Dale Fowler - 2018-05-22, 21:37 Tak, zdecydowanie tych wszystkich złych rzeczy było za dużo. Ile można? Podobno los jest jak sinusoida - najpierw wszystko się pieprzy, tylko po to, by za chwilę było znacznie lepiej. Wytłumaczy mi ktoś czemu, do jasnej cholery to nie działało w ich przypadku? Jeśli chodzi o tą dwójkę wszystko leciało na łeb, na szyję. Nic się nie poprawiało - wręcz przeciwnie!
- Nic nie słyszałem... - przyznał niechętnie, niestety przez te wszystkie dni był nieco... Wyłączony z rzeczywistości. Całe dnie leżał w łóżku. Wiercił się, aż udało mu się usnąć, a gdy to wreszcie nastąpiło... Krzyczał. Wydzierał się wniebogłosy, zaciskał dopiero co zrośnięte palce, co powodowało niewyobrażalny ból - i budził się. I tak cały czas. Niewiele jadł, praktycznie z nikim nie rozmawiał. Odwróciła się od niego nawet osoba, którą kochał. Był całkowicie sam. To chyba wystarczające usprawiedliwienie, no, bo przyznasz, że przez to wszystko można było pominąć parę ważnych informacji.
Chciał ją w tym momencie złapać za dłoń, ale nie potrafił. Właściwie... Ciężko mu było znieść jakikolwiek dotyk. Gdy czuł czyjąś skórę... Wspomnieniami wracał do tamtych dni. Łaknął bliskości drugiej osoby, ale... Mimo wszystko było mu ciężko.
To prawda - Fowler nie był człowiekiem, którego można było tak po prostu złamać. A jednak w końcu znalazł się ktoś, kto tego dokonał - bo temu nie można zaprzeczyć. Zawsze wydawało mu się, że jest twardy. Był przekonany, że przejdzie przez wszystko i że z każdej opresji uda mu się wykaraskać. Nie w tym wypadku.
Mimo wszystko były też plusy tej sytuacji. Jeśli uda mu się pozbierać po tym wszystkim... Na pewno stanie się jeszcze silniejszy i przede wszystkim - o wiele bardziej ostrożny.
Sięgnął drżącą dłonią po butelkę i natychmiast podniósł ją do ust. Wlał w siebie naprawdę ogromną ilość alkoholu. Wino... Niby za nim nie przepadał, ale w tej chwili cokolwiek co zawierało jakieś procenty mogło przynieść mu ukojenie.
- Nie. Już nie. - odparł chcąc być twardym, ale z łamiącym się głosem... Zabrzmiało to raczej żałośnie. Cholera jasna... Nawet Sam nie widziała go nigdy w takim stanie. Wszystko się waliło, paliło, było beznadziejnie - ale walczył. W tej chwili? Wyglądał jak człowiek, który stracił absolutnie wszystko. No... Prawie wszystko. Miał jeszcze ją, nie?
Oddał jej butelkę, ale dalej na nią nie spojrzał. Spojrzenie miał teraz wbite gdzieś przed siebie, jakby ściana znajdująca się naprzeciw niego była najbardziej interesującym obiektem na świecie.
Wzdrygnął się lekko, gdy podniosła głos. Sam nie wiedział czemu.
- Ja... Nie pytałem Cię o zdanie. - odparł cicho dalej na nią nie patrząc. Zacisnął mocno zęby, oraz zamknął na moment oczy. Gdyby tylko mógł ją obronić, gdyby mógł chociażby zacisnąc palce na tak znajomym spuście, lub na rękojeści noża...
- Teoretycznie mam, ale... Na pewno są za mną. I prawdopodobnie też za Tobą. Będą chcieli dopaść Ciebie, żeby dostać mnie, ja... Ona sobie nie odpuści. Nie mnie. Jestem prawie pewien, że pragnie ponownie dostać mnie w swoje ręce... - wypuścił głośno powietrze z płuc i wreszcie spojrzał na nią. Sam znała go naprawdę wiele lat, ale prawdopodobnie mogła pierwszy raz dojrzeć w jego oczach coś, co normalnie się tam nie pojawiało... Strach. Prawdziwy strach, wręcz przerażenie.
- Nie masz pojęcia... Nie możesz dostać się w jej ręce, rozumiesz? Musisz się stąd wynieść. Przynajmniej aż... Aż wyzdrowieje i dostanę ją w swoje ręce.Samantha Bartowski - 2018-05-22, 22:18 Nie przerywałam mu. Nie czułam się na siłach. Nie chciałam. Po prostu siedziałam, patrząc jak pochłania kolejne łyki tego wina, słuchając każdego jego słowa i starając się nie rozlecieć na kawałki. Bo dosłownie - miałam wrażenie, że zaraz się kompletnie złamię.
Nie wiedziałam co myśleć. Fakt, że ktoś był w stanie do takiego stanu doprowadzić mojego przyjaciela, który przecież w życiu nie jedno już przeszedł... Martwił mnie. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać, z jakim potworem Dale musiał mieć do czynienia. Do wszystkich lęków, jakie do tej pory mnie dręczyły, musiałam zaliczyć teraz nowe - obawę o tego gościa, który przecież miał być niepokonany.
Sny się skończyły, a młodość przeminęła. Nie byliśmy już niepokonani. Nie byliśmy najlepsi. A to co złe - wcale nas nie omijało. Drobne przewinienia wobec prawa czy uliczne bójki wcale nie przygotowywały do życia - tym bardziej w tak pokurwionym świecie jak nasz.
Przejęłam tę butelkę od mężczyzny również nie odmówiłam sobie pokaźnego łyka, nim nastała między nami chwila ciszy.
- Nie mogę, Dale. Nie teraz. - Odparłam na jego słowa równie spokojnie, mimo, że moje oczy wciąż się w niego wlepiały. Niby rozumiałam, co nim kieruje. Ale... Nie mogłam.
Bałam się wyjść z własnego domu. Bałam się reakcji Ricky. Bałam się wszystkiego. Nawet będąc świadomą zagrożenia - nie mogłam się mu przeciwstawić.
Przełknęłam głośniej ślinę, gdy Fowler próbował do mnie przemówić rozsądkiem - na nic to jednak było.
- Teoretycznie? - Dopytałam z niepewnością. W sumie dalej nie wiedziałam, gdzie też ten facet się podziewa. W innych okolicznościach pokusiłabym się pewnie o stwierdzenie, że jest wolnym duchem. Ale dzisiaj? Oboje wiedzieliśmy, że tak nie było. - Nie musisz się o mnie bać. Nie jestem sama. Ja... Dam radę. Ale nie mogę stąd wyjść. Zrozum. Nie jestem w stanie... - Dodałam po chwili, próbując się jakkolwiek tłumaczyć. W sumie... Prawda była taka, że rzeczywiście, nie byłam sama. - Ja... Znalazłam Aarona. Młodego. On... On też jest mutantem. Od lat. - Wydusiłam z siebie, po czym kolejny raz napiłam się z butelki trunku zapomnienia. Zabawne, jak bardzo musiałam teraz przypominać własnego ojca. Smutne, że razem z bliźniakiem za bardzo poszliśmy w jego ślady...Dale Fowler - 2018-05-22, 23:17 Właściwie... Gdy tak rozmawiali o tym wszystkim Dale sam miał wrażenie, że zaraz się rozpadnie. Nie był przecież ślepy. Może ta sucz odebrała mu wiele, ale nie zdolność w miarę trzeźwego oceniania sytuacji - widział co się dzieje z Sam. Wiedział doskonale, że nie jest z nią najlepiej. Wystarczyło spojrzeć na jej wygląd. Podkrążone oczy, byle jakie ciuchy, butelka wina... Pewnie nie pierwsza. W dodatku w całym pomieszczeniu panował bałagan. Zdecydowanie przechodziła kryzys, a on jak ostatni kretyn męczył ją swoimi problemami. Eh.
"Przecież miał być niepokonany"... Taa. Miał. Ale tak jak mówiłem - życie szybko to zweryfikowało. Zawsze los rzucał mu kłody pod nogi, ale teraz chyba postanowił mu zwalić na łeb stuletnią brzozę, czy coś w tym rodzaju. To wszystko uświadomiło mu, że nie jest w stanie sam stawić czoła wszystkim. Być może była to lekcja... Musiał nauczyć się ufać. Tylko jak to zrobić, gdy przez prawie całe życie był sam jak palec? Pewnie, zawsze miał swoją przyjaciółkę, ale jeśli chodzi o walkę... Cóż, może potrafiła przyłożyć, ale to już nie były bijatyki na ulicach. To była pieprzona wojna.
- Dlaczego? Dlaczego nie możesz? Czy Ty rozumiesz, że chodzi o Twoje życie? - powiedział, być może nieco głośniej niż powinien. Nie miał pojęcia z jakimi problemami się konkretnie borykała - chociaż domyślał się, że z czasem mu o tym opowie. Musiała jednak zrozumieć podstawową rzecz - co by się nie działo musiała stąd odejść. Jak mógłby ją tutaj zostawić samą? A gdyby pojawiła się ta... Ta kobieta?
- Mam. Mam się gdzie podziać.. - mruknął, chociaż to nie była do końca prawda. Nie był do końca pewien, czy wróci do bractwa. Nie wiedział, czy nie powinien poszukać innego schronienia. Może wydostać się z miasta? Dojść do siebie gdzieś z dala od tego wszystkiego i zacząć polowanie? Musiał to wszystko przemyśleć.
- Jak możesz mówić, że nie muszę się o Ciebie bać? Ci z Genetically Clean mogą wpaść tu w każdej chwili. Widzieli nas w barze, wiedzą jak wyglądasz, znaleźli u mnie w portfelu Twoją wizytówkę, Sam! Tą, którą mi wtedy dałaś! Musisz stąd wyjść, po prostu... Musisz. Proszę Cię.. - zakończył dość żałośnie, wręcz błagalnie. Nie wybaczyłby sobie nigdy, gdyby coś jej się stało - przez niego. Przez to, że dał się złapać, że pozwolił sobie na tą jedną łzę na wzmiankę o niej. Przez to, że miał przy sobie ten pierdolony kawałek papieru z jej adresem i numerem telefonu...
Z tych rozmyślań wyrwały go dopiero jej następne słowa.
- Aaron? Nie... Nie spodziewał bym się. - udało mu się wykrztusić. Właściwie... Nie zauważył go, gdyb był w bractwie, ale nie zwracał uwagi na szczegóły. Może jeśli tam wróci... Powinien się rozejrzeć?Samantha Bartowski - 2018-05-23, 19:07 Prychnęłam słysząc jego słowa. Moje życie? Jakie życie? To, które spieprzałam na każdym kroku? To, w którym odtrącałam najbliższych, gdy ci najbardziej mnie potrzebowali? A może to, w którym niszczyłam też życia innych?
Bo właśnie takie miałam odczucia. Zaburzyłam równowagę zarówno w życiu Aarona jak i Ricky. Teraz miałam też głupie przeczucie, że już za pierwszym razem wpadli na trop Dale właśnie przez to spotkanie w barze. Czy ja jestem jakimś pieprzonym fatum i niosę tylko zagładę i nieszczęście?
- Życie? Skoro jeszcze je mam, to znaczy, że szlag mnie nie trafi. A już dwukrotnie miał szansę, i to tylko w ostatnich tygodniach. - Odparłam w końcu, zgrywając chyba bardziej pewną, niż byłam w rzeczywistości. Przecież nie mogłam mu powiedzieć, że nie chcę stąd wyjść tylko dlatego, że się boję. Bo kto to widział, bojaźliwą Sam Bartowski? Tego jeszcze w żadnym teatrze nie grali.
Nie czułam się też ani trochę bardziej uspokojona, gdy ten próbował mi wmówić, że ma swoje miejsce. Za długo się znaliśmy. Za bardzo się znaliśmy. Czyżby właśnie to miało być naszą zgubą?
Kolejne wypowiadane przez mężczyznę zdania wcale mnie nie przekonywały. Nie był w stanie siebie obronić. Teraz też by nie mógł, nie w tym stanie. Oboje byliśmy wrakami. I chyba właśnie przez to, nie widziałam innego wyjścia.
- W takim razie nie powinieneś był tu przychodzić. Jeśli wcześniej mieli podejrzenia, teraz mają pewność. Skąd wiesz, czy nie zgarną nas jak tylko otworzymy te drzwi? - Zapytałam, chyba samej nie wierząc we własne słowa. I w sumie... Coraz bardziej zaczynałam się martwić o Roseberry. Co jeśli i ona teraz jest zagrożona? - Nie mieszkam już sama. Jest ze mną też Ricks. Nie mogę jej tego zrobić... - Dodałam po chwili, próbując jeszcze bardziej się tłumaczyć. Dla mnie to były wystarczające argumenty. Już chyba wolałabym tu zostać i czekać na śmierć, niż narażać kogokolwiek innego. Może powinnam napisać do kruszyny, żeby wróciła do siostry? Czy tak nie byłoby bezpieczniej?
- Ja też nie. Nie w tych okolicznościach. Ja... Spotkałam go podczas jednej akcji F.P.T.P., napadli nas tam... Gdyby nie Aaron, już teraz wąchałabym kwiatki od spodu, Dale. Wierzę w niego. Na pewno... Na pewno, gdyby coś mi groziło, mogłabym na niego liczyć. Jestem pewna, że mógłby pomóc i Tobie. - Stwierdziłam na koniec, kontynuując temat o moim bliźniaku, nawet nie będąc świadomą, na jak wielu płaszczyznach ta dwójka mogłaby się pokłócić. Nie mówiąc już nawet o tym, że nawet nie miałam pewności, co się teraz z Młodym dzieje. Co, jeśli to on ma teraz większe problemy, niż nasza dwójka razem wzięta?Dale Fowler - 2018-05-23, 22:58 Nie ważne w jaki sposób aktualnie prowadziła swoje życie - dla niego było ono niewiarygodnie cenne. Była jedną z najbliższych mu osób i... Nie mógł pozwolić, by stała jej się krzywda. Nie z jego powodu, ponieważ cały czas czuł się winny. Nie mógł sobie wybaczyć tego, że nosił przy sobie tą pierdoloną wizytówkę, że pozwolił sobie na tą jedną łzę... I prawdopodobnie nigdy sobie tego nie wybaczy.
- Mówią, że do trzech razy sztuka. Uwierz mi, że następny raz może okazać się tym ostatnim. - powiedział cicho, naprawdę powoli zaczynał tracić nadzieję na to, że ona go posłucha, ale przecież musiał przemówić jej jakoś do rozsądku. Nie mógł jej tutaj zostawić, gdyby tylko jego ciało było sprawne mógłby ją obronić... Jedynym plusem tego wszystkiego było to, że jego moc powróciła. Z jej pomocą mógłby na kilka chwil uśmierzyć ból, pomóc sobie go zignorować i podjąć krótką walkę, lub ucieczkę. No, bo co jak co, ale tym razem nie zamierzał im pozwolić tak po prostu się zabrać. Chociaż... Kij z nim - nie zamierzał pozwolić tej suce zabrać Sam.
No dobrze, może próby wmówienia jej, że znalazł schronienie nie były zbyt przekonujące, aczkolwiek nie powinna się nim przejmować. Znali się na tyle dobrze, że powinna wiedzieć, iż znalezienie bezpiecznej kryjówki nie stanowi dla niego problemu. Ukrywał się przez szmat czasu, to, że go złapali... Pozwolił sobie na to. Odsłonił się, jak kretyn postanowił paradować sobie przy rynku. To był błąd, którego więcej nie popełni.
- Sam... Pewność i tak już mają, a ja... Musiałem wiedzieć, czy żyjesz. Musiałem się upewnić, byłem przekonany, że ona... I nie pozwolę nas zamknąć, ja... - nie potrafił nawet dokończyć zdania. Ponownie odwrócił od niej wzrok i odetchnął kilka razy głęboko. Złapał za butelkę wina i wlał w siebie parę łyków, po czym wyciągnął ją w kierunku Sam.
Zacisnął zęby, gdy dziewczyna wspomniała o swojej... Kobiecie? Kochance? Kimkolwiek ona była... Kurwa, serio?
- Poważnie? Grozi Ci niebezpieczeństwo, jeśli Cię złapią będą torturować tak długo, aż dopadną mnie, a Ty przejmujesz się jakąś laską z którą aktualnie sypiasz? Nie możesz jej tego zrobić, nie możesz się stąd wynieść, ale możesz tutaj siedzieć i czekać aż zabiorą Ciebie, a ją zabiją na Twoich oczach. - powiedział, a raczej warknął przenosząc na nią wzrok. Tym razem wyglądał jak jakiś pieprzony drapieżnik, który został zapędzony w kąt i walczył ostatnimi siłami. Nie miał pojęcia jak do niej trafić.
Wysłuchał jej następnych słów i pokręcił głową oddychając nieco głębiej, by się uspokoić.
- Przykro mi... Tylko zanim on się dowie, że coś Ci grozi będzie za późno. A mi... Ja nie potrzebuje pomocy. Nie potrafiłbym mu zaufać. Nawet sobie już do końca nie ufam...Samantha Bartowski - 2018-05-24, 16:44 W tej kwestii akurat mało mnie obchodziło jego zdanie - przynajmniej w moim obecnym stanie. Depresja pukała do drzwi, tego byłam pewna. Koszmary od wielu nocy nie dały mi spać, ciągły lęk nie pozwalał na normalne funkcjonowanie, a upijanie się wprowadzało mnie w coraz gorsze problemy. Może serio byłoby lepiej, gdyby ktoś już ze mną skończył? Może właśnie ten trzeci raz mógłby być zbawienny? Nie mogłam jednak powiedzieć tego na głos. Byłam pewna, że dopiero wtedy Dale nie dąłby mi ani trochę spokoju. A całkowicie wystarczało mi już trucie Roseberry na ten temat.
Co innego jednak, gdy ten postanowił poruszyć właśnie jej temat. Laska z którą sypiam. Właśnie tak ją nazwał. Jakby tu tylko o łóżko chodziło.
Rozzłościło mnie to. Fowler nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wiele ta kobieta dla mnie znaczyła - tym bardziej teraz, gdy nie opuszczała mnie niemalże na krok. Gdy została ze mną, jak zaczęło się robić gorąco. Że nie zostawiła mnie nawet po tym, jak widziała, jak na mnie wpłynęła śmierć Alison.
Nie. Tu zdecydowanie nie chodziło tylko o spanie ze sobą.
Moje niezadowolenie malowało się na mojej twarzy. Byłam na tyle zła, że nawet nie przejęłam tej butelki od blondyna.
- Poważnie. - Odparłam, chyba beznamiętnie. - Właśnie po to, żeby to się nie stało, nie mogę teraz z Tobą iść. I nie po tych słowach. Stary, ja pierdole, tu nie chodzi tylko o spanie czy nie-spanie! Gdyby nie Ricks, to pewnie już bym tu leżała we własnych rzygach! I właśnie dlatego nie mogę stąd wyjść. Nie bez słowa. Nie bez niej! - Dodałam po chwili już znacznie bardziej nerwowo. Nie podobało mi się, w jakich kategoriach mnie teraz oceniał. Nie wiedział, co się tu działo przez ostatni miesiąc. Nie mówiąc już o tym, że razem z Kruszyną znamy się znacznie dłużej. I ona... Ona tu będzie zawsze. I nawet mimo swojego małego ciałka, będzie w stanie mnie ochronić. W końcu... Dokładnie taką ma moc, czyż nie? Ale o tym już nie musiałam wspominać.
Starałam się uspokoić własne emocje i nerwy. Przecież to nam wcale nie pomagało. Wpadaliśmy tylko w coraz większe bagno. - Kiedyś to zrozumiesz, Dale... - Stwierdziłam po chwili, chyba półszeptem. Nie miałam pewności, czy mężczyzna zdoła usłyszeć moje słowa. Wierzyłam jednak... Wierzyłam, że w mojej sytuacji postąpił by tak samo. Przecież ukochanych nie zostawia się bez słowa, czyż nie? Tym bardziej, gdy znali Twoje dotychczasowe miejsce zamieszkania. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby pod moją nieobecność, a po powrocie Roseberry coś tu się stało... Nie mogłam stracić więcej bliskich. Już dawno przestałam się martwić o siebie. Ja nie miałam już wiele do stracenia. Inni? Jak najbardziej...
- Nie doceniasz go. - Odburknęłam tylko, tak bardzo nie będąc świadomą, w jakie też tarapaty wpakował się mój ukochany braciszek...Dale Fowler - 2018-05-25, 15:57 Szkoda, że jej obecny stan wpływał również na zdolność logicznego myślenia. Wszystko, co mówiła wydawało się Dale'owi bez sensu. Zupełnie jakby nie trafiało do niej jak ogromną krzywdę mogli jej wyrządzić. No, ale jak miało trafić? Nie siedziała na tym krześle, nie wpieprzała żywych szczurów. Nie musiała patrzeć temu potworowi w ludzkiej skórze prosto w oczy.
Oczywiście rozumiał to, że życie również nie obeszło się z nią delikatnie w ciągu ostatnich dni, ale... Cholera jasna, w jaki sposób mógł do niej trafić?
Laska z którą sypia. No tak, za taką właśnie ją miał. Skoro była dla niej tak ogromnie ważna dlaczego nigdy o niej nie usłyszał? Do tej pory wydawało mu się, że mówią sobie naprawdę wiele, ale być może się mylił. Chociaż... Sam również nie wspomniał o Pani szefowej bractwa, więc czy mógł być na nią zły? Z resztą teraz nie pora na to.
Od razu wychwycił to, jak zmieniła się mimika jej twarzy. Rozzłościł ją, no cóż... Ona jego również. Wręcz kipiał wściekłością, dodatkowo to uczucie mieszało się z obawą, ze strachem o jej bezpieczeństwo. To cholernie niebezpieczna mieszanka.
- Nie karzę Ci wychodzić bez słowa. Porozmawiaj z nią. Znajdziemy wam jakieś tymczasowe mieszkanie, miejsce w którym będziecie mogły się ukryć. Kurwa, nie karzę Ci jej tutaj zostawiać... Zrozum, to chodzi o Twoje życie. Jeśli ona tak wiele dla Ciebie znaczy to również i o jej życie. Ona... Zabije ją na Twoich oczach tylko po to, żeby patrzeć jak cierpisz. Jeśli nie myślisz o sobie to pomyśl o niej. - zmienił nieco taktykę. Być może te słowa wreszcie do niej trafią? Miał taką ogromną nadzieję. Doskonale wiedział, że Sam potrafi być uparta jak osioł, ale on również. Jeśli to nie poskutkuje... Kurwa, chyba będzie musiał ją ogłuszyć i wynieść stąd nieprzytomną. Oczywiście na razie o tym nie wspominał, bo... Cóż, element zaskoczenia jest najważniejszy, czyż nie?
Parsknął krótkim niewesołym śmiechem, gdy stwierdziła, że kiedyś to zrozumie. Och, szczerze mówiąc rozumiał doskonale, ale nie chciał się z nią tym dzielić. Jeszcze nie.
- To nie chodzi o to czy go doceniam, czy nie. Po prostu nie byłbym w stanie mu zaufać. Zrozum. Ostatnio zaufałem i jak skończyłem? Dopóki byłem sam nikomu nie udało się mnie dorwać. Nikt nie mógł mnie złamać. Pierwszy raz postanowiłem otworzyć się na kogoś i spójrz. Zniszczyli mnie. Więcej nie popełnie tego błędu.Samantha Bartowski - 2018-05-26, 11:27 Odwróciłam wzrok.
Jego obecna wersja dawała mi czas. Dawała mi szansę na znalezienie nowych powodów, byle nie wychodzić z domu. Dwała mi nadzieję, że może wystarczająco razy zbywany, w końcu sobie odpuści. Chyba właśnie dlatego wzięłam głębszy wdech, nim znowu spojrzałam na swojego przyjaciela.
- Dobrze. - Odparłam, półszeptem, po czym wzięłam łyk z butelki z winem. - Porozmawiam z nią i wtedy zaczniemy się za czymś rozglądać. Powinna wrócić w nocy. Albo rano. - Dodałam po chwili i znowu przyssałam się do szkła. Musiałam z siebie spuścić nerwy a niestety - ucieczka w alkohol była najprostszym wyjściem. No i... Chyba korzystałam z faktu, że Roseberry dzisiaj nade mną nie siedzi, więc nie ograniczy mnie do jednej butelki... W sumie dziwne, że dalej nie natknęła się na żadną z moich skrytek, na żaden większy zapas... Z pewnością miałam więcej szczęścia jak rozumu.
Kolejne słowa Fowlera jednak wywołały u mnie lawinę myśli. Otworzył się na kogoś i go skrzywdzili? Nie wiedziałam nic o tym, by złapał z kimś innym kontakt. A przecież wyraźnie wcześniej mówił, że widziano nas razem. Czy to właśnie przeze mnie tak skończył?
Poczułam nagły ścisk w żołądku, przez który musiałam odstawić butelkę na ziemię.
- Dale... Czy... Czy to przez nasze spotkanie? Tamto w barze? Jakbym się do Ciebie nie dosiadła, to by się nigdy nie stało? - zapytałam, nie potrafiąc spojrzeć w oczy mego kompana od szklanki. Chyba trochę zafiksowałam się wokół tej myśli, bo nawet zaczęłam żałować, że odnowiliśmy tamtego wieczoru kontakty. Może naprawdę zsyłałam nieszczęście na wszystkie drogie mi osoby? Rodziców, brata, przyjaciół, miłość? Ugh... Tego było zdecydowanie zbyt wiele...Dale Fowler - 2018-05-26, 22:45 Dale wcale na nią nie patrzył. Ta cała sytuacja zaczynała być cholernie męcząca. Tak bardzo chciał jej pomóc - był w stanie powiedzieć cokolwiek, byle tylko go posłuchała, ale jak widać to nie było takie proste. Sam nie zdawała sobie sprawy z tego jak wielkie niebezpieczeństwo jej grozić, albo zdawała, ale nic sobie z tego nie robiła. Może faktycznie ta kobieta, o której rozmawiali tak wiele dla niej znaczyła? Pewnie, był w stanie to zrozumieć. Miłość potrafiła skutecznie wypalić strach, oraz wszelkie inne emocje.
- Pewnie. Porozmawiasz. A raczej... Porozmawiamy. - powiedział stanowczo, po czym podniósł się z kanapy. Przez parę chwil rozglądał się po pomieszczeniu, aż jego wzrok zatrzymał się na kocu rzuconym w kąt. Podkuśtykał do niego i podniósł go, po czym rozłożył go na podłodze obok kanapy.
- Zastanawiam się... Albo nic. W sumie spałem na twardszych powierzchniach. - wzruszył ramionami, po czym ponownie usiadł obok niej zabierając z jej rąk butelkę wina. Zostało zdecydowanie zbyt mało. Mimo wszystko złapał kilka łyków i oddał jej flaszkę. Jego wzrok cały czas błądził po pokoju. Oczyma wyobraźni doskonale widział ewentualne drogi ucieczki, oraz przedmioty, które mogły mu się przydać podczas walki. Instynkt żołnierza nie przestawał działać - pomimo tego wszystkiego co mu zrobili dalej wiedział jak się zachować, gdyby przyszło im się bronić przed ewentualnym atakiem.
Westchnął cicho słysząc jej następne słowa. Kąciki jego ust delikatnie uniosły się do góry.
- Nie. To nie przez Ciebie, ja... Mówiłem o kimś innym. Poznałem... Pewną kobietę. Postanowiłem jej zaufać i tak właśnie to się skończyło. Z resztą mniejsza. Nie ma sensu o tym rozmawiać. Jest jak jest. - odparł i westchnął cicho. Zamierzał skończyć w ten sposób temat. Nie specjalnie miał ochotę rozmawiać o Colleen... Nie teraz.Samantha Bartowski - 2018-05-28, 18:25 - C-co? - Mruknęłam, przerzucając swój wzrok na twarz Fowlera, gdy ten zaczął się tak pokracznie mi po pokoju panoszyć i koce zabierać. - Dale, chyba oszalałeś! - rzuciłam po chwili wyraźnie niezadowolona. Znaczy... Jasne, był niezastąpiony. Kochałam go jak brata. Był jedną z nielicznych osób, którym ufałam bezgranicznie. Ale teraz zachowywał się jak szaleniec.
- Zaczynam mieć wrażenie, że wcale nie masz się gdzie podziać, a tylko szukasz wymówki, żeby tu zostać... - Stwierdziłam, w sumie... Chyba się z nim drocząc? Mimo naszej tragicznej sytuacji, coś jednak między nami było, co pozwalało mi chociaż na taką chwilę rozluźnienia. A może to była kwestia alkoholu, który już pochłonęłam? Nie wiedziałam. Ale może to i lepiej.
- Tak czy siak, nie ma opcji, żebyś spał na ziemi, gdy mam dwie kanapy w domu, stary. Tym bardziej - w takim stanie. - Dodałam po chwili, już znacznie poważniej, chyba akceptując fakt, że ten zamierza tu zostać i mi dziewczynę napastować. Jeśli jednak ma tu spędzić noc... To może warto wyciągnąć grubszy arsenał?
- Chcesz się jeszcze czegoś napić? Możliwe... Że coś z procentem się znajdzie... - stwierdziłam wstając z kanapy i sięgając do jednej z szafek, gdzie pewnie jakieś winko czy rum się ukrywały. Gdy jednak sięgałam po jedną z butelek, doszły mnie słowa o tej kobiecie. Mimowolnie się zatrzymałam w miejscu, jakby coś mnie zmroziło.
- I to ona Cię tak urządziła? - dopytałam, bo to w sumie tak brzmiało. Jakby zaufał nieodpowiedniej kobiecie. Trudno było mi to zrozumieć, choć przecież... Ricky też chyba źle wybrała. Już nie raz ją zraniłam, a ona jednak wciąż uparcie przy mnie trwała. Może właśnie tym była miłość? Nie opuszczaniem się, nawet w najgorszych chwilach?Dale Fowler - 2018-05-30, 18:42 - To co słyszałaś. I nie, nie oszalałem. Nawet jeśli mają nas tutaj dzisiaj zabić... Cóż, trudno. Nie oddamy tanio swojej skóry. - odparł i puścił jej oczko. No cóż, wisielczy humor to przecież jego specjalność. Podczas swojej służby w wojsku jego kompani potrafili docenić te jego żarty, ciekawe czy Sami też jest ich koneserką.
Przesunął palcami po brodzie zastanawiając się nad czymś. Posłanie już miał, przydałoby się jeszcze... No właśnie. Broń.
Zerknął w kierunku kuchni i nie mówiąc nic ruszył w jej kierunku. Zabrał kilka noży i zaczął rozkładać je po mieszkaniu - w strategicznych miejscach. Tak, by podczas walki mógł po nie spokojnie sięgnąć.
Jeden schował pod kocem, na którym zamierzał spać.
- Mam się gdzie podziać, ale tutaj jestem potrzebny bardziej, tamci... Dadzą sobie radę beze mnie. - rzucił wracając myślami do Colleen, oraz do ich ostatniej rozmowy. Taak... Pokazała mu wielokrotnie, że potrafi sobie poradzić bez niego.
Wreszcie przygotował wszystko i ponownie opadł na kanapę obok niej. Przeniósł na nią spojrzenie i uśmiechnął się pod nosem, gdy zaproponowała mu spanie na kanapie.
- Jestem przyzwyczajony do twardych powierzchni. Właściwie... Nawet lepiej mi się na takich śpi. Nie lubię, gdy jest za miękko, mam wrażenie, że się zapadam. - powiedział, a kąciki jego ust delikatnie uniosły się do góry. Cholera... Tyle razy przyszło mu spać na ziemi z kamieniem pod głową, właściwie przyzwyczaił się do takiego trybu życia. Wygodne łóżka? Pewnie, mógł na nich spać, ale zawsze czuł się wtedy dziwnie.
Kobieta wstała i ruszyła po alkohol. Oczywiście, że chciał się napić, chociaż nie zamierzał się doprowadzać do stanu całkowitego upojenia - chciał zachować względnie trzeźwy umysł podczas rozmowy z Ricky, oraz w razie ewentualnego ataku.
Odprowadził ją wzrokiem i ponownie przesunął spojrzeniem po pomieszczeniu. Planował ewentualną obronę.
- Nie, nie ona. Raczej to, że pozwoliłem sobie na chwilę rozluźnienia. Umówiłem się z nią w pewnym miejscu i... Cóż, złapali mnie. Byłem nieostrożny, ale spokojnie - to się więcej nie powtórzy. Poza tym... Złapię tą szmatę, która mi to zrobiła i z przyjemnością ją uduszę.Samantha Bartowski - 2018-06-13, 17:05 Zmarszczyłam brwi na jego słowa. Z pewnością przesadzał. Zabić? Tutaj? No chyba zwariował! Takie rzeczy się nie dzieją. Znaczy... Jasne, życie już nie raz mi pokazało, że wcale nie było różowo. Marsz mi udowodnił, że nie ma sprawiedliwości. Ale... Nikt nie pokusił by się na nasze życia, nie tutaj. Bo i po co?
- Przestań mówić takie rzeczy... - Niemalże mu rozkazałam, chłodnym tonem, Szybko jednak ten chłód odszedł w zapomnienie, gdy tylko dołożył do tego krótki żart na samym końcu. Khem, no tego, powaga mocno, Sam. Zacisnęłam wargi, co by nie prychnąć na jego uwagę, bo - helloł - mimo wszystko, rozmawialiśmy tu o poważnych rzeczach.
- Jesteś niemożliwy. - Westchnęłam cicho, wyciągając jeden z mocniejszych trunków i zamykając szafkę, nim ponownie opadłam na kanapę. Niespecjalnie nawet przejmowałam się brakiem szklanek - w końcu z blondynem przepiłam już w życiu tyle z gwinta, że pewnie i nasze DNA mogli pomylić w laboratorium, haha. Odkręciłam butelkę, biorąc z niej pokaźniejszy łyk. Nie zamierzałam się kłócić z Fowlerem - wiedziałam, że nic to nie da. W końcu oboje byliśmy uparci jak te osły.
- Przykro mi, Dale... - Rzuciłam tylko, nim przekazałam butelkę mężczyźnie. Po chwili jednak kąciki moich ust lekko się uniosły. - Nie mam co do tego wątpliwości. Nikt nigdy nie uchodził nam na sucho. Może i źle wychodziliśmy, ale ci drudzy zawsze gorzej, no nie? - Zaśmiałam się, przypominając sobie nasze dawne odpały. Jasne. Teraz było poważniej. W grę wchodziło nasze życie i zdrowie w dużo większym stopniu, niż na byle podwórkowej bójce. Nie mówiliśmy tu o tulipanach ze szkła, tylko o prawdziwej broni. Ale tak w sumie... Czy mieliśmy jeszcze cokolwiek do stracenia?Ricky Roseberry - 2018-06-14, 09:59 Nie chciałam wychodzić, ale musiałam. Nawet nie dlatego, że Sami tak chciała czy coś w tym stylu, ale musiałam zrobić zakupy i odwiedziłam bractwo. Zakupy trwały najdłużej, ale czego się spodziewać bo kupowaniu jedzenia i napojów na kolejne kilka dni. Nie wiedziałam czy nadal będę musiała zmuszać Sami do jedzenia, ale miałam maleńką nadzieję, że w końcu się obudzi i będzie naturalna. Wiele ją spotkało jak nas wszystkich, ale musiałam być silna za nas dwie. Ziewałam dość często, a trzeźwość umysłu nie była dzisiaj moją mocną stroną.
Na moje plany zeszło mi chyba za dużo czasu, bo zostawiłam Sami na cały dzień. Co chwilę patrzyłam na telefon ale nie miałam żadnej wiadomości ani połączenia. Na szczęście.. Albo i nie. Martwiłam się przez to jeszcze bardziej i chyba za mocno naciskałam na pedał gazu.
Nie obyło się bez zatrzymania mnie i dania mi mandatu, ale miałam na tą chwilę wywalone. Jedyne co mi to dało to jeszcze dłuższa samotność i większe martwienie się.
Wreszcie dojechałam na miejsce. Zaparkowałam i zaczęłam wypakowywać zakupy.
Gdy wzięłam wszystkie cztery torby skierowałam się prosto do drzwi od klatki schodowej. byłam już spokojniejsza, ale chyba nie powinnam.Dale Fowler - 2018-06-24, 12:24 Och, Sam tak bardzo nie miała pojęcia jak cholernie głębokie jest to bagno w które się wpakował. Właściwie... Oboje się w nie wpakowali - chociaż zupełnie nieświadomie - topili się aktualnie w jednym gównie.
Inna sprawa, że uda im się z tego wyjść - przecież musi, nie? Zawsze im się udawało.
Nieważne jak wielkie kłody los rzuci im pod nogi. I tak przez to wszystko przejdą. W końcu tacy byli. Razem potrafili zdziałać naprawdę wiele.
Przeniósł na nią wzrok, gdy nakazała mu przestać o tym mówić. Przez kilka chwil patrzył jej w oczy bez słowa, po czym kiwnął głową na znak zrozumienia.
- Dobrze... Nie musimy o tym więcej rozmawiać. Chcę tylko byś... Eh, nie ważne. Po prostu bądź przygotowana na wszystko. - wzruszył ramionami po tych słowach i zmarszczył nieco brwi. Tak bardzo pragnął ją stąd zabrać, miał wiele kryjówek rozsianych po mieście, oraz okolicach - miejsca w których byłaby bezpieczna, ale dobrze wiedział, że to nie przejdzie. Nie teraz, nie z nią - Bartowski była zbyt upartą kobietą, by tak po prostu pójść z nim i nie dyskutować. Stawiało go to w sumie w patowej sytuacji, ponieważ... No kurwa, powinna tak zrobić, ale nie potrafił jej przekonać.
Zignorował jej następne słowa, zaraz niemożliwy... Był taki sam jak zawsze - wiedział co należy zrobić, gdzie powinien być w danej chwili. Mimo tego, że jego psychika mocno ucierpiała w ciągu kilku ostatnich dni - stare przyzwyczajenia nie znikały i dziewczyna mogła mówić co chce - a on i tak tu zostanie. Obroni ją przed nimi wszystkimi - nawet w tym stanie.
Fowler odebrał od niej butelkę i po raz kolejny wzruszył ramionami.
- Nie przejmuj się. Takie rzeczy się zdarzają - zwłaszcza mi. Nawet mi zdarza się zaufać nieodpowiedniej osobie. - rzucił sucho i uniósł butelkę do ust. Wypił kilka łyków i ponownie przeniósł wzrok na Sam.
Uśmiechnął się lekko.
- Taa... Pewnie, przecież jesteśmy jak Bonnie i Clyde, czy coś... - zażartował, ale w sposobie w jaki mówił nie było ani krzty wesołości. Niestety tym razem mogło być zupełnie na odwrót. Tym razem to oni mogli wyjść na tym wszystkim znacznie gorzej - w końcu przeciwnikiem nie były jakieś pijane łebki pod monopolowym, a poważna organizacja dysponująca ogromnymi środkami, oraz zasobami ludzkimi. No nic, pożyjemy, zobaczymy.
Dale po raz kolejny uniósł flaszkę do ust, a raczej... Spróbował. Jego dłonie nie były jeszcze w pełni sprawne, dlatego butelka wysunęła mu się z rąk i wylądowała na jego kolanach, zanim zdążył ją złapać alkohol rozlał się na jego koszulkę - w dość dużej ilości.
- Kurwa mać... - mruknął pod nosem i odstawił trunek na stolik obok, po czym wolno podniósł się z kanapy przenosząc wzrok na plamy na swoim ubraniu.
- Nie masz jakiejś koszulki, czy coś? - spytał, po czym zdjął z siebie mokry t-shirt.
Odwrócił się do niej plecami szukając miejsca w które mógłby rzucić brudną odzież i dopiero teraz Sam mogła zauważyć brakujący element jego tatuażu. Dużą dziurę, gojącą się ranę w miejscu, gdzie kiedyś widniało jedno dość znaczące dla całej koncepcji słowo.Samantha Bartowski - 2018-06-24, 16:15 Cieszyłam się, że możemy zakończyć ten temat. To było dla mnie zbyt nierealne - mimo wszystko. W końcu byłam tylko małą, szarą mróweczką w tym pierdzielonym mrowisku tragedii. Na marszu nie tylko ja ucierpiałam. Nie tylko ja straciłam kogoś ważnego. Nie tylko mi życie dawało w kość. Takich ludzi jak ja było na pęczki. Dlaczego więc ktokolwiek miałby się zainteresować właśnie moją osobą? Nie znaczyłam nic. Tym bardziej, odkąd zdecydowanie bardziej barykadowałam się w domu, walcząc ze swoimi wewnętrznymi demonami i karmiąc swój nałóg...
Ponownie jednak zmarszczyłam brwi, słysząc jego kolejne słowa. Rzeczywiście. Tak łatwo było zaufać nieodpowiedniej osobie... Tak łatwo było wpakować się w kłopoty. Wprawiło mnie to w pewnego rodzaju refleksję - czy ja byłam odpowiednią osobą? Czy ja mogłam budzić zaufanie?
Miałam wrażenie, że robię się coraz słabsza. Coraz mniej wierzyłam w siebie i zdecydowanie - dopadała mnie już depresja. Byłam na dnie. I chyba... Bałam się tego stanu. Miałam złe przeczucia, że mogę wszystkich zawieść. Że jeden mój fałszywy krok może zaważyć na życiu tak wielu osób - Ricky, Aarona, Dale'a...
- Całe szczęście mamy siebie. Nawet poobijanych i niepełnosprytnych. - Rzuciłam mimo wszystko, przywołując na twarz raczej niepewny uśmiech. Chyba sama przestawałam w to wierzyć...
Nie zdążyłam jednak zareagować na jego kolejną anegdotkę, gdy trunek polał się ciurkiem nie tylko po jego ubraniach, ale i po kanapie i podłodze. - Kurw... - Przeklęłam pod nosem. Nawet, jeśli był moim przyjacielem, zirytowało mnie to trochę. Co prawda sama zdążyłam się odsunąć, dzięki czemu mnie ta fala ominęła, ale sam fakt, że tyle alkoholu poszło się cmokać...
Westchnęłam ciężko, podnosząc się z kanapy z zamiarem pójścia do sypialni po jakieś ubranie na zmianę dla mężczyzny. Sprzątać mu będę kazała dopiero, jak się ogarnie.
- Mam i koszulkę i dres, który powinien na Ciebie pasować. Ściągaj portki... - Rzuciłam raczej mimochodem, nim podniosłam swój wzrok i dostrzegłam, co też się działo na plecach blondyna.
- Rany boskie, Fowler, co... Co Ci się stało... - wymamrotałam, spoglądając na jego uszkodzony tatuaż. Nie chciało mi się wierzyć, że ktokolwiek mógł się posunąć aż do czegoś takiego. Chyba przez projekcję sama wręcz zaczęłam odczuwać swędzenie na każdej jednej swojej dziarze. Przerażało mnie to...
Pokuśtykałam jednak w kierunku przyjaciela, jedną dłonią delikatnie muskając jego plecy, jakbym się chciała upewnić, że to, co widzę przed sobą to naprawdę zabliźniająca się rana, a nie głupi żart w postaci dobrej charakteryzacji, gdy drugą próbowałam złapać jego wolną dłoń, chcąc dać mu choć odrobinę wsparcia, współczucia... W końcu gesty wyrażały więcej, niż tysiące słów, czyż nie?