Billy Sanders - 2018-04-11, 11:49 - Nie zawsze kłamię. - rzucił jej krótkie spojrzenie. Owszem. Był kłamcą. Kłamał tak bardzo, od tak długiego czasu, że niekoniecznie widział już różnicę między prawdą, a kłamstwem, a jednak był zdolny do szczerości. Trudno jednak było w to uwierzyć. Kłamca mówiący, że mówi prawdę. Brzmiało co najmniej śmiesznie. Jednak te wszystkie gierki były tylko zasłoną dymną, środkiem do celu. Nie widział możliwości dotarcia na szczyt poprzez ciężką pracę i nie naginanie żadnych zasad moralnych. Właściwie to nie do końca czuł się z tego powodu winny. Nie dręczyły go wyrzuty sumienia z powodu rzeczy, które robił. Wykonywał rozkazy. Nie był tak bardzo nie szczery w stosunku do siebie, by nie zdawać sobie sprawę, że podobnie mówili najgorsi oprawcy w historii. Jednak nie siebie obwiniał o to całe zło. Istniała grupa osób i to dość duża i na tyle wpływowa by być w stanie wynajmować osoby takie jak on, by czyniła to zło w ich imieniu. Dla niego było obojętne czyje rozkazy wykonywał. Czym różnił się od żołnierza, który wychodzi na front i oddaje życie za interesy koncernów naftowych? Dla niego ważne było co przez to uzyska. Zasady rządzące się jego postrzeganiem moralności były co najwyżej wątpliwe, a jednak… wydawało mu się, że widział świat dokładnie takim jaki był. Z całą jego brzydotą, która skrywała się pod pierzynką tych wszystkich pięknych słów. Może i kłamał, ale nie mniej niż inni. On po prostu potrafił to wykorzystać na swoją korzyść, a co najważniejsze gdy nie widział w tym żadnej korzyści, nie musiał kłamać. Tak jak teraz. Byli tu tylko we dwójkę. Otoczka cudownego Williama Sandersa już dawno wygasła, Mogła go zobaczyć dokładnie takiego jakim był.
- Trudno to nazwać zaufaniem. Ale uznajmy, że to coś do tego podobnego. - odpowiedział jej w końcu, patrząc na nią w skupieniu. Oczywiście, że nie mógłby jej do końca zaufać. Skrzywdził ją. W ten sposób zerwał wszelkie więzi, które je łączyło. Było coś między nimi. Coś bardzo trudnego do zdefiniowania, a jednak gdyby był na jej miejscu, zachowałby się zupełnie inaczej. Więc nie miał poczucia pewności, że nagle wszystko nie obróci się przeciwko niemu, ale instynkt podpowiadał mu, że pozostanie tak samo bierna w tej sytuacji co on.
- Możemy to przemilczeć. - uśmiechnął się lekko, podając jej butelkę. Przemilczenie wszystkiego brzmiało najlepiej, chociaż niedopowiedzenia nasuwały wyobraźni szalone pomysły. Jednak w niektórych wypadkach lepiej nie mówić na głos myśli, które pojawiały się w głowie. Po co? Ich świat właśnie tak wyglądał. On był pogromcą mutantów, ona była mutantką. W sposobie w jaki potoczyła się ich historia było zbyt wiele prawie i być może. Polegało to głównie na zadawanie sobie pytań. Co by było gdyby? Być może gdyby powiedział jej prawdę i zostawił GC wszystko byłoby inaczej. Być może gdyby on nie był sobą, a ona tym kim jest mogłoby prawie im wyjść. Było jednak za późno na teoretyzowanie. Mówienie rzeczy, które nie powinny być wypowiedziane. Być może egoistycznie wciąż chciał czuć to przywiązanie, bo sam z niego nie zrezygnował, jednak wiedział, że właśnie w taki sposób jest lepiej.
Pokiwał głową, odstawiając butelkę na ziemię. - Tobie też by się przydało. - przesunął wzrokiem po jej twarzy, robiąc krótki gest zdrową dłonią.Cassandra Gardner - 2018-04-11, 13:28 - Skąd mam to wiedzieć? - Spytała, kierując ku niemu proste, ale zarazem wyjątkowo skomplikowane - przynajmniej w ich sytuacji - pytanie. - Nie tak dawno sam powiedziałeś, że gubisz się we własnych kłamstwach. - Wbrew pozorom, to nie była starannie wymierzona szpila. W tej chwili nie chciała już jakichkolwiek gierek, sporów, odbijania argumentów... O dziwo - a może wcale nie - dosyć dobrze pamiętała jednak ich ostatnią rozmowę, nie potrafiąc się teraz do niej nie odnieść. Skoro w końcu on sam nie wiedział, co jest kłamstwem, a co nim nie jest... Jak ona miała dostrzegać prawdę? Zmęczona, wyczerpana, rozbita tym bardziej tego nie wiedziała.
Zostawanie tutaj, jak źle i nielogicznie by to nie brzmiało, wiązało się z jakimś rodzajem zaufania z jej strony. Odłożenie kurtki wraz z prawie całkowicie naładowaną bronią czy nawet siedzenie na tym samym materacu... Patrząc na to wszystko, co miało miejsce w przyszłości, najprawdopodobniej ryzykowała tym mocniej niż nawet śmiała sądzić. Nie mówiąc już o realnym współczuciu i wynikającej z niego chęci zajęcia się kimś, kto zaledwie kilka dni później mógł po raz kolejny zniszczyć jej życie.
- Pomijając tamten strzał... - Poruszyła głową, wzruszywszy lekko ramionami. Tak, zrobiła to i tak, nie było jej z tym do tego stopnia dobrze, jak mogłoby być. - To ja mam tu większe powody do nieufności. - Wcale nie musiała o tym wspominać, ale skoro już poruszyli temat czegoś podobnego do zaufania... Ot, napomknęła o tym niezbyt głośno, nie zamierzając rozwijać już dalej tematu bez potrzeby. Ona nigdy go nie zdradziła, nie wykorzystując jakichkolwiek zdobytych informacji ani tym bardziej nie obracając ich przeciwko niemu. To, że miał w niej teraz nieprzyjaciela... To było jego własną zasługą. Długo zdobywaną i dopieszczaną przez bite dwa lata.
- Tak będzie wygodniej. - Burknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, choć prawdopodobnie to także powinna przemilczeć. Było zaskakująco - ba, nawet w pewnym sensie zatrważająco - wiele rzeczy, jakie nigdy nie miały wyjść na światło dzienne. Zagrzebane głęboko w głowie, zakopane pod wieloma innymi myślami i rozważaniami, odświeżane wyłącznie w tych niewygodnych, godnych pożałowania momentach... Zupełnie tak jak obecnie. Była prawie pewna, że tego po prostu nie było warto dotykać. Niedopowiedzenia, choć niewątpliwie uwierające, przynajmniej nie były aż tak niebezpieczne. Prawda bolała znacznie bardziej.
- Nie wiem, o czym mówisz. - Mruknęła, unosząc przy tym brwi, jednak to nie było przecież takie trudne do zrozumienia, czyż nie? Nie tworzył tutaj żadnych filozoficznych wywodów, nie wykonywał skomplikowanych zabiegów słownych, nie tworzył nowych języków ani nic w tym rodzaju. Wręcz przeciwnie, poniekąd trafił w samo sedno, ale... Czy to cokolwiek zmieniało? Przydałoby jej się... Bez dwóch zdań też by jej się przydało, jednak to nie oznaczało, że miała cokolwiek dalej ku temu robić.
O ironio, właśnie w tym momencie - mniej lub bardziej świadomie - w pewnym sensie pozwalała Billy'emu zachować się w ten typowy, tak dobrze mu znany sposób. Niczym ostatni egoista myślący wyłącznie o swoich potrzebach i swoim zdrowiu... Fizycznym, bo na psychiczne u obojga było już raczej za późno. Odpowiadając mu w taki a nie inny sposób, tylko ułatwiała mu potencjalne zejście z tematu, jaki dosłownie liznął poprzez wspomniane stwierdzenie. Zainteresowanie jej stanem nie było mu do niczego potrzebne. Znacznie łatwiej było dalej zachowywać się jak kawał gnojka. Tak z pewnością miało być prościej.
- Możemy mieć to już za sobą? - Powtarzając dłonią ten krótki gest, wbiła spojrzenie w mężczyznę. - Spodnie też. - Nie musiała go chyba szczegółowo instruować, nie? O ironio, zwłaszcza w tym, co robił prawie że najlepiej.Billy Sanders - 2018-04-12, 19:12 - Nie masz jej. - zauważył słusznie i gdyby tylko nie odczuwał bólu w klatce piersiowej prawdopodobnie wzruszyłby ramionami. Nie miała żadnej pewności, nie mógł też powiedzieć “po prostu mi zaufaj”, bo byłoby to co najmniej śmieszne. - Nie mam już w tym żadnego interesu. - dodał, słysząc jej słowa. W jego wypadku zapewnienia o szczerości naprawdę nie brzmiały zbyt wiarygodnie, dlatego odwołał się po prostu do jej zdrowego rozsądku. Wiedziała, że jest człowiekiem, który zawsze szuka jakiegoś zysku, a gdy go nie widzi jego zainteresowanie bardzo szybko przemiję. Więc to było jego wytłumaczenie. Nie miał w tym żadnego interesu. Nie musiał już jej okłamywać. Nie musiał udawać kogoś kim nigdy nie był. Jego przykrywka była spalona. Z drugiej strony, gdyby faktycznie chciał wykorzystać okazję… Czy nie zachowałby się inaczej? Czy nie próbowałby jej odzyskać? Czy nie przepraszałby właśnie za swoje występki? Prosił o wybaczenia? Nie czarował jej. Sam jeszcze nie zdecydował w jaki sposób powinien się w stosunku do niej zachowywać. Mógłby się jej pozbyć i wypełnić rozkazy. Jednak była to jedna z niewielu rzeczy do których był zdolny. Mógłby jednak skorzystać z możliwości telefonu i za jej plecami wykonać telefon do jego współpracowników, powiadamiając ich, że w jego pokoju jest jedna z członkiń Bractwa, która wie gdzie ukrywają się mutanty. To wydawało się być jeszcze genialniejszym pomysłem niż ten poprzedni. Nie on byłby tym, który pociągnie za spust. Rozkaz wydałby by ktoś inny, wyrok wykonałby jakiś członek jego oddziału. Nie miałby jej krwi na rękach, a jednak doskonale wiedział jak wyglądają “procedury” przesłuchań. Sam był ich nieukoronowanym mistrzem. Być może właśnie go wybraliby do tej roli i znów… Chyba gdzieś w środku obawiał się tego, że jest zbyt wielkim tchórzem by to zrobić. Mógłby też po prostu ulec tym wszystkim tłumionym w sobie emocjom i zachować się w zupełnie innych sposób od dwóch poprzednich, jednak wiedział że to byłoby jak zejście do piekieł. Więc co pozostało mu więcej? Bycie gdzieś pomiędzy. Odrzucenie od siebie możliwości wyjścia z tego z workiem korzyści. I Cassandra miała jeszcze czelność myśleć o nim, że jest egoistą. W jego interesie było skazanie jej na śmierć lub na przesłuchanie w bractwa, a jednak nie robił tego. Po części dla niej. Po części dla siebie.
- Nie sądzę, że da się go pominąć. - odpowiedział zaczepnym tonem. Nie nosił urazy. Był wściekły za każdym razem, gdy odczuwał ból w żebrach, ale gdy zniknął, zniknęła też złość. Właściwie postrzał w kamizelkę nie znajdował się nawet na liście rzeczy, które mogłaby mu zrobić za to co on zrobił jej prawie dwa lata temu. Aczkolwiek miał na uwadzę, że być może złość jeszcze kiedyś wróci i lepiej w takich wypadkach trzymać się od niej z daleka. W końcu piekło nie zna większej furii niż zdradzona kobieta. - Owszem. I właśnie z tego powodu ja nie mogę ufać ci.
- Wyglądasz jak ofiara przemocy domowej. - zmarszczył się, patrząc na rany na jej twarzy. Ktoś mógłby pomyśleć, że był opiekuńczy, ale Cassandra była już dużą dziewczynką. Nigdy nie traktował jej jak lalki stworzonej z kruchej porcelany. Mimo to widok jej ran nie był mu obojętny.
Pokiwał głową. Dziwił się jej. Naprawdę jej się dziwił, że jeszcze jest w stanie robić coś takiego właśnie dla niego. Nie zasługiwał na to. Zasługiwał na to, żeby zostawiła go tutaj na śmierć. Nie miał zamiaru mówić tego na głos. Nie będzie przecież podsuwać jej pomysłów. Uniósł jednak brwi, gdy usłyszał co dodała po chwili. Chrząknął. - Jak sobie życzysz. - Z trudem podniósł się do pozycji stojącej, niebezpiecznie się przy tym kołysząc. Szybko jednak przy akompaniamencie stłumionych okrzyków złości powodowanych bólem odzyskał równowagę. Uśmiechnął się do niej niemalże flirtuletnie, rozpinając pasek i guzik spodni. Niestety, chociaż jak Cass słusznie zauważyła był w tym mistrzem, ściąganie spodni z pęknietymi żebrami do najłatwiejszych nie należało, więc przedstawienie skończyło się szybciej niż się zaczęło. Niemalże niezdarnie pozbył się części garderoby tak jak go o to poprosiła. Miał wrażenie, że jego żebra przestawiły się o trzysta sześćdziesiąt stopni, jakby wszystko w środku było nie na swoim miejscu i zaczynało tak bardzo uciskać, że niemalże nie potrafił złapać oddechu. Ból był ostry, tępy, pulsujący. Ochota na żarciki przeszła mu bardzo szybko.Cassandra Gardner - 2018-04-12, 19:54 Czy od samego początku nie mogło być tak... Banalnie prosto? Czy wtedy naprawdę musiało chodzić o jakieś cholerne interesy, których dobro należało stawiać ponad zaufaniem, wiarą w ludzi, normalnością? Skoro przejście do tej neutralności było takie proste, jak mówił...? Naprawdę pieniądze i władza były warte aż tylu gorzkich kłamstw? Nie powiedziała tego, jednak miała coraz większą ochotę, aby gorzko się roześmiać. Ostatecznie wolała jednak nic nie mówić, kręcąc tylko głową w całkowitym milczeniu i posyłając Sandersowi jedno wyjątkowo wymowne spojrzenie. Ten temat najwyraźniej był już skończony. Nie miała jak tego skomentować, nawet nie chciała tego robić.
- Pomijamy bardzo wiele rzeczy, zapomniałeś? - Nie musiała mu raczej mówić o tym, czego ignorowania oboje byli w pełni świadomi. Co do całej reszty w żadnym wypadku nie zamierzała go zaś oświecać, nawet samej sobie nie chcąc uświadamiać połowy z nich. To był ten niewygodny, wręcz bolesny i uwierający temat. Prawdopodobnie znacznie gorszy od paru złamanych żeber, nie? Zwłaszcza że te pewnie i tak zdążyły mu się zaleczyć... Tylko po to, by jeszcze raz je sobie połamał. Nie pamiętała go jako aż takiego człowieka-demolki.
- Nie uważasz, że już dawno bym cię skrzywdziła, gdybym zamierzała to zrobić? - Unosząc jedną z brwi, zazezowała lekko w kierunku odłożonej kurtki, pod którą niezmiennie nadal spoczywała broń. Być może sama nie wiedziała, co powinna zrobić w tej sytuacji, jednak fizyczny atak nie zaliczał się raczej do opcji wartych rozważania. Nie tylko przez to, jak bardzo nie lubiła bezpośrednich starć, lecz także przez to, że miała swój honor. Nie kopało się leżącego. Nawet jeśli w pełni na to zasługiwał i najwyraźniej wcale nie uważał się za zbytnio poszkodowanego, sugerując to za to jej, na co zareagowała stłumionym parsknięciem.
- Może mieszkam w domu wariatów, ale nie takim. Poza tym jestem singielką. - Burknęła dosyć neutralnie, nadal starając się nie robić z tego większej sprawy. Wyglądała jak ofiara przemocy domowej? Wyśmienicie, z pewnością to właśnie chciała usłyszeć, tym bardziej z ust kogoś takiego. Jeśli kiedykolwiek brakowało jej komplementów, to jedno zdanie całkowicie wszystko rekompensowało. Przecież każda kobieta chciała czasem poczuć się piękna, zwłaszcza w okolicznościach, w których nie miało to żadnego znaczenia. Tak samo jak podobne komentarze, które w gruncie rzeczy nic nie zmieniały. Wyglądała źle? Fatalnie? Jak zbita śliwka? Cóż, z pewnością nie było jeszcze aż tak paskudnie. To nie ona miała tu wyraźnie poobijane i zapewne także pęknięte żebra. W liczbie sinioli i innych dodatków także ją przebijał.
A z pewnością to nie było przecież wszystko. Patrząc na jego stan fizyczny - psychicznego chyba wolała nie dotykać - wyłącznie zastanawiała się, co jeszcze mogło mu się stać. Głównie z tego względu, pamiętając nieszczęsną łazienkę i sposób, w jaki Billy się poruszał, nakazała mu także ściągnąć spodnie. Oczywiście, nie spodziewała się, że zacznie to robić na stojąco, bo - z dwojga złego - siedzenie nie było aż tak ryzykowne, ale najwyraźniej zwyczajnie musiał się popisać. Niemalże instynktownie zareagowała przy tym wywróceniem oczami, gdy mężczyzna uśmiechnął się do niej w ten flirciarski sposób, nie do końca chcąc przyznać, że było to dosyć... Bawiące. Nie w ten złośliwy sposób, nie była obecnie aż tak źle nastawiona, jak zapewne mogłaby być. Ku własnemu zdziwieniu, naprawdę było jej go szkoda.
- Przynajmniej nie wyglądam, jakby tłukącym mnie mężem był Rocky Balboa. - Dopiero wtedy wydała z siebie coś na kształt całkiem współczującego - no, przynajmniej w tonie głosu - stwierdzenia, omiatając spojrzeniem sylwetkę mężczyzny, choć coraz ciężej było jej skupić na czymkolwiek wzrok. Do tej pory dosyć skutecznie ignorowała własne obrażenia, jednak nawet ostry smak wódki nie był w stanie całkowicie zamaskować rdzawego posmaku w ustach ani tym bardziej sprawić, by mniej kręciło jej się w głowie. Mimo to, pochyliła się jednak, by podnieść te nieszczęsne spodnie z ziemi, odrzucając je na ten sam fotel, na którym leżała większość innych ciuchów. Tak właściwie, wcale nie musiała tego robić, ale... Po prostu poczuła potrzebę zachowania tego pozornego ładu, nim zajęła się właściwymi czynnościami.
Z początku nie za bardzo wiedziała, jak powinna się za to wszystko zabrać, zwłaszcza że motelowe warunki nie sprzyjały raczej podobnym zabiegom. Podciągając jednak nogi na materac i nachylając się tak, by móc wykonywać jak najmniej gwałtownych ruchów obolałymi rękami, zabrała się do pracy, wpierw jeszcze profilaktycznie badając lekko palcami połamane żebra mężczyzny, a potem to właśnie za ich bandażowanie zabierając się w pierwszej kolejności. Sama nie wiedziała, ile czasu minęło, nim skończyła z dłonią i kostką, przemieszczając się raz to po prostu po łóżku, raz zaś schodząc na podłogę. Ostatecznie zrobiła jednak więcej niż planowała, przynajmniej w miarę własnych możliwości, opadając na materac i dosłownie kładąc się na plecach na miękkiej powierzchni, nawet jeśli samo przewrócenie się zabolało ją jak cholera. Tak jak i wcześniej, nie zamierzała o tym mówić, sycząc tylko cicho, po czym przymykając oczy.Billy Sanders - 2018-04-14, 12:37 Dla niego było warto. Już od najmłodszych lat miał jakiś plan na życie. Snuł je w obskurnej kuchni rodziny Sandersów, sprzątając rozbite butelki i starając zmyć z siebie zapach zjełczałego alkoholu i rozlane po całym ciele fioletowe plamy. Wtedy chciał po prostu lepszego życia, ale wiara w samego siebie sprawiała, że nigdy nie było mu dość. Czy chciał komuś coś udowodnić? Być może. Może nawet samemu sobie, bo mimo że zostawił przeszłość za sobą, to czasami wciąż widział w lustrze tamtego obdartego chłopaka z pobijanymi oczami, który nie mógł liczyć na nikogo tylko na siebie. Ostatecznie każdy wybierał siebie. Jego ojciec wybierał bycie nieudacznikiem, bo tak było mu prościej. Matka wybrała ucieczkę, bo nie miała wystarczających jaj, żeby zająć się własnym życiem. Siostra też nigdy nie przejmowała się tym, że każdy jej błąd kosztował Billy’ego gniewnym spotkaniem z pięściami ojca. Nawet ciotka Judith, której przecież najwięcej zawdzięczał… Nie była taką altruistką jak się jej wydawało. Nie mogła mieć dzieci, więc przygarnęła sobie do serca dzieci brata, żeby zaspokoić własne potrzeby bycia matką. Nie zrobiła tego, gdy tego najbardziej potrzebowali. Pozwoliła mu być w domu dziecka, tylko dlatego że bała się sprzeciwić własnemu mężowi. Nikt nie był bezinteresowny. Każdy podejmował decyzję z myślą o sobie i on właśnie w taki sposób postępował. Co więcej sądził, że miał do tego prawo. Znał zbyt dobrze ludzi, by dać Cassandrze okazję, by pewnego dnia postąpiła podobnie. Nie był w stanie zaryzykować dla niej wszystkiego co budował. Dla prostego bycia ze sobą. Ludzie zawodzili raz po raz i wiedział, że pewnego dnia ona też to zrobi. Więc owszem postąpił egoistycznie. Postawił pieniądz wyżej niż swoje uczucia.
Uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem. - Ale to nie znaczy, że o nich nie myślimy, prawda? - zapytał, unosząc wysoko brwi. Sam zdecydował się na to, żeby nie próbować nawiązywać z nią żadnego dialogu, dotyczącego spraw, o których oboje nie chcieli rozmawiać. Było między nimi tak wiele niewyjaśnionych kwestii, ale oboje zdawali sobie sprawy z tego, że to nic nie zmieniało. Nie dało się cofnąć czasu. Zmienić wydarzeń sprzed półtora roku. Mimo to, nie dało się wyrzucić tego wszystkiego z głowy.
- To nie znaczy, że w pewnym momencie nagle się na to nie zdecydujesz. - odparł jej, wykrzywiając usta w brzydkim grymasie. Właściwie od złapania za broń dzielił ją tylko jakiś metr, więc nie powinna dziwić się, że nie czuł się tutaj jak w najbezpieczniejszym miejscu na ziemi. Żadne z nich nie powinno. To był naturalny odruch, Cassandra powinna się go nauczyć. Zalecenia Billy’ego Sandersa. Najpierw powinna myśleć o sobie potem o innych. O własnym bezpieczeństwie, a nie tych, których ostatecznie i tak ją zostawiła. Przyjaźń, lojalność i wierność to efekt wybujałej wyobraźni autorów książek i filmów.
- Na pewno? - zapytał, unosząc wysoko brwi, co wywołało lekkie szczypanie. Jak dla niego Bractwo Mutantów było w czymś rodzaju małego obozu pełnego wariatów. Zresztą… Kto mógłby ich winić. DOGS i GC polowało na nich jak na szczury. Poza tym… Chyba woleli trzymać się razem, chociaż musiał przyznać że w ich wypadku to nie wychodziło im na dobre, bo gc planowało zrobić z miejsca ich pobytu kolejną Sodomę. Jak tylko się o nim dowiedzą. Z kolei DOGS czatowało na kolejne obiekty swoich badań. Wszyscy byli przeciwko nim, a oni wciąż starali się coś z tym robić. Nie powinien się dziwić, że Cassie wyglądała jak zbita śliwka. Takie właśnie życie prowadziła. Czy tego dla niej chciał? Niekoniecznie. Powinna wrócić do ojca. Był pewien, że by jej pomógł. Mogłaby ukryć się gdzieś daleko z Ameryce Południowej, wieść spokojne życie. - Cieszy mnie ta druga część. - mruknął, jeszcze podczas ściągania spodni, bardziej do siebie niż do niej. Wydawało mu się, że będzie mu łatwiej zrobić to na stojąco. Na siedząco był zmuszony do wyginania się, podnoszenia się. Chociaż owszem… Potrzeba zrobienia wokół zdejmowania spodni małej celebracji.
Z jego ust wydobył się cichy śmiech, którego bardzo pożałował. Chociaż było trochę warto. - Jak być tłuczonym to przez najlepszych. - odpowiedział, patrząc na nią z rozbawieniem. Właściwie to chyba wolałby, żeby stłukł go ktoś silniejszy od niego. Może jakiś mutant, posiadający super siłę. Wszystko było lepsze niż zostanie skopanym przez biegnący tłum. Nigdy nie należało tego lekceważyć, ale mimo wszystko… był żołnierzem. I to takim dość dumnym.
Mimo, że jej ruchy było delikatne, sama czynność opatrywania nie należała do dość przyjemnych. Wszystko go bolało. Nie poczuł żadnej ulgi, na to musiał poczekać jeszcze kilka dni. Z doświadczenia wiedział, że jutro będzie gorzej. Jutro poczuje ból, w miejscach, których nie czuł wczoraj. Starał się skupić. Nie poruszać. Ale momentami zdarzało mu się drgnąć czy raz machinalnie złapać ją za rękę, tylko dlatego że zbyt mocno nacisnęła. Ciężko było mu się skupić, gdy była tak blisko. Ale starał się nie utrudniać jej tego co robiła, przynajmniej na tyle, na ile mógł sobie pozwolić. W końcu opadła na łożko, a on podniósł z krzesła spodnie, ostrożnie, starając się je założyć. Nie żeby czuł się skrępowany, po prostu jak trafnie zauważyła wyglądał jakby starł z Rockym Balboą, więc czuł się co najmniej głupio, stojąc na środku motelowego pokoju w samych bokserkach. Upił małego łyka z butelki, która stała przy łóżku i wtedy to zauważył. Plamę krwi na ohydnej, ceglanej pościeli. Mimo, że kosztowało go to sporo, pochylił się nad nią, dotykając wilgotnego skrawka materiału jej koszuli. - Krawisz. - powiedział dość tempo, bezpardonowo pociągając ją za kołnierz luźnej koszuli, by zobaczyć źródło krwawienia. Nie zwracając uwagi na to czy ona ma w ogóle ochotę na to, żeby zsuwał jej z ramienia koszule czy nie. Skrzywił się, widząc ranę, z której sączyła się jeszcze nie do końca zakrzepnięta krew. Nie wyglądało to ciekawie. - Nawet tego nie oczyściłaś. - zganił ją. Przez ostatnie piętnaście minut zajmowała się ranami faceta, który półtora roku temu zniszczył jej życie, nie zwracając uwagi na to, że sama cierpi. Że sama potrzebuje pomocy. W końcu mogło wdać się zakażenie, mogła stracić przytomność… Cokolwiek. Nie wiedział dlaczego nagle ta myśl wydawała mu się tak bardzo irytująca. Co zresztą było wypisane na jego twarzy. Najpierw powinna myśleć o sobie. Dlaczego czasami była tak głupio wspaniałomyślna? Nie nauczyła się jeszcze, że ludzie nie odpłacają pięknym za nadobne? Zmarszczył brwi, odsuwając jeszcze kawałek jej koszuli, widząc siniaki, prawdopodobnie spowodowane przez pajączka, który ją złapał. Musnął palcem w miejsca, gdzie sianiak przechodził w ranę. Rozejrzał się po łóżku w poszukiwaniu porzuconego przez nią bandaża i butelki z alkoholem. Nie miał ochoty by zachowywała się teraz jak obrażona dziewczynka i nie pozwalała mu na to, więc podobnie jak ona nie zapytał ją o zdanie. Być może nie znał się na robienu opatrunków, jednak znał podstawy, bo były mu to niezbędne w razie gdyby na froncie czy na jakiejś akcji ktoś ucierpiał.Cassandra Gardner - 2018-04-14, 14:33 - Myślenie jest nieszkodliwe. - Odmruknęła, niezmiernie lekko wzruszając przy tym ramionami. Dobrze, być może nie była to cała prawda, ponieważ myśli - jeszcze bardziej niż czynów - nie dało się tak po prostu zignorować, całkowicie odpychając od siebie. Niezależnie od tego, czego by nie robiła, one zawsze gdzieś tam były. Ukryte, przysłonięte, ale gotowe, by znowu uderzyć z pełną mocą, mieszając w głowie i doprowadzając do ścisku w gardle. Fakt faktem, można było jednak się do tego przyzwyczaić. Przynajmniej na tyle, by zacząć dosyć dobrze udawać, że nie było aż tak źle. I to właśnie starała się teraz robić, nie chcąc dać się wciągnąć w jakąkolwiek czczą dyskusję, podczas której mogłaby powiedzieć stanowczo zbyt wiele. Wolała zgrywać kogoś nieprzejętego, choć wiedziała, że powinna była robić to od samego początku. Tak nietrudno było ją przejrzeć, zwłaszcza że w pewnych chwilach uparcie unikała nawiązywania kontaktu wzrokowego.
- Miałam dostatecznie wiele okazji ku temu. Mówiłam, poczekam aż zrobi to ktoś inny. Masz dostatecznie wielu wrogów. - Cóż, jeśli miałaby być ze sobą całkowicie szczera, ktoś właśnie to zrobił. Gdyby tak po prostu wycofała się z pomieszczenia w pierwszej chwili po zorientowaniu się w sytuacji, jej obecne słowa byłyby znacznie bardziej wiarygodne. Tymczasem siedziała tu niczym domorosła pielęgniareczka, czując wyraźne zaniepokojenie. I to bynajmniej nie tym, że obrażenia nie okażą się dostatecznie trwałe czy mocne, aby Billy’ego dopadła karma. Czy to nie było cholernie ironiczne?
- Nie potrafisz przestać wypytywać mnie o Bractwo? - O dziwo, wcale się o to nie zezłościła. Wręcz przeciwnie, nieznacznie unosząc brwi, posłała mu odrobinę rozbawione, lekko prowokacyjne spojrzenie, oczekując jakiejś ambitniejszej odpowiedzi. Nie, Bractwo nie było zdrowe. Prawdę mówiąc, ostatnie przyjęcia przypadkowych osób w szeregi organizacji sprawiły, że Cass naprawdę mocno zastanawiała się nad funkcjonowaniem tego wszystkiego. W końcu podobne okoliczności sprzyjały pojawianiu się nie tylko kretów D.O.G.S. czy Genetically Clean, ale także faktycznych brutalnych wariatów, mutanckich radykałów. Szczerze mówiąc, była prawie pewna, co do podobnych charakterów paru osób. Nie musiała ich bliżej poznawać, by wiedzieć, że coś było z nimi nie tak. W przeciwieństwie do mężczyzny, z którym teraz przebywała, tamci mutanci nawet nie kryli się z własnym popapraniem.
- Nie dziwię się. Udawanie, że się z kimś oficjalnie jest, musiało być trudne. - Stwierdzając z lekkim zgorzknieniem, odebrała to raczej jako swego rodzaju obelgę, niżeli cokolwiek innego. Znacznie prościej było przecież uznać, że Billy nawiązywał do tego właśnie w tym sensie, niżeli zastanawiać się nad jakimikolwiek innymi znaczeniami. Zwłaszcza że wiedziała przecież, jaki był przed ustawką stworzoną przez Genetically Clean. Opinia i plotki zawsze rozprzestrzeniały się szybciej niż cokolwiek innego. Wiedziała, za jakiego flirciarza i kobieciarza miało go otoczenie w pracy, doskonale znała kilka niemożliwie zauroczonych kobiet, z dwiema z nich nawet przyjaźniła się swego czasu, choć te znajomości przepadły bezpowrotnie, gdy sama dała się podejść, na dodatek złudnie zyskując coś, czego one nie miały - oficjalny związek ze wspólnym mieszkaniem, gronem bliskich znajomych, oświadczynami… Śliczną iluzję, banieczkę mydlaną, która ostatecznie pękła w mgnieniu oka. Tak, znowu była singielką. Nie łączyły ich żadne zobowiązania. Teoretycznie, bo nim się obejrzała, cóż, skończyła niczym troskliwa pielęgniarka. Matka Teresa, którą przecież nie była i nie zamierzała być po tym, co jej zrobił. Nie miała bladego pojęcia, kiedy dała się w to znowu wkręcić, na dodatek na kilka chwil zapominając, że nie powinna odnosić się do niego jak do kogoś lubianego.
- Nie lepiej po prostu nie dawać się tłuc? - Burknęła, uśmiechając się przy tym nieznacznie, ale… Niech ją cholera jasna, lubiła, gdy się śmiał. To nadal pozostało niezmienione, choć cała reszta była już całkowicie inna. Tym bardziej zaś czuła, że jej tego… Brakowało. W pewnym momencie było to przecież normalne, a teraz? Nie miała już jakiejkolwiek normalności, bujając się między obskurnym, niewygodnym domkiem, w którym nawet nie miała swojego własnego pokoju, i jeszcze mniej zachęcającym obozowym szpitalem. Okazjonalnie zahaczając jeszcze o moteliki podobne do tego, gdzie również czuła się obco, jak człowiek bez swojego stabilnego miejsca na ziemi. Jakiekolwiek przypomnienie o tym, że kiedyś miała coś takiego, było tym trudniejsze do przełknięcia, nawet jeśli wywoływał je głupi uśmiech jeszcze bardziej beznadziejnej osoby. Nie wiedziała, czy powinna być za to bardziej zła na niego czy na samą siebie. Dawała się podejść jak dziecko czy durna trzpiotka, a on nieustannie ją czarował. Przynajmniej do momentu, gdy sobie tego nie uświadomiła, dostrzegając własną głupkowatość i nieracjonalność.
- Zostaw te spodnie w spokoju. - Posyłając mu nieco zirytowane spojrzenie, nie uniosła się nawet do pozycji siedzącej, prychając tylko dosyć głośno i dodając. - Nie po to cię opatrywałam, żebyś coś sobie teraz poprzestawiał. - Nie za bardzo wiedziała, co sobie w tym momencie myślał, bo raczej wykluczała jakąkolwiek pruderyjność. Pod tym względem zbyt dobrze go znała i akurat tej znajomości była prawie całkowicie pewna. Tym bardziej drażniło ją zatem takie a nie inne podejście do stanu zdrowia. Niby to było jego życie, niby nie powinna się w nie mieszać, ale poświęciła mu czas… Tylko po to, by znowu podnosił się z łóżka, coś kombinując. Nie sądziła, by mógł ją teraz bardziej rozdrażnić. Była zbyt zmęczona, by się na niego wściekać, ale też nazbyt przytomna, by nie zauważyć, że olał jej uwagę. To zaś stanowiło dosyć dziwne połączenie.
Paradoksalnie, wystarczyło, że bardziej się nad nią pochylił, zwracając uwagę na jej rany, których nie chciała i nie planowała odsłaniać. To, co wydarzyło się na marszu, nadal było zbyt ciężkie do przełknięcia, a doznane tam obrażenia wyłącznie o tym przypominały, sprawiając, że Cassandra momentalnie zaczynała czuć się jak po wylaniu jej na głowę wielkiego wiadra lodowato zimnej wody. Nie chciała o tym wspominać ani odpowiadać na pytania dotyczące tamtych chwil. Wcale nie chciała o niczym rozmawiać, wliczając w to również własny stan. Może czuła się osłabiona i zmęczona, ale nie ufała Sandersowi na tyle, by to przyznać, odruchowo chwytając go za rękę, gdy pociągnął kołnierz jej koszuli. Szkoda tylko, że tak niewiele to dało.
- Wiem. - Skrzywiła się niewyraźnie, gdy poczuła częściowo przylepiony już materiał odczepiający się od jej rany. Naprawdę ciężko byłoby nie zauważyć własnej utraty krwi, rdzawego posmaku w ustach, zawrotów głowy oraz innych niezmiernie przyjemnych skutków spotkania z metalowym pajęczakiem podczas tego, jakże pokojowego, marszu. Czuła wilgoć na skórze wnikającą w ubrania, które zapewne za jakiś czas także miały być do wyrzucenia - a tym razem nie miała już żadnego przyjaciela Tildy pod ręką - i poszczypująco-kłujący ból w zranionych okolicach, który nieco ją otumaniał. Nie robiła z tym jednak nic, bo ostatecznie nie było aż tak źle. Mogła przeczekać to wszystko jeszcze przez pięć czy dziesięć minut, jakie miała spędzić w tym pokoju, potem zajmując łazienkę nawet na wiele długich godzin. Bez poczucia, że ktokolwiek się nad nią lituje czy że u kogokolwiek zaciąga jakiś dług. Patrząc na ostatnie spotkania, miała ich stanowczo zbyt wiele u Billy’ego. Kolejny nie był jej potrzebny. Jak na złość, mężczyzna najwyraźniej postanowił jednak ciągnąć temat, co spowodowało u niej jeszcze większą chęć ewakuacji. Wystarczyło, że opatrzyła mu rany, tworząc złudne wrażenie porozumienia czy, co gorsza, pewnej bliskości. To nie musiało - i nie powinno; dla dobra wszystkich - działać w drugą stronę.
- I to też wiem. - Wzdychając cicho, nie odwzajemniła tego niezbyt zadowolonego, wręcz zirytowanego spojrzenia, jakie jej posłał. Mogłaby to zrobić, owszem, bo naprawdę nie sądziła, by wchrzanianie się w jej sprawy było czymś, na co mógł sobie ot tak pozwolić. Tak samo jak jakiekolwiek ganienie czy karcenie za to, czego nie zrobiła. To były jej decyzje, jej kolejne czyny, za które sama odpowiadała. Nawet jeśli wolała wpierw zająć się kimś innym - czy to naumyślnie opiekując się ranną Fay, czy to całkiem przypadkowo wplątując się w opatrywanie obrażeń Billy’ego - bagatelizując swój własny stan, miała ku temu święte prawo dane sobie przez siebie. Sanders już dawno stracił możliwość decydowania o jakimkolwiek aspekcie życia Cassandry, nadzwyczaj łatwo wyzbywając się tego prawa, ale najwidoczniej o tym zapominając.
W żadnym momencie tego dnia nie oczekiwała od niego pomocy. Bądź co bądź, nie byli sobie przecież przyjaźni, niezależnie od tego, jak przyzwoicie przebiegała aktualna rozmowa. Cass nie wątpiła, że o tym pamiętał, co sprawiało, że ta cała sytuacja stawała się jeszcze bardziej dziwna i niewygodna. Dlatego postanowiła zaprotestować, będąc raczej przekonaną, że na niewiele jej się to zda, ale chcąc móc przynajmniej powiedzieć sobie, że się na to nie zgodziła.
- Nie musisz tego robić, sama sobie poradzę, jak już wrócę do siebie. - To mówiąc, ponownie ciężko jednak westchnęła, nie zamierzając mocniej protestować przeciw temu, co robił. Wręcz przeciwnie, przymykając lekko oczy, zacisnęła usta, starając się po prostu zbytnio nie ruszać i nie zwracać uwagi na nieprzyjemne doznania w zetknięciu ze środkami opatrunkowymi. - Nie rozumiem cię...Billy Sanders - 2018-04-15, 22:56 - Tylko czekać. aż wpadnę w ręce jakiś zaprzyjaźnionych mutantów. - odparł ironicznie. - Ale cieszę się, że nie skorzystałaś z okazji dobicia mnie. - dodał, rzucając krótkie spojrzenie. Stan w jaki go znalazła, wcale ją przed tym nie powstrzymywał. Wręcz przeciwnie. Mogła skorzystać z okazji. Wielu na jej miejscu to zrobiło, a jednak, co dawało mu dużo do myślenia, nie zrobiła tego. Ocuciła go, zajęła się nim. Czy tak postępuje osoba, która kogos nienawidzi? Czy tak postępuje osoba, która pragnie czyjejś śmierci. Jej słowa były tak bardzo niespójne ze sobą. Zresztą podobnie jak jego słowa. Oboje próbowali przed sobą coś ukryć, a jednak ich czyny świadczyły zupełnie inaczej niż słowa.
- Uznaj to za zboczenie zawodowe. - odpowiedział, uśmiechając się krzywo. Był to dość ponury żart, zważając na to, że zawodowo torturował mutantów, by powiedzieli mu cokolwiek o bractwie. Tymczasem przed nim siedział ktoś kto posiadał wszystkie niezbędne mu informację. Tym razem jednak nie pytał. Wyjątkowo opuściły go myśli o tym jak bardzo byłoby mu to przydatne, gdyby tylko zmienili ton rozmowy. Pozostawił za sobą to kim był on i to kim była ona.
Jej kolejne słowa sprawiły, że zwrócił wzrok w jej stronę. - Byłem z tobą. - poprawił ją, nieco zirytowanym tonem. Czy powinien dziwić się, że w to nie dowierzała? Właśnie taki komunikat wysłał jej, odchodząc gdy tylko jego przykrywka została spalona. Mimo wszystko te “oficjalnie” kłóciło się z tym czym naprawdę byli. Owszem. Wszystko zaczęło się od kłamstw, jednak w tym wszystkim było więcej prawdy niźli zdawała sobie sprawy. Może nie powinien naprawiać tego w jaki sposób na to patrzyło. Wciąż było to łatwiejsze od tłumaczenia się z własnych kłamstw. Jednak chciała czy nie, pod przykrywką kłamstw, to wszystko było na pewien sposób prawdziwe.
- Wierz mi wolałabym nie być tłuczony na kwaśne ławko, ale to też trzeba przyjąć z jakąkolwiek godnością. - odpowiedział niemalże beztrosko. Powinien się już przyzwyczaić. Bycie człowiekiem w społeczeństwie pełnym wybryków natury zdolnych przerzucić cię przez pokój siłą umysłu wiązało się z niebezpieczeństwem groźnych obrażeń. Nie żeby lubił być ranny, ale pod tym względem nie miał na to żadnego wpływu.
- Wszystko w porządku. Nie musisz się o mnie martwić. - odparł, zapinając spodnie. Nie mógł się powstrzymać, by nie posłać jej znaczącego spojrzenia. Mimo jej irytacji, dość mocno cieszyła go jej uwaga.
Owszem, na niewiele się zdało to, że złapała go za rękę. O ile nie zaczęła się dziko szarpać pod wpływem jego dotyku, nie miał zamiaru przestawać. Wiedział, że jej zdaniem ma sadystyczne ciągoty, a jednak żadnej przyjemności nie sprawiało mu oglądanie jej ran. Wyglądało to dość paskudnie. Dziwił się, że wcześniej tego nie zauważył. Wyglądała na poobijaną i chociaż jej rany nie wyglądały na zagrażające życiu, wymagały jakiekolwiek uwagi. Uwagi, której ona im nie poświęciła, a powinna. - Cicho bądź. - odparł, nie biorąc pod uwagę jej słów sprzeciwu. Polał ranę znaczną ilością alkoholu, co zapewne musiało zapiec, więc odczekał chwilę, zanim dotknął jej rany gazą. - Czego nie rozumiesz? - powiedział, starając się w miarę delikatnie oczyścić ranę kolejną dawką alkoholu.Cassandra Gardner - 2018-04-15, 23:35 - Skąd wiesz, czy mam jakichś zaprzyjaźnionych mutantów? Zwłaszcza takich, którzy kłopotaliby się podobnym problemem? - Tak, niewątpliwie był jej problemem, ale raczej - chcąc czy nie - nie dało się go pozbyć tak prosto jak na przykład grzyba w obozowej toalecie czy rybików mieszkających gdzieś pomiędzy płytkami łazienkowymi. Do tych ostatnich zaczęła się już zresztą całkiem przyzwyczajać. Zupełnie tak jak do Billy'ego?
- Nie ma sprawy. - Mruknęła krótko, jakby chodziło o pożyczenie cukru czy podlanie kwiatków na balkonie podczas nieobecności. Niestety, to też wcale nie było aż tak łatwe. Logika mówiła przecież, że faktycznie - należało pozbyć się go właśnie w tamtym momencie, uderzając tym samym w szeregi GC, dbając o przyszłość Bractwa i samych mutantów, którym mógł jeszcze kiedyś zaszkodzić. Zdecydowanie była sprawa. Co gorsza, trudna i nierozwiązywalna, ciągnąca się za nimi już stanowczo zbyt długo.
- Mów, co chcesz. I tak się zmyłeś. - Ta zirytowana, poprawiająca ją wypowiedź wyłącznie sprawiła, że Cass zmarszczyła brwi, tym razem pokuszając się o znacznie dłuższe, wręcz przeciągłe spojrzenie posłane mężczyźnie, a następnie także gorzki uśmiech, jaki pojawił się na jej ustach. To była właśnie jedna z tych nierozwiązanych rzeczy. Coś, czego także w pewnym sensie zupełnie nie pojmowała. Miał się przecież za tak wybitnego w interesach, tymczasem wolał lizać czyjeś dupy, niżeli mieć wszystko wręcz podane na tacy. Choć ponownie... To i tak nie robiło już różnicy.
- Sam to sobie wybrałeś. - Stwierdziła prosto, bezpośrednio, nawet nie poruszając przy tym brwiami. Pozostanie w Genetically Clean było jego osobistą decyzją. Okropną i popapraną, to fakt, ale sam mógł się winić za podobne konsekwencje. W końcu zawsze miał jakiś wybór, zawsze znajdowało się co najmniej kilka równoległych ścieżek, którymi można było podążyć. Zachowując się przy tym z godnością czy też nie, wyłącznie sobie mógł pluć teraz w brodę. Zdawało jej się, że raczej oboje o tym wiedzieli. Tak samo jak o wielu innych, choć raczej niewypowiedzianych, rzeczach. Na przykład, że czasami zachowywał się wprost idiotycznie. Zupełnie tak jak w przypadku tych nieszczęsnych spodni... I tak nadających się raczej tylko do wywalenia.
- Nie schlebiaj sobie. - W innym wypadku być może faktycznie podtrzymałaby te oznaki zmartwienia, robiąc coś więcej w celu postawienia na swoim i oszczędzenia mu jakichkolwiek dodatkowych obrażeń, jakie właśnie sobie zapewniał, jednak tak... Bezczelny tekst, na dodatek w połączeniu z dosyć jednoznacznym spojrzeniem, sprawił, że momentalnie powróciła do swojego bardziej zołzowatego i nieprzejętego ja. Nie mogła przecież pozostać bierna w sytuacji, w której coś jej sugerował. Nie w przypadku akurat tego konkretnego człowieka, którego zazwyczaj była w stanie błyskawicznie posłać do diabła. No, a przynajmniej tak lubiła sobie mówić.
Co prawda, Genetically Clean w pewnym sensie było czymś w rodzaju Piekła, jednak wierni pracownicy zapewne nie byli tam traktowani niczym upadłe duszyczki. Prędzej podkładali drewno pod kotły przygotowane dla mutantów, ostrzyli widły i grabie, nagrzewali pręty, sprawdzali działanie obcążków czy bawili się w jakiś inny, równie przyjemny sposób, całkowicie ignorując jęki swoich ofiar. Być może to właśnie dlatego Billy'emu było tak niezmiernie łatwo po prostu zignorować jej protesty. Przyzwyczaił się do tego jak jasna cholera, ot co.
- Zostaw trochę. Muszę się napić. - Ona także zignorowała więc jego słowa, posyłając mu niezbyt zadowolone spojrzenie, gdy dostrzegła, co planował. Owszem, spodziewała się zatem tego, co miało nadejść, jednak kontakt czystej wódki z jej wciąż otwartą raną i tak sprawił, że poczuła, jak wnętrzności dosłownie jej się rozpuszczają. Instynktownie złapała też Sandersa za rękę, mocno wbijając palce w jego skórę, z początku nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dopiero w momencie, w którym nieco bardziej otrzeźwiała, rozchylając - dotychczas przymknięte - powieki, praktycznie momentalnie cofnęła dłoń, przenosząc także wzrok na ścianę, a potem milcząc jeszcze przez kilkanaście sekund. Nad wyraz długich, jak na jej odczucia.
- Wszystkiego. - Mruknęła dosyć ponurym głosem, chwilę później ponownie wciągając powietrze głęboko przez nos i marszcząc kącik ust w niewyraźnym grymasie. - Wyboru akurat GC, zachowania teraz, zachowania wcześniej... - To mówiąc, odruchowo wzruszyła ramionami, momentalnie tego żałując, bo drażniona alkoholem rana zapiekła ją niczym przypiekana ogniem. I choć wcześniej Cassandra starała się powstrzymywać jakoś jakiekolwiek werbalne oznaki bólu, teraz ledwo stłumiła przekleństwo, sycząc jednak cicho.Billy Sanders - 2018-04-16, 22:07 - No tak. Bo czekała nas razem świetlana przyszłość. - odpowiedział jej, unosząc wysoko brwi. Mogło zabrzmieć to nieco zbyt okrutnie, a jednak… Czy ona naprawdę nie widziała tego, że w tamtym momencie podjęcie innej decyzji było ładnie mówiąc nierozsądne? Mogła go za to nienawidzić. Miała prawa, ale z jego punktu widzenia nie miał zbyt wielu pól do popisu. Mleko już się rozlało i nawet dzieci wiedzą, że nie da się go umieścić z powrotem w szklance. Walić sentymenty. Jaką miał gwarancję, że gdyby jednak wybrał ją, to by mu przebaczyła? Żadnej. Mógł wybrać ją, ale nie miał żadnej pewności, że ona wybierze jego. Co więcej byłby po prostu na jej łasce, licząc że albo przyjmie go z powrotem, albo zostawi z niczym. Co więcej… Czy naprawdę myślała, że GC pozwoliłoby mu tak po prostu odejść? Prędzej skończyłby gdzieś na dnie jakiejś rzeki, niż radośnie pędząc z nią w stronę tęczy. Zresztą nie wróżył jej lepszej przyszłości u swojego boku. Byłaby na celowniku tak samo jak on. Po tym jak zniknęła z radarów i jak zapewniał Billy swoich szefów była już kompletnie bezużyteczna, mogła rozpocząć gdzieś nowe życie. Jej błąd, że tego nie zrobiła, ale gdyby postanowili trzymać się razem, oboje byliby zwierzyną łowną. GC potraktowałoby tą sprawę bardzo osobiście. Co gdyby nagle zaczął dzielić się tajemnicami GC z mutantami? Co gdyby wyjawił ich tożsamości albo wyjawił kilka brudnych sekretów? Byłby bardzo niewygodny dla rządu i GC. Nie mógłby ukrywać się z mutantami, bo kwestią tygodni lub miesięcy mogłoby być ujawnienie jego działalności w Czarnych Helisach. Gdy tylko myślał o tym, że mógł zostać z Cass pojawiała się lista argumentów przeciw, a tych nie mógł tak ;po prostu pominąć na rzecz… Czego? Szczęścia? Jakiegoś romantycznego spełnienia? Nigdy nie stawiał tej strefy swojego życia na pierwszym miejscu i dlatego też w momencie, w którym podjął decyzję, zrobił tak, a inaczej. Nie miało się to w żaden sposób do uczuć jakimi ją darzył. Po prostu postąpił rozsądnie i wybrał to co było w tamtym momencie dla niego najlepsze.
- Bo może to jest właśnie to co robię najlepiej. - odparł, rzucając jej długie spojrzenie. Każdy próbował znaleźć to w czym był dobry, a gdy mu się to udawało - robił to. W wypadku Billy’ego to nie było takie chlubne zajęcie jak ratowanie biednych fok na Antarktydzie czy wymyślenia leku na raka. On po prostu był dobry w tym co właśnie robił. W likwidowaniu celów, uzyskiwanie odpowiedzi w nieetyczny sposób. Był dobry we wszelkiego rodzaju machlojkach, gierkach… Może i nie wybrał sobie bezpiecznego sposobu na zarabianie na chleb, ale był to jedyny sposób jaki znał. I właśnie ten sposób sprawił, że syn żałosnego farmera z Texasu już za tydzień miał zostać mianowany na jednego z członków rady jednej z największych organizacji w kraju. Mogła gardzić jego zawodem, niemniej jednak zaczynał od zera.
- Nie potrafię sobie nie schlebiać. - uśmiechnął się do niej szeroko, otwierając na nowo ranę na wardzę. Poczuł w ustach smak krwi.
Pokiwał głowę, milcząc. Nie wiedział ile alkoholu zostanie w butelce po jego nieudolnych próbach zabawy w sanitariusza, ale mogła liczyć na jego resztki. Odczekał, aż jej ból minie. Lekko skrzywił się, gdy zacisnęła palce na jego dłoni, wbijając w nią paznokcie. Tym razem nieco delikatniej dotknął jej rany, niechcąc zadawać jej dodatkowego bólu. Ironiczne.
Przez dłuższą chwilę milczał. Wziął głębszy oddech,. którego on również pożałował. Dotknął jej rany gazą, starając się osuszyć ją z sączącej się z niej krwi. - Nie ruszaj się. - mruknął, machinalnie, gdy poruszyła się. Otwierała tylko ranę, której nie mieli jak zaszyć. Jeszcze chwilę opatrywał jej ranę w ciszy, jakby w ogóle nie miał zamiaru odpowiedzieć na jej pytanie. - Naprawdę myślisz, że mogłem sobie od tak odejść? - zapytał, marszcząc brwi i skupiając się na ranie. - W GC czekała mnie przyszłość. Co miałem zrobić? Rzucić to wszystko, dla niepewnej przyszłości? Oboje skończylibyśmy sześć stóp pod ziemią prędzej czy później. - zerknął na nią, zaciskając usta w cienką linię. - Przyszli do mnie na długo zanim poznałem ciebie. Zaraz po śmierci Jolene. Pracowałem w FBI, ale nie za dobrze mi się tam układało. To znaczy… Układało mi się dość dobrze, ale nikt za bardzo nie zwraca na ciebie uwagi, jeśli twój ojciec nie jest burmistrzem miasta czy nie wykłada funduszów na nowe gmachy ośrodka szkoleniowego. Zaproponowali mi dobre pieniądze. Głowę mutanta, który zabił moją siostrę i.. właściwie to mi wtedy wystarczyło. To nie było nic osobistego. Zmieniłem po prostu pracodawcę. Czym się to różniło od tego co robiłem w wojsku? Niczym. To był dobry plan na przyszłość. Właśnie, dlatego GC. To nie ja ich wybrałem, oni wybrali mnie. Podjąłem decyzję, a podjęciu takich jak ta nie można już się cofać. - skończył, odsuwając się od niej na chwilę, ale tylko po to żeby znaleźć jakiś opatrunek, który nadawałby się do zabezpieczenia rany. To prawdopodobnie zbiór kilku najszczerszych zdań jakie usłyszała od niego w ciągu ostatniego czasu. To część swojej historii pominął, resztę już znała. - Wykonywałem rozkazy. Owszem, mogłem podjąć milion innych decyzji. Mogłem cokolwiek zmienić. Przez moment nawet tego chciałem. Ale zrobiłem to co najlepsze dla mnie. Kierowanie się uczuciami w naszym świecie zwykle prowadzi do grobu. Cassandra Gardner - 2018-04-16, 23:02 Unosząc brwi, wydała z siebie ciche parsknięcie, brzmiące odrobinę pobłażliwie, po którym to ponownie spojrzała prosto na Billy'ego. Gdyby nie pamiętała, czym to się ostatnio skończyło, pewnie wzruszyłaby teraz ramionami. Tak jednak wyłącznie pokusiła się o odpowiedź w zadziwiająco lekkim, niezobowiązującym tonie.
- A ja myślałam, że to mi mydlisz oczy... - To mówiąc, kląsnęła językiem o podniebienie. Najwyraźniej sobie jeszcze bardziej je zamydlał, skoro naprawdę sądził, że GC było tak wspaniałym, słusznym wyborem. - Stabilna i wysoka pozycja, nietykalność, duże pieniądze, podejmowanie decyzji za siebie... Faktycznie, masz teraz przecież znacznie lepsze warunki. - Czuła się w pełni praw do sarkazmu, jakim teraz operowała. Ba, czuła się wręcz zobowiązana do tego, by odpowiedzieć mu pięknym za nadobne, nawet jeśli nic to nie zmieniało. Mleko faktycznie już się rozlało, po tak długim czasie zostawiając już tylko ślad po wsiąknięciu w stół, więc teoretycznie nie było potrzeby rozdrapywania starych ran. Spekulacje mogła pozostawić samej sobie, tak byłoby zdecydowanie lepiej, jednak coś podkusiło ją do tego, by pociągnąć rozmowę. Zupełnie tak, jakby nie wiedziała, do czego to mogło doprowadzić...
- Łatwo tak mówić, gdy trwa się przy jednym i tym samym. - Mruknęła wprost przemądrzale, marszcząc przy tym lekko brwi. Swego czasu autentycznie uważała go za ambitnego, może nawet aż nazbyt, jednak z chwili na chwilę coraz bardziej zastanawiała się, czy nie było to wyłącznie złudzeniem. Czy nie roztaczał dookoła tej iluzji, chcąc być ambitnym, lecz tak naprawdę wyłącznie udając kogoś takiego. Po prostu... Stać go było na znacznie więcej, niżeli tylko wchodzenie w dupy ludzi na szczycie jakiejś wyjątkowo chorej organizacji, i mogła przyznać to sobie z czystym sercem. Podobne spostrzeżenie było przecież faktem, nie wytworem jakichkolwiek - pozytywnych czy negatywnych - uczuć albo słabości. Mimo że te, zdecydowanie bardziej nie chcąc niż chcąc, przecież miała.
- Sprawiałbyś lepsze wrażenie, gdybyś jednocześnie nie krwawił na podłogę. - Odpowiedziała, instynktownie i praktycznie nieświadomie odwzajemniając uśmiech, choć robiąc to w znacznie bardziej delikatny, subtelny sposób. Cóż, to nie była jej podłoga, więc nie musiała raczej przejmować się tym, że krew przesiąknie przez marnej jakości dywanową wykładzinę, po czym wsiąknie w jeszcze gorsze deski i pozostanie tam już na zawsze. Podobne miejsca zapewne widziały już nie jedną taką sytuację. Nie zdziwiłaby się, gdyby ten konkretny pokój już dawno zmienił kolor podłogi na brunatną, przybrudzoną czerwień. O dziwo, było to w tym momencie całkiem zabawne, a ta konkretna chwila zdawała się być naprawdę... Przyjemna. Szkoda - a może wcale nie; w końcu powodowała wyłącznie kolejne złudzenia - tylko, że trwała stanowczo zbyt krótko. Chwilę później znowu było tak jak wcześniej... Choć może jeszcze gorzej. Znacznie gorzej.
- Wow, niepewnej przyszłości. - Mówiąc to z mieszanką zgorzknienia, niedowierzania i czegoś na kształt urazy, mimowolnie wydała z siebie parsknięcie. Niby miała się nie ruszać, jednak równie dobrze mógłby kazać jej siedzieć sztywno podczas wbijania wielkich, ostro zakończonych, niemożliwie rozgrzanych szpil gdzieś w okolicę klatki piersiowej. - Kolejny niesamowicie trafny komplement, tak? - Nie, nie mogła nie poczuć się dotknięta tymi słowami. Zdecydowanie nie mniej niż kolejnymi, które sprawiły, że miała ochotę po prostu zabrać swoje nędzne manatki i wynieść się w cholerę z tego pomieszczenia. Było tu stanowczo zbyt mało powietrza dla ich dwojga, Billy nie mógł temu zaprzeczyć. Co gorsza, sprawiając, że atmosfera stawała się jeszcze gęstsza.
- Powiedzieliśmy sobie... - Zaczęła, ostrożnie zbierając się do jak najmocniejszego przesunięcia się na drugi koniec łóżka, ignorując przy tym zarówno ból z palącej, na nowo podrażnionej rany, jak i również fakt, iż powinna dać się do końca opatrzeć. - Że pewne rzeczy mają pozostać takie, jakimi są. Przemilczane i nieruszane, więc... Po cholerę mi o tym wszystkim mówisz? - Nie potrafiła nie być zła na niego i na przekonanie, z jakim się wypowiadał. Jeśli kiedykolwiek żartowała z potencjalnego prania mózgu robionego przez rząd, wojsko czy Genetically Clean, teraz miała przed sobą wręcz żywy dowód na to, że to faktycznie istniało i miało się dobrze. Tak samo jak chore, urojone opowieści o podejmowaniu decyzji, braniu spraw w swoje ręce, robieniu najwłaściwszego kroku czy innych takich.
- Naprawdę myślisz, że teraz tak nie skończysz? Oczekujesz, że... Co? Zawsze będziesz ich ulubionym pieskiem? Że nie znajdzie się ktoś lepszy, kto cię zastąpi? Ktoś, kto będzie skuteczniejszy, wierniejszy, nie popełni tak wielu błędów? Że przymkną oko na spieprzenie jakiejś sprawy? Pomogą, gdy przestaniesz być im przydatny? - Nie chciała wdawać się w takie dyskusje, ale skoro już zaczął wspominać o tym, ile dawało mu GC, Cassandra nie umiała nie wylać na niego tego wiadra lodowato zimnej wody przemieszanej z głęboko tkwiącym w niej jadem. - Jesteś tylko mięsem armatnim. Dobrze opłacanym, ładnie nazywanym pionkiem, ale skoro takie masz aspiracje... - Nie musiała mówić, jak wolną miał drogę ku temu, bo przecież nigdy nie było inaczej. Skoro właśnie tego chciał, nic nie stało mu na przeszkodzie dalej lizać tyłki szefostwa i piąć się w górę w nieistniejącej hierarchii. W gruncie rzeczy, Genetically Clean zawsze miało być niczym stereotypowa korporacja, a korpoludki tak naprawdę nigdy nie zachodziły wysoko. Wbrew własnym złudzeniom i przekonaniom.
W tej chwili, cóż, Cass zaczęła się naprawdę mocno zastanawiać nad sensem tego całego poświęcania się, by pomóc Sandersowi. Już wcześniej wiedziała, że nie powinna była tego robić, ale teraz to wszystko nabrało jeszcze wyraźniejszego sensu. Nic już nie wspominając o tym, jak bardzo obrzydziło jej jakiekolwiek dalsze interakcje, sprawiając, że Gardner nie tylko skorzystała z chwili uwolnienia się od przemywania rany, aby przesunąć ciało na końcowy brzeg łóżka, lecz także mocno złapała się rogu materaca, chybotliwie stając na nogi. Tłumiąc zarówno bolesny syk, jak i jęknięcie, wzięła głęboki wdech.
- Nie masz bladego pojęcia, do czego prowadzi. Prędzej czy później i tak skończysz w piachu. - To mówiąc, poszukała kolejnego podparcia, nie chcąc czekać na uspokojenie się zawrotów głowy po zbyt szybkim wstaniu, tylko zamierzając wrócić do siebie. Wystarczająco sobie powiedzieli.Billy Sanders - 2018-04-16, 23:55 - Nie narzekam. Szczególnie na pieniądze. - odparł jej nieprzyjemnym tonem. Owszem. GC nie było idealne, a jednak… w sam raz dla kogoś takiego jak on. Być może mogło się zdawać, że w wieku trzydziestu sześciu lat nie osiągnął nic szczególnego. Jednak swoją karierę rozpoczynał operując maszynami rolniczymi i ucząc się po nocach, bo za dnia nie mógł sobie na to pozwolić. Nie miała pojęcia o tym zielonego pojęcia. Sandersowie zawsze byli gównem, wystarczy spojrzeć na jakże barwną historię jego rodziny. Ojciec pewnie skończył pod mostem, dławiąc się własnymi rzygami. Siostra została zamordowana przez własnego chłopaka, który jeszcze wcześniej tłukł ją na kwaśne jabłko. Matka uciekła i ostatecznie skończyła sama w ośrodku pomocy społecznej. On jednak jakoś sobie z tym wszystkim poradził. I nawet nie sobie poradził. On poszedł o krok dalej. Osiągnął jakiś sukces nawet jeśli nie potrafiła tego dostrzec. Oczywiście, że chciał więcej. Wiedział, że nie skończy jako wierny piesek szefów GC, ale to jeszcze nie był czas. Mimo wszystko był bardzo cierpliwy i czekał na moment, w którym będzie mógł sięgnąć po więcej.
- Dlatego jestem w tym taki dobry. - odparł jej równie przemądrzale. Co miał jej powiedzieć? Nie. Nigdy nie sprawdzał czy byłby dobrym farmerem, kryminologiem czy urzędasem. Był dobry w byciu tym kim był. Uważał się za dobrego dowódcę, dobrego żołnierza. Kwestia wyboru miejsca pracy, którego ona nie aprobowała. Nienawidziła GC, więc widziała w tym istne siedlisko wszystkiego co najgorsze i w pewien sposób tam było. Tylko, że on idealnie się tam wpasował.
- Ale wciąż jest dobre. - odbił piłeczkę, przyglądając się jej uśmiechowi. Dawno tego nie robiła. Przynajmniej nie w jego obecności. To było dobre wspomnienie. Miał ich niezbyt wiele, a jednak właśnie jej uśmiech był jednym z nich. Szkoda tylko, że było to jedno z tych wspomnień, których już nie dało się powtórzyć.
Parsknął głośno, słysząc to jak powtarza jego słowa. Nie mógł oczekiwać, że go zrozumie… A jednak liczył chociażby na cień jakiegoś zrozumienia. Że nawet jeśli za nic w świecie nie zgodzi się z jego decyzjami, będzie miała go za najgorszego, to jednak po części zrozumie jego motywy. - Wybaczyłabyś mi? Okłamałem cię. Wykorzystałem cię. Zdradziłem? Gdybym wtedy poprosił cię o wybaczenie, byłabyś w stanie to zrobić? - zapytał, patrząc na nią z niedowierzaniem. - Tak, Cass. Dla niepewnej przyszłości. Bo gdybym zrezygnował wtedy z GC, nie miałbym nic oprócz hordy dzikich psów za plecami, ścigających mnie do końca życia. I ciebie też. Nie dokończyłem misji i stałaś się po prostu niedokończoną sprawą. Wystarczyło tylko, żebyś tylko zapadła się pod ziemię i mogłabyś mieć swoje życie. Myślisz, że mógłbym po prostu ich zdradzić i daliby mi spokój czy tobie?
- Zapytałaś dlaczego Genetically Clean. Więc masz swoją odpowiedź.
Pokręcił głową. - Nie wiem jak skończę. Być może z kulką między oczami jak Haywell, a może w lepszym miejscu niż on. - odpowiedział jej, zmuszając się aby powstrzymać się od komentowania jakichkolwiek spraw związanych z hierarchią organizacji czy czegokolwiek związanego z jego działalnością poza gc czy misją, którą wykonywał. Nie miał zamiaru dać się ponieść złości. Bo i owszem był zły, obserwując jak się od niego odsuwa i wstaje. Odruchowo drgnął, gdy zachwiała się. Mimo, że kosztowało go wiele wysiłku targnął się się na równe nogi, łapiąc ją za nadgarstki i przyciągając bliżej siebie. - Lepiej ci w ten sposób? Jak jeszcze bardziej się mną brzydzisz? Oceniasz, bo myślisz, że wszystko jest albo białe, albo czarne. Nie mów mi, że nigdy nie wiedziałaś, że taki jestem. Widziałaś to. Wtedy łatwiej było ci to wszystko przełknąć, bo gorzką prawdę zatrzymywałem dla siebie. Cassandra Gardner - 2018-04-17, 00:45 - Cóż, pewnie kupisz za nie wszystko. - Choć pieniądze faktycznie nie dawały szczęścia, w obecnym świecie można było dostać za nie jego pewien substytut. Chwilową reputację, respekt w towarzystwie, grono fałszywych przyjaciół, jeszcze większą grupę wiernych ukochanych... Jeśli to właśnie mu wystarczało, był na tym swoim szczycie. Pytanie, jak długo jeszcze miało to być dostatecznie satysfakcjonujące. - A może tylko wydaje ci się, że jesteś? - Nie chciała działać na własną szkodę, jednak dobry pracownik po prostu by to zrobił. Wykonałby polecenia, pozbyłby się problemu, zabiłby ją i zgarnąłby jakąś miłą sumkę czy chociaż poklepanie po plecach. Tymczasem... Rzeczywistość wyglądała inaczej. Najwyraźniej ku jej uciesze i chwilowemu zawieszeniu broni.
- Mogłoby być lepsze... - Zaczęła, znacząco przy tym zezując, jakby sugerowała, że faktycznie - eksponowanie uszkodzonej nogi mogło coś dać. To był ten jeden, dosyć słabiutki, ale satysfakcjonujący ją, zastępczy żarcik, nim wszystko ponownie powróciło na normalne tory. Do dawnego pochrzanienia i rozmów, których nie miało być.
- Nie. - Stwierdziła prawie natychmiast, choć na tyle bez większego przekonania, iż nie potrzebowała wiele, by burknąć cicho. - Nie wiem... Możliwe... Byłoby lepiej, niż dowiedzieć się tego w taki sposób... - To, jak odkryła całą tę farsę, dwukrotnie złamało jej serce. Czy w innych okolicznościach byłoby jakkolwiek łatwiej? Cholera jasna, nie wiedziała. Stanowczo zbyt wiele o tym spekulowała, ale nadal nie miała bladego pojęcia. - Cóż, już się tego nie dowiemy. - Odburknęła ostatecznie, bo cała sytuacja stawała się tylko gorsza, gdy zaczynało się myśleć o czymś, czego nie można już było zmienić. Przeszłość pozostawała przeszłością. W przeciwieństwie do filmów czy książek, tu nie istniały alternatywne rzeczywistości, łatwe do manipulowania linie czasowe, nic z tych rzeczy. Tu chodziło o brutalne to już było. Nie miało więcej wrócić. Marszcząc nos i przymrużając oczy, prawie niesłyszalnie wypuściła powietrze spomiędzy warg.
- Genetically Clean nie jest zarządzane przez wszechmocnych herosów. - Ba, teraz teoretycznie w ogóle nie było przez nikogo zarządzane. Do czasu wybrania nowej głowy zarządu, organizacja teoretycznie nie miała głównego prezesa. Nie mówiąc już o nikim niezniszczalnym. - Przestań szukać usprawiedliwień, bo mógłbyś. To była wyłącznie kwestia twojego chorego braku normalnych uczuć. Naprawdę sądzisz, że mogłabym po czymś takim po prostu ułożyć sobie życie? Komukolwiek zaufać? Może jeszcze szczęśliwie wynieść się z kraju, osiąść gdzieś, założyć rodzinę i cieszyć się życiem? Nie kpij ze mnie, posłałeś mnie na coś gorszego od śmierci. Zaraz po tym, jak wykorzystałeś mnie w najgorszy możliwy sposób. - Choć w tym momencie była znacznie bardziej szczera niż mogła kiedykolwiek planować, prawda była taka, że nadal zatajała większość rzeczy. Przed nim, przed sobą... Nie potrzebowała czczego gadania lub fałszywego współczucia. Zwłaszcza że nadal nijak się nie zmienił. Niszczył ją nawet w tym momencie.
- To bujda, nie odpowiedź. - Sam siebie karmił kłamstwami, ile to mógł zyskać na pozostaniu pieskiem GC. Sam sobie wynajdywał tysiące wymówek, wytłumaczeń, jak bardzo było to dobre czy korzystne. Nie tego chciała w odpowiedzi na zadane pytanie. Skoro już, pierwszy raz od tak długiego czasu, zaczęli być ze sobą w jakikolwiek sposób szczerzy... Ze sobą też powinien być. Nie chodziło tylko o zwykłą zmianę pracodawcy. Niezależnie od tego, jak wygodnie było mu w to wierzyć. Ona nie zamierzała już dłużej tego słuchać, bo i po co? Miała własny pokój - co prawda, nielegalnie zawłaszczony - gdzie mogła spędzić noc. Samotną, pełną traum i lęków, ale zawsze lepszą od uzewnętrzniania się przed kimś, kto jednocześnie tak łatwo odpuścił i wcale nie chciał tego teraz zrobić.
- Wyśmienicie. - Mając ochotę po prostu wyrwać się z uścisku rąk Billy'ego, o dziwo, tego nie zrobiła. Najwyraźniej wdawanie się w niewygodne dyskusje było domeną tego dnia, swoistym motywem przewodnim. - Zapominasz, że masz do czynienia z kimś, kto zawsze żył w tej szarej strefie. Po prostu chcę cię słusznie nienawidzić, ale... W jednym masz rację. - Hardo patrząc na niego z dołu, zmarszczyła brwi, posyłając mu mocno zirytowane spojrzenie spod rzęs. - Dobrze wiedziałam, w jaki bałagan się ładuję. Ale mylisz się, twierdząc, że nie byłabym w stanie przełknąć tej gorzkiej prawdy. To tylko pokazuje, jak bardzo mnie nie znasz. - Dokończyła, przełykając ślinę.Billy Sanders - 2018-04-17, 19:09 Zaśmiał się pod nosem. Nie był to wesoły śmiech. To co powiedziała potwierdzało jego tezę. Nie musiała się nawet zastanawiać nad tym, odpowiedź z marszu brzmiała “nie”. - Sama widzisz. - odpowiedział, patrząc jej prosto w oczy. - Nie powiesz mi, że to nie jest niepewna przyszłość. Miałem zaryzykować wszystko, wiedząc że to i tak na nic? - zapytał, nie odwracając wzroku od jej twarzy. Nie. Nie zwalał w tym momencie tego na nią. Zrobił to co zrobił. Jednak fakt, że po prostu nie widział innych opcji wpłynął na jego decyzję. Nie mógł wybrać życia z nią, skoro nawet to nie było jedną z opcji. Nie chciała mieć z nim do czynienia i wątpił, żeby to się zmieniło. Owszem. Nie podjął nawet walki, ale uważał że tak będzie po prostu lepiej. Każde z nich pójdzie w swoją stronę. Wiedział, że to ją skrzywdził. Gdyby mógł cofnąć czas, sprawiłby żeby nigdy go nie poznała. Jednak takiej mocy nie posiadał. Wszyscy musieli żyć z konsekwencjami tamtych wydarzeń. Jej oberwało się najbardziej. Nie był z tego dumny.
Parsknął śmiechem. - Skoro GC jest takie słabe, dlaczego wciąż się ukrywacie? - zapytał, unosząc brwi. Cóż, dla niego odpowiedź była prosta. Oni też się bali. Nie chcieli wpaść w łapy zgrai fanatyków i oprawców, którzy zdolni byli do wszystkie w imię swojej powalonej idei, tudzież jak w wypadku Billy’ego ze względu na personalne zyski. Więc nie powinna się dziwić, że nie chciał stać się jedną z tych, którzy ścigali. Był zdrajcą w oczach FBI i na dodatek miałby być zdrajcą w oczach GC. Nie udałoby mu się wyjść z tego cało tak łatwo.
Zagryzł policzek, słuchając jej słów. Tu miała rację. Doskonale wiedział na jakie życie ją skazał, miał jednak nadzieję że się jakoś z tego podniesie. Była silna. Wiedział to. Nie była taka jak inne i być może, dlatego w ramach swojej gierki sam ucierpiał. - Miałem nadzieję, że się z tego otrząśniesz i zwiejesz gdzieś do jakiegoś bezpiecznego miejsca. I gdzieś tam po drodzę ułożysz sobie życie w sposób w jaki będziesz chciała. - odpowiedział jej, nie patrząc na nią. Nigdy tak naprawdę nie przeprosił za to co zrobił i nie była to kwestia dumy. Po prostu… Co jej z jego przeprosin? Czy miały moc cofnięcia czasu? Sprawienia, że wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy zmieniało cokolwiek? Nic. Słowo “przepraszam” nic nie znaczyło. Czy stwierdzenie, że jest mu przykro, nie brzmiałoby po prostu śmiesznie? Nie potrafił sam określić tego co dokładnie czuł. Czy to było jakieś poczucie winy, czy po prostu zwykły lament na rozlanym mlekiem. Smutek, że do czegoś już doszło i nie ma się na to żadnego wpływu. Z pewnością tego nie potrzebowała.
- W takim razie do listy słusznych powodów do nienawidzenia mnie dołącz także to, że cię wtedy nie zabiłem, a dzisiaj ustrzeliłem tego pieprzonego pajączka. Skoro już jesteś tak bardzo skrupulatna w wyliczaniu moich przewinień. - zmrużył oczy, patrząc na nią z góry.Cassandra Gardner - 2018-04-17, 19:58 - A jaka przyszłość taka jest? - Choć powiedziała to, by po prostu odbić piłeczkę, w pewnym sensie nie żałowała tych słów. Były zadziwiająco... Prawdziwe, gdy tylko chociaż trochę się nad nimi zastanowiło. A ona, mimo takich a nie innych okoliczności, miała na to aż nazbyt wiele czasu. Prawie dwa chrzanione lata.
- Miałam osiem lat, kiedy mój ojciec założył betonowe buty sąsiadowi. Może osiem i pół, może dziewięć, gdy zlecił zemstę na ojcu jedynej normalnej dziewczynki, z którą naprawdę lubiłam się bawić. Potem dziewięć, dziesięć, jedenaście... Nieustannie mnie kontrolował, choć teoretycznie nawet tego nie pokazywał. Miał wtyki dosłownie wszędzie. Mogłabym to uznać za manię, ale tego nie zrobiłam. Przeciwnie, zatrudniłam się w takim miejscu, by móc przekazywać mu informacje, chronić jego tyłek. I nawet jeśli to się zmieniło... Może powinnam nienawidzić go za te wszystkie cienie we wspomnieniach czy w dzieciństwie, ale tego nie robię. - Mówiąc to cichym, odrobinę zmęczonym głosem, pokręciła głową, jakby chciała spytać, czy wiedział, do czego zmierzała.
Nie zrobiła tego jednak - nie zadała pytania na głos ani nie postanowiła kontynuować swojej opowiastki, nie zamierzając robić z tego jakiegoś niesamowicie długiego monologu. Tak jak już wcześniej zasugerowała, żadna przyszłość nie była pewna. Tym bardziej ta powiązana z Genetically Clean. Mogli przelicytowywać się w argumentach, co do ilości opcji dostępnych w tamtym czasie. Pytanie tylko, po co? Dla niej nie była to żadna rozrywka, Cass już się nie śmiała, a na jej ustach nie wykwitł nawet najsubtelniejszy uśmiech.
- Bo Bractwo jest słabsze. - Po co miała udawać, że było inaczej. Przy takich ilościach wtyk, najpewniej i tak byli już tego świadomi. Ba, chyba praktycznie każdy był, bo Bractwo... Bractwo pozostawiało naprawdę wiele do życzenia. Nie mówiąc już o tym, jak słabo w ogóle się z nim identyfikowała, czując się przez to trochę niczym ptaszek na uwięzi. Musiała tam pozostać, ponieważ nie miała zbyt wiele innych możliwości, ale nie zapomniała, że to właśnie ta organizacja - praktycznie na równi z Sandersem - całkowicie zniszczyła jej życie. Takie rzeczy po prostu się pamiętało. Zupełnie jak wszystkie zniszczone plany, nadzieje, marzenia...
- Co mam niby powiedzieć? - Zaciskając wargi, wypuściła powietrze nosem, unosząc gorzko kącik ust. - I tak niczego nie zrozumiesz. - Prawdopodobnie, a nawet z pewnością, był to dosyć tandetny komentarz, ale tym razem naprawdę nie miał tego pojąć. Do tego trzeba było mieć świadomość innych, głębszych rzeczy, zdawać sobie sprawę z tego, że życie nie polegało tylko na egoistycznym poszukiwaniu jak najkorzystniejszej drogi ku wartościom materialnym czy rozdmuchanemu, szumnemu substytutowi respektu. Po prostu... Nie sądziła, by to zrozumiał, skoro nadal robił to wszystko.
- To tylko kolejne rzeczy, których nie rozumiem. - Odpowiedziała, hardo odwzajemniając spojrzenie. - To nie przynosi żadnych korzyści... - Mruknęła już ciszej, tym razem dosyć blado się uśmiechając. Z przekorą, może odrobiną goryczy, przymykając przy tym powieki i mimowolnie bardziej się o niego opierając. Skoro już i tak ją przytrzymywał...Billy Sanders - 2018-04-17, 21:09 - Z pewnością taka, którą poświęcasz dla kobiety, która nigdy cię nie wybaczy. - odparł jej całkiem szczerze. Mogła mu mieć za złe brak wyższych uczuć, ale w jego głowie właśnie w ten sposób to się kalkulowało. Mógł zrezygnować dla niej ze wszystkiego w ciemno, a ona nadal nie chciałaby na niego patrzeć. Z czym by wtedy został? Zostałby sam, całe życie oglądając się za siebie. Tymczasem tuż na wyciągnięcie ręki była inna opcja. Mógł zostać sam z szansą rozwijania się GC. Wybrał to co było lepsze w tamtym momencie dla niego.
To co powiedziała później całkowicie biło się z tym krótkim “nie” wypowiedzianym przez nią zaledwie kilka chwil wcześniej. Po jego twarzy przez moment przeszedł cień niepewności. Nie był pewien do czego dążyła. Jednak miał wrażenie, że wyczuwa to porównanie jej ojca do niego samego. Na chwilę odwrócił wzrok, próbując odnaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania w suficie. Chrząknął krótko, drapiąc się po policzku. - Ale chyba nigdy mu tego nie wybaczysz, prawda? Nie wróciłaś do niego, gdy potrzebowałaś pomocy i te wszystkie złe wspomnienia z dzieciństwa zawsze będą stały między wami, prawda? Nigdy nie będzie dla ciebie takim ojcem jakiego byś chciała. Nigdy na niego nie spojrzysz jak na niego tak jak wtedy, gdy byłaś dzieckiem i nie wiedziałaś kim tak naprawdę jest. - W tym momencie te dwie historie wydawały mu się tak bardzo podobne. Dwóch mężczyzn, którzy zawiedli ją w życiu. Prawdopodobnie bardziej niż inni. Tyle, że Gardner nigdy nie skrzywdził w taki sposób swojej córki w jaki zrobił to Billy. Mimo, że był złym człowiekiem, nigdy nie zdradził jej tak jak zdradził ją Sanders. Nie oczekiwał od niego bycia Matką Teresą z Kalkuty. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że niektórych rzeczy nie dało się po prostu wybaczyć. Przynajmniej według niego. Najwidoczniej nie dopuszczał do siebie myśli, że być może Cassandra nie jest tak bardzo wypruta z emocji jak on. Był zdolny do ich odczuwania, jednak to nie uczucia nim rządziły.
- Owszem. Nie rozumiem. - pokręcił głową. O ile był w stanie zrozumieć to, że czuła się zagubiona, jej zaufanie do innych ludzi było mocno zachwiane, ale jednak… Nie rozumiał dlaczego po prostu nie szukała dla siebie czegoś lepszego niż miała do tej pory, nie oglądając się za siebie. Bractwo? Powinna rzucić to w pizdu tak szybko jak miała ku temu okazję. Skoro miała na świecie kogoś kto przejmował się jej losem to właśnie tam powinna pójść. Nie kryć się z ludźmi, którzy nie dość że okrzyknięci byli wrogami publicznymi, to też nie mieli środków by chociażby ochronić całych siebie. Z wiadomości, które posiadał wynikało, że jej ojciec ma się całkiem dobrze, podobnie jak jego interesy. Mogła go w jakiś sposób wykorzystać, jeśli nie chciała z nim zostawać mogła poprosić by umożliwił jej bezpieczną podróż do Ameryki Południowej, gdzie prawa mutantów nie były tak bardzo ograniczone. Więc, nie.. Nie do końca rozumiał dlaczego tego wszystkiego nie zrobiła, zamiast tego natomiast wpadała w coraz to gorsze tarapaty.
Parsknął ponuro. - Naprawdę? Aż tak trudno ci to zrozumieć? Nawet przez chwilę nie przeszła ci przez głowę jakaś odpowiedź. - popatrzył na nią z uniesionymi brwiami. Nie miał zamiaru mówić tego na głos, ale skoro zdecydowała się go nienawidzić i nim gardzić, wyliczając wszystko co spieprzył, niech chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że chociaż jest złym człowiekiem, to mu na niej zależało. Wciąż. Okazywał to w dość dziwny sposób. Ale czy właśnie jego czyny o tym nie świadczyły. Nie czcze pierdolenie. Czyny. Fakt, że gdy powinien ją zabić nie zrobił tego. Gdy spotkali się w Olympii również kazał jej odejść i w końcu dzisiaj, gdy widział że jest uwięziona przez pajączek, mimo ryzyka uwolnił ją.