Mistrz Gry - 2018-08-19, 19:27 Och, a więc teraz wreszcie dotarło do nich, że były w niebezpieczeństwie? Że to wszystko to nie były żarty? Ian zaśmiał się z satysfakcją obserwując jak niespokojnie zachowywały się dziewczyny.
– Nie przestawaj, Liso – szepnął czule do jej ucha, a ona… ona nie miała żadnych powodów, by nie spełnić jego prośby. Robiła wszystko co w jej mocy, by tylko poprawić mu humor, by go zadowolić. A to działało, prawda? Bo wizje były jeszcze bardziej rzeczywiste. Barwy w jakich widziały powstałe obrazy były przyjemne i ciepłe. W ich świecie nie było zbliżającej się wojny. W ich świecie był spokój. I jedyne co zakłócało ten spokój to głęboki głos Iana: – to wszystko będzie wasze, wystarczy tylko pójść z nami.
I czy ta propozycja nie była kusząca? Ich największe pragnienia… to wszystko mogło zostać spełnione. Wystarczyło tylko wypowiedzieć jedno zdanie. A może nawet i jedno słowo. To nie było wymagające, czyż nie? Przytaknięcie, a potem… wszystko było na wyciągnięcie ręki. I pomimo syren zbliżających się służb bezpieczeństwa, wyrwanie się z tego transu nie wydawało się możliwe, bo moc Lisy jakby rosła w siłę. Szturmowcy nie przewidzieli jednak jednego. Ładunek wybuchowy, który podłożyli wybuchł stanowczo za szybko niż się tego spodziewali. Pod wpływem zamieszek Lisa została staranowana, a wytworzone wizje pękły niczym bańka mydlana. Darcy, Matilde i Cassandra… one wszystkie ponownie znajdowały się na moście. W samym środku piekła. Nie minęła nawet minuta, kiedy Ian ponownie sięgnął po broń i na ich oczach zastrzelił uciekającą kobietę.
Panika, chaos i rozprzestrzeniający się ogień. Instynkt samozachowawczy dość jasno mówił, że musiały stąd uciekać. Nieważne jak traumatyczne były te przeżycia. Trzeba było uciekać. Przed zbliżającym się rządem i tym bardziej przed szalonymi rebeliantami. Mimo wszystko w tej sytuacji zamieszanie było im całkiem na rękę. Buntownicy, którym sytuacja zdawała się wymykać spod kontroli, próbowali zatrzymać przerażonych uczestników zdarzenia. To wtedy dziewczyny postanowiły wykorzystać sytuację. Być może to była kwestia adrenaliny, być może to wola przetrwania, ale z jakiegoś powodu Cassandra i Matilde pobiegły w zupełnie przeciwnym kierunku niż Darcy, która oberwała kulką w ramię od rozwścieczonego Todda. Ale czym była kulka wobec przerażonej brunetki, która nie zamierzała dzisiejszego dnia umierać? Poszkodowana, zraniona, zakrwawiona. Ale przynajmniej żyła.
Ucieczka dla Cassandry i Matilde nie była aż taka łatwa, jak dla Darcy. Ian ruszył za nimi w pościg, chwytając Cassandrę za włosy i godząc kobietę w bok nożem. Powstała rana nie była niebezpieczna dla życia, a nóż na szczęście nie wydawał się zbyt ostry. Mimo wszystko musiało boleć jak cholera, a krew powoli sączyła się z boku Cass. Chociaż Wallace starała się pomóc Cass w walce z Ianem to na niewiele się zdała, bo sama oberwała od bruneta pięścią w wyniku czego została z rozciętą wargą. Być może była to opatrzność boska, być może po prostu los się do nich uśmiechnął, ale jeden z uciekających mężczyzn odciągnął Iana od Cassandry, dzięki czemu Gardner była gotowa do dalszej, ale tym razem samotnej ucieczki. Panikujący ludzie po prostu rozdzieliły dziewczyny, a jakiekolwiek szukanie siebie w tłumie groziło niebezpieczeństwem.
Co się zatem stało z Matilde? Tuż po rozdzieleniu z przyjaciółką została staranowana przez przechodniów i niefortunnie upadła na ziemię. W wyniku czego zwichnęła sobie nadgarstek. Ale i dla niej drobne obrażenia nie wydawały się mieć żadnego znaczenia. Zwłaszcza teraz, gdy funkcjonariusze policji dotarli na miejsce i zaczęli strzelać w kierunku buntowników. Wallace nie zastanawiając się ani chwili, po prostu pobiegła w swoją stronę.
[zt dla wszystkich]Aaron Bartowski - 2018-10-25, 12:33 | data do ustalenia, poranek?
Śniłem o niej. Piękne sny. Nie mogłem narzekać na ich realizm. Miałem wrażenie, że naprawdę tu była, dotykała mnie, koiła słodkimi słowami i przede wszystkim kochała, akceptowała, rozumiała… Trwała przy mnie, póki się nie budziłem i ze zgrozą nie uświadamiałem sobie, że to kolejna noc, kolejny dzień przed następną nocą, kolejnym dniem… Noce i dnie zaczynały jednakże przestawać mieć znaczenie. Ile to ich minęło? Za dużo.
Czułem się podle. Pomijając fakt, że moja dłoń napotykała obok puste łóżko albo po prostu inne, równie puste podłoże, to głowa mnie nakurwiała jak diabli, zaś gardło krzyczało pić! Tak, pić mi się chciało, ale siedziałem otępiały, wpatrując się w wodę. Zastanawiało mnie, co ja robiłem ostatniej nocy i ogólnie GDZIE ja byłem, bo miejsce i moje ubranie pewnie dawało wiele do myślenia. Pomijając tym razem, że trochę zarosłem, olałem dumnie niegdyś utrzymywaną kondycję i miałem trochę brzydkich sińców oraz rozcięć po ostatnich walkach… To uwalony byłem od sadzy i miałem nadpalony płaszcz. Nadpalony… Aż przeszył mnie dreszcz na myśl o tym, co mogłem odwalić pod wpływem alkoholu, kiedy jakiś młot albo ich stado postanowiło mnie trochę zaczepić. Jezu…
Spróbowałem wstać, ale zaraz tego pożałowałem. Zawirowało mi w głowie i niemalże nie wylądowałem w rzece. Wszędzie czułem dym, dym, dym. Nawet w ustach, choć to była raczej zasługa mojej wyobraźni. Lepiej nie przywoływać obrazów palenia żywcem, jakie stawiała przed moimi oczami. Modliłem się aby, by nie ucierpiały na tym żadne dzieci, żadni niewinni ludzie. Musiałem to sprawdzić. Wyjść do świata, się dowiedzieć… Znaleźć coś do picia. Niechybnie miałem kaca. Nadal czułem wirowanie w głowie, resztki alkoholu w swoich żyłach. Sam powinienem był spłonąć. Nie miałem pojęcia, jakim cudem jeszcze żyłem. Nic nie miało sensu. Alba… Sam… Colleen… Bractwo już dawno nie istniało. Wszystko się popieprzyło.
Pozbyłem się czym prędzej tego okropnego płaszcza. Odsunąłem jak najbardziej w bok, rozważając wrzucenie go do rzeki… co raczej nie było w moim guście, zaśmiecanie środowiska, ale skoro i tak zanieczyszczałem je swoim istnieniem? Jakimś jebanym spopieleniem Bóg wie czego? Chłodno było, ale chuj. Musiałem się jakoś ogarnąć i iść stąd jak najdalej. Tylko... jakoś topornie mi to przychodziło.Alba Delgado - 2018-11-22, 13:08 Link
Powiedz mi, jak mogę przestać czuć. Powiedz, jak przywrócić moc przeszłości. Jak nie tęsknić, nie pamiętać, jak w ogóle zacząć żyć. No powiedz mi, bo ja nie wiem. Tamtego dnia umarłam. Nie od razu. Powoli z dnia na dzień więdłam. Przychodziłeś do mnie w snach, rozpalałeś płomień w moich mokrych oczach i nie pozwalałeś mi upaść. Trwałam w tym śnie jak w zaklęciu, ale i ono pewnego dnia przestało działać. Wołałam Cię, ale nie słyszałeś mnie. Oni próbowali łapać mnie za ramiona i podnosić ku słońcu, ale wcale nie chciałam. Nie chciałam widzieć światła, czuć jego parzących płomieni. Nie bez Ciebie.
Topiłam się we własnym łóżku, skryta w cieniu zasłon i wbijająca paznokcie w skórę zbyt mocno. Czekałam na Ciebie, chciałam zabić smutek bólem. Wtedy jeszcze coś czułam, wtedy próbowałam ujrzeć Ciebie w tej mrocznej postaci na ulicy. Rosłam w siłę, ale nie taką, z której mógłbyś być dumny. Karmiłam się melancholią, uczyniłam ze złości energię, byłam wulkanem, który nie może wybuchnąć, ale i tak nie wolno nikomu się do niego zbliżyć. Krew spływała po mojej twarzy, kiedy doprowadzałam organizm do wycieńczenia, próbując odnaleźć gdzieś w tym ponurym świecie cień Twojej emocji. Tam jednak nic nie było. Próbowałam znów i znów, aż padałam, bo to było zbyt wiele. Głupio ufałam własnej potędze, która tak naprawdę nie istniała. Nie potrzebna mi ta moc, niepotrzebna mi bez Ciebie, bo tylko czyniła mnie słabszą. Otwierając swą duszę, otwierałam się sama, a to okazywało się destrukcyjne. Po nocach szeptałam, abyś mnie nawiedził, byś mnie stąd ukradł, że chcę być przy Tobie, ale nie odnajdę Ciebie sama. Nie umiałam jeść, słabłam z każdym tygodniem, pewnego dnia musieli mną manipulować, bym nie umarła z wycieńczenia. Schudłam, nie chciałbyś tego widzieć, zbladłam, więdłam, jak kwiat, który nie ma swojego słońca. Rozpadałam się, a Ty byłeś gdzieś tam. Pod mokrymi powiekami odnajdywałam obrazy przeszłości, ale mgła wokół nich stawała się coraz mocniejsza. Nie było już nas.
Zamieniłam róż na czerń, zakręciłam włosy, wywołałam cienie na mojej twarzy, zarzuciłam skórę i nawet mam motor, wiesz? Któregoś dnia nauczyłam się nie czuć. Uśpiłam moje emocje, nie widziałam czyiś. Nie torpedowały mnie ich histeryczne troski i frustracje, wyciszyłam się, przestałam płakać. Nie czułam nic, zupełnie nic. Żalu, smutku, radości i pragnienia. Wiatr we mnie ustąpił, zapanowała cisza, która pozwalała mi nie umrzeć. Nie istniała dla mnie wojna, nie istniała żadna cholerna organizacja, rodzina, wielkie idee. Byłam sama w sobie – resztką człowieka.
Nocami błądziłam po mieście, wymykałam się z domu, bo próbowali mnie trzymać tam jak w klatce. Bali się. Tylko nie mogłam czasami znieść więzienia czterech ścian. Chłód ciął policzki, mroczne niebo wisiało nade mną, wokół ludzie toczyli bój o życie i śmierć. A ja szłam, gubiłam się w tych ulicach, kusiłam niedobrych ludzi. Udawałam pozbieraną, choć każdego dnia odpadał kawałek mnie. Oddychałam przeszłością, choć wdychałam bezsprzeczny odór wojny. Przyjechałam gdzieś tutaj, stałam nad wodą, wyrzucając do niej własną gorycz. Potem wspięłam się na ten most. Było mi zimno, ale to znak, że nie przestałam czuć.
Pusta droga, pojedyncze smugi światła, spokojna woda pode mną. Nie bałam się tej nocy, tak mi było dobrze. Patrzyłam przed siebie, pokonując kolejne kroki. Wtedy poczułam ból. Upiorny ból w klatce piersiowej – tak mi się zdawało. Zatrzymałam się. Co to była a moc. Rozsadzała mnie, przenikała totalnie. Nie mogłam złapać oddechu. Mój głos przerwał ciszę. Czułam. Odwróciłam się za siebie. Byłeś tam jak wizja, jak ostatni zwiastun mojego obłędu. Przekręciło się całe moje ciało, do Ciebie. Czy powinnam się pożegnać? Zbliżyłam się, ale każdy milimetr zgniatał kawałek mojej duszy. Stanęłam przed Tobą. Pachniałeś jak śmierć, sadzą. Istniałeś?Aaron Bartowski - 2018-11-22, 15:18 | 21-22/11, noc
Nie istniałem. Nie mogłem istnieć – przynajmniej, inaczej oznaczałoby to, że coś stało się złego zaledwie kilka godzin temu. I to z mojego powodu, z mojej ręki, a właściwie z mocy. Nadpalony płaszcz przypominał mi o tym na każdym kroku, gdyż musiałem się z nim przeprosić. Jeszcze na chwilę, na jakiś czas, póki nie miałem skołować sobie czegoś innego, a nawet jeśli nie… Doskonale do mnie pasował, czyż nie? Król sadzy i popiołu! Może miał budzić jakieś resztki respektu do mojej osoby? Może miał mnie narodzić na nowo?
Listopadowe noce nie były zanadto ciepłe. Nad wodą bywało chłodniej niż normalnie. I jeszcze to wspomnienie… zapomniane, ale przypięte do mnie tą wonią… Nieodłączone. Nie dawało mi spokoju. Co się wydarzyło, do cholery?! Zabiłem kogoś? Niechybnie kogoś zabiłem. Czułem to gdzieś w kościach, głęboko, jak gdyby się wgryzło. Taki jakby kac. Sumienie. Zabiłem kogoś i nie miałem przy tym krwi na rękach. Czyż to nie było słodko wygodne? Musiałem się rozwinąć, zostać bogiem i tyle. Albo zginąć.
Nie wiem, co ja robiłem. Głupotę najpewniej na pijackich oparach. Rano tabloidy zaleje informacja, że niebezpieczny – albo głupi – mutant dokonał samospalenia… Choć to brzmiało słabo. Obrócą to jakoś przeciwko mutantom. Może Niebezpieczne porachunki pomiędzy mutantami…? To co, że było go jednego i chciał zostać bogiem, hehe. Ale! nie myślmy znowu tak pesymistycznie, bo serio mogło mnie to odblokować i uczynić, kurwa, niezniszczalnym. Potem mogli mi naskoczyć… Takie D.O.G.S. chociaż. Zniszczyłbym ich wszystkich, pomógł Sam… Powinienem się pozbierać i pomóc Samanthcie. Dokładnie to zrobię!
Zabrałem butelkę z resztą whisky czy innego burbona. Dzielnie parłem na przód. Porzuciłem za sobą lodowaty brzeg rzeki i wkroczyłem chwiejnym krokiem na most. Nic nie jeździło, chwilowo, za to stała tam dziewczyna z motorem. Z początku widziałem w niej randomkę, ale dosyć szybko utożsamiłem ją ze swoją Albeczką. To co, że to nie jej styl… Motor! Moja Albeczka nie jeździła na motorze, ale były podobne bardzo. Szczególnie, kiedy zbliżyła się do mnie, jak gdyby nie bała się stawać twarzą w twarz z menelami nocą na moście.
Obdarowałem ją uśmiechem, bo chwilowo przeszła mi faza na obwinianie się. Miałem teraz fazę na stawanie się bogiem! Niecodziennie ludzie stawali się bogami! I tak, blady, umorusany sadzą, w brudnym płaszczu z potarganymi włosami… uśmiechałem się i nawet byłem szczęśliwy, bo ona była niczym Ona. Jeśli miałem umrzeć, zamiast stać się bogiem, to fajnie byłoby, gdyby patrzyły na mnie jej oczy. A przynajmniej podobne… A może ja miałem omamy, bo ona była serio tak bardzo podobna, a jednocześnie inna, ale wciąż podobna…?
- Chcesz zobaczyć jak płonę? Chodź, będzie fajnie – stwierdziłem, łapiąc ją nawet za rękę. Chyba podświadomie wszystko było mi jedno, skoro zaczepiałem obcą laskę nocą na moście. Z pewnością była mutantką gotową skopać mi dupę. Albo była moją Albą, taką z mojej głowy i miała mi towarzyszyć w trakcie przemiany. Wtedy może nawet mógłbym jej skraść buziaka?
- Czy ty jesteś Alba? Czy ty jesteś moją Albą?! – zapytałem wprost, zamroczony, chyba serio wciąż pijany. Zmrużyłem oczy, przyglądając się jej, próbując zmusić zmysły do odpowiedniego odbioru jej osoby, mózg do przywołania jej postaci ze wspomnień, przywołania czegoś, co pomogłoby mi… Stwierdzić, czy to jawa, czy sen? Czy Ona, czy nie Ona? Pogubiłem się.
Potrząsnąłem głową, cofnąłem o krok, bo zamroczyło mnie na moment. Puściłem ją i zacząłem machać ręką, jak gdybym chciał ją odgonić od siebie. Woń dymu znowu uderzyła mnie w nos, nękała. Nie mogła jednak tu zostać, bo to groziło śmiercią.
A mimo to wciąż tu staliśmy. Sami. Na moście.Alba Delgado - 2018-11-22, 15:55 Boję się.
Boję się, że jesteś moim chorym szaleństwem. Że tonę głęboko w Tobie, a Ty jesteś mgłą moich oczu. Czuję Twój apokaliptyczny zapach, czuję, że karą jest oglądanie Ciebie w tej przepaści. Jesteś taki wygasły, brudny i zniszczony, jesteś resztką siebie. Jak ja. Dwa ostatnie okruchy pięknej miłości, rozdarte przez okrutny los, samotne i porzucone. Dokąd nas to zaprowadziło? Gdzie jest nasza miłość, nasze pocałunki zrodzone pod anielską kopułą, namiętność płonąca wbrew światu i bliskim nam sercom. Gdzie to wszystko jest? Aaronie, mój Aaronie… Pozwól mi odejść, nie zatrzymuj mnie tutaj. Więzi mnie wspomnienie Ciebie, rozrywa mnie tęsknota za Tobą, gniję bez ciepła Twoich płomieni, nie umiem już czuć – nic poza okrutną torturą Twej rozmazanej aury. Wciąż nie przestałam, choć uczyniłam wszystko, aby przestać Cię kochać. Nie ma drugich miłości, nie ma milionów serc gotowych do pokochania. Jest to jedno, czarne, płonące, rozproszone w popiele niemocy.
Dotknąłeś mnie. Porwałeś jak swoją, choć mówisz do mnie tak obco. To Twój głos, to Twój dotyk, choć taki beznamiętny, chłodny. Tak, chcę zobaczyć, jak płoniesz. We mnie, dla mnie, ale nie sam. Zabrakło mi głosu, próbowałam mówić, ale nie mogłam. Jesteś dziki, odurzony, umierający we własnym wariactwie. Kochaj mnie…
Wypowiadasz moje imię w tej pijackiej balladzie, nie panujesz nad nędzną resztką iskier, a chcesz zapłonąć? Odrzuca mnie Twój alkoholowy ton, ale nie umiem wciąż ani mówić, ani uciec. Trzymasz mnie, choć widzę, że nie wiesz, dlaczego to robisz. Tak samo jak ja nie pojmuję, dlaczego znów daję się Tobie uwodzić. Przecież nic w Tobie nie ma, niczym nie jesteś. Prześwituje przez Ciebie mrok tej nocy, za Tobą nie ma niczego, głęboka otchłań śmierci, a przed Tobą stoję ja. Ty chcesz, abym Cię tam zaprowadziła, Ty jesteś taki zniszczony.
Jak zniszczona jestem ja.
Nie mogłam. Przywaliłam Ci. Ręka mi drżała, czułam, jak ulegle poddajesz się temu, jak nie próbujesz mnie powstrzymać. Byłam wiotka, krucha, ale nie byłam tamtą lalką, którą porzuciłeś jak tchórz. Może nie poczułeś, może nie zabolało, ale poczułam ja. Twój policzek skryty w mrok nieznajomego zarostu. Twój, mój. Odganiałeś mnie od siebie z takim wstrętem, w tak głębokim obłędzie. Nie pozwolę Ci, nie będziesz mnie już krzywdził. Nie…
Ściskałam mocno pięść, pulsowała, ale nie tak widocznie jak ja. Nie możesz odgadnąć, co się we mnie dzieje, jak wielkie emocje we mnie wzbudzasz, jak okrutnie cierpiałam. Wtedy zaczynam się dusić. Nie mogę oddychać, mocno, łapczywie próbuje złapać powietrze, czuję, jak kręci mi się w głowie, łapię Cię za ramię, bo czuję, jak bliska jestem ostatniego upadku. To jakiś przeklęty atak, wiruje mi w głowie od Twoich, od moich emocji, słyszę obce świsty nocy. Jestem przerażona, trzęsę się. Zerkam na Ciebie ostatni raz, przecież widzę, że to Ty, czuję Ciebie tak mocno. Podrywam się jakąś nagłą resztką sił i przysuwam swoje usta do Twoich, ale nie mam już siły, nie mam mocy, by zrobić cokolwiek więcej, by poruszyć wargami…Aaron Bartowski - 2018-11-23, 18:21 Po pijaku wszystko zdecydowanie zdawało się być prostszym, łatwiejszym tak na serio. Odurzony, zagłębiając się w alkoholowym obłędzie, potrafiłem jeszcze wykrzesać z siebie resztki radości, ostatki szczęścia… Bez tego gówna w mojej krwi? Gubiłem się w uczuciach, w tęsknocie, we wspomnieniach, w rzeczywistości, która przecież w żaden sposób nas nie oszczędzała. Nas mutantów. Było coraz gorzej, coraz bardziej zacięcie. Wcześniej nie dawałem rady, więc co mogłem teraz? Popadać z zatracenia w zatracenie.
Kiedy Alba-nie-Alba uderzyła mnie z pięści w twarz byłem w szoku. Stałem i zmuszałem umysł do przeanalizowania tego, co miało miejsce… A im bardziej uświadamiałem sobie to, co miało miejsce, bardziej zapadałem się w tej drugiej utopii – bólu. Szkoda aby, że butelka wcześniej wysunęła mi się z dłoni i rozbiła, bo chętnie bym to przepił, zatopił, zapomniał, bowiem mnie ani jej nie powinno tu być, a na pewno nie w jednym czasie.
Stałem i wpatrywałem się w nicość, widząc, a raczej czując ten wszechogarniający mnie ból. Cieszyłem się, że żyje, że nic jej nie jest… Ale ten głosik przypomniał mi wszystko, przypomniał mi, że gdziekolwiek bym nie poszedł i czegokolwiek nie zrobił, miałem przynieść śmierć swoim bliskim. Przynosiłem pecha. Lepiej było, kiedy… kiedy mnie nie było. Ale to żałosne, bo Colleen robiła mi to samo, tylko że… że co? Głowa mi pękała od tego wszystkiego. Chyba wytrzeźwiałem. Zbyt szybko. Bałem się, tak cholernie się bałem. Nie powinno jej tu być, nie powinno… Co ona ze sobą zrobiła…? I co, do cholery, jej się działo?
Przerażony sam ją złapałem, bo miałem wrażenie, że zaraz padnie i rozbije sobie głowę o asfalt. Nie mogłem na to pozwolić, nie mogłem… Nie mogłem jej pozwolić, nam pozwolić… I te usta… Pocałowałem je delikatnie, jak gdybym się obawiał, że mogłyby się rozlecieć pod większym naporem. Może mogły? Może naprawdę w to wierzyłem? A może w głowie wciąż miałem tę rakową myśl, że cokolwiek…
Odsunąłem twarz od jej twarzy i zamknąłem oczy. Nie potrafiłem. Miałem siebie za ścierwo najgorsze, nie mogłem jej tego zrobić. Przyciągałem tarapaty, tarapaty na moich bliskich... Ale ten dotyk, jej delikatna skóra i wspomnienie – takie żywe i świeże – jej warg na moich wargach…
- Wybacz – szepnąłem jedynie, choć miałem nieodparte wrażenie, że ta myśl pozostała jedynie myślą albo że wymknęła się ze mnie niemo, niesłyszalna. Chyba utonęła wśród tych wszystkich emocji, powstrzymywanych łez.
Oj, Albo, tak bardzo Cię pragnąłem i tak bardzo nie mogłem Cię mieć. Czemu ten świat był taki nie fair?Alba Delgado - 2018-11-27, 10:51 Skrzywdziłeś mnie. Nie chcę już cierpieć, nie chcę już czuć, nie chcę…. Nie chcę być bez Ciebie. Tak mnie znasz, tak mnie odczuwasz. Tak potrafisz poczuć falę i siłę moich emocji. Tylko Tobie na to pozwoliłam, tylko dla Ciebie się otworzyłam. Przy Tobie ewoluuję, przy Tobie przeobraża się moja dusza. Jestem dla Ciebie, a Ty… Ty mnie porzuciłeś
Nie potrafię już cierpieć mocniej, chciałabym stąd uciec, jeśli cała historia ma znów rozpłynąć się w bólu. Tylko że nie miałam innej nadziei poza Tobą – brudnym, splugawionym i roztrzaskanym w środku na miliny iskier. Nie zdolnym do zapłonięcia gęstym morzem ognia. Tak to czułam. Ty zgasłeś, ale mnie na nowo rozpalał dotyk, głos, zapach… nieważne jak inny – Twój. Możesz zgnić w płomieniu, ale nie spłoną nigdy Twoje oczy i nie zamarznie Twoje serce. Wiem, że masz w sobie teraz milion apokaliptycznych wizji, wiem, że bronisz się przede mną (tak jak i ja przed Tobą) i wiem też, jak bardzo naiwna i słaba się stałam w tej krótkiej chwili. Nie chcę Ci znów pozwolić, ale dla mnie jesteś jedynie Ty.
Czuję, że moje kolana łamią się, że upadam wprost na ten mokry, krwawy potop zimnych dróg. Wyciągam do Ciebie ręce i łapiesz mnie. Wiesz, że o tym wiedziałam? Że nie pozwolisz mi. Chciałam to zrobić, chciałam wymusić na Tobie to. Rozpala się we mnie Twój płomień, kiedy otaczają mnie Twoje wyrysowane ramiona. Chcę więcej, chcę się przytulić. Przywierają te wytęsknione i chłodne usta do siebie, odnajdują się w sobie. Dusza przenika do duszy. To jak reanimacja, Aaronie. Zaczynam bić, bo znów jesteś. To takie intensywne. Chciałabym pokazać Ci, jak się czuję, ale jeszcze nie umiem. Czuję Ciebie – po długich miesiącach kompletnego „nieczucia”. To takie jest bezmyślne, tak bardzo nie powinnam Cię kochać. Drżą moje dłonie na Twoich ramionach, przysuwa się moje głodne ciało. Chcę posłuchać, jak drgam w Tobie. Nie wolno mi, nie powinnam, ale niczego bardziej nie pragnę. Oboje wiemy, co się wydarzyło kilka miesięcy temu i oboje wiemy, że żadne z nas nie zapomniało. Jak mocno jestem zaślepiona, jeśli w to wierzę? Nie umiem przestać pamiętać o Tobie.
Tulę swoje palce do Twojego policzka, drażnię kącik Twoich ust i patrzę przenikliwie, poszukując światła w kochanych oczach. – Nie możesz spłonąć – mówię wreszcie, choć szeptem, bo nie mam siły przebić się przez ten mrok. Nie ma już tamtego świata, nie ma już tamtych obrazów, ale my wciąż jesteśmy. Nie chcę Ciebie nigdy już wypuścić, choć i tak wiem, że chcesz odejść. Że masz w sobie lęk, ociekasz nim, przenikasz moją duszę, on w Tobie krzyczy. Tak jak i pragnienie mnie. I dobrze wiesz, że ja to czuję.
Odsunęłam się, na krok, może dwa. Stałam przed Tobą, a wiatr pieścił moje włosy. – Bo wtedy i ja spłonę razem z Tobą. – Powinnam dodać, że tak samo jak niegdyś zgasłam. Zamiast tego wyjęłam zapalniczkę z kieszeni i zapaliłam. Swoją kurtkę. Jak w jakimś chorym śnie. Płomień parzył skrawek mojego brzucha, płomienie próbowały pożreć jasny kosmyk. Serce mi umierało. Teraz wiesz już najlepiej, jak się czułam, kiedy odszedłeś.
Patrzyłam na Ciebie i zalewał mnie ogień.
Czy miłość zdoła przezwyciężyć śmierć? Ożywi nas czy zaprowadzi ku mrokom?
Czy uratuje nas? Wyrwie z płomieni?Aaron Bartowski - 2018-11-30, 21:54 Bałem się. Chwilę minęło, nim uświadomiłem sobie, że ona czuła… to, wiedziała, co mi siedziało na sercu. Tak długo… Za długo, oj, za długo nie byliśmy razem. Te wszystkie dni, które tak niewdzięcznie przemykały, spajały się w jeden, rozmazywały i znikały niekiedy… Miesiące chyba. Bałem się, a ona wiedziała o tym. Nie chciałem, by jej również ciążyły na sercu niezliczone, negatywne emocje, ale stało się. Wyrywały się ze okowów i robiły sobie ze mną, co chciały. Nie potrafiłem ich kontrolować, już nie.
A ona tu była żywa i prawdziwa. Wciąż jakoś nie potrafiło to do mnie dotrzeć, nie rozumiałem… I to jeszcze o takiej porze. Miałem ochotę zamknąć ją na wieczność w swoich ramionach, ukryć przed światem, zabrać ze sobą na menelski koniec świata, ale… Choć topornie mi się myślało, to myślałem, a kiedy myślałem, to miałem przed oczami te obrazy, w sercu te paskudne emocje… Ginąłem.
Pragnąłem wierzyć, że Alba jednak nie spłonie wraz ze mną, że przetrwa to wszystko. Niestety, moje przekonanie o tym było tak silne, że moje wargi zamknęły się szybciej niż się otworzyły, zaś jakakolwiek inna próba skomentowania jej słów, zaprzeczenia została stłumiona, nim się narodziła.
Za to narodzić miał się okazję płomień. Prawdopodobnie ten, od którego oboje mieliśmy spłonąć, który miał być naszą zgubą. Z początku nierozumiejącym wzrokiem, potem z trwogą patrzyłem, co najlepszego robiła Alba. To nie była moja Alba… To był ktoś inny.
- Przestań! – warknąłem, czym prędzej gasząc płomień. Z początku, nieco nadal otumaniony alkoholem, nawet drgnąłem ku temu, ale w porę przypomniało mi się, że jestem przeklęty i dysponuję mocą. – Co to miało znaczyć?! – zapytałem dosyć ostro, bo… to… było tak totalnie porąbane. Przypomniały mi się na domiar złego te wszystkie momenty, w których się poparzyłem i potem to się goiło wiekami, piekąc niemiłosiernie, oraz te momenty, kiedy chciałem dokonać samospalenia, kiedy to mnie tak totalnie kusiło, że musiałem tę myśl ochładzać w basenie… To było w Bractwie. Jeszcze nie tak dawno… I chwilę temu również pragnąłem tego spróbować, pozbawiony nadziei. Creepy.
Nie potrafiłem się ruszyć. Z jednej strony pragnąłem ją przytulić i wybić z głowy podobne akcje, z drugiej miałem ochotę się cofnąć kilka kroków tak, jak ona to zrobiła ze mną chwilę temu. Nie robiłem w dalszym ciągu nic, bo trochę bardzo mnie to przerosło. Wydarłem się na nią z początku, dałem upust przerażeniu, ale teraz miałem papkę z mózgu. Czemu wszystko nie mogło być dobrze, tylko musiało się jebać?
- Alba… Ja… Myślisz, że ja powinienem… spróbować? – zapytałem niepewnie, za bardzo chyba nie myśląc w tej chwili. To było oczywiste, że nie miałem co próbować. Spłonę i tyle będzie. Tylko, że za bardzo nie rozumiałem, czemu Alba to zrobiła, co chciała mi przekazać czy też, co do cholery się działo?!Alba Delgado - 2018-12-02, 21:10 Wiedziałam, że mi nie pozwolisz. Gdybyś przestał mnie kochać, pozwoliłbyś mi spłonąć, bym nigdy więcej nie mogła ciebie nawiedzić. Jak teraz, gdy moje iskrzące się w bólu oczu patrzyły. Prosto w oblicze ukochanego mężczyzny, którego przenigdy nie mogłabym się wyrzec. Tylko jednego chciałam, tylko w jedno wierzyłam, choć Ty nazwałbyś to czystą głupotą i opętaniem. Tak, ja jestem opętana, bo po prostu nie potrafię, nie istnieję, nie pragnę, kiedy ciebie nie ma. Jesteś brakującym skrawkiem mojej duszy, wiesz? I mrokiem, który błyszczy, wskazując mi drogę. Twój głos sprawia, że znów widzę. Jakim szaleństwem wielkim jest ta miłość?
Pali, piecze, boli przeraźliwie. Jak moje smutne serce. Zerkam w dół, podnoszę nieco bluzkę. Boleśnie czerwona skóra pulsuje okropnie. Niemal nie mogę o niczym innym myśleć, choć całą są sobą skupiam się na słuchani ciebie. Twoich uczuć. Nie wiem, co powinnam teraz zrobić, nie wiem, co sama zrobiłam przed chwilą. Złościsz się. Czuję przeraźliwe ciepło, kiedy wiatr tnie moją poparzoną skórę. Drżą moje ręce i iskrzą się zagubione myśli. Chcę już do ciebie, weź mnie.
Podeszłam więc znów i chwyciłam twoją dłoń. Była taka ciepła. Zupełnie jakby wchłonęła ten ogień, który chciał pożreć moje ciało. Ułożyłam twoje palce na piekącej skórze i delikatnie przesunęłam je bok pod materiałem bluzki. Nie wiedziałam, co robię, tak bardzo chciałam poczuć Twój dotyk. – Nie możesz spłonąć – powtórzyłam jak w amoku, patrząc mocno w twoje oczy. – Nawet nie próbuj – dodałam, choć głos mi się załamał. – Wróć do domu. Ja.... chciałabym już nie płonąć– szepnęłam, wtulając się mimowolnie i wsuwając nos w twoją szyję. Do domu. Do mnie. Do tego, co było. Nie musielibyśmy bawić się w ratowanie świata, w skomplikowane akcje i nielegalne organizacje. Ja chciałam po prostu ciebie. Czy Ty wciąż jeszcze pragnąłeś mnie? Taka byłam naiwna, taka dalej ufna, a przecież tak bardzo mnie rozczarowałeś.
Zapamiętywałam twoje ciepło. Zapamiętywałam na nowo twój zapach, choć mieszał się z potworną wonią spalenizny. Na nowo też zapisywałam we wspomnieniach wyobrażenie twojego głosu. Jakby to spotkanie miało być pożegnaniem, jakbym się bała, że zaraz rozmyjesz się, odejdziesz wraz ze wschodzącym słońcem. Tak bardzo teraz chciałam cię zmanipulować, ale wiedziałam, że wcale nie potrzebuję ingerować w twoje uczucia. Czułeś ciężar tego spotkania jeszcze mocniej niż ja. Bałam się, że pewne emocje okażą się nie do przeskoczenia, że się poddasz. Może dlatego tak mocno cię teraz obejmowałam. Choć każdy kazałby mi uciekać jak najdalej…
Trwałam.Aaron Bartowski - 2018-12-03, 18:21 Trwałem. Zagubiony pomiędzy tym, co się przed chwilą miało okazję wydarzyć, a marami z przeszłości, które nie miały okazji się spełnić w przyszłości – marzenia. Tak, dom to było to, to było miejsce, do którego faktycznie chciałbym wrócić i czego usilnie nawet potrzebowałem. Wrócić do domu, zamknąć drzwi i przepaść dla społeczeństwa. Poczuć się bezpiecznym… Tylko że domu już nie było. Nie było znajomych ścian, ciepłych ramion, otulających mnie i mówiących, że wszystko będzie dobrze i że nie powinienem bać się spać. Choć to też nieco naciągane… Bo ostatnie chwile w domu? Alkoholizm zjadający ojca od środka, wysysający jego życie.
Moje mieszkanie? Spłonęło.
Bractwo? Zostało zmiecione z powierzchni ziemi.
Bar ojca Alby? Szkoda gadać.
Gdzie miałem wrócić? Gdzie mieliśmy wrócić?! Za nami była ścieżka usłana zniszczeniem.
- Nie mamy domu – pragnąłem jej przypomnieć. Bolesna i bezlitosna prawda, ale cóż mogłem poradzić? Cokolwiek bym nie robił, jakkolwiek bardzo się starał, to nie miałem szans z otaczającym nas światem. Byliśmy skazani na upadek, na śmierć. Może to samospalenie nie było jednak złym pomysłem?
W międzyczasie pozwalałem jej robić ze swoją ręką, co tylko żywnie jej się podobało. Sam tego pragnąłem, tego dotyku, ale… Z żalem, po cichu rozkoszowałem się nim, bojąc się, że to może być ten ostatni. Każda kolejna sekunda zbliżała nas bowiem ku końcowi. Mutanci nie mieli szans. Ludzi było więcej, byli bardziej cwani, mniej zranieni. My wiele straciliśmy… Ja straciłem nawet nadzieję, mimo że nigdy jakoś nie pozwalałem się zanadto powalić depresji. Tym razem było inaczej.
- I nie wiem, co zrobiłem… Obudziłem się cały obdymiony. Nie wiem, co zrobiłem – odezwałem się pod chwili. Zadrżałem również. Było chłodno, a Alba była tak lekko ubrana. Zabrałem jej swoją rękę by zdjąć płaszcz i zarzucić na nią. Wolałem unikać myślenia o tym, co się wydarzyło, ale chyba jednak tak się nie dało. Wyrzuty sumienia. Co my tu robiliśmy? Czemu żyliśmy? Nawet nie mogliśmy być razem. To było serio niesprawiedliwie.Alba Delgado - 2018-12-04, 13:18 - Ja… - wydusiłam, głaszcząc oddechem Twoją szyję. Próbowałam nie syknąć, kiedy szorstki materiał otarł się o mój brzuch. Próbowałam Ci powiedzieć coś tak ważnego, ale nie chciałeś chyba tego usłyszeć. A może tak tylko mi się zdawało? Mocniej jeszcze wtulałam się, bo drżał każdy skrawek mnie w obawie przed powiedzeniem tego. Wciąż czułam, że chcesz mnie, nas, chcesz się schować i po prostu żyć bez cienia z popiołu i iskier błyszczących bólem. Nie oddam Cię im, nie pozwolę. Tylko powiedz mi, że i Ty pragniesz… mnie. – Ja jestem Twoim domem – powiedziałam cichutko, wreszcie pozwalając tym drganiom na wydostanie się z pomiędzy zamarzniętych ust. Pragnęłam dodać, że Ty moim, ale nie miałam uwagi, nie byłam pewna, choć czułam, jak gęsto otacza mnie Twoje ciepło. Wciąż chciałeś dla mnie dobrze. Troszczyłeś się. Zupełnie tak jakbyś nigdy nie wyrzekł się mnie. Naszej miłości. Nie wiedziałam, czy to moje okropne pragnienie posiadania Ciebie, czy to niemożność nauczenia się kochania kogokolwiek, czy to jakiś desperacka próba zabicia mroźnej samotności. Umierały nasze schronienia, ale czy naprawdę zapomniałeś, że byliśmy nim sami dla siebie?
Nie przestawałam w Ciebie wierzyć, nie umiałam zaufać ojcu, kiedy mówił, że jesteś mnie niegodny, że zostawiłeś mnie już na zawsze, że mnie nigdy nie kochałeś, że… Zabijałam właśnie jego słowa, głaszcząc pod Twoim ubraniem kochaną mapę Twojej historii. Zabijałam je , sunąć wargami nienachalnie gdzieś po Twojej szyi. – Pojedziesz ze mną? – zapytałam, czując piekielny wstyd zmieszany z przerażeniem. Zupełnie jakby nigdy nic nas nie łączyło, a ja, stojąc nago przed Tobą, odsłaniałabym własne uczucia. – Proszę. – Pozwoliłam sobie na ostatni szept. Tylko tyle. I tak czułam, jak wilgotnieją mi oczy, bo nie wiem, czy wydostanę się z tych kolczastych więzów, jeśli postanowisz rzucić się w ogień lub zgaśnie Twój płomień w tej lodowatej rzece. Nie mogłam Cię oddać żadnemu z tych morderczych żywiołów. Wiesz, że potrafię Cię zmusić, że uległbyś, gdybym tylko weszła w Twoje emocje, ale nie chcę tego robić. To nie byłbyś Ty.
To wszystko kłamstwo. Wciąż możemy być. Ty i ja.Aaron Bartowski - 2018-12-06, 19:34 Nawet nie wiesz, Albo, jak bardzo pragnę być z Tobą. Ramiona bolą mnie, kiedy Cię w nich nie ma. Ba!, wcześniej niejednokrotnie łapały powietrze, nie potrafiąc Cię uchwycić, kiedy nawiedzałaś mnie w moich snach. Och, tak bardzo pięknych snach, w których mogliśmy być ułudnie szczęśliwi, mogliśmy być razem i się beztrosko śmiać. Tuliłem Cię, a Ty wtulałaś się we mnie. Siedzieliśmy nad wodą. Zostawiałem kropelki na Twojej skórze, bo jeszcze chwilę temu nurkowałem. Żartowałaś, że pływam jak łamaga, a ja groziłem, że zaraz wrzucę Cię do wody za te zniewagi…
A potem wszystko pryskało. Było tylko to samo niebo, surowe ulice Seattle i bezkresna samotność. To smutne, że ukojenia nie szukałem już w sporcie, tylko zatapiałem umysł w żałosnych procentach. Tonąłem, pogrążałem się i gubiłem. Może już tak na serio zgubiłem? Bezpowrotnie. Nie widziałem wyjścia ani drogi, ani nas… Bo nie mogliśmy, cholera, tak bardzo być razem, mimo że pragnąłem powiedzieć Ci bez zastanowienia, Tak, tak! Pójdę z Tobą wszędzie.
Niestety, myślałem. Wciąż myślałem. Wciąż miałem te same obrazy i te same wątpliwości. Wciąż wierzyłem, że przyniosę Ci zgubę, na którą nie zasłużyłaś. Od samego początku wynosiłem Cię na piedestał. Tam powinnaś być, wśród bogów, a nie tu, nie ze mną. Ze mną to najgorsze, co mogłoby Ci się przydarzyć.
Dlatego usilnie szukałem rozwiązania. Zdesperowany i zbolały. Myślałem – dalej w najgorsze – by się wycofać, by zablokować sobie drogę powrotu. Nie mogłem wrócić – powinienem zawsze o tym pamiętać i nie pozwolić sobie na jakąkolwiek chwilę słabości, na pęknięcie w obliczu mojej słabości do Ciebie.
Albo, kocham Cię. Wybacz mi.
- Mam kogoś – wyszeptałem, ale w taki sposób, że niemalże udławiłem się własnymi słowami. To żałosne. Te wszystkie moje próby, usilne walki z samym sobą, skoro Ty i tak wiedziałaś najlepiej, co grało w moim sercu. Kochałem Cię i to było tak żywe, że nie mógł tego stłamsić nawet strach o Ciebie.
Miałem ochotę dotknąć Twego policzka, ale znowu uciekłem gdzieś spojrzeniem. Zawstydzony, przegrany. Czułem się również poniekąd jak zdrajca. Chyba również odnalazłem w sobie to uczucie, które towarzyszyło również Tobie – zupełnie jakby nigdy nic nas nie łączyło, mimo że znałem doskonale tę twarz, to ciało, zapach, gesty… Głos, przepiękny głos anioła.
Kochaj mnie, Albo – krzyczało moje serce, kiedy mnie spowijał cień strachu i niepewności.Alba Delgado - 2018-12-11, 21:39 Otulałam Cię swoim ciałem, smakowałam Cię ustami, wcierałam swój chłód w Twoje ciepło, które było mi tak drogie i miłe. Byłeś jak anioł, który przyszedł, aby mnie ocalić. Czułam, jak wielkie dla Ciebie jest to spotkanie, jak przeżywasz tysiące emocji jednocześnie, nie wiedząc, w co tak naprawdę wierzy Twoje serce. Moje wierzyło w Ciebie. Choćby nie wiem co. Mogłeś mnie odsuwać, ale ja i tak pod tajemnicą Twoich oczu wyczuwałam, że nie chcesz tego. Co Ciebie blokowało?
Kłamałeś mi. Kłamałeś tak bezczelnie, gdy ja wiłam się, łaknąc niemożliwie Twojej bliskości, Twojej obecności. Wiedziałam, co próbowałeś zrobić. Być może moja miłość była już tak potężna i nasączona desperacją, że nie umiałam przyjąć innej interpretacji, że zakrzywił się obraz Ciebie. Tylko nie tak wyrysowują się uczucia, gdy tuli Cię ktoś, kogo nie chcesz, gdy mówisz o innej i wołasz bezgłośnie mnie. Twój głos, choć bluźnił słowami i krzywdził dogłębnie, był fałszem. Naprawdę nie wiedziałeś, że ja to wiem? Że nie ma na tym świecie drugiej osoby, którą umiałabym tak dobrze i głęboko odczuwać – poza Tobą. Te słowa miały mnie zabić, ale jedynie zaniepokoiły, choć musiałam się odsunąć, przerwać dotyk, skryć wilgoć oczu i jakaś nagłą potrzebę przemieszania Ci w głowie. Oboje wariowaliśmy, ale Ty wybierałeś tak podłe metody… Do czego nas to doprowadzi?
- Masz mnie. Uwierz wreszcie w to – powiedziałam, hamując wszelakie emocje. To spotkanie doprowadzało mnie do emocjonalnego bagna. Zapadałam się w nim, nie mogąc znieść tak skrajnych stanów. Twoich i moich. Nie umiałam wyczytać Twoich myśli, ale emocje zdradzały więcej od nich. Chciałam wiedzieć, dlaczego nie potrafiłam wciąż przekonać Cię, dlaczego wątpiłeś, dlaczego uciekałeś ode mnie tak daleko, topiąc się jednocześnie w uczuciach do mnie. – Nie bój się pozwolić mi kochać Cię – wyszeptałam, znowu robić krok w tył. Było mi tak przykro, byłam zmęczona, czułam się podle. Twój płaszcz oddzielał mnie od wiatru, ale czy nie nakryłeś mnie nim, aby nas odgrodzić? Stawałam przed Tobą gotowa do walki, pragnąca Ciebie tak niezmącenie. Nieustannie mogłabym wołać, że kocham, że wierzę, że chcę być, ale na tym polegała miłość? Gardziłeś nią, pozwoliłeś, by rozrosły się w Tobie jakieś chore lęki. One Cię powstrzymywały. Wyszeptałam nieśmiało Twoje imię i oznajmiłam, że czekam. Mogłeś znów szarpnąć mną i oddawać, że nie boli Cię, gdy cofałam się do tyłu z każdym oddechem. Odeszłam. Motor stał niedaleko. Chłodny i śmiercionośny. Czekałam, sunąć palcami po twardym kasku.
Naprawdę chciałeś, by ten płaszcz był moją ostatnią pamiątką po Tobie?
Ta walka zabijała.Aaron Bartowski - 2018-12-16, 17:33 | Ramin Djawadi – Paint It, Black
Ten płaszcz… Ten sam, który niósł ze sobą w świat moją podłą pamiątkę z dzisiejszej nocy. Wciąż nie miałem pojęcia, co się wydarzyło, co takiego zrobiłem. Ale to nieistotne. Stało się nieistotne, kiedy ona stanęła na mojej drodze… Ona! Alba! Moja Albeczka…
Ten płaszcz… Gardziłem nim w tej chwili jeszcze bardziej niż wcześniej. Odchodził z nią, kiedy ja pozostawałem tu dalej, w tym podłym miejscu. Zastygły i wahający się, mimo że pragnąłem otulać jej ramiona tak, jak on otulał, muskać w szyję, jak on muskał i jeszcze delikatnie łaskotać twoje nogi... Czemu ubrałaś się tak cienko? Tak skąpo? Pragnąłem zabrać cię z dala od tego chłodu i zbliżającego się przeziębienia… Ale stałem.
Nie bój się pozwolić mi kochać cię – słowa, które podstępnie przywołało moje serce. Wyciągało dłonie ku niej, kiedy moje trwały bezradnie opuszczone. Nie mogłem, ale chciałem. Walka… Mój umysł płonął.
Coś mnie jednak tknęło. Za późno. Nieme Alba wyrwało się z moich warg, ale żadne słowo nie rozpłynęło się w powietrzu. Nie widziała… Odchodziła. Cofała się do motoru.
Ostatnie miesiące bez niej… Pragniesz kolejnych? – kontynuowało moje serce, kiedy ja dalej stałem i starałem się pamiętać to, co miałem pamiętać. Miałem ją chronić… Wszelkim kosztem. Miałem…
- Alba… – powtórzyłem. Tym razem coś spłodziły moje struny głosowe, coś pomknęło w jej kierunku… Nie miałem pojęcia, jak zareagowała. Czy wciąż mnie chciała? Czy to koniec? Czy teraz twardo odejdzie, bo się zawiodła? Byłem głupkiem. Robiłem jej to, co robiła mi Col. To nie było w porządku… Do tego nas to zaprowadziła. Jak wyglądaliśmy? Co czuliśmy? Jakie widzieliśmy perspektywy?
Czym prędzej ruszyłem w jej kierunku. Nie miałem pojęcia, co powinienem zrobić w takiej sytuacji. Po prostu wziąłem ją w swoje ramiona. Przytuliłem tak, jak pragnąłem od samego początku, i zatopiłem swój nos w jej włosach. Pragnąłem, by było dobrze. Tylko, czy to nie były jakieś ulotne marzenia? Czy naprawdę mogliśmy być gdzieś tam razem i szczęśliwi? Bałem się, wciąż się bałem, że coś przeze mnie… Szczególnie teraz, kiedy narobiłem sobie wrogów w szemranych zakątkach Seattle.
- Ale nie mogę tam wrócić. Nie przyłączę się do rebelii – wyszeptałem zgodnie z prawdą. Nie mogłem robić dla jej ojca.Alba Delgado - 2018-12-26, 15:46 Już dobrze, już dobrze. Zaciskałam mocno powieki, wbijając aż za mocno paznokcie w Twoją skórę, kiedy tuliłeś mnie do siebie. Między długimi rzęsami przemykały się słone krople. Moczyły moją twarz, Twoją pierś, nasze dwa serca. Jedyną walką, jaką należało podjąć, była walka o nas samych. O Ciebie i o mnie. Przecież jeszcze może się to wszystko udać. Wystarczyło tylko porzucić to głupie przeświadczenie, że trzeba być ponad sobą, że trzeb się mieszać w wojnę, w krew i śmierć. Już dość.
- Nie obchodzi mnie rebelia – wydusiłam, pociągając przy tym lekko nosem. Dramat na środku mostu, opowieść o miłości i o bólu. Odsunęłam się lekko i otarłam dłonią wilgotne oczy. Delikatny krok w tył i ostatnie spojrzenie. – Jedźmy stąd – powiedziałam, pociągając go za sobą za rękę w kierunku motoru. – Mam pomysł – dodałam zaraz, choć chyba jazda nie była dobrym pomysłem. Byli oboje zbyt roztrzęsieni, a Alba miała tylko jeden kask. Może powinni jednak iść pieszo? – Musimy tylko schować motor. – Nie było mowy, abyśmy tak po prostu nim odjechali. Nie miałam siły. Nie ufałam sobie. – Później po niego wrócimy.
Potrzebowałam przekonać się, że nie jest to tylko jeden z tych przeklętych snów, gdy wariowałam, nie mogąc oddychać w tym pożerającym mnie uczuciu braku. Gdybym tylko umiała uspokoić samą siebie, gdybym mogła zadziałać jak psychotropy.
Później zaprowadziłam Cię w ciemną uliczkę, ani na moment nie puszczając Twej dłoni. Bardzo się bałam, że mogę Cię zaraz stracić, że przemienisz się we mgłę, okażesz złudzeniem. Musiałam czuć.
Kilka kroków przed zdjęłam Twój przyjarany płaszcz i naciągnęłam mocno bluzkę, aby ukryć zaczerwieniony brzuch i spalony materiał. Poprawiłam włosy i znów wytarłam buzię. Popatrzyłam na Ciebie. Wyglądałeś koszmarnie. Zupełnie jak ja. Dobrze, że to jedna z tych podłych dzielnic.
Tani motel, migające światełko i brzęk rdzawego kluczyka. Tak, proszę Pani, wszystko dobrze. Ulatują z Ciebie wszystkie podejrzenia, ufasz nam....
Schowajmy się, dobrze? Poczujmy się przez moment bezpiecznie na tym starym materacu, w czterech ciasnych ściankach pokrytych odchodzącą tapetą. Tu nikt nas nie znajdzie. Nie dzisiaj.