemplarze pistoletów zwykłych i specjalnych na mutanty. W końcu miała obok siebie dwa trupy i dwa zajmujące siedzenia przy kierownicy. Każdy z nich na pewno miał krótkofalówkę i telefon komórkowy. Może furgonetka była jeszcze sprawna i nie uszkodzono akumulatora czy też hamulców? Kto wie... Choć stan przedniej części pojazdu, przedstawiał się w bardzo opłakanym stanie. Podziurawiony. Włącznie z przednią szybą.
[z/t dla grupy odbijającej]Colleen Marie - 2019-05-12, 20:49 Musiałam zaryzykować. Musiałam spytać. Niestety… nie mogło być tak łatwo. Udało mi się przeżyć, wyleczyli mnie, ale… ale ewidentnie nie zamierzali mnie ratować, a ja absolutnie nie chciałam naciskać, co by przypadkiem nie zmienili zdania. Patrzyłam w oczy kobiecie, która się do mnie odezwała i jedyne co zrobiłam, to kiwnęłam głową na znak, że rozumiem to, co do mnie powiedziała. Problem w tym, że… że pojęcia nie miałam, kim byłam, gdzie się znajdowałam, w którą stronę jechać… Nie wiedziałam nawet, czy potrafię prowadzić samochód, a poza tym to mógł nie odpalić. Musiałam jednak spróbować, bo coś mi się wydawało, że na pieszo nigdzie nie będę w stanie dojść. No a już na pewno nigdzie daleko…
Odjechali. A ja musiałam działać.
Miałam dość mocno ograniczone ruchy ze względu na kajdanki, ale udało mi się wstać. Zgarnęłam dwa z pistoletów, które wypadły z dłoni martwych ochroniarzy i wyszłam z auta, zatrzaskując za sobą drzwi. Czułam się lepiej, po tym, jak mnie wyleczyli, a poza tym miałam w sobie sporo samozaparcia. Przeżyłam. Musiałam teraz stąd uciec i zacząć żyć. Podeszłam do auta od strony kierowcy, pistolety chwilowo upuściłam na ziemię. Otworzyłam drzwi i, cholera, Pan Martwy Kierowca wypadł z samochodu, a ja prawie popłakałam się ze szczęścia, bo przynajmniej nie musiałam go dźwigać. Podniosłam z ziemi pistolety, wrzuciłam je do środka. Wzięłam głęboki oddech, a po chwili ledwo, ale udało mi się wsiąść do auta. Zamknęłam drzwi i dosłownie na kilka sekund przymknęłam oczy.
- Boże, jeśli istniejesz… Niech ten cholerny samochód odpali. – mruknęłam. Kluczyli nadal były w stacyjce, a ja zaczęłam działać totalnie intuicyjnie. Przekręciłam kluczyk i… i jeśli samochód odpalił, to ruszyłam, jadąc totalnie przed siebie, w bliżej nieokreślonym kierunku.
Musiałam się przemieszczać. Musiałam znaleźć kogoś, kto mi pomoże.Mistrz Gry - 2019-05-12, 21:36 Niestety nie było tak łatwo. O tyle było dobrze dla Colleen, że ktoś przypadkiem został jej zesłany w ratunku, że ten jeden nieustanny koszmar mógł się zakończyć. Lecz co dalej? To już zależało od kobiety, czy poradzi sobie w takiej sytuacji. Co więcej. Skoro przebywała otoczona czterema aż strażnikami, to może warto byłoby sprawdzić, czy któryś z nich nie posiada czasem kluczyków od kajdanek?
Przebywanie z trupami nie było przyjemne. Sytuacja wypadającego z pojazdu kierowcy, oszczędziła problemów biednej dziewczynie. Jednakże wsiadając do pojazdu, miała martwego towarzysza na miejscu pasażera. Próby odpalenia pojazdu kończyły się niepowodzeniem. Lecz dopiero za piątą próbą coś zaczęło łapać i pojazd się uruchomił. Ruszył prosto przed siebie, jak prowadziła droga...Colleen Marie - 2019-05-12, 22:41 Nie myślałam do końca trzeźwo. Już nie. Nie miałam czasu na myślenie, nie dawałam go sobie. Jedyne co wiedziałam, to to, że muszę uciekać z tego miejsca jak najszybciej. Na pewno jakiś szef laboratorium zorientuje się wcześniej, niż później, że coś jest nie tak. Ochroniarze się nie zgłoszą, nie zadzwonią, nie dojadą na czas na miejsce. A na pewno znali ich trasę. Musiałam stąd uciec, jak najszybciej. Skręcić, zmylić ich. Schować się. A dopiero potem pomyśleć, co mam zrobić z kajdankami, z tą cholerną obrożą…
Samochód nie odpala. Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty…
- Tak! Tak, kurwa, tak! – krzyknęłam w euforii, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje. Ruszyłam gwałtownie, kompletnie zaskoczona, bo… bo potrafiłam prowadzić.
Świetnie ci idzie, kochanie. Super. Na pewno zdasz ten jutrzejszy egzamin. Nie denerwuj się, dobrze? Kocham cię. Jesteś świetnym kierowcą, będzie okej.
Zahamowałam gwałtownie, przyswajając wspomnienie, które zaatakowało mnie tak niespodziewanie, jak to poprzednie. Kobieta ze zdjęć. Znałam ją. To moja matka.
To odkrycie rozproszyło mnie. Ale musiałam wrócić do działania, a dopiero potem… dopiero potem będę mogła pozwolić sobie na komfort myślenia, zastanawiania się… Dlatego ruszyłam dalej. Kątem oka zerknęłam jeszcze na martwego mężczyznę, który siedział na fotelu obok mnie. Gdyby nie rana postrzałowa na środku głowy wyglądałby zupełnie tak, jakby spał… Taki spokojny, choć przecież był potworem.
Nie obchodził mnie jednak wygląd, a pęk kluczy, które przypięte miał do spodni. Klucze. Do kajdanek?
Przyspieszyłam, chcąc uciec stąd jak najszybciej. Musiałam się schować, sprawdzić klucze, a potem biec… biec przed siebie i uciec z tego koszmaru.