Hala magazynowa - Archiwum
William Hopper - 2019-03-19, 15:44
Początkowo stał tam zamyślony, po raz kolejny w ciągu tych kilku tygodni zupełnie pozbawiony resztek nadziei, których jakimś cudem próbował się trzymać. Cholera, to było wręcz żałosne, jak nie miała szans z tą całą rzeczywistością... ale przecież Hopper nigdy nie był optymistą. Widział, jak ślepa wiara, że wszystko będzie dobrze prowadzi tylko do kolejnych katastrof, więc się ich pozbył. Teraz, kiedy, dla odmiany, odrobina nadziei pomogłaby mu przetrwać, nie był w stanie jej z siebie wykrzesać. Jak? Trwała wojna. Zbyt dużo od niego zależało, a przecież tak niewiele było trzeba, żeby po prostu zginął. A potem? Czy cokolwiek utrzyma Wallace przy życiu? Co z tym całym pieprzonym DOGS? A przecież... Nie mógł pozwolić, żeby to wszystko się wydarzyło. Nie mógł pozwolić, żeby Josie skończyła jak tamten chłopiec z wizji. Problem w tym, że kiedy będzie martwy, nie da rady nic z tym zrobić, a tym razem... Tym razem wszystkie jego sprawy nie chciały dać się zamknąć przed jego śmiercią.
Dopiero słowa Maisie oderwały go od tych ponurych rozmyśleń. Uśmiechnął się krzywo, słuchając tego całego jej wywodu. Cholera, to on był teraz tą osobą, przed którą trzeba było ukrywać gumy do żucia przyklejone pod ławką. Jakoś nagle przez głowę przemknęła mu nieprzyjemna myśl, że dobrze, że raczej przypominał swojego ojca otoczonego bandą dzieciaków niż Gardnera, przed którym odpowiadał ledwie półtora roku później. Nie był taki, nie był takim człowiekiem. Chociaż... Co ludzie, którzy, dostali od niego kulkę...?
- Chodź, ktoś musi to ogarnąć - rzucił, odkładając na jedną z półek swoją teczkę i zabierając się za zbieranie tych papierów i segregowanie luźnych kartek. Pomięte czy nie, spora część z nich mogła spokojnie dalej służyć, o ile tylko trafi na swoje miejsce. - Te, których nie uratujesz taśmą, będziesz przepisywać - dodał po chwili, przelotnie na nią zerkając. Niech sobie nie myśli, że właśnie wszystkie jej winy zostały odpuszczone. Koniec koców, była dorosła, a akta medyczne mogły komuś uratować życie - o ile tylko będą kompletne.
Zabawne, że w tych czasach wszystko sprowadzało się do ratowania życia. Przepustki. Segregatory. Leki przeciwbólowe. Prośby, o sprawdzenie, czy u kogoś wszystko w porządku. Miał świadomość, że prosił ją o cholernie dużo, zrzucał jej na głowę coś, czego nie powinien. Z resztą, nawet jeśli by jej nie znał, mógł się bez problemu zorientować po jej minie. Nie prosiło się ludzi, o takie rzeczy. Po prostu... musiał wiedzieć, że istniała jakaś nadzieja. Że może to nie miał być koniec wszystkiego.
Nie miał pojęcia, co zrobić, kiedy nagle go przytuliła, zwłaszcza że się tego nie spodziewał. Znała go, nigdy nie był w tym wszystkim zbyt dobry, dlatego nie powinno jej szczególnie zaskoczyć, kiedy w końcu niezręcznie poklepał ją po plecach. Hej, tak się zachowywali ludzie, kiedy inni ludzie ich przytulali: odwzajemniali uścisk.
- Dzięki - pokiwał głową, kiedy obiecała mu, że to zrobi. Cholernie dużo to dla niego znaczyło... i może stąd pojawił się ten nagły uścisk w gardle? Robił się sentymentalny. Nie powinien sobie na to pozwalać. Z resztą, to o niczym nie świadczyło. Wszystko tak czy siak mogło się posypać... ale może przynajmniej coś tutaj zostanie, po tym wszystkim.
Nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu, kiedy zaczęła prawić mu kazania. Tak jak dawniej, huh? Byli już innymi ludźmi, w innych miejscach w życiu, ale najwyraźniej niektóre rzeczy się nie zmieniały. Poza tym, porównanie do mokrego papieru było dość... oryginalne.
- Skoro o tym mowa... - podrapał się po głowie - ...ja i słońce ostatnio za sobą nie przepadamy. - Liczył, że zrozumie, co miał na myśli. W końcu nie bez przyczyny od jakiegoś czasu wolał przesiadywać w tych wszystkich miejscach skąpanych w delikatnym półmroku.
|
|
|