Alison Blake - 2018-03-16, 20:34 Pierwszy szok Alison przeżyła kiedy po wybuch jej zdaniem jakiejś niestabilnej mocy kręcąca się nad jej dłonią kula lodu po prostu zniknęła. Co gorsza żadna inna nie chciała pojawić się na jej miejsce. Czy to możliwe by już się wypaliła? Zazwyczaj poprzedzał to wtedy ból głowy, a tutaj nie była nic takiego...Jej moce zostały więc przyblokowane. Lodowa księżniczka wpatrywała się w swoją dłoń z niedowierzaniem. Okazało się jednak, że nie ma czasu nad tym rozmyślać kiedy pojawił się inny problem. Elektrowstrząsy, które wstrząsneły jej ciałem. Oszołomiona, poczuła jak zamazuje sie jej obraz przed oczami, traci świadomość tego gdzie się znajduje i opada na kolana pod wpływem potężnego ładunku. Nie może skupić się na tym co dzieje się wokół niej. Na kolanach jedynie wbiła wzrok w ziemie, jej ręce bezużytecznie zwisają obok niej. Czyżby przygotował się na nadejście nieuchronnego? Bardzo możliwe. Nie za bardzo wie co stało się dałej. Wszak nie obserwowała otoczenia tak uważnie jak jeszcze chwilę temu. Poczuła tylko ciepłą ciecz płynącą po jej ramieniu i brzuchu. Instynktownie próbowała zatkać dłonią ranę na brzuchu, ale na niewiele się to zdało. Alison zawsze wiedziała, że właśnie w ten sposób zginie. Ale...teraz było za wcześnie. Miała jeszcze tyle niedokończonych spraw. Kiedy padała to instynktownie obróciła się w kierunku sceny, gdzie za kulisami była Sammie. Właśnie Sammie...przed oczami przeleciała jej teraz ich najlepsza wspólna noc ze śniadaniem. Chciałabym być teraz w Twoich objęciach Sammie, gdzieś daleko stąd... właśnie taka myśl przeszła jej przez głowę gdy zamykała oczy. Możliwe, że jedna z ostatnich.Samantha Bartowski - 2018-03-16, 23:07 Przychodząc tutaj, nie mogłam się spodziewać, co się stanie.
Ściągając tu moich bliskich, nie mogłam przewidzieć, jakie konsekwencje to za sobą pociągnie.
A to przecież wyglądało tragicznie od samego początku...
Wiedziałam, że nie zdziałam wiele. Nie wiem po co w ogóle szłam w stronę tego tłumu. Co bym niby miała zrobić, kulą przepychać się do tej biednej blondyny?
Całe szczęście jednak mignął mi przed oczami Aaron, który rzucił się w ten chaos i chyba w ostatnim momencie pochwycił tą biedaczkę, nim zadeptał ją tłum. Ulżyło mi - niestety, tylko na krótką chwilę, dopóki nie usłyszałam za sobą znajomego głosu, który wykrzykiwał tak straszne rzeczy...
Obróciłam się, i... To chyba było najgorsze, co mogłam zrobić. Już nawet nie chodziło o te litry krwi, które właśnie się przelewały. Nie chodziło też o tragizm całego wydarzenia. Akurat w tym momencie... Oberwała Alison. Najpierw od tego jebanego pajączka. A potem... Od tego kolesia, z pistoletu. A ona stała, taka bezbronna...
Kolejne pociski. Kolejne strzały. Co gorsza trafiły kogoś tak bardzo mi bliskiego...
Nie mogłam się ruszyć. Wmurowało mnie. Odjęło mi resztki jakiejkolwiek woli walki. Przez moją myśl przeszło tylko tyle, że gdyby nie ja, to pewnie wcale by jej tu nie było. W końcu ja jej o tym powiedziałam, no nie? Ja ją tu sprowadziłam. A teraz patrzałam, jak szkarłat okala jej ubrania...
Kurwa. Rusz się. No rusz się. Idiotko do kurwy nędzy. Rusz się!
Ogarnęła mnie panika. Chciałam zrobić krok, ale zamiast tego, tylko runęłam na ziemię i sama zostałam na kolanach, krzycząc żałośnie:
- ALISON!
W oczach nie miałam łez. Ogarnęła mnie zbyt wielka panika, za duży stres, by pozwolić sobie choćby na najmniejszy płacz. I nawet widok Ricky, która przecież wciąż była (względnie) bezpieczna, nie dawał mi ukojenia. Mimo wszystko, przez ostatnie lata bardzo zżyłam się z panną Blake i sama myśl, że już nie będę jej miała na wyciągnięcie ręki... Była nie do zniesienia. Tym bardziej dobijał mnie fakt, że nie miałam szansy jej powiedzieć prawdy. Wyjawić, co się ze mną działo przez ostatnie dni. Że nigdy nie zdołam jej przeprosić. I nawet... Nie jestem w stanie jej pomóc.
Kurwa...
Czemu musiałam być tak bezużyteczna?!Ricky Roseberry - 2018-03-16, 23:45 Nie udało mi się trzymać dalej tarczy. Po prostu odpuściłam sobie kolejne próby bo już czułam się źle. Dzisiaj nie był najlepszy dzień na używanie mocy. mętlik w głowie bliskie mi osoby i chaos, którego nikt nie chciał. Po prostu nie mogłam się na tyle skupić, by pomóc nie w tym momencie. Spojrzałam na Aarona, gdy coś do mnie mówił pokiwałam głową na pierwszą wypowiedź a po chwili spojrzałam na Sami.
- Jedziemy z wami. Mam auto, ale wrócę się po nie innym razem. - powiedziałam trochę nakręcona tym wszystkim co tutaj się działo. Chciałam jak najszybciej się stąd zwinąć i nie ważne było jak. Ważne z kim. Widziałam jak Aaron szybko łapie Albę, gdy ta zemdlała, a po chwili przeklnęłam słysząc krzyki odwróciłam się i zobaczyłam Alison, która klęczała... Wiem nie powinnam, ale pięści same mi się zacisnęły. To był odruch przez to że kradła mi Sami. Po chwili jednak pożałowałam tego odruchu, bo Ali.. No cóż spuściłam szybko wzrok. Nie chciałam tego widzieć. Nie w tym momencie. Odszukałam wzrokiem Sami, która to wszystko widziała. Szybko jak na siebie podbiegłam do niej i ją obięłam. Wiedziałam, że to nie wiele pomoże, bo jednak się przyjaźniły i sama nie wiem co bym zrobiła, gdyby Matilde dostała kiedyś kulkę. Tfu tfu...
- Kochanie chodźmy stąd. Pomogę Ci. - powiedziałam do niej pomagając jej wstać i pociągając ją do Aarona. Nie chciałam tu zostawać, a bez nich nigdzie się nie ruszę.
- Spieprzajmy stąd. Oni nie wróżą niczego dobrego. - powiedziałam będąc już przy moim przyjacielu i kiwając głową w stronę dachów i ludzi spuszczających się z lin. - Myślę, że zniknięcie w tym momencie będzie najlepszym rozwiązaniem. - dodałam i stąpałam z jednej nogi na drugą zniecierpliwiona. Miałam nadzieję, że wydostaniemy się stąd jak najszybciej to możliwe, bo trudno mi będzie bronić nas moją mocą. Czułam już jak mój organizm się buntował.Sahir Allison - 2018-03-17, 13:45
TO NIE JA, TO MOJA SZAUMA.
Wszystko działo się tak szybko. Naciśnięcie spustu, kolce, które wystrzeliły do góry, cholerny pingwin, który był bardziej zwinnym lotnikiem niż jakikolwiek sokół i robił uniki w powietrzu z podwójnym saltem jak jakiś Strażnik Teksasu. Kule, które nie trafiały w Leona, a odbijały się od niewidzialnej tarczy i leciały gdzieś na boki bez większego sensu, bez większej potrzeby. A jednak Leon robił uniki. Dlaczego? Czarnowłosy nie spuszczał go z muszki. Strzały, które zostały oddane, powinny być przeznaczone dla niego - i w sumie dlaczego? Tylko z powodu jednego krótkiego SMSa, więc to wystarczy, żeby bez sumienia igrać z życiem człowieka? Jak widać było to więcej niż wystarczające. Pies spuszczony ze smyczy zawsze miał tylko jeden cel - rozszarpać ofiarę, zanim jego Pan wróci, by znów założyć mu kaganiec. To było to schorowane, jakże satysfakcjonujące poczucie wolności! Och, gdyby jeszcze czarnowłosy odczuwał jakąkolwiek satysfakcję…
Sahir ruszył do przodu. Nie biegł, ale stawiał pewne, mocne kroki, z ciągle uniesionym pistoletem i glutkiem, z którego cofnęły się kolce. Kolejny ze strzałów przeszedł przez niewidzialną barierę i trafił w asfalt, zamiast wbić się w nogę celu - oh well, bywa. Kiedyś przecież ta tarcza musiała zniknąć, a on zaczynał mniej więcej rozumieć, na czym polega moc jego kolegi, do którego się zbliżał, a on mu umykał. Powoli, bo to przecież założenia. Z jedną mocą nieraz mutanci potrafili czynić takie cuda, o których Bogu się nie śniło. Swoją drogą niezły gest z jego strony - wiecie, cały ten Gen X. Starszy Pan z bródką siedzący na chmurce musiał się teraz naprawdę przednio bawić, obserwując całą tą farsę dziejącą się na ulicach Seattle. Sensownie byłoby zmienić cel na Aarona rzecz jasna. Problem w tym, że odległość była zbyt daleko i wychodziło na to, że jego aktualny cel nie chciał się poddać bez walki. Bez ofiar też nie. Odbita przez tarczę kula trafiła jedną z mutantek, która od razu przestała wytwarzać w dłoni lodową kulę - albo już wcześniej przestała..? Na jej ubraniu wykwitł kwiat czerwieni, w oczach pojawiło się zdziwienie - nawet nie ból, mózg nie zdążył zarejestrować tego, że powinien posłać bodziec bólu, odebrać go. Wszystko stało się tak samo chłodne, jak chłodny był lód, który wytwarzała. I w tym samym czasie za jego plecami rozległo się zamieszanie. Shivali pobiegła do przodu, wystartowała z okrzykiem na ustach w stronę Leona, przez co automatycznie skupiła na sobie uwagę państwowego psa. Czarna maź spłynęła już wcześniej po ramionach Allisona, który dołożył jej mocy, sięgając po jeszcze trochę więcej i puścił ją on teraz do przodu. Piękny prezencik dla DOGS - czwórka mutantów, którzy podłożyli się wręcz jak na talerzu. Złowrogi glutek poszukujący samotności, jak wąż sunący po asfalcie, miał otoczyć towarzystwo i wysunąć się do nich kolcami, ale nie krzywdzić - jedynie stworzyć zaporę, podczas gdy Sahir nadal kierował w ich kierunku. Czyli miał uwięzić Leona, Shiv, Cas i Alison. Ewentualnie jeszcze trzeba było zająć się pistoletem Leona, jeśli leżał niebezpiecznie blisko i go zakryć. Sahir zbliżył się nieco bardziej, żeby mieć lepszą kontrolę nad materią. Nie spoglądał nawet na Viki. Jej sylwetka znów zamajaczyła mu w polu widzenia. Nie strzelał. Słyszał i widział helikoptery, które zaczęły osiadać na dachach, z których wyskakiwało wsparcie. Tak samo jak sam czuł chłód przebiegający po ciele. Nie widział Fay z bronią. Zatrzymał się w miejscu, wcelowany w Leona, gotów strzelić w niego przy jakimkolwiek ruchu skądkolwiek. W ramię - w ramię, bo przecież mutanci byli zbyt cenni dla DOGS, żeby ich zabijać, a to zazwyczaj i tak gwarantowało brak skupienia nad mocą.
Kiedy towarzystwo się trochę uspokoiło, płomienie przestały buchać, wiatr szaleć to trupy i krew wokół stały się bardziej zauważalne. Ponury widok pokojowego przemarszu, który miał zawalczyć o równość tych biednych stworzeń. Tych potworów, które kryły się najlepiej jak mogły, wtapiając w tłumy - przybierały ludzką skórę. Brakowało jeszcze tylko kruków do kolekcji, by wychwalać ponad stany Pannę Śmierć. No cóż, trzeba się było zadowolić latającymi pingwinami. I reklamą Shaumy.Lucas Hope - 2018-03-17, 16:49 Widząc auto mojego ukochanego agenta lekko się uśmiechnąłem jednak wyszło z tego raczej lekkie skrzywienie warg. No cóż w tej sytuacji nie mogło być inaczej. Przyśpieszyłem kroku uważając by się nie potknąć. Mentalnie przygotowywałem się już na opiernicz który na pewno otrzymam kiedy agent upewni się że nic złego się nie stało. Będziemy musieli jeszcze zająć się moim wizerunkiem gdyż to co zdarzyło się dzisiaj na pewno nie odbije się na nim. Gdyby tylko udało mi się dotrzeć do auta wsiadłbym do niego szybko. Było mi zimno jednak adrenalina krążąca w moich żyłach skutecznie uniemożliwiła mi poczucie jak bardzo zmarzłem.
z/tFay Murphy - 2018-03-17, 23:49 Fay nie była przygotowana na aż taką rzeź. Owszem, zakładała, że marsz pokojowy nie będzie wcale tak bardzo pokojowy, jak miał w nazwie, jednak to, co tu widziała... to po prostu przechodziło jej najśmielsze wyobrażenia. Ludzie biegali, uciekali, potrącali ją, gdy próbowała się przedrzeć się przez kolejną grupę. Mechaniczne pająki także miały spory udział w całym zamieszaniu i Fay naprawdę była wdzięczna, że jak na razie żaden nie postanowił zająć się nią. Nie radziła sobie w walce z ludźmi, a co dopiero gdyby miała stawiać czoła robotom. Wolała nawet o tym nie myśleć.
Skupiła się za to na pokonywaniu kolejnych metrów, żeby móc zbliżyć się do Cass, Leona i reszty. Nie było to takie proste, gdy widząc kolejną plamę krwi, kolejną zgubioną i zadeptaną w pędzie ratowania życia rzecz, miała ochotę sama zrobić w tył zwrot i niezauważona po prostu się stąd ulotnić. Nikt nie wiedział, że była mutantką, że była w jakikolwiek sposób powiązana z tamtymi. Ba, mogłaby nawet przeczekać w budynku, niewidzialna i bezpieczna. Tylko jak potem miałaby spojrzeć sobie w twarz?
Ostatnie kroki, ostatnie popchnięcia i wreszcie udało jej się znaleźć kilka metrów od Sahira, nie mając między sobą, a nim nikogo innego. Dopiero teraz mogła ujrzeć to, co wydarzyło się odkąd odeszła od okna w budynku i wcale nie wyglądało na to, żeby sytuacja jej znajomych z obozu miała się polepszyć. Wręcz przeciwnie, czarna maź już przesuwała się w ich stronę i żadne z nich nie wyglądało, jakby miało dać radę ją powstrzymać.
Ale można było powstrzymać tego, który nią kierował. O tak, Fay doskonale zapamiętała twarz, którą wcześniej miała chęć pokiereszować z małą pomocą Nurzyka. Teraz jednak nie miała zamiaru wysługiwać się zwierzętami. Korzystając z faktu, że Sahir stał bokiem do niej, skupiony na mutantach znajdujących się dalej, Murphy sięgnęła za pasek spodni, wyciągając broń i po ułamku sekundy zawahania oddając kilka strzałów w kierunku mężczyzny, celując w ramię i tors.
Przez lata spędzone w obozie miała sporo styczności z bronią, jednak nigdy, ale nigdy nie zdarzyło jej się wypuścić kul w kierunku innej osoby. I chyba było to dość wyraźnie widoczne po jej wyrazie twarzy i spojrzeniu, które spuściła na broń, jakby nie mogąc uwierzyć, że naprawdę to zrobiła.Cassandra Gardner - 2018-03-18, 18:02 |wymęczyłam coś po wieeeelu godzinach, więc wybaczcie jakość|
Choć w rzeczywistości sytuacja dookoła Cassandry nieustannie się zmieniała, cóż, dla niej wcale tak nie było. Niezależnie od tego, jak absurdalnie, idiotycznie i niemożliwie by to brzmiało, cała ta panika dookoła kobiety trwała już na tyle długo, iż Cass jakby zaczęła się do niej przyzwyczajać. Te wszystkie okrzyki, bluzgi, odgłosy uderzeń i upadków powoli zlewały się w jedno, otaczając ją zewsząd i... Nie robiąc Gardner specjalnej różnicy. Na ich tle nie wyróżniało się zupełnie nic. To było jak... Paradoksalna harmonia w chaosie, a ona po prostu pozwoliła sobie się w tym zanurzyć.
Tak właściwie, sama nie do końca wiedziała, dlaczego zamknęła oczy, ale nic to nie dawało. Wręcz przeciwnie, pod mocno zaciśniętymi powiekami nadal dostrzegała ten sam makabryczny obraz martwego dziecka, który widziała wcześniej. I jeśli tylko było to możliwe, czuła się z tym jeszcze paskudniej. A przecież teoretycznie był to wyłącznie początek... Albo koniec... Koniec początku? Początek końca? Nie umiała tego określić, nie chciała w to wnikać. Pragnęła tylko, by wszystko nareszcie się skończyło.
Niestety, nie tylko życie nie było instytucją spełniającą życzenia. Wszechobecna śmierć najwyraźniej także nie zamierzała być zbyt łaskawa, obejmując coraz więcej osób w swoje posiadanie, roztaczając wokół coraz intensywniejszy zapach krwi i wcale nie mając zamiaru przestać. Choć z drugiej strony... To wszystko zależało przecież od ludzi. Ludzi, którzy dawali się ponieść coraz to silniejszym porywom agresji. Tej samej, w której Cassandra nie chciała już brać udziału. Spotykała się z nią przez całe życie, jednak najwyraźniej to właśnie teraz osiągnęła próg wytrzymałości.
Czuła, że nie podniesie się na nogi. Nie zamierzała też zostawiać tu Lizzy samej, nawet jeśli dziewczynce nie robiło to już żadnej różnicy. Po co było więc uciekać, skoro miało to przynieść jeszcze więcej złego? Nigdy by się o to nie podejrzewała, ale po prostu odpuściła, wewnętrznie na coś czekając. Na grom z jasnego nieba? Kto to wiedział?Victoria Johnson - 2018-03-19, 16:06 Victoria w jednej chwili czuła napływ wszystkich tych złych emocji; w jednej chwili trzymała się za głowę, a w drugiej... W drugiej nie było już nic. Tylko wszechogarniająca pustka i spokój... i cisza. Żadnych niepotrzebnych myśli. Nie czuła też połączenia, które miała z Shivali, a przecież jej oczy były otwarte i widziała ja, stojącą tuż obok. Tori potrzebowała kilkunastu sekund nim zorientowała się co się stało i że straciła nad sobą panowanie. Nikt inny tego nie widział, ale ona gdzieś tam podświadomie wiedziała, na kogo podziałała jej moc - i widziała te trzy kobiety niedaleko. Wiedziała, że zadziałała na Shivali i na dwie nieznane jej kobiety, z czego jedna leżała na ziemi, ściskając w rękach martwe ciało, przyszpilona przez maszynę. A ta druga? Vica nie widziała jak została postrzelona. To znaczy jej oczy to widziały, ale mózg był skupiony na próbie odzyskania na sobie kontroli, nie bardzo więc to do niej dotarło. Dopiero, gdy Alison się osunęła na ziemię... Dopiero wtedy Victoria mocniej ścisnęła się za głowę, próbując wyłączyć blokadę, którą rzuciła na to miejsce. Próbowała, ale czy to się udało? Wiedzieć co się dzieje, to jedna rzecz, ale sprawować nad sobą kontrolę, gdy wszystko wymyka się przez palce, to drugie. Zwłaszcza, że... Że widziała jak gasną oczy tej kobiety. Tori nie była na to gotowa. Dopiero wtedy też zwróciła uwagę na jakiś ruch w polu widzenia - czarny ruch. Widziała, że Sahir się przemieszcza i widziała też czarną maź sunącą po drodze. Sunącą w ich kierunku. Victoria stała nieco dalej, nie tuż przy Shivali, ale glut zdecydowanie kierował się... tutaj.
W zależności od tego, czy Victorii udało się zapanować nad jej mocą wcześniej:
1. Jeśli udało jej się wyłączyć blokadę, to spróbuje myślowo połączyć się z Shivali i przekonać ją do tego, żeby jednak się stąd ruszyła i pobiegła razem z nią - obojętnie w którą stronę.
2. Jeśli jej się nie udało zapanować nad mocą, to powinna być na tyle niestabilna, by być może wyłączyć się i włączyć znowu (na innym, albo i też na tym samym obszarze). W każdym razie Viki nie będzie wtedy w stanie się stąd ruszyć, chyba, że ktoś ją pociągnie za fraki.Aaron Bartowski - 2018-03-19, 16:29 Osunęła się na moje ramiona. Serce zabiło mi mocniej, odczułem jeszcze większy dyskomfort w związku z zaistniałą sytuacją. Ona…
Drżącymi rękoma sprawdzałem jej tętno, próbowałem wyczuć oddech. W końcu mi się udało, ale czułem to coś, co zatruwało moje serce niepokojem. To krew, to coś we krwi rozpływało się po całym moim ciele i chciało je paraliżować, na co z kolei nie mogłem pozwolić. Alba, Sam, Ricky, inni… a wokół D.O.G.S. czające się, a nawet nie. Działali jawnie. Nawet się nie ukrywali. Bang, bang, bang! Gdybym miał broń, gdybym strzelał, mógłbym ich tak po kolei niczym dzikie kaczki, zamiast tego jednak mogłem jedynie patrzeć na bladą Albę, z którą nie było kontaktów, łamiącą się Sam… Ricky do niej dopadła, ale i tak masakra, i ogólnie na resztę ludzi. Było tu tyle znajomych twarzy.
- Cholera – odpowiedziałem Ricky, kiedy powędrowałem wzrokiem we wskazanym przez nią kierunku. – Ktoś musi im pomóc. Jakiś chaos… Dawaj, wpierw musimy zabrać je do samochodu. Sam, dasz radę! Wstawaj! Chyba że mam cię ponieść… – rzuciłem, zdobywając się na jakieś suche żarty, ale, tak już serio, wiedziałem, że to jedynie by opóźniło wszystko. Musiałem wziąć Albę na ręce. Zarzuciłem ją sobie na ramię, by móc w razie czego użyć zapalniczki od Ricky drugą ręką i działać ogniem w ramach samoobrony.
- Chodźcie. Szybko – pospieszyłem, po czym ruszyłem w górę, w kierunku samochodu. Musieliśmy serio, czym prędzej, opuścić to miejsce. Tylko co z resztą? Czemu było tu aż tylu ludzi z Bractwa? Lepiej byłoby, gdybym ich nie znał. Mignęła mi tam Cassandra… Miała problem z robotem. Musiałem po nich wrócić. Może właśnie dlatego przyspieszyłem kroki jeszcze bardziej?Shivali Nyberg - 2018-03-19, 17:02 I znowu, nagle, w jednej sekundzie przestała zupełnie czuć Tori. Jakby zniknęła, przestała istnieć, wyparowała. Jakby tego było mało, Shivali została zupełnie sama.
- TORI! - wrzasnęła i natychmiast obróciła się w kierunku, gdzie powinna być kobieta. Najprawdopodobniej już martwa.
Tyle że ona żyła i miała się dobrze. Wszystko było w porządku, nie była nawet ranna. Wszystko było w porządku. Nagle w Shiv, w jednej sekundzie uderzyły trzy myśli.
Jeden. Nie mogła jej stracić. Tu nie chodziło o zatrzymanie kolejnego rozlewu krwi, o śmierci niewinnych. Tu chodziło o Tori. Były ze sobą związane bardziej niż jacykolwiek śmiertelnicy są w stanie. W ich stronę już pędzili kolejni ludzie. Jeżeli DOGS ją złapią, zmuszą ją do współpracy, zamkną na zawsze, może nawet będą na niej eksperymentować i na koniec ją zabiją. To było coś, na co Shivali nie mogła pozwolić. Wyciągnęła z kieszeni klucze i wcisnęła je do ręki Tori. Dwa. Shivali pochodziła ze Szwecji. Jeśli zostanie niesłusznie aresztowana, jej rząd, jej rodzina będą o nią walczyć. USA nie będzie w stanie zatuszować jej śmierci czy eksperymentów na niej, a reszta... Satyagraha. W momencie kiedy przeniosła się do Stanów, pogodziła się ze wszystkimi możliwymi konsekwencjami.
- Nie mogą mi nic zrobić, jestem z Unii! Idź, JUŻ! - Obróciła Tori i nawet lekko ją popchnęła, jakby pośpieszając. Shiv nie miała pojęcia skąd się wzięło u niej nagle tyle siły, ale wiedziała że nie przyjmie sprzeciwu. To było jedyne wyjście, bo...
Trzy. Nie mogła ich zostawić. Nie teraz, nie dzisiaj. Zajmowała się organizacją tego pochodu. To była jej odpowiedzialność i była gotowa zostać tutaj do końca. A po tym, po tym co się stało Lizzie... Po prostu nie mogła pozwolić, żeby to się powtórzyło. Nie. Dzisiaj. I chociaż te kolejne wystrzały, ta eskalacja przemocy sprawiała, że miała ochotę po prostu paść na ziemię i zacząć krzyczeć, musiała wziąć się w garść. Zbyt wiele od tego zależało.
Mając nadzieję, że Tori jest już w drodze do domu Shiv, dziewczyna odwróciła się. Starała się nie myśleć o tym ciele, o tej pustej skorupie po Lizzie. Nie kiedy żywi na nią liczyli.
- Ty, z DOGS! - powiedziała władczym tonem wskazując palcem na Sahira. - Zrób pożytek ze swojej mocy i pomóż mi ściągnąć z niej tego robota. Słyszałam, że jednak okazjonalnie zajmujecie się ratowaniem ludzi, a ta maszyna ją krzywdzi. - Szczerze powiedziawszy, nie za bardzo obchodziło ją, że powinni być po dwóch stronach barykady. Ona była człowiekiem, on był człowiekiem, a tamtej kobiecie należało pomóc. Nie zawracając sobie głowy tym czy mutant nie będzie chciał jej zaatakować, ruszyła do Cassandry. Miała zamiar ściągnąć z niej tego przeklętego robota jakimkolwiek sposobem - nie ważne czy miałaby go próbować zepchnąć własnymi dłońmi, walić w niego aż zwróci na nią uwagę, czy rzucać w niego porzuconymi butami.Billy Sanders - 2018-03-19, 19:50 Na zewnątrz panował kompletny chaos. Ludzie w panice próbowali odnaleźć drogę ucieczki. Wszystko działo się tak cholernie szybko, ale Billy miał wrażenie jakby wszystko następowało klatkę, po klatce. Udało mu się niezauważenie wyjść z budynku, jakby wszyscy na moment zapomnieli o tym, że ktoś przed chwilą zaatakował szefa jednej z najbardziej rozpoznawalnej organizacji w Stanach. I to działało na jego korzyść, bo miał zamiar wmieszać się w tłum i po prostu iść w swoją stronę jak długo nie będzie ścigany. Torbę z bronią wyrzucił do jednego ze śmietników. Wiedział, że być może to zostawianie po sobie śladów, ale na snajperce nie było jego odcisków palców, nie kupił jej osobiście, ani nie była to standardowa broń używana przez GC. Chciał się jej pozbyć jak najszybciej, by nie został złapany w jakiejś ulicznej łapance.
Przepychał się przez ludzi, próbując nie dać się im zdeptać. Parł do przodu z zamiarem ucieczki, ale kątem oka dostrzegł znajomą kurtkę.
Cassandra leżała na ziemi w zakrwawionej kurtce. Nie potrafił określić czy to była jej krew czy dziecka, które bezwładnie leżało obok niej. To był impuls. Zupełnie nieprzemyślany. I nieprofesjonalny, ale jedyna wymówka dla jego szefów, która przyszła mu na myśl to, to że próbował strzelić do Cassandry. Uniósł broń i strzelił w miejsce, gdzie jak uważał znajdowało się silniczek, czy tam płyta główna maszyny, która trzymała Cassandre. Tylko tak mógł jej pomóc w tym momencie.Alba Delgado - 2018-03-19, 21:10 Gdyby tylko wiedziała, że dojdzie do tak tragicznych wydarzeń. Gdyby mogła przewidzieć, że pochód niesiony pragnieniami tylu serc spłynie gęstym strumieniem krwi. Gdyby wiedziała – i choć w najmniejszym momencie nie chciała narażać bliskich, to i tak pewnie nie zrezygnowałaby z udziału. Dopiero teraz przekonała się dobitnie, że jest zbyt słaba i nieprzygotowana do tej wielkiej gry, którą prowadzili z tą antymuntancką rzeczywistością. Bezbronna walce, dobra, słodka i niewinna, ale zbyt mało potrafiła. Jej moc odpowiednio rozwinięta być może pozwoliłaby jej mącić w umysłach morderców na tyle, że mdleliby udręczeni. Tak wiele jej się zdawało. Że jest dzielna i bezpieczna, że poradzi sobie w ciężkich warunkach. Tymczasem teraz nawet nikt jej prawdziwie nie zaatakował, nie oberwała brutalnie. Okazała się krucha i przegrała ze słabością własnego ciała, a nie potężnym przeciwnikiem. Wydawało jej się, że jest cholernym bogiem tych zdradliwych emocji, choć, mimo długich treningów i ciągłej walki z własną lekkością charakteru, z wrażliwością, nie poradziła sobie.
Gniecione więc chaosem mocy i osłabieniem organizmu ciało się poddało, a wraz z nim Alba zamknęła oczy, upadając prosto w ramiona Aarona. Nie mogła więc oglądać tej walki. Nie mogła pomóc Aaronowi w żaden sposób, a zamiast tego stała się tylko balastem. Obawiam się, że gdy się zbudzi, będzie mocno przeżywała to, że zawiodła ich wszystkich. Że zawiodła siebie i uwierzyła przez moment, że jest gotowa, że może.
Nie czuła, jak Aaron podnosi ją, aby bezpiecznie zabrać z tego placu. Zasnęły wszystkie przeszywające ją na wskroś emocje. Zgasły lęki i żądza mordu. Odszedł smutek i nadzieja. Oby tylko Aaron się nie poddał.Mistrz Gry - 2018-03-19, 21:38 Marsz pokojowy.
Tym miało być dzisiejsze wydarzenie.
Miało być cichą walką o wolność. Przeciwstawieniem się niesprawiedliwości.
A jednak. Coś poszło nie tak.
Bilans już teraz wydawał się tragiczny – dwie ważne postaci polityczne zakończyły dziś swój żywot. Ostatni dech wydało małe dziecko pod opieką tej organizacji terrorystycznej, podobnie jak dorosła kobieta starająca się wszystkich chronić. Nie można też zliczyć, ile osób postronnych zostało już zranionych czy zadeptanych w panice. A to przecież wciąż nie był koniec...
Sytuacja pod sceną stawała się coraz bardziej dramatyczna. Cassandra wciąż trwała pod tymi kilogramami żelastwa poddając się swemu losowi i godząc na wszystko, co miało się z nią dziać. Dziwne. Taka postawa chyba wręcz przyniosła jej pewnego rodzaju ulgę. Już się nie bała. Zdawała się być myślami daleko stąd. I chyba to ją ratowało przed szaleństwem, mimo tragedii które ją otaczały.
Wciąż jednak nie chcieli się poddawać jej przyjaciele, którzy chronili ją za wszelką cenę. Dosłownie – gdyż właśnie Alison poświęciła to, co było dla niej najcenniejsze, byle by bronić swych pobratymców. Jej powieki się zamknęły, a ciało mimowolnie osunęło na ziemię, na której tworzyła się kolejna plama szkarłatu. Życie powoli z niej uchodziło i pewne było, że nikt już nie zdoła jej pomóc. Pozostało nam tylko wierzyć, że obrazy malujące się w jej umyśle pomogły jej w spokojnym opuszczeniu tego świata...
Ciekawe jednak, jak się zachował nasz pierwszy zamachowiec, Billy, bowiem zamiast uciec z pochodu gdy tylko miał na to szansę... Zatrzymał się. I to bynajmniej, by wspomóc „swoich”. Wystrzelił dwie kule w stronę głównego zamieszania, celując w pajęczaka zielonych. A obie jego kule... Trafiły. Przebiły ciało robota, uszkadzając po drodze jakieś ważne złącza, bowiem maszyna przestała odpowiadać. Co więcej – jeden ze strzałów odrzucił pajęczaka od leżącej pod nim kobiety, uwalniając ją spod tych cienkich nóżek, które tak pokaleczyły jej skórę...
Victoria mimo wszelkich chęci wciąż czuła lekkie oszołomienie po ostatniej utracie kontroli. Próbowała odzyskać władzę nad własnym ciałem i umysłem, gdy tylko zorientowała się, co też jej moc nawyprawiała w tej okolicy. Zapewne mocno odbije się to na jej psychice...
Starała się, walczyła sama ze sobą. Ale niestety – zamiast zapanować nad swą zdolnością, ponownie straciła kontrolę, ponownie wpływając na 3 okolicznych mutantów – Leona, Sahira i Fay. Niestety, odbiło się to również na jej samopoczuciu, powodując nagły spadek morali oraz niewyobrażalny ból głowy...
W innej sytuacji była jednak jej przyjaciółka – Shivali, która po tych wydarzeniach w końcu się ocknęła. W końcu była w stanie podjąć jakiekolwiek działanie i nie zamierzała zmarnować swej woli walki. Najpierw jednak chciała się zatroszczyć o tych, dla których ten marsz był organizowany. Poczucie odpowiedzialności mocno na nią wpłynęło – na tyle, że nie zawahała się nawet przez chwilę, gdy wręczała klucze swej przyjaciółce, by po chwili ją odepchnąć (jednak czy dobrze robiła, patrząc na jej stan?), wydać rozkazy podwładnemu D.O.G.S., a samej doskoczyć do tej biednej, leżącej mutantki. Ma więc szansę pomóc jej wstać (możliwość wykorzystania dodatkowej akcji ze względu na przerwanie tej zaplanowanej).
Allison nie marnował jednak czasu. Miał prosty rozkaz – złapać mutantów. I nie zamierzał tego rozkazu porzucić. Ruszył więc w przód z wciąż wyciągniętą i wymierzoną bronią w Leona, gdy jego maź miała okrążyć jego cel, kobietę pod pajęczakiem, hinduskę oraz umierającą królową lodu. Problem jednak pojawił się w chwili, gdy jego materia... Przestała się poruszać. Stanęła w miejscu, rozpływając się, niczym zwykła, rozlana ciecz. I nie chciała się słuchać. Co też takiego się stało?
Szansy na atak nie chciała mu jednak dawać nasza władczyni zwierząt, która natychmiast ruszyła w przód, próbując zbliżyć się do Sahira i wymierzyła w niego 2 strzały.
Jedna z jej kul trafiła mężczyznę w ramię, druga natomiast – przeleciała, do przodu, trafiając w asfalt, tuż obok stóp Shivali.
Inferno bez problemu pochwycił swą ukochaną, a nawet był zdolny jeszcze myśleć jakkolwiek logicznie. JESZCZE. Bowiem mdlejąca blondynka przysporzyła mu nie lada stresu. By nie tracić czasu i zapewnić sobie oraz 3 towarzyszącym mu kobietom możliwie jak najlepsze bezpieczeństwo, przerzucił swą wybrankę przez ramię i pospieszał swą przyjaciółkę oraz siostrę w drodze do samochodu, mając przygotowaną zapalniczkę w wolnej dłoni.
Tylko właśnie. Z tą siostrą był teraz problem. Samantha przeszła istne załamanie nerwowe, słysząc kolejne strzały, a co gorsza – widząc, jak trafiają one w jej ukochaną przyjaciółkę. Na jej szczęście jednak (czy może nieszczęście?) gen X nie zamierzał się u niej aktywować. Widać, trzeba było dużo gorszej traumy, niż ta, by obudziły się w niej iście jezusowe moce... Roseberry starała się jednak ogarnąć tą sytuację i mimo że była dużo mniejsza, starała się złapać swą wybrankę pod ramię, by móc ją doprowadzić do auta Bartowskiego. Niestety, po drodze Sam zgubiła jedną ze swych kul, prawdopodobnie przez wciąż ogarniający ją szok...
Cała czwórka ruszyła przed siebie, w tłumie. I jeśli tylko nie zmienią nagle swoich planów, prawdopodobnie będą w stanie się stąd wydostać.
Intrygujące jednak, jak w ferworze walki, rozlewu krwi i wszechogarniającej śmierci część osób była w stanie normalnie rozmawiać. A przynajmniej... Względnie normalnie. Amy wciąż znajdowała się na muszce Setha, natomiast Louanne – Zoelli. Wszyscy zdawali się jakby zmrożeni w przestrzeni... A może to wpływ jakiegoś mutanta? Kto to wie?
I chyba jedyną osobą, która zachowała resztki zdrowego rozsądku okazał się być... Lucas, który, gdy tylko dostrzegł pojazd swego agenta, wsiadł w niego bez chwili zastanowienia, a odjeżdżając z miejsca dzisiejszej tragedii martwił się jedynie swym wizerunkiem...
Nic jednak nie chciało się malować w różowych barwach, bowiem wsparcie D.O.G.S. Już dotarło na miejsce i wylądowało butami na chodniku głównej ulic Seattle. Sześciu członków oddziałów specjalnych zaczęło mknąć pod scenę, wyciągając przed siebie bronie. Co gorsza jednak – to był tylko jeden oddział. A w tylu helikopterach... Cóż. Było pewne, że to jeszcze nie są wszyscy...
______________________________________ Kolejny odpis MG -> czwartkowy wieczór.
Utrata opanowania 2K20: Samantha, Victoria
Utrata opanowania K20: Aaron
Utrata opanowania K10: Fay
Osoby mogące opuścić teren w tym poście: Aaron, Alba, Ricky, Samantha, Billy, Victoria*, Shivali* → należy wyraźnie zaznaczyć opuszczenie tematu! W innym wypadku wsparcie D.O.G.S. Wciąż ma szansę na przejęcie postaci!
*postaci z gwiazdką mają szansę wykorzystać dodatkową akcję Shivali na ucieczkę. Nie ma już możliwości dołączenia do eventu!
Postaci, które biorą udział w evencie, a nie odpiszą do kolejnego udziału mistrza gry, otrzymają ujemny modyfikator do reakcji na rzeczy, które mogą ich dotyczyć.
Numer porządkowy: 18
Dane: Sahir Allison
Rola: Wsparcie ochrony
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Czarna materia [10m/ak. (20max)]
Victoria Johnson - 2018-03-20, 01:31 I znowu ta wszechogarniająca pustka i błoga cisza. Znowu jej emocje zrobiły fikołka, całkowicie znikając na te chwile, które rozciągały się jak całe lata, kiedy do głosu dochodziła jej mutancia natura, a moc wyrywała się spod kontroli. Tym razem... Gdzieś tam czuła połączenie z Shivali, nie było takiej ciszy na linii jak jeszcze chwilę temu. I spomiędzy jakiejś zasłony, za którą się znajdowała (trochę tak, jakby była pod wodą, a głosy rozbijały się po tafli), słyszała też głos Hinduski. I to samo odczuwała w więzi, która była w niej gdzieś bardzo, bardzo głęboko.
Victoria jeszcze mocniej złapała się za głowę, czując tępy ból rozlewający się pod czaszką. I wiecie co jest najśmieszniejsze? Ból otrzeźwiał, a chociaż czuła się, jakby oberwała czymś twardym w głowę, to mimo wszystko myślało jej się jakby... lepiej. Tak, musiała stąd uciekać. Tak, nie mogli nic zrobić Shivali. Ale Tori mogli. I dlatego nie mogła wpaść w ich ręce.
Nawet nie wiedziała w którym momencie odjęła jedną rękę od głowy i skąd wzięły się w jej dłoni klucze. Wiedziała, co to za klucze, tak samo, jak wiedziała, że nie da rady Shivali przekonać, by uciekała tutaj z nią. Ale ścisnęła żelastwo w ręce, a po chwili popchnięta - kolejne otrzeźwienie - zrobiła krok do tyłu. Nie widziała już czarnej mazi, ani szalejącego powietrza, i prawdę mówiąc, to nawet nie patrzyła. Miała oczy utkwione w Shivali, a trzymając się za głowę jedną ręką, zrobiła kolejny krok do tyłu. Walić to wszystko. Jedno było pewne - jeśli ją złapią, to będzie prawdziwe piekło dla wolnych mutantów.
Wiedziała, że jest coraz gorzej z jej koncentracją, zwłaszcza teraz, skoro to tak łupało. Wiedziała, że jeszcze chwila, i już całkiem straci kontrolę nad własną mocą, więc już nawet nie próbowała nad nią panować i nie próbowała jej wyłączać. Jeśli się oddali - jej zasięg i tak zniknie i wszystko wróci do normy. Bez zbędnego kiwania głową, bez zbędnego gadania, odwróciła się i pobiegła przed siebie, byle dalej od centrum wydarzeń.Pewnym osobom, pewnych rzeczy w ogóle nie trzeba było mówić. Słowa były zbędne.Johnson skupiła się teraz tylko na tym, by biec, nieważne, że głowa bolała coraz bardziej, i że mogła za chwilę znowu poczuć tę dziwaczną pustkę - nie starała się już z tym walczyć.
Jeśli MG pozwoli, to [z/t]Leon Hawthrone - 2018-03-20, 18:32 Leon już nie zawracał sobie głowy napalonym bubkiem od psów. Musiał stąd zwiewać i to jak najprędzej. Dziękować losowi za to, że obdarował go bardziej praktyczną mocą i że mógł się poruszać trochę szybciej niż inni. Obrócił się i w tym momencie zauważył tą przemądrzałą dziewczynę z kawiarni, leżącą nieruchomo na ziemi. Westchnął ciężko w duchu, ale mając na uwadze to, że później mogłaby go dręczyć w snach za to, że ją zostawił (hehehe, taki mały joke a propos jej mocy! ) na pewną śmierć, a miał okazję ją uratować. Już miał ruszyć w jej stronę wspomagając się siłą wiatru, kiedy zorientował się, że... nie może? Jakby... masa powietrza nie chciała go słuchać? Z początku nieco spanikował, stojąc w bezruchu i próbując ogarnąć co się stało. Nie miał na to jednak zbytnio czasu - stojąc w miejscu był łatwym celem. Pomknął ku niej, przedzierając się między ludźmi. Po drodze udało mu się zgarnąć swój pistolet. Wprawdzie, jeszcze miał sztylet schowany w kurtce, ale to nie wystarczało, biorąc pod uwagę okoliczności.
- Hej, oddychaj, oddychaj! - zawołał do brunetki, ale nie był pewien czy go słyszy. Tak, wiem idiotyczne! - Dobra, Mądralińska, zwijamy się, nie będziesz tu umierać, potem... potem możesz sobie podramatyzować. - wysapał, pochylając się nad nią. Dziewczyna nadal trzymała dziecko. Martwe. Super. Biorąc pod uwagę to, że nie za bardzo chciał by mu potem suszono głowę, że a) zostawił martwe ciało DOGSom jak na tacy, żeby sobie mogli na nim eksperymentować, b) to musiało być czyjeś dziecko. Także, no, zbieranie opieprzu nie było jego ulubionym spędzaniem czasu. Dlatego, macie przed sobą Leona Odpowiedzialnego, który podźwignął je obie z ziemi. Obie były drobne i szczupłe, ale mimo to i tak było mu ciężko, bo był zwyczajnie wykończony. Zerknął na dziewczynę obok, która chyba miała zamiar zrobić to samo co on. - Trzymaj dziecko, ja wezmę dziewczynę. - powiedział do Shivali.