To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

fremont - Garaż #1

Nicholas Grenville - 2019-04-16, 22:27

Nie lubi dotyku? Bardzo ciekawa i znana mu odpowiedź. Nicholas westchnął, masując sobie kark. Słyszał już te słowa nie jeden raz.
- I Ty tak samo... Co ja z Wami mam...
Pokręcił głową, nie mówiąc konkretnie kogo miał jeszcze namyśli. Ale jasnym było, że chodzi o Vincenta. Przecież ten też "nie lubił dotyku". Jakieś sławne słowa wśród tej młodzieży. Choć, tego nie można byłoby powiedzieć o McCoy i Grenvillu, których od siebie dzielą jedynie trzy lata.
- Inne teraz pytanie. Odnośnie tych, którzy w DOGS nazywacie kundlami. Są kontrolowali? Jak przebiega to pranie mózgu?
Dopytał, korzystając z okazji że może z nią pobyć sam na sam. Na razie nie zamierza jej krzywdzić, bo wie że nie powinna mu podskakiwać i pyskować, inaczej zrobi jej fiku miku na patyku.
Pytając, oczekiwał dokładnych odpowiedzi. By wiedzieć jak radzić sobie choćby z problemem "prania mózgu". Jakich metod stosują ludzie w DOGS.

Caroline McCoy - 2019-04-17, 20:21

Ponownie się wzdrygnęłam słysząc jego słowa. On... On nie musiał dużo mówić. Domyślałam się o kogo chodziło. W końcu... W końcu Obiekt 36 sam wyznał, co go spotkało w laboratorium. Ale.. Ale ja dalej nie mogłam w to uwierzyć. Dolores wydawała się zbyt profesjonalna, by móc pchać swoje rządne dłonie na ciało nastolatka - tym bardziej, splugawionego tym przeklętym, aktywnym genem...
Nic jednak na to nie odpowiedziałam. W końcu minęło zaledwie kilka minut od chwili, gdy prawie skończyłam uduszona, z połamanymi żebrami czy bez języka. A ból w kostce spowodowany upadkiem i przeciągnięciem przez całe pomieszczenie na bieżąco o tym przypominał...
Po chwili jednak padło pytanie, przez które sama zwątpiłam w to, co powinnam mówić. Nie wiedziałam, czy woli gorzką prawdę, czy raczej milczenie. A strach tak bardzo mną teraz kierował.
Siedziałam więc przez chwilę w milczeniu, analizując każde słowo. Moja klatka piersiowa unosiła się coraz szybciej pod przyspieszającym oddechem, nim zdołałam przez swoje gardło przecisnąć krótkie:
- Przez innych kundli. - Mimowolnie przymknęłam oczy, a w moim głosie dało się wyczuć istne załamanie. Nie wiedziałam, czy przez te 3 słowa za chwilę nie skończę dużo gorzej. I to wcale nie była budująca myśl...
Gdyby jednak cios nie nadszedł, lub był jedynie ostrzegawczy, wydusiłabym z siebie płaczliwym tonem:
- D.O.G.S. przetrzymuje mutantów zdolnych do manipulowania pamięcią. Jeden... Jeden z nich ostatnio zbiegł. A gdy to nie wystarcza... Uruchamia się środki ostateczne.
Wciąż nie byłam w stanie podnieść na niego swojego wzroku. Wciąż nie byłam w stanie walczyć z sytuacją, która mnie spotkała. Ale... Ale może jeśli powiem więcej, niż on się spodziewał, szybciej zostawi mnie w samotności i zdołam zdjąć z siebie tę przeklętą, jednoznacznie nacechowaną smycz?

Nicholas Grenville - 2019-04-20, 21:32

Nicholas podczas przesłuchiwania więźnia, jeżeli nie goni go czas i ma odpowiednio bezpieczne miejsce na przeprowadzenie również tortur, bywa bardzo cierpliwy. Dlatego i teraz pozwolił jej zebrać myśli i wydusić z siebie prawdę. A kiedy Caroline to zrobiła, nie da się ukryć, że mu się to nie spodobało.
- Manipulacji pamięcią...
Nie brzmiało to dobrze. A jego prawie podłamało wewnętrznie. Co jeżeli jego żonę to spotkało? Albo teraz ostatnio brata? Nie chciał o tym myśleć. O czarnym możliwym scenariuszu, że zmuszony byłby do ich usunięcia z tego świata. Co on wtedy powie córce i siostrze?
- Bądź ze mną szczera. Jedyne czego pragnę, to odzyskać i uratować swoją rodzinę. Chcę wiedzieć wszystko o działaniach DOGS wobec kundli. Jakie środki ostateczne stosują?
Dopytywał, uważnie na nią patrząc. Byleby nie kręciła i nie kombinowała. Wie co ją spotka, jeżeli zacznie mu owijać w bawełnę czy kłamać. A kłamstwa bardzo łatwo można sprawdzić, doszukując się informacji potwierdzających z innych źródeł. Bądź wysyłając szpiega.

Caroline McCoy - 2019-04-21, 22:31

Stres i panika mnie pożerała. Nie wiedzieć czemu - ten jego względny spokój napawał mnie przerażeniem. Dalej nie potrafiłam rozgryźć, które słowa czy zachowania uruchamiają w nim ten tryb bezwzględnego oprawcy. A to... To zdecydowanie nie wpisywało się w moją dzienną normę stagnacji.
Przełknęłam głośniej ślinę i miałam wrażenie, że przyszło mi to z trudem. Prawdopodobnie moje ciało odpowiadało już puchnięciem na wszystkie obrażenia, które zostały mi zadane. A czy miałam jeszcze cokolwiek do stracenia?
- Zdejmij mi to... Proszę... - Wydukałam, raczej ledwo słyszalnie, samej podnosząc ręce do tej paskudnej obroży. Chciało mi się płakać, ale chyba... Chyba wycisnęli ze mnie już wszystkie łzy. Zamiast tego westchnęłam więc ciężko, próbując zebrać się do kupy.
- To co mi robicie, to tylko wierzchołek tego, co spotyka nielojalnych kundli. - Odparłam na jego pytanie drżącymi wargami. Moje oczy, choć zaszklone - dalej nie wydaliły nawet jednej łezki. - Tortury fizyczne, psychiczne, chipy, elektronika. Prowadzone są badania nad zmechanizowaniem ciał kundli razem z całkowitą kontrolą. Dragi, szantaże, wykorzystywanie ich rodzin i bliskich... To wszystko jest na porządku dziennym, jeśli mutant sprawia problemy. - Dodałam po chwili, dalej utrzymując zdecydowanie słaby ton. Mój oddech wciąż był przyspieszony, przez co zaczynało mi się powoli już kręcić w głowie. - Za to Ci, którzy współpracują, żyją jak pączki w maśle. Traktowani są jak pozostali szwadronowcy, nawet dostają przepustki i... I chodzą między ludźmi.

Nicholas Grenville - 2019-04-21, 23:00

Mimo prośby, Nicholas nie ruszył się z miejsca by zdjąć jej tę obrożę. Czekał na jej odpowiedź. Lecz kiedy ją uzyskał, nie wiedział czy chciał to właśnie słyszeć. To co mu przekazała, jak traktowani są kundle, niemal go przeraziło wewnętrznie. I pomyśleć, że przez coś takiego mogła przechodzić jego żona i brat. Że z nich obojga mogli zrobić maszyny do zabijania lub chwytania pozostałych. Co jeśli na jego rodzinie wymuszono oddanie, z powodu właśnie jego, Esther i Vanessy? Albo grożono im ich śmiercią? Gra na uczuciach. Gra na emocjach.
Gdy Caroline skończyła, Nicholas nie wytrzymał. Wstał i całą zebraną złość skierował na krzesło, na którym wcześniej siedziała Caroline. Kopnął je z całej siły, że uderzyło o pobliską ścianę z komodę. Pewnie się poobijało, lecz nie połamało, jeżeli było jeszcze w miarę stabilne.
- Szlag!
Krzyknął w trakcie wyładowywania nerwów. Niech dziewczyna się cieszy, że swój gniew wyładował na meblu, a nie na niej.
Musiał się uspokoić. Zamknął oczy. Przetarł obiema dłońmi twarz, po czym oparł je na biodrach. Z powagą i próbą opanowania nerwów spojrzał na dziewczynę.
- Czy uważasz, że postępujecie dobrze? Czy uważasz, że oni postępują dobrze?
Zadał jej dwa konkretne pytania. Od tego też może zależeć, czy jej zdejmie obrożę. To także zadecyduje o jej dalszym losie w niewoli. Nie powinna się dziwić, dlaczego tak zareagował. Przecież trzymają jego rodzinę. Torturują. Wymuszają posłuszeństwo. Przeprowadzają badania i eksperymenty w brew ich woli. Czy to było normalne? Nie. Według Grenville'a mutanci są traktowani gorzej niż żydzi czy murzyni w przeszłości. Bądź kobiety w średniowieczu oskarżane za czary. To się w głowie nie mieści. I ona oczekiwała lepszego traktowania? To karma za jaką przychodzi płacić DOGS i tym, którzy do tego się przyczyniają. Że tam pracują.

Caroline McCoy - 2019-04-21, 23:24

Mimowolnie się skuliłam widząc, że ten blondyn wstaje. Bałam się tego, tak piekielnie się bałam, że to się znowu stanie. Zamknęłam swoje powieki, dociskając swoje ramiona do klatki piersiowej, jakbym chciała się obronić, a gdy usłyszałam huk uderzającego mebla o ścianę - pisnęłam. To... To było niemal instynktowne. Jakbym miała wrażenie, że to miało we mnie uderzyć. Bodziec bólowy jednak wcale się nie pojawił - nie zmieniając jednak faktu, że poziom mojego stresu podniósł się na tyle, że znów zaczęłam szlochać - nawet mimo braku łez pod powiekami.
Mój oddech wciąż był niespokojny i przyspieszony. Teraz wręcz osiągał nieludzkie prędkości, powodując u mnie coraz gorsze samopoczucie.
- Nie... Nie wszystko.... - Odburknęłam dość słabo, starając się go nie zdenerwować. Nie wiedziałam, jaka odpowiedź będzie go satysfakcjonować, wiedziałam jednak, co moim zdaniem było dobre. Wiedziałam, po co mutanci zgłaszają się do departamentu. A skoro sami to robili, to... To znaczyło, że to było słuszne, prawda?
- Zab... Zabiegi... Mutazynowe... One... One są... Dobre... - Wydukałam pomiędzy szlochami, nie podnosząc na niego swojego wzroku. I byłam gotowa to stwierdzić, bo widziałam, jak wygląda osoba po całkowitej remisji symptomów przy użyciu naszej, czystej mutazyny i widziałam też, jak kończyli mutancji po czarnorynkowych syfach. Przerażało mnie to, że tak wielu z nich było gotowych poświęcić swoje zdrowie, dla powrotu do normalności - za wszelką cenę. Jednocześnie dawało mi to nadzieję, że robię coś dobrego. Robię coś pożądanego. Że jestem dobra i komuś pomagam. A czy to nie było dla mnie najważniejsze, gdy podejmowałam studia medyczne?
Zdecydowanie.
Tylko czy ten mężczyzna będzie w stanie to zrozumieć?

Nicholas Grenville - 2019-04-21, 23:48

Nie wszystko. Nie wszystko według niej okazało się być złymi działaniami i torturami wobec mutantów. Mutazyna była wyjątkiem. Tutaj mógłby się zgodzić. Bywają tacy, którzy zdecydowanie nie chcieli zaakceptować swojego losu i chcieli nadal uśpić swoją moc. W innym przypadku mutazyna pomagała w trudnościach panowania nad mocą. Bądź w sytuacji nadużyć i braku kontroli. To wyjątki. Zrozumiałby także popełnianie przestępstw.
- Mutazyna... Tak, to jedyny wyjątek. Czemu więc tylko tego się nie trzymacie? Czemu nie traktujecie nas jak normalnych ludzi i próbujecie wytępić? Zrozumiem areszty i listy gończe za przestępstwa, morderstwa, kradzieże, gwałty... Ale nie rozumiem, dlaczego mamy być tak traktowani za samo bycie? Za samo istnienie? Nie dajecie nam szansy się rozwijać. Ukończyć szkół. Dostać wymarzoną pracę, rozwijać karierę, zakładać rodziny by dzieci mogły bezpiecznie chodzić do szkoły. Dlaczego to nam jest odbierane? Zdawałaś sobie kiedykolwiek sprawę z tego, jak czuje się dziecko, któremu na jego oczach aresztują matkę? Za to, że jest mutantem?
Zrobił jej mały wykład, nie wymyślając niczego, ale przedstawiając fakty z ich życia. Nawet ze swojego, którego nie znała. Nie znała nawet jego danych personalnych, nie widziała pełnej twarzy poza kolorem włosów i oczu. Nie znała jego umiejętności mutanckich. Nie znała go w ogóle. Jest jednym z tajemniczych mutantów, którzy przez swoje życie wiele się nauczyli i potrafią ukrywać swoje prawdziwe pochodzenie. Nie ujawniając przed wrogiem zbyt wiele.
Swoje słowa wypowiadał dość poważnie, możliwe że z emocjami własnego przeżycia. Nie musiał zbyt wiele mówić, skoro znała przeszłość wielu mutantów. Lecz jeżeli udzieliła mu odpowiedzi, postanowił dodać coś jeszcze.
- Do swojego zawodu już nie wrócisz. Jeżeli to wszystko co mi powiedziałaś jest prawdą jesteś zdrajcą rządu. Ciekawe, czy przyjęliby Cię z powrotem z otwartymi rękoma.
Nie był do końca pewny, jak to w DOGS działa, ale tutaj po prostu bez zastanowienia, działał jej na psychikę. By miała świadomość, że nie ma gdzie się udać. Że nikt jej nie szuka. Jeżeli miała jakąkolwiek rodzinę, to czy ktoś się interesuje jej życiem? Ktoś w ogóle przejmie jej zniknięciem? Ciekaw był jej reakcji. Mimo iż wystarczająco wyglądała na wystraszony kociak, który nie lubi jak się go dotyka. Jego spojrzenie w jej stronę było chłodne, surowe i dość pewne siebie, jakby chciał ją przeszyć na wylot i wyczytać jej myśli. Bała się go, co można uznać, za osiągnięty cel.

Caroline McCoy - 2019-04-22, 00:08

On miał swój cel. Miał swoje motywy. Szkoda tylko, że nie rozumiał, że swoim postępowaniem wcale nie zmienia mojego podejścia - a wręcz je pogłębia. Już wcześniej obawiałam się mutantów - widząc ich siłę i zniszczenia, jakich mogą dokonać. Na własnej skórze odczuwając, czym kończy się brak kontroli - choćby Obiektu 36. A przez ostatnie kilka dni tylko utwierdzili mnie w przekonaniu, że mutanci nie są dobrzy.
Łatwo było im krytykować Rząd. Łatwo było im krytykować postępowanie pracowników departamentu. A jednocześnie... Sami dopuszczali się tak paskudnych praktyk na zaledwie małej płotce na dnie tego wielkiego baniaka. Czy to było ludzkie? Czy to mnie miało przekonać do tego, że oni zasługiwali na wolność?
Nie...
Zdecydowanie na nią nie zasługiwali.
Przez krótką chwilę po mojej głowie przebiegła myśl, że zasłużyli na gorsze rzeczy, niż ich spotykają. Wtedy jednak przypomniałam sobie sytuację sprzed zaledwie kilku dni, z tego przeklętego baru, gdzie przecież... Przecież tego samego wewnętrznie życzyłam tamtemu oblechowi. Gdy jednak to wszystko się stało, zdałam sobie sprawę, że tego nie chciałam. Nie chciałam krzywdy. Ja... Ja chciałam tylko spokoju - dla siebie samej.
- Dlaczego mnie o to pytasz?! - Niemal wykrzyczałam, wciąż nie podnosząc wzroku. Sapałam po tym, między kolejnymi szlochami - tak ciężko było mi wziąć normalny oddech. - Jestem na pierdolonym dnie tej jebanej piramidy. Jestem lekarzem. Nie mam wpływu na Wasze pierdolone wojny. Nie mam wpływu na przebiegi tych jebanych tortur. Nie mam wpływu na te pierdolone aresztowania. To ja składam kości tych bezmózgów, którzy się stawiają. To ja prowadzę ich dokumentację medyczną. Pilnuję ich jebanych oznak życiowych. Dbam o ich jebane bezpieczeństwo, dzięki jebanym chipom, o którym sama teraz marzę! - Nie wytrzymałam. Po prostu nie wytrzymałam. Próbował grać na moich emocjach, na moim sumieniu i to... To mu się udało. Praca w Rządzie jednak całkowicie różniła się od tej w AlterGen. Tutaj skupiałam się na medycznym aspekcie mojej pracy - nie tylko poznawaniu genezy i możliwości zmutowanych.
Emocje jednak brały nade mną górę. Szlochałam, czerwieniąc się na twarzy ze złości i z bezradności. Byłam w tym wszystkim sama. Nie miałam nikogo, kto by za mną zapłakał.
Gdy jednak powiedział o mojej pracy, gdy wydał na mnie ten wyrok... Nie miałam już nic do stracenia. Od tak wielu lat walczyłam o to, co udało mi się osiągnąć. Nie zawsze dobrą drogą, jak choćby te trzy lata spędzone u boku Dolores, ale jednak... To dalej była ciężka praca, którą on chciał mi odebrać.
Moje wargi drżały, gdy podniosłam na niego swój wzrok. Świdrowałam go spojrzeniem pełnym nienawiści, żalu, smutku i bezradności. I jak widać się myliłam - wciąż miałam zapas łez, który tylko czekał na uwolnienie tak wielu emocji - gdy nie miałam już nic do stracenia.
Splunęłam na niego. Bezczelnie, nie odrywając wzroku od jego chłodnego spojrzenia. Szloch wydzierał się z mojej piersi, a oddech nie chciał się uspokoić. Co więcej mógł mi zrobić? Łamali mnie tu - i fizycznie i psychicznie, znęcali się. Jednak gdy stanęłam przed wizją odebranej przyszłości... Było mi już wszystko jedno.

Nicholas Grenville - 2019-04-22, 09:18

Ta rozmowa bardziej ją ożywiła, że mimo szlochu i strachu, była wstanie jeszcze używać takiego języka co oni. Przeklinając własną organizację. Uświadomiła tym samym, że jest na samym dnie. Nic znaczącym pracownikiem. Czy przy składaniu mutantów, miała jakieś szanse na awans? W jakiś sposób zasłużyłaby się DOGS? Czy w AlterGen traktowano ją znacznie lepiej? Wciąż jest młoda. Jeszcze może zdobywać doświadczenie.
Podszedł do niej, kiedy skończyła mówić, ale zatrzymał się, kiedy pokazała swoją bezczelność. Splunęła. Może i nie na niego, bo wciąż dzielił ich metr. To tym razem podszedł jeszcze bliżej, kucnął i uderzył z otwartej ręki w jej prawy policzek. Jak wiadomo, dłoń męska ma swoją siłę.
- Gdybyś zachowała bezczelność w sobie i jej nie okazywała, prawdopodobnie zdjąłbym Ci tę obrożę. Skoro widziałaś co w laboratorium i w ogóle robiono z mutantami, czemu nadal tam pracowałaś? Czemu nie odeszłaś i nie zmieniłaś drogi kariery? Mogłaś zostać szanowanym lekarzem w szpitalu. Założyć nawet swoją klinikę. Chyba że dążyłaś do bycia śmieciem, to Ci się właśnie udało.
Wstał i podszedł do miejsca, gdzie wcześniej siedziała. Zgarnął szmatę, która robiła jej wcześniej za knebel. Jeżeli coś chciała powiedzieć, mogła to zrobić nim wrócił do niej. A kiedy stanął za nią. Na siłę założył jej knebel dość mocno i podwójnie zawiązując na tyle jej głowy. Następnie objął ją ramieniem, przytulając do siebie, wykorzystując jej lęk na dotyk.
- Bądź grzeczna. Inaczej będę wykorzystywał Twoje słabości przeciw Tobie. Jest dla Ciebie szansa. Jeżeli przysięgniesz i będziesz z nami współpracować, by uwolnić uwięzionych w Dzielnicy Mutantów, zagwarantuję Ci ochronę i bezpieczeństwo. Przemyśl to. Bo jak widać, dla DOGS jesteś tylko marnym i nic nie wartym pionkiem. Nikt Cię nie szuka, odkąd z nami jesteś.
Wypowiedział jej te słowa do ucha, po czym sięgnął na jej chorą stopę i zacisnął mocno, by przypomnieć jej o promieniującym bólu w kostce. Przez knebel, nie będzie tak wrzeszczała.
Ucałował ją w skroń, mimo iż zrobił to przez materiał swojego szalika, wstał i zostawił ją na razie w spokoju. Na odchodne jedynie dodał.
- Wrócę tu jutro. Zacznij coś kombinować a stracisz drugą nogę.
Ostrzegł. Nie żartując. Po czym zabrawszy swoje rzeczy, zgasił światło i wyszedł, porządnie zamykając garaż. Wpakował się do samochodu i odjechał.


[z/t]

Caroline McCoy - 2019-04-22, 20:46

Wiedziałam, na co się piszę tym ruchem. Wiedziałam, jak to się dla mnie skończy. Ale mimo tego... Ja już nie potrafiłam. Łamał mnie z każdym kolejnym słowem, każdym kolejnym swoim gestem. Robił ze mnie tę sukę, która zlana kilka razy podkula własny ogon. Nie wiedział tylko, że odbierając mi wszystko... Pozbawił mnie tej woli walki o przetrwanie.
Ja już nie chciałam przetrwać.
Jak źle się z tym wszystkim nie czułam, jak tragicznie nie wpływało to na moją psychikę... Ja już po prostu nie chciałam. Wolałam wierzyć, że wyrwie mi te jebane zęby i język, doprowadzając do wykrwawienia. Że wda się jebana infekcja, jak w ten palący napis na mojej piersi. Że zdechnę tu, wśród nieprzyjaciół, ale chociaż odzyskam spokój ducha.
Tylko... Tylko to wcale nie było takie proste.
Moja głowa powędrowała za ciosem. Czułam ból w połowie twarzy, niemal miałam wrażenie, jakby moja szczęka zmieniła swoje położenie. Wbrew jednak temu, co mogło mu się wydawać - tym konkretnym uderzeniem mi pomógł. Przestałam tak szybko oddychać, wydając z siebie raczej krótkie sapnięcia, gdy mój wzrok tępo patrzył w podłogę.
Słysząc jednak jego pytanie... Prychnęłam. Pierwszy raz odkąd tu byłam, odważyłam się na coś innego niż płacz i błaganie o litość - oczywiście, gdy wszystkie trybiki w mojej głowie działały jak należy. Pytanie tylko brzmiało... Czy to jedynie objaw bezradności przed utratą wszystkiego, czy jednak już szaleństwo?
- Bo wierzyłam w większe dobro. - Odparłam na jego słowa, ledwie powstrzymując się przed śmiechem z własnej naiwności. Wierzyłam, że robię dobrze. Że pomagam nawet tak żałosnym kreaturom. Że przyczyniam się do poprawy życia ludzkości. Teraz jednak wiedziałam, że to wszystko było bez sensu.
Nim jednak zdążyłam cokolwiek więcej powiedzieć, znowu zakneblowano mi usta. Czułam, jak kąciki moich warg bolą od ucisku, jaki nakierowywał na mnie mężczyzna. Wiedziałam, że jutro ta szmata w tych miejscach będzie nosiła ślady krwi. Teraz jednak... Miałam to już gdzieś - jednak tylko do momentu, gdy jego agresywne zachowanie zmieniło się.... W to perfidne naruszenie mojej prywatnej przestrzeni.
Moje ciało mimowolnie się spięło, co z całą pewnością i on mógł wyczuć. Mimo, że tak usilnie na moje usta cisnęły się nieprzyzwoite słowa - ta szmata uniemożliwiała mi wypowiedzenie nawet jednego. Zamiast tego więc, bełkotałam jedynie, powstrzymując kolejne łzy.
On? Bezpieczeństwo i ochronę? Dobre sobie. Chyba sześć stóp pod ziemią. Tak, tam byłabym bezpieczna - odizolowana od niego.
Każde kolejne słowo sprawiało mi jednak przykrość. Co jeśli... Co jeśli miał rację? Co jeśli nikt nie zauważył zniknięcia Caroline Szarej Myszki McCoy? Co, jeśli tak bardzo nic nie znaczyłam, że moje wyparowanie przeszło całkowicie bez echa?
Nie miałam jak tego sprawdzić. Byłam tu zamknięta. Byłam pozostawiona bez żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale... Czy gdyby ktokolwiek się przejął, już dawno by mnie nie uratował?
Skuliłam się. Już nie przez jego czyny, ale przez te paskudne słowa. Czułam się mniejsza, niż kiedykolwiek. Jednak nawet na to mi nie pozwolił - na nowo przywołując ból z tej złamanej kostki.
Popłakałam się z wrzaskiem tłumionym przez knebel. Cierpiałam, czując jak ból promieniuje coraz wyżej i wyżej. Czując, jak naruszone kości i nerwy są coraz bardziej drażnione. Ten jebany skurwiel jednak doskonale wiedział, kiedy zwolnić swój uścisk - bym tu nie padła nieprzytomna. Bym nie miała nawet chwili na odetchnienie.
A ta zbliżająca się ciemność przed moimi oczami była tak bardzo kusząca...
Życzyłam mu śmierci. W myślał życzyłam mu zdychania w gorszych męczarniach, niż on teraz mi sprawiał. I zapewne nawet moje półprzytomne spojrzenie skierowane w jego stronę, gdy wychodził doskonale to przekazywało.

Próbowałam uspokoić swój organizm. Próbowałam przyzwyczaić się do nasilającego się bólu. Ale... To było wręcz niemożliwe. Gdy jednak mijały kolejne minuty, a odkąd zamki w drzwiach zostały przekręcone nic już nie było słychać... Nie miałam nic do stracenia.
Zapłakana, wycieńczone, podniosłam swoje dłonie do tej przeklętej obroży, która tak mocno zacisnęła się na mojej skórze. Zadanie było proste - wystarczy ją obrócić i rozpiąć. W najgorszym wypadku... Uduszę się. Ale to przecież i tak było lepsze, niż pozostanie w tej paskudnej pozycji, w której pozostawił mnie blondyn, prawda?
Przez chwilę walczyłam - ze skórzanym paskiem, z metalowym zapięciem, wstrzymując oddech i wypuszczając z siebie powietrze z kolejnymi szlochami. W końcu jednak się uwolniłam, w końcu mogłam rozmasować podrażnioną skórę na moim karku i gardle... A po chwili to samo musiałam zrobić z kneblem, wydając z siebie pojedyncze jęki, gdy szorstki materiał tkaniny drażnił na nowo moje wargi.
Gdy jednak się udało, odplunęłam gdzieś na bok tę zebraną w moich ustach gęstą ślinę. Chciało mi się płakać, chciałam się poddać, ale to... To przecież dałoby im podwójną satysfakcję, prawda?
Korzystając więc z faktu, że miałam choć kilka godzin dla siebie - zaczęłam przeszukiwać to pomieszczenie, czołgając się od szafki do szafki, z nadzieją, na znalezienie choćby tabletek przeciwbólowych, czy jakiegokolwiek narzędzia do obrony. Wszystko jednak wydawało się absurdalne, gdy kajdanki uniemożliwiały mi nawet porządne złapanie pozostawionych narzędzi. A leków - jak nie było, tak nie było. Musiałam to jakoś przetrwać...
Emocje znowu wzięły nade mną górę - ryk rozpaczy, który z siebie wydałam wracając pod tę przeklętą ścianę był tragiczny. Wiedziałam, że nie mogę tu zostać. Ale też wiedziałam... Że nie dam rady stąd zbiec.
Skuliłam się pod ścianą, zapłakując się do snu...

Czemu tej nocy musiały mnie nawiedzać koszmary przeszłości?
Znowu byłam młodsza. Miałam przed sobą notatnik i długopis, który zdawał się sam notować. Obiekt pada na ziemię. Płacze. Zajmuje mu to dokładnie 3 minuty 46 sekund. Obiekt nie wstaje, dopóki nie dostaje polecenia. Robi to niechętnie, wciąż prosząc o litość.
Co? Co tu się do jasnej cholery działo?
Podniosłam swój wzrok. Widziałam przed sobą kobiecą sylwetkę, przed wielkim, oświetlonym na biało oknem. Kobieta miała blond włosy opadające falami do ramion. I śmiała się, mówiąc o swoim najdroższym syneczku, gdy zza szyby dochodziły kolejne wrzaski cierpienia...
Co jednak tym razem było nie do zniesienia - wrzaski łączyły się w jeden, wspólny ton. Moje krzyki z dzisiejszego dnia i płacz Vincenta sprzed kilku lat...
Dzisiaj brzmiały niezwykle harmonijnie, powodując u mnie silny ścisk w żołądku i kolejne cieknące łzy. I ta katorga... Ona... Ona nie chciała się skończyć. Wyrzuciłam z rąk notatnik, wyrzuciłam długopis piszący dalszą historię. Zostałam tu sama - ja, skulona, zasłaniająca swoje uszy, do których i tak dochodziły te harmonijne wrzaski.
I za żadne skarby nie mogłam się z tego wybudzić - nawet przez zamknięte powieki wydalając z siebie kolejne łzy i szlochy...

Vincent Edams - 2019-04-22, 21:16

06.02.19

Ten sam chłopiec, tylko już kilka lat starszy, wszedł cicho do garażu. Z jednej strony, wcale nie miał ochoty tu przychodzić i przebywać z tą żałosną kobietą, z drugiej....sam nie wiedział. Może to, że wiedział do czego Nicholas jest zdolny i chciał sprawdzić w jakim kobieta jest stanie? Z kolejnej strony, nie powinno go to obchodzić. W końcu Caroline nigdy nie obchodził jego los.
Zauważył, że kobieta pozbyła się knebla i smyczy. Nie spodobało mu się to. Położył obok niej pojemnik z ciepłym jedzeniem, po czym potrząsnął kobietą, by się obudziła. Bez slowa rozluźnił te więzy, które się dało
Zrobił to wszystko, nie wypowiedziawszy ani słowa.
Gdy już była wolna, usiadł na kanapie i otworzył podrecznik do geografii. Choć czytał i uczył się, ale wciąż był czujny, gotów użyć wektorów w razie potrzeby

Caroline McCoy - 2019-04-22, 21:36

Koszmar, który ciągnął się przez ostatnie godziny męczył mnie jeszcze bardziej, niż tragedie mojego dnia "codziennego", odkąd się tu znalazłam. Pobudzał wnętrze mojej duszy, uświadamiając mi, że nie liczyły się teraz wyłącznie moje poglądy i zachowanie tego blondyna. To wszystko... To wszystko było do siebie zbyt podobne.
Gdy zostałam dotknięta, zareagowałam spięciem mięśni i nagłym wybudzeniem. Moje powieki otworzyły się szeroko, gdy z mojego gardła wydostało się zdziwione westchnienie. Zamiast jednak cierpiących twarzy czy przerażającego, suchego spojrzenia oprawcy z dnia poprzedniego - spotkałam jedynie znudzony wzrok Obiektu 36. Mnie jednak ten widok zmartwił wewnętrznie - zapominając całkowicie o tym, jak powinnam w tym momencie być spętana. Ważniejsze teraz było, co za sceny mój umysł postanowił mi sprezentować.
- Vin... Vincent... - Wyszeptałam, gdy uwalniał mnie z kolejnych narzędzi tego starszego mężczyzny. Widziałam jednak, że chłopak.. Zdawał się mnie ignorować?
Zaciągnęłam się nosem i przetarłam mokre od łez powieki. Przed oczami wciąż miałam te obrazy z koszmaru, a w uszach wciąż piszczały mi te nieprzyjemne dźwięki. Na jedzenie przyniesione przez młodego nawet nie spojrzałam.
- Vincent. Ja... Ja... - Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Nie wiedziałam, czy się boję? Czy to wstyd mi na nic nie pozwalał? Czułam, jak łzy stają mi w gardle, uniemożliwiając jakiekolwiek, logiczne reakcje.
Zanim jednak mogłam przejść dalej, musiałam wiedzieć jedno.
- Czy on... On... Przyjdzie tu zaraz? Za Tobą? - Zapytałam, z wyczuwalną nutką odrazy i strachu w głosie. Nie musiał nic mówić. Wystarczyłby nawet gest. Ale... Ja musiałam wiedzieć, ile mam czasu, nim brunet całkowicie mnie sprzeda...

Vincent Edams - 2019-04-22, 21:53

Chłopak w pierwszym momencie nie zareagował. Wyglądało na to, że wulkany na Islandii, były znacznie ciekawsze, niż to, co miała do powiedzenia ta słaba i żałosna istota. Jej wczorajsze słowa, wciąż paliły go wewnątrz, jakby wbiła mu w brzuch rozżarzony do czerwoności pręt. Co prawda nigdy tego nie doświadczył na własnej skórze, ale miał za sobą podobne doświadczenia.
Gdy zadała pytanie, znów nie zareagował, przynajmniej nie werbalnie. Wzruszył jedynie ramionami i tyle musiało jej wystarczyć. Wyglądało na to, że jeden jej głupi wyskok, całkowicie zniechęcił chłopaka do prób traktowania jej po ludzku i tylko utwierdził w fakcie, że Nicholas miał rację. Jeden, głupi, nieprzemyślany tekst, który sprawiał, że wspomnienia tego dnia, były jeszcze dotkliwsze niż kiedykolwiek.
Jego obojętność i milczenie, mogły pozornie wydawać się lepsze, niż próby dyskusji, ale na dłuższą metę były bardzo upierdliwe

Caroline McCoy - 2019-04-22, 22:06

Nie wiedziałam, jak do końca odbierać jego zachowanie. Nie wiedziałam, co powinnam robić. Sam jednak fakt, że jeszcze nie dostałam w twarz, na której zapewne po wczorajszym ciosie i ślad został, napawał mnie pewnego rodzaju nadzieją. Spojrzałam na niego, jedynie podnosząc się do siadu, a ręce krzyżując na swojej klatce piersiowej. Czułam palenie na tej ranie ciętej na mojej klatce piersiowej, czułam ból w żebrach, czułam też tę przeklętą kostkę... Jednak... To teraz nie było ważne.
- Pamiętasz... Pamiętasz, jak pierwszy raz się widzieliśmy? - Zapytałam, odwracając swój wzrok ku posadzce, zaciągając się nosem. - Uwierzyłam, że ten wychudzony dzieciak jest niebezpieczny. Widziałam, jak rzuciłeś bez większego problemu mężczyzną co najmniej cztery razy większym od siebie. Ja... Ja się bałam, Vincent. Dalej się boję. - Wyznałam wprost, pociągając pomiędzy zdaniami swoim nosem.
Miałam świadomość, że już nie obchodzą go moje słowa i czyny. Że mój los jest mu całkowicie obojętny i zapewne - wypełnia jedynie obowiązki tego starszego. Przetarłam jednak wierzchem dłoni swoje powieki. Niezależenie od tego, co będzie miało się tu dalej stać... Chciałam, żeby wiedział. W końcu nie miałam tu nikogo innego, kto mógłby mnie wysłuchać.
Z moich ust wydarł się krótki śmiech przerywany cichymi łzami.
- Wiem, że mamy więcej wspólnego, niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. - Wyznałam w końcu, przypominając sobie słowa blondyna z dnia poprzedniego. Te, o lęku przed dotykiem. I dopiero teraz zaczynałam zdawać sobie sprawę, że największą krzywdą dla niego nie były te eksperymenty - tylko Dolores sama w sobie. - Jaka szkoda, że i nasz płacz wydaje się niemal harmonijny, prawda? - wyrzuciłam z siebie w końcu, już istnie płaczliwym tonem, chowając głowę we własnym ramieniu.
- Prze... Przepraszam... Że tego... Że tego nie widziałam... - wyduszałam z siebie kolejne słowa, niemal bezdźwęcznie, czując dopiero teraz ten ból i wstyd. Ten brud, to upokorzenie. Czując, jak los się na mnie mści - dostarczając mi dokładnie tych samych rozrywek, jakie doświadczały wszystkie obiekty będące własnością AlterGen...
Nie ważne było, czy on mnie słuchał. Nie ważne było, czy na to reagował. Teraz - gdy stałam przed widmem zniknięcia z tego świata w ciągu najbliższych kilku dni, gdy nie miałam już o co walczyć - musiałam to z siebie wyrzucić - dla własnego spokoju ducha.

Vincent Edams - 2019-04-23, 10:37

On też pamiętał ich pierwsze spotkanie, choć było to lata temu. Był w AlterGen może rok, choć jemu wydawało się, że to już z co najmniej dekada. Ujrzał nową asystentkę Dolores, młodą kobietę, która patrzyła na niego, jakby mu współczuła. Lecz z każdą kolejną minutą, widział, że ciekawość i strach przed nim, biorą nad nią górę. I tak już miało być zawsze. Zawsze był dla niej ciekawym acz groźnym okazem, obiektem badań. Tym i niczym więcej.
Caroline mówiła, a Vincent wciąż jakby był bardziej zainteresowany tym, co czyta. Przynajmniej na to pozornie wyglądało. Kiedy jednak skończyła, zamknął podręcznik i podniósł na nią spojrzenie. I znów milczał. Czy było coś bardziej deprymującego od milczącego faceta ?
W końcu jednak wstał i niezbyt śpiesznie podszedł do kobiety. Przykucnął przed nią i nadal trudno było ocenić, w jakiej Caroline była sytuacji. Jego spojrzenie , jak zawsze było pozbawione emocji ( może poza drobnymi wyjątkami, tak jak wczoraj, gdzieś chciał ją udusić)
- Pamiętam. - powiedział cicho - Sęk w tym, że ten wychudzony dzieciak, bał się was znacznie bardziej, niż wy jego. I tylko chciał się bronić.
Uniósł podręcznik i przyłożył go do policzka kobiety. Delikatnie naparł nim tak, by kobieta odwróciła twarz, ukazując tą stronę, w którą wczoraj dostała od Nicholasa z liścia. Była lekko zaczerwieniona. Obserwował to przez chwilę w milczeniu.
- Nie jesteśmy do siebie podobni. - zsunął podręcznik z jej zdrowego policzka. - Ani trochę.
Nigdy nie będą do siebie podobni. Nie chciał myśleć, że może mieć z nią cokolwiek wspólnego.
Sięgnął po smycz i knebel, po czym uniósł je na wysokość ich oczu.
- Powiedział mi, że jak będziesz kombinować, mogę ci złamać druga nogę. - patrzył na nią beznamiętnie - Co ty na to?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group