Christian Wilson - 2018-08-18, 20:03 Co sobie wyobrażałem? Szczerze to chyba nic... Gdybym chociaż przystanął już jak usłyszałem głosy i zawrócił. Może oszczędził bym sobie tych oskarżeń i zarzutów. Gdzieś miałem groźby o tym, że dopilnuje bym wylądował jako obiekt badawczy. Spoko mogłem... Jednak chyba to góry należy ostatnie zdanie. Jakimś cudem chcieli mnie w szeregach i to nie jako kundla. Bo gdyby chcieli zrobić ze mnie bezmyślną marionetkę zrobili by to. Nie bawiąc się grożeniem bezpieczeństwem mojej młodszej siostry. Jasne lepiej było dla mnie gdybym posłuchał ,,DOWÓDCY JENKINSA'' i wrócił do koszar. Zamiast stania tutaj i pyskowania jemu... Ba doskonale wiedziałem, że może mi zaszkodzić, ale miałem to gdzieś.
Tej chwili liczyła się dla mnie Echo i to kto za tym stał. Jednak najważniejsza była dziewczyna i pomóc jej dość do siebie.
Kundla? Jak ja nienawidziłem tego określenia, kiedy je słyszałem po prostu wewnątrz mnie się gotowało. Chociaż nie miłosiernie wkurzało mnie to określenia. Nauczyłem się nie reagować na nie. Jedynie osoba, która dobrze mnie znała wiedziała. Jak bardzo go nienawidzę... i jak najchętniej obił bym buźkę osoby używającej go. Niestety nie mogłem nie dlatego, że Jenkins jest pieprzonym dowódcą. Wiedziałem czym by się to skończyło jeśli uderzył bym pracownika ,,dogs". Trafienie na Blog X było by wybawieniem.
- Zdążę do niego pójść i przekazać pozdrowienia od DOWÓDCY JENIKNSA - powiedziałem do niego patrząc mu w oczy. Miałem gdzieś jego osobę tak samo jak groźby, którymi rzucał. Całe szczęście nie podlegałem pod nim lecz Ambresem. Chociaż ten drugi nie był jakiś zajebisty. Może kiedyś swojego dowódce darzyłem większym szacunkiem niż obecnie. Sam nie wiedziałem z jakiego powodu odczuwałem lekką niechęć wobec swojego dowódcy. Jednak nie kwestionowałem jego poleceń służbowych. Z jednego powodu, który miał na imię Esther. Groźby o wsadzeniu mnie na blog X czy też inne nie robiły na mnie wrażenia. Ponieważ dotyczyły mnie... co innego gdyby chodziło o Autumi, Esther czy też Echo.
Kiedy kazał mi ,,wypierdalać" chciałem ponownie zaprzeczyć krótkim ,,Nie" jednak nim zdążyłem otworzyć usta. Mężczyzna poraził mnie paralizatorem. Syknąłem i automatycznie zacisnąłem pięć. Już wcześniej byłem wkurzony na Jenkinsa za oskarżenia, że skrzywdziłem Echo oraz nazwanie mnie kundlem. Jednak tym razem przekroczył wszelki granice. Nie mogłem zapanować nad swoimi gniewem... może dlatego nie zdołałem zapanować nad swoją mocą. Która obniżyła temperaturę moim otoczeniu, że na mojej skórze pojawił się warstwa szronu. Nim doszło do czegoś więcej usłyszałem głos swojej przyjaciółki. Która wręcz błagała tego palanta, by dał mi spokój. Jej słaby głosik pozwolił mi zapanować nad sobą nim zaatakowałem Jenkina lodem. Chociaż najchętniej bym go zamroził. Jednak nie mogłem tego zrobić, bo chciał pomóc Echo. Ja dużo nie mogłem zrobić... Na pewno by mnie nigdzie z nią nie wypuścili.. Bali by się, że pozwolę jej uciec lub to zrobię z nią.
- Rób co chcesz... tylko jej pomóż - ledwo wydusiłem z siebie. Nie widziałem przeszkód by zamienić się z Echo. Nawet mogłem stać się ich bezmózgim kundlem. Jeśli ona i Esther były by z dala od rządu i były bezpieczne. Nie interesowało mnie to co spotka moją osobę, bo bardziej liczyły się dla mnie bliskie mi osoby. Kiedy mężczyzna podejmuje zobowiązanie wypełnia ja nawet kosztem samego siebie. Moim było chęć zapewnienia bezpieczeństwa bliskim mi kobietą. - Zgódź się na badania ale nie rób tego dla mnie lecz dla siebie - ostatnie zdanie skierowałem w stronę Echo. Nie chciałem by stawiała mnie nad sobą... wolałbym gdyby myślała o sobie. Niż o mnie...Ophelia Engel - 2018-08-18, 22:35 Nie rozumiałam postawy Christiana. Przecież... Powinien był wiedzieć, gdzie jego miejsce. Powinien był wiedzieć, że nie należy się stawiać. Powinien był wiedzieć, że nie jest zdolny mi teraz pomóc... Powinien był...
Nie mogłam na to patrzeć. Mimo bólu, który sama czułam, mimo wszelkich obrażeń, mimo wstydu który czułam, nie mogłam patrzeć jak Spivey obrywa za mnie. Łzy same mi się cisnęły do oczu, a z ust wydobył się ledwie słyszalny pisk, gdy tylko prąd poraził jego ciało. Ja... Nie wiedziałam co robić. Bałam się. I już nawet nie wiedziałam, czy bardziej o siebie czy o niego.
Rany, Christian, czemu musisz być taki głupi!
- Zabierz mnie gdzie chcesz... Ale jego... Zostaw już... Proszę... - Wydusiłam z siebie między kolejnymi szlochami. Nawet mimo mojej niechęci, nawet mimo słów przyjaciela... Nie robiłam tego dla siebie. Nie byłam w stanie uwierzyć, że jakiekolwiek badanie może jeszcze być rutynowe czy bezbolesne. Nie wierzyłam już w nikogo, kto zajmował się innymi w lateksowych rękawiczkach. Przecież... Byliśmy mutantami. Nam się nie pomagało, dopóki nie niosło to pewnych korzyści. A jakie korzyści ja mogłam dawać w tym stanie?
Złamali mnie. Tego mogli być pewni. Tym bardziej teraz...
Na słowa Jenkinsa już tylko pokiwałam niecierpliwie głową, czekając, aż on wraz z Frostem opuszczą to pomieszczenie. A gdy to się stało... Rozpłakałam się, na nowo. Wiedziałam, że przez drzwi wszystko słychać, a jednak nie mogłam się powstrzymać. Emocje ze mną wygrały. Byłam młoda, niedoświadczona, wciąż miałam mentalność dziecka, jak bardzo nie chciałam tego przyznać. Wstałam jednak i na drżących nogach ruszyłam w kierunku swoich ubrań. Znowu się przeraziłam widząc swoje uda i pozwalając sobie na kolejną porcję płaczu. Ja... Nie radziłam z tym sobie. Starałam się zetrzeć z siebie ten brud tym prześcieradłem, plując na własną skórę i pozwalając łzom swobodnie na nią spływać. Wszystko, byle nie czuć na sobie tego brudu...
Nic to jednak nie dawało, jakby mogło... Nie zostało mi więc nic innego, jak tylko wciągnąć na siebie te spodnie i kurtkę, zapinając ją pod samą szyję. Swoje ręce splotłam ciasno na wysokości klatki piersiowej, wciąż drżąc i dopiero powstrzymując szloch. Ruszyłam ku drzwiom, które oczywiście otworzyły się ledwo pchnięte. A już miałam nadzieję, że jednak mnie tu zostawią...
Teraz miałam tylko nadzieję, że nie zobaczę tu już Christiana...Paul Jenkins - 2018-08-19, 18:09 Jenkins nie zamierzał dłużej strzępić sobie języka na Christiana. To co powiedział nie podlegało żadnej dyskusji i było ostateczne. I Paul liczył, że Spivey był chociaż odrobinę inteligentny i to pojmie, zanim stanie się coś naprawdę złego. Nie chciał mieć nikogo na sumieniu, ale jeśli sytuacja stanie się krytyczna, nie zamierzał stać bezczynnie. Nie zamierzał też tego wszystkiego tak łatwo popuścić. Echo mogła sobie wierzyć w co tam chciała, nie chciał jej wyprowadzać z błędu, bo po prostu zależało mu na tym, by jej pomóc. Ale prawda była taka, że Christiana nie czekała świetlista przyszłość w tym miejscu. Już jutro miał zamiar udać się do swojego przyjaciela Aidena i z nim porozmawiać o całej sytuacji.
– Tam są drzwi – stwierdził tylko. Czy ten debil nie widział, ze jedyne co Jenkins próbował zrobić to pomóc tej biednej dziewczynie? Jego obecność tylko wszystko opóźniała. To on stał na przeszkodzie, nic innego. Ale Paul nie chciał się dłużej nakręcać. Musiał teraz zachować zimną krew i trzeźwo myśleć. Z ulgą więc przyjął słowa blondynki. Opuścił pomieszczenie zaraz za Christianem, po czym wykonał kilka telefonów, by powiadomić górę o tym co zamierzał zrobić. Załatwił również sobie zastępstwo do patrolu, a potem… po prostu dał dziewczynie tyle czasu ile potrzebowała. Kiedy jednak wreszcie się ogarnęła i wyszła na korytarz, Jenkins skinął lekko głową, po czym wyposażony w awaryjną mutazynę, opuścił z nią budynek i zawiózł ją do szpitala.
[zt dla wszystkich]Samantha Bartowski - 2019-03-17, 15:42 Więc jednak tu wróciłam. Znów stałam się więźniem własnego losu, godząc się na wszystko, co było mi dane. Co najgorsze - nienawidziłam się. Za wszystko, czego dopuściłam się w ostatnich miesiącach. Straciłam siebie. Straciłam człowieczeństwo. Stałam się tym zwierzęciem, za które uważał mnie Rząd. Walczyłam o przetrwanie - coraz bardziej zatracając siebie.
Czy dlatego teraz tu byłam? Czy dlatego Napadnięto na mój dom, wywlekając mnie stamtąd siłą? Nic mi nie mówiąc? Zakrywając oczy i twarz - by znów trafić w zimne objęcia tej przeklętej izolatki?
Jak długo tu byłam? Kilkanaście godzin, a może już kilkanaście dni? Głupiałam. Światło nie gasło, a jakieś resztki rzucane jako posiłek wcale nie zachęcały - nawet mimo okropnego głodu, który wciąż czułam. A miałam przecież świadomość, że lepiej być wciąż głodnym, niż się tym czymś... Zatruć.
Mogłabym przysiąc, że przez tę niewielką szczelinę w zabezpieczonych drzwiach widziałam co jakiś czas tak znajome, dwukolorowe oczy, które tylko napełniały mnie przerażeniem. On tam był. Czekał, by znowu móc się wyżyć. A może czekał na mój kolejny błąd?
Nie wiedziałam. I chyba... Chyba nie chciałam się o tym nigdy dowiedzieć.
Czy mogłam uznać za pocieszający fakt, że chociaż ta przeklęta moc nie dawała o sobie znać, dzięki działaniu mutazyny?Brian Kersey - 2019-03-24, 13:24 / 7 stycznia 2019
Wcześniej nie dostał pozwolenia na widzenie się z Samanthą. Dopiero w momencie, kiedy miał uregulowane swoje zmiany organizacyjne i zaakceptowane przez przełożonego. Dopiero wtedy, otrzymał możliwość porozmawiania z Bartowski i przekonania jej do współpracy, chociażby dla dobra ich nienarodzonego jeszcze dziecka. Ten miesiąc był dla niego najgorszy z możliwych jak i poprzedni. Nie spodziewał się, że za takie błędy i oszustwa, zostanie ukarany dość szybko. A starał się działać ostrożnie. Gdzie popełnił błąd? Zakochując się znów w niej?
Jego kroki było słychać na korytarzu. Zdegradowany do roli strażnika podszedł do znajomego i pokazując mu pozwolenie od Wellera, został wpuszczony do izolatki, w jakiej przebywała Samantha. Drzwi te zostały otwarte a Brian wszedł do środka. Dostał jeszcze informację ile ma czasu. To była jedyna szansa by jej pomóc, jeżeli tego będzie chciała. Inaczej, to może być ich ostatnie spotkanie.
Co mogła w nim zauważyć, to że jego odznaki i symbole na mundurze uświadamiały, że nie należał już do Niebieskiego Szwadronu a został zdegradowany do roli strażnika bloku X. Może i byłoby to także wybawienie, że byłby blisko niej, ale nie tak jakby tego chciał on.
- Samantha...
Jego głos też nie wyrażał żadnej radości, a jedynie smutek widząc to jak wygląda. Z jednej strony też czuł wyrzuty sumienia, lecz nie jego wina że choroba go niszczyła i nie mógł zareagować na jej wiadomości. Nawet nie wiedział jak i co powiedzieć, odnośnie tego że zostanie ojcem. To wszystko było takie nie po kolei. Chaotyczne. Nie powinno mieć miejsca. A jednak, stało się.Samantha Bartowski - 2019-03-24, 20:23 Wieczność zdawała się rozciągać. Nie wiedziałam, czy dopadła mnie kara boska jeszcze tu, na ziemi, czy ki wuj maczał w tym swoje palce. Miałam przejebane - tylko tyle wiedziałam i nie mogłam pogodzić się z faktem, jak łatwo dałam to wszystko sobie wmówić. Jak łatwo się poddałam, jak łatwo siebie straciłam. Jak bardzo... Nie byłam sobą.
Podniosłam swój wzrok, napinając wszystkie mięśnie, gdy tylko usłyszałam otwierające się drzwi. W przejściu na szczęście nie zobaczyłam Ogara, a... Briana. Tylko jakby.. Mniej przyozdobionego?
Wzięłam głębszy oddech. Znowu zjebałam. Zjebałam - nie tylko sobie, ale i jemu. A przecież go ostrzegałam, że przynoszę same nieszczęścia, do diaska!
- To nie ja. Ja nic nie zrobiłam. - Wyrzuciłam z siebie zachrypniętym głosem. Na mojej twarzy z całą pewnością widać było zmęczenie - nie tylko tą sytuacją, ale i ogólnym przebiegiem mojego życia w ostatnich kilku miesiącach. Pokazywały to też pozostałości po ranach i siniakach - na szczęście przykryte tymi samymi tatuażami, które niegdyś pokazywałam z dumą.
Nie wiedziałam, czego mam się po nim spodziewać. Czy ten brak kontaktu przez ostatnie tygodnie miał jakieś podłoże? Czy jego karali w tym czasie? Nie, to byłoby bez sensu... Nie dostałabym wtedy lekarstwa... Tylko kurwa mać... Co jeśli on już wie, co zrobiłam tamtej biednej dziewczynie? Co jeśli właśnie przez nią tutaj jestem?
Nie byłam w stanie na niego patrzeć. Po prostu nie mogłam. Odwróciłam wzrok...Brian Kersey - 2019-03-24, 22:39 Oboje mieli trudną sytuację. Oboje zawalili. Oboje narazili siebie na poważniejsze problemy. Brian także czuł się temu wszystkiemu winny. Gdyby był ostrożniejszy, możliwe że nie doszłoby do tego wszystkiego. Musiał zapłacić swoją karą. Widział po niej, że się bała. Nawet na niego nie spojrzała.
Po chwili milczenia, podszedł do niej. Usiadł na brzegu materaca, jeżeli tam leżała czy siedziała. Nie próbował jej nawet objąć ani dotknąć. Oparł swoje ręce na kolanach, które podkurczył do siebie. Kołnierz munduru miał postawiony. Tym sposobem zakrywał swój kark. Szwy czy sam mały opatrunek tam zamieszczony, mogło dawać za dużo skojarzeń i podejrzeń. Tego chciał uniknąć.
- Nie.. Nic nie zrobiłaś.
Potwierdził jej słowa.
- Przepraszam za milczenie z mojej strony...
Dodał, wyduszając to z siebie.
- Choroba i operacja nie pozwoliły mi być przy Tobie.
Spojrzał na nią, jakby chciał ocenić jej stan fizyczny i psychiczny. Czy od tego czasu, jak wywleczono ją z jej mieszkania, nie padła znów pod skrzydła Ogara. Czy jej nie skrzywdził. Szczególnie zawiesił wzrok na jej brzuchu. Będąc świadom tego, że rozwija się w niej ich dziecko.Samantha Bartowski - 2019-03-26, 21:02 Natłok myśli nie dawał mi spokoju. Tak wiele wydarzyło się w ostatnich tygodniach... Pomijając kwestię mojego pecha, kolejnych ran, tej przeklętej choroby... Byłam w ciąży i przez to.... Przez to dopuściłam się strasznej rzeczy. Do tego... Ja.... Ja wciąż nie wiedziałam, czy właśnie przez to tutaj jestem.
- Nie chciałam skrzywdzić tamtej dziewczyny... - Zaczęłam, jakbym miała pewność, że właśnie o to chodziło. Musiało o to chodzić. Przecież... Przecież nic poza tym nie zrobiłam, prawda? Tylko to miałam na sumieniu. Tę biedną, poranioną dziewczynę. - Ale... Ale dzień wcześniej... Vivien... Ona konała... Nie chciałam skończyć jak ona... - Wyznałam. Bo on po to tu przyszedł, prawda? O to w tym chodziło?
Podciągnęłam nogi wyżej, podpierając się piętami o brzeg materaca. Czułam jego wzrok na sobie i doskonale wiedziałam, o co chodzi. Całe szczęście wciąż było za wcześnie, by cokolwiek było po mnie widać - tym bardziej, w moim obecnym stanie. Poza siniakami i zmęczeniem wymalowanym na twarzy, w towarzystwie tych nieprzyjemnych ciemnych worków pod oczami, mogłam wyglądać całkiem ok - jak na osobę skrajnie już wychudzoną. I tak bardzo starałam się na niego nie patrzeć, tak bardzo nie chciałam się znowu rozklejać - tym bardziej nie tutaj, gdzie światło było moim wrogiem a o podsłuch wcale nie było trudno. Dość szybko jednak temu uległam, słysząc jego słowa.
- Op... Operacja? - Zapytałam, wyraźnie zbita z tropu. Jaka znowu operacja? Co tu się do cholery działo? I dlaczego absolutnie nic nie wiedziałam?Brian Kersey - 2019-03-28, 01:23 Kiedy słyszał słowa Samanthy, z początku nie wiedział o co jej chodzi. Wspomniane imię dziewczyny, rozjaśniło mu sytuację. Wtedy, pisała do niego w tej sprawie. Bała się. A on nie mógł nic zrobić.
- Tym się nie przejmuj. Ich nie interesuje Wasz los i tej dziewczyny. Sama widzisz jak Was traktują.
Nie chciał by się obwiniała. Powinna sobie wybaczyć albo w ogóle o tym zapomnieć. Robiła przecież co mogła by samej przetrwać. Gdyby nie on i dziwna jego współpraca z mutantami, nie zdobyłby dla swojej Sam lekarstwa. Po prostu jakoś udało mu się ten lek przemycić. Nie ważne już jak.
O operacji też nie wiedziała. Teraz musiał jej to wyjaśnić, jako że to jest jego usprawiedliwienie, za brak jakiegokolwiek odzewu jak i obecności.
- Tak. Wycięli mi nerkę. Kiedyś, jak pracowałem w Genetically Clean, doznałem poważnej ww tych okolicach, po starciu z mutantem. Zamiast mnie wyleczyć, spaprali sprawę. Tutaj jest bardzo dobra lekarka, która szybko wykryła problem i powiązała z moimi skarżeniami na bóle. Niestety, ta ostatnia choroba przyspieszyła bolesny proces dla zniszczenia nerki, że musieli mi ją wyciąć.
Streścił jej, by z drugiej strony wiedziała, że tutejsi medycy nie są tacy źli. Że jemu nawet życie uratowali. Nawet posłał jej lekki i uspokajający uśmiech, by nie musiała się przejmować jego zdrowiem. Zaraz jednak spoważniał
- Tak właściwie to jestem tu w innej sprawie. Mamy ograniczony czas...
Przeszedł już do rzeczy, mówiąc spokojnie.
- Pewnie się domyślasz?
Zapytał. Jakby chciał wiedzieć czy myślą o tym samym. O dziecku, które nie powinno się pojawić w jej łonie. A jednak tam jest.Samantha Bartowski - 2019-03-29, 16:07 Nie przejmuj się? Jak mam się nie przejmować? Skoro nie chodziło o tę dziewczynę, to... To... Dlaczego tu jestem?
- Ale... Brian. Skoro nie o nią chodzi, to czemu znów mnie zamknęli? Nic nie zrobiłam... - Nie rozumiałam, co się działo. Starałam się nie wychylać, znosiłam wszystko, na co byłam skazywana. Do licha! Byłam nawet u tego pierdolonego lekarza, którzy rozjebał mi życie całkowicie. I za to zostałam wytargana z domu jak ostatni terrorysta? Zacisnęłam swoje wargi w cienką linię, próbując się powstrzymać od natężenia emocji, które właśnie próbowały mną targać. Niby miałam świadomość, że moc nie przejmie nade mną teraz kontroli, ale... Nie chciałam znowu być tą pierdoloną, słabą Sam, która w ostatnich miesiącach za często dawała o sobie znać.
Wypuściłam z siebie powietrze, dopiero, gdy Kersey zaczął mówić o swoich przypadłościach. Widać... Nie tylko mutanci w tym świecie mieli przejebane.
- Przykro mi... - Zdołałam z siebie tylko wycisnąć. Wciąż ciężko mi się na niego patrzyło, gdy zdawałam sobie sprawę, w jakiej jesteśmy sytuacji. Po prostu... To było dla mnie tak abstrakcyjne, że nie chciało mi się wierzyć. A może to wszystko to tak naprawdę jeden, zdecydowanie za długi koszmar? Może tamtego felernego dnia, na tym nieszczęsnym marszu odpłynęłam, i dzisiaj leżę w jakimś szpitalu przykuta do łóżka, całkowicie nieprzytomna? Och... Jaka to byłaby miła wizja, wiedzieć, że można się z tego snu wybudzić...
Przełknęłam głośniej ślinę, słysząc jego kolejne słowa. Było zbyt wiele rzeczy, o które mogło chodzić, a których nie chciałam mówić na głos. Nie tutaj, gdzie ściany miały uszy. Zamiast więc zgadywać, czy chodzi o naszą zbyt bliską relację, o tę ciążę, czy jeszcze inne wydarzenia... Wolałam zgrywać idiotkę.
- Nie wiem. - Odpowiedziałam krótko, na nowo wbijając wzrok w podłogę... Brian jednak z całą pewnością mógł po mnie poznać, że kilka tematów po głowie mi chodzi, tylko z zastraszenia boję się o nich mówić.
W końcu... W przeciwieństwie do niego - ja dalej nic nie wiedziałam...Brian Kersey - 2019-03-31, 01:01 Trochę zdziwiło go, że nic jej nie powiedziano. Czyżby jej nie przesłuchiwali? Tylko po prostu zamknęli i wzięli jego jak i zapewne innych Szwadronowców na przepytanie o pewne sytuacje? Coraz ciężej ogarniał działania danej organizacji. Westchnął na jej pytanie. Musiał jej powiedzieć, by wiedziała na czym stoi jej sytuacja.
Nie odpowiedział jej od razu. Pozwolił by zebrała myśli i wysłuchała jego sytuacji związanej z operacją. Dopiero wtedy, gdy wstępne pogaduszki mieli za sobą, można było przejść do tego najważniejszego tematu. Brian spojrzał, a nawet nieco przyglądał Sam, która zdawała się raczej wiedzieć, po co tutaj przyszedł.
- Wiedzą o nas.
Rzekł krótko, przenosząc wzrok przed siebie.
- Wiedzą... Kto Cię odwiedził, dzięki mojej pomocy.
Tu na myśli miał właśnie Fowlera. Jego kolegę z wojska, oraz kumpla Samanthy.
- Twierdzą, że mną manipulowałaś, przez co mogłem popełniać działania wbrew ich zasadom.
Zrobił krótką przerwę, nie ukrywając w głosie tego, jak bardzo mu się to nie podobało. Ale nic nie mógł zrobić ani cofnąć czasu. Wtem spojrzał na nią ponownie.
- Chcesz urodzić dziecko?
Zapytał dość niepewnie, czy dobrze zrobił podejmując ten temat przy niej. W końcu musiał. To on przecież był temu winny. On ją zapłodnił. Nie ważne, czy świadomie czy nie. Sam znalazła się w trudnej sytuacji.Samantha Bartowski - 2019-03-31, 18:55 Wiedzą o nas.
To... To zabrzmiało jak wyrok. A przecież nigdy nie powinno nim być. Te trzy krótkie słowa tępo odbijały się w mojej głowie, na nowo zaznaczając, jak wielkie nieszczęście przynoszę tym, na których mi zależy. Czy może raczej... Tym, którzy za bardzo się do mnie zbliżyli.
Jak było widać - Kersey miał to odczuć jeszcze dotkliwiej, niż ktokolwiek inny.
Każde jego kolejne słowo jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że przynoszę pecha. Na Boga! Co takiego zrobiłam, by los był mi tak nieprzychylny?
- Jego... Jego też złapali? - Zapytałam, raczej cicho. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby się okazało, że przeze mnie i Fowlera dopadli. Przecież... Do tej pory tak świetnie wychodziło mu unikanie tego pierdolonego Rządu. Teraz to miało się zmienić?
Znowu przełknęłam ślinę gdy padały kolejne stwierdzenie. Kto tu kim manipuluje, do diabła?!
- Wierzysz w to? - Kolejne pytanie padło z moich ust, Jeśli... Jeśli on ma jakiekolwiek wątpliwości... Jeśli mógł we mnie zwątpić... To co mi zostało? Straciłam już wszystkich. Czy mogłam teraz stracić ostatniego przyjaciela?
Za czarnym scenariuszem nadchodził jednak kolejny. Dla mnie... Dla mnie nie było już ratunku. A co jeśli on mógł z tego jeszcze wyjść? Zanim jednak zdążyłam cokolwiek dodać, to on mnie zagiął.
- Ja... Nie chcę go stracić. - Opowiedziałam, dość wymijająco. Bo czy mogłam mówić, ze chcę je urodzić? Czy chciałam je skazać na tak żałosny los, jak mój sam? Miałam świadomość, że - tym bardziej teraz - nie będę w stanie się nim zająć. Nie przez własną niechęć - a przez fakt niewoli.
I pomyśleć, że ledwie kilka tygodni temu robiłam wszystko, byle zapewnić mu przetrwanie. A dziś rozważałam, czy nie lepiej by było, gdyby odeszło razem ze mną...
- Nie chcę, by stało się kolejnym obiektem. Nie chcę wiedzieć, jak mogli by je wykorzystać przeciw mnie. - Odważyłam się w końcu podnieść mój zaszklony wzrok na mężczyznę. Byłam w kropce. I.. Sama nie wiedziałam, co będzie w tej sytuacji dobre.
- Nie chcę, by było kolejnym niewolnikiem, Brian. Wolałabym zdechnąć razem z nim. - Wydusiłam z siebie w końcu. Jaka szkoda, że nie mogłam tu zrobić nic, by do tego doprowadzić...Brian Kersey - 2019-04-02, 09:55 Jego słowa mogły brzmieć jak wyrok, a nawet nim były, przez który teraz pokutują razem. To owego towarzystwa brakowało im właśnie Fowlera.
- Nie.
Dodatkowo w odpowiedzi pokręcił głową, by dać jej pełną gwarancję tego, że Dale nadal jest na wolności. Gdyby było inaczej, Brian by wiedział. Szef by mu to zapewne nawet powiedział, chcąc w ten sposób pokazać jak bardzo pomógł albo jeszcze bardziej zaszkodził. Lecz złapanie takiego mutanta jak Fowler było przecież ich cennym celem.
Spojrzał na nią, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć na jej pytanie. Szef namącił mu trochę w głowie, by uwierzył że faktycznie był manipulowany przez Samanthę. Z drugiej strony, nie dość że ją kochał i będzie ojcem, to współpraca z mutantami także zaczynała zmieniać jego poglądy.
- Nie wiem Sam... Trudno we wszystko uwierzyć.
Musiała mu to wybaczyć. Ale teraz nie był wstanie odpowiedzieć na to pytanie.
Następnie wysłuchał jej odpowiedzi, zauważając że jednak chciałaby urodzić to dziecko. Ale zapewne nie tutaj. Warunków na to nie ma. Ale mogła być ku temu szansa.
- Będę z Tobą szczery. Jeżeli podejmiesz współpracę, dostaniesz opiekę medyczną i pomoc przy porodzie, byś donosiła ciążę do końca. Niestety prawa rodzicielskie mogą Ci odebrać a przyznane zostaną mnie. Wtedy będę mógł zająć się wychowaniem. Jeżeli nie aktywuje się w nim gen X, nie stanie się obiektem badań. Nie będzie niewolnikiem. Zadbam o to.
Przedstawił jej sytuację, samemu wiedząc jak będzie trudno i ciężko. Decyzję wyboru i tak musiał pozostawić jej. Czy tego chciała. Czy woli stracić dziecko. Jedną rzecz jeszcze dopowiedział.
- Do czasu porodu będziesz miała spokój, nikt nie będzie Cię dręczył, jeżeli tylko zgodzisz się na te warunki.
Nie chciał źle. Ale też sam nie miał wyboru. Sięgnął zaraz po jej dłoń, jeżeli pozwoliła i przyłożył sobie do swojego karku, pochylając się nieco do niej. Tam mogła poczuć, że miał mały opatrunek. Domyśli się, o co mu chodzi? Chciał, by wiedziała.Samantha Bartowski - 2019-04-03, 22:21 Kamień spadł mi z serca. Tylko tego by brakowało, by wszystkie moje lęki miały się spełnić. Co najgorsze... Skubany obiecał mi wolność i teraz tak strasznie zaczynałam się bać, że mógłby chcieć to spełnić. A to przecież będzie dla niego wyrok... Jakim nie byłby żołnierzem - sam z Rządem na pewno nie wygra.
Już po chwili jednak dostałam odpowiedź i od Briana. Odpowiedź, która zabolała zdecydowanie bardziej, niż powinna. Serio? Mógł uwierzyć w to, że chciałam mu zaszkodzić? Od początku go uprzedzałam. Od początku kazałam mu się odsunąć. Nie chciałam jego pomocy! A teraz... Teraz to miała być moja wina?
Zacisnęłam swoje wargi, gdy moje oczy zaczęły się szklić. To... To miało być najlepsze rozwiązanie - dla niego.
- To w to uwierz. - Wyrzuciłam z siebie dość spokojnie, choć miałam wrażenie, że serce mi zaraz wyskoczy z piersi. - Byłam manipulantką. Robiłeś rzeczy wbrew sobie. Teraz... Teraz już mi się na nic nie przydasz. Mam co chciałam. - Dodałam po chwili, jakbym chciała zabrzmieć bardziej przekonująco. To... Bolało. Ale nie było innego wyjścia. Ja już i tak byłam stracona.
Jednak już po chwili zaczęłam tego wszystkiego żałować jeszcze bardziej. Zmarszczyłam własne brwi, kierując swój wzrok na Kerseya.
- C-co? Pojebało Cię do reszty?! - Zapytałam z wyczuwalnym wyrzutem w głosie. - Jeżeli. No właśnie. A jaka jest szansa, że urodzi się mutantem? Jaka jest szansa, że gen się w nim nie aktywuje? Będą mieć dzieciaka na tacy. Myślisz, że nie słyszałam co się dzieje z dziećmi mutantów? Na boga, Kersey! - Niemal wykrzyczałam w jego stronę, pozwalając pojedynczym łzom na spływanie po moich policzkach. Poza tym... O rany... Tymi kilkoma słowami udowodnił, że słowa Rządowców wpoiły mu się w umyśle. Ja... Ja się dla niego już nie liczyłam. I nawet jeśli wcześniej mogłam się z tym jakkolwiek pogodzić, dzisiaj poczułam się po prostu zdradzona. - Jakie warunki? Zrobiłam wszystko co chcieli, a spokoju do dziś nie mam. Jestem jebanym więźniem. Jesteś gotów sprzedać mnie, zrobić ze mnie chodzący inkubator tylko za małą szansę tego, że to dziecko kiedyś do Ciebie trafi. A co po porodzie? Zarżną mnie jak świnię na święta? A może właśnie o to im chodzi - nowe obiekty badawcze, wychowywane od małego w tych szpitalnych klitkach? - Nie mogłam przerwać mówić. Rządziły mną teraz zbyt silne emocje, i nie zmieniał tego nawet fakt, że jeszcze kilka minut temu byłam gotowa całkowicie się dla niego poświęcić. Teraz... Teraz straciłam do tego siłę. I tym bardziej pragnęłam zapewnić temu maleństwo jedyne bezpieczeństwo, które mogłam - godną śmierć, poza laboratorium...
I nie wiem co chciał osiągnąć łapiąc moją dłoń. Liczył, że to mnie uspokoi?
- Jeśli myślisz, że ckliwe gesty coś teraz zmienią, to srogo się myl... - Nie zdążyłam nawet skończyć, bo wtedy to poczułam. On... Nie bez powodu trzymał podniesiony kołnierz. Rozmiar tego opatrunku wskazywała na jedno...
Staliśmy po tej samej stronie. I to wszystko moja wina...Brian Kersey - 2019-04-06, 00:06 To prawda. Samotny żołnierz z rządem nie wygra. Brian mógłby być tego przykładem, że mimo podejmowania prób pomocy Samancie i sprowadzaniu jej przyjaciela a swojego kumpla z wojska, naraził również i siebie, podpadając przełożonemu. Nie miał żadnego zabezpieczenia i zaplecza, będąc zdanym na siebie. Żadnych też pomocnych znajomości. Postawiony został przed wyborem, mniejsza lub większa kara... Coś za coś.
Nie chciał jej kłamać. Lata temu starali się być wobec siebie szczerzy. Pomijając już ten jeden dzień, kiedy musiał wyjechać, lecz z nią nie pożegnał. Dzięki właśni staraniom jej brata.
Jego słowa mogły ją zranić. Ale nie spodziewał się tego, co powiedziała. Chciała, by uwierzył w coś, co nie chciał uwierzyć? Czy ona widziała co mówi? Co właśnie powiedziała?
Nie ukrywał zaskoczenia, które go bardzo dotknęło w sercu.
- Jakoś trudno mi uwierzyć w Twoje słowa... Za dobrze Cię znam.
Czuł, że bredziła. Nie dostała tego co chciała. Wątpił by tym było ich dziecko jak i sprawienie, by Brian "zagubił" się w swojej karierze i poszedł na ugodę z mutantami, tracąc stanowisko i stając się także "obiektem" obserwacji rządu.
Lecz następnie, to już miała do niego wyrzuty.
- Uspokój się.
Rzekł dość stanowczo. Chcąc by zamilkła na chwilę.
- Gen nie musi się od razu aktywować. Podobno tego przyczyną jest jakaś trauma. Spójrz na mnie. Wiele w życiu przeszedłem. Straciłem kilka ważnych dla mnie osób. Nie stałem się tym, kim Ty jesteś. Moje geny są silne i jeżeli nasze dziecko je odziedziczyło, nie podzieli Twojego losu. Zaufaj mi.
Tylko tego pragnął. Skoro nie może z nią być na zawsze. Nie może liczyć na odwzajemnienie jej uczuć, to chociaż niech da mu jakiś wkład w rozwój dziecka, jeżeli się urodzi.
- Pomyśl... Mogło być gorzej.
Zaczął, w momencie kiedy nakierował jej dłoń na swój kark, przy którym swoich Sam nie dokończyła. Puścił jej dłoń, by mogła ją do siebie zabrać, jeżeli zbadała jego miejsce świeżego zabiegu.
- Groziło mi więzienie i dyscyplinarne zwolnienie. Więcej bym Cię nie zobaczył. A gdybyś urodziła dziecko, żadne z nas nie dostałoby wtedy praw rodzicielskich na wychowanie. Trafiłoby do takiej rodziny, gdzie wychowaliby na kogoś, kogo byśmy nie chcieli. W chwili obecnej tylko tyle mogę zrobić.
Nie musiał mówić za co. Dobrze o tym wiedziała lub się domyślała. Obcował przecież z mutantami. Jedną tu obecną nawet zapłodnił. I tak wystarczająco go łagodnie potraktowano a nawet zapewniono, że uzyska prawa do wychowywania swojego dziecka.
- Nie muszę chyba mówić, że i mnie taka sytuacja się nie podoba...
Dodał, patrząc na Sam.