To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

dzielnica ochrony mutantów - Rogatki

Mary Pond - 2019-10-12, 22:01

-Ej ej ej! Bez takich! - zawołała gdy usłyszała wybuczanie Esther. Nie potrafiła nie przyznać, że to co mówiła miało wiele sensu. W końcu do ewakuacji miały cały budynek. Niezależnie od chwilowych odczuć musiały myśleć szerzej. Zastanowiła się chwilę czy da się to jakkolwiek połączyć.
-Rozumiem, że się boicie, ale chcemy czy nie, moja towarzyszka ma trochę racji. Jeśli będziemy wyprowadzać po jednym budynku w życiu się nie wyrobimy, a mamy za zadanie ewakuować całą dzielnicę. Tym niemniej pójdę z Wami. Proszę jednak o pomoc.- miała nadzieję, że pewna doza zaufania jaką zdołała teraz zdobyć pozwoli jej wyprowadzić taką prośbę i uzyskać odpowiedź twierdzącą. Bądź co bądź i tak pójdzie z nimi, a pozwoli to zebrać więcej ludzi niż tylko mieszkających w tym hostelu. W żaden sposób im to nie zagrażało.
-Potrzebuję, żebyście zebrali jak największą grupę. Poinformujcie wszystkich tutaj, pójdźcie do innych budynków na tej ulicy, weźcie ze sobą każdego kogo zdołacie przekonać do ewakuacji. Jeśli ktoś z Was jest w stanie choć w pewnym stopniu walczyć proszę żebyście mnie o tym poinformowali. Przyda się ktoś do zabezpieczania tyłów i boków grupy.- liczyła na w miarę szybką organizację. Jeśli się zgodzą, najbliższa okolica zostanie oczyszczona z ludzi w tempie, którego w dwójkę nie miały szansy osiągnąć. Jeśli nie, będzie musiała się zgodzić z Esther. Nie mogą cofać się do rogatek za każdym razem gdy jakaś grupa uzna, że jest zbyt przestraszona. Jej plan był swego rodzaju hybrydą, która zdaniem Mary powinna zadowolić wszystkich. Czy tak będzie… jeśli Ci ludzie nadal mają jakieś resztki racjonalnego myślenia to raczej tak. Mogą cierpieć i się bać, ale chyba rozumieją, że nie są w swoim cierpieniu i strachu osamotnieni?

Na samą wieść o opiece nad tą bezbronną grupą, oczy zebranych niemal rozbłysnęły na nowo. Cieszyli się, widzieli w tym swoją szansę. Dopiero teraz mogli naprawdę uwierzyć, że to ma sens, że ten szalony plan może się udać.
Zgodnie z zaleceniami mutanci zaczęli się rozdzielać. Niemal wszyscy tu zebrani mieli na sobie obroże, byli osłabieni i zdesperowani. Co silniejsi jednak najpierw rozeszli się po okolicznych blokach, by po chwili tłumnie wyjść na środek ulicy. Mogliście ruszyć - w orszaku, którego same nie mogłyście się spodziewać. Z każdym mijanym metrem było Was coraz więcej i początkowo ustalone ramy w postaci "ochrony" na krawędziach przestały już mieć znaczenie - gdy kolejni mieszkańcy dołączali do tego niezwykłego marszu. Przejście do rogatek zajęło Wam nieco więcej czasu, niż się spodziewaliście, ale chłodny deszcz okazał się dawać ukojenie najbardziej obolałym, podczas gdy zniszczone barykady rogatek - rozbudzały ciepło w ich sercach.

Vincent Edams - 2019-10-13, 06:54

Naprawdę mało brakowało. Gdyby Edams stracił zimną krew, albo miał mniej szczęścia, kły zwierzołaka by mu właśnie rozszarpywały krtań. Udało mu się jednak zachować zdrowy rozsądek i użyć broni palnej. Nicholas mógł być z niego dumny. W końcu tłukł mu do głowy, że nie można zawsze polegać na swojej mocy. Co prawda wektory uratowały go przed zmiażdżeniem, ale bez bardzo skutecznego strzału, na niewiele by się zdały.
Mutancka krew i pewnie szczątki mózgu zalały mu twarz, nadając chłopakowi mocno makabrycznej aparycji. Wciąż robił wszystko, by cielsko go zwyczajnie nie udusiło. Między jednym, a drugim ciężkim oddechem, przeszło mu przez myśl, że może nie dać rady, że w tym chaosie, nawet nikt nawet tego nie zauważy...
I wtedy nadeszła niespodziewana pomoc. Nieznajomy mu, jaszczuropodobny osobnik, postanowił mu pomóc. Na komendę, złapał się ogona gekoniastego niczym koła ratunkowego i po chwili był wolny!
Vincent rozkaszlał się, czując, że może oddychać pełną piersią, choć ból złamanego zebra mu to nieco utrudniał. Czymże jednak były te niedogodności, biorąc pod uwagę, co przeżył w laboratorium ?
- Dzięki...- wydusił z siebie do wybawcy i otarł twarz. Jedynie rozmazał bardziej ten malowniczy krwawy obrazek. Dodajmy spektakularny wybuch w wykonaniu Aarona i mamy małą apokalipsę. Gdyby nie buzująca w nim adrenalina, klepnąłby z wrażenia na oba poślady.
Wymienili z jaszczurem spojrzeniami i wiedzieli już, że będą walczyć ramię w ramię. Zapewne kręciła się też tam Lasair, ale musiała mu wybaczyć, że podczas walki o życie, przeoczył jej bohaterski rzut kamieniem.
- Chodźmy - wydyszał i ruszyli na posterunek.
Tak jak poprzednio, próbował się przebić, siejąc spustoszenie wektorami, jak i bronią. Jeżeli udało mu się przedostać, ponawiamy próbę znalezienia pokoju dowodzenia, przez który mógłby otworzyć zdalnie cele

Aaron Bartowski - 2019-10-13, 10:56

| 4 kwietnia 2019 roku

Stres wywracał moje wnętrzności do góry nogami, niemalże paraliżował ruchy. Odetchnąłem kilka razy głęboko, przecierając twarz. Ktoś chyba poklepał mnie pokrzepiająco po ramieniu. Byłem zbyt spięty, by się oglądać kto to był.
Za chwilę miałem wyjść na pole bitwy. Po raz pierwszy od trzech miesięcy? Nie pamiętałem poprzedniej potyczki, przez którą przechodziłem tak długi okres rekonwalescencji i która oblekła mnie w woal niewiedzy o sobie. Miałem amnezję. Częściową. Niektóre rzeczy pamiętałem, niektóre mi opowiedziano i, cóż, z całego serca nienawidziłem mutantów, którzy siali na zewnątrz ferment. Dam im radę, rozwalę ich. D.O.G.S. mnie potrzebowało, a ja byłem gotów.
Choć nie powinienem był, gdyż to kwalifikowało się jako niszczenie mienia państwowego, postanowiłem rozwalić drzwi. Oczekiwanie na odpowiednie pyknięcie trwało zbyt w długo. Mieli jakieś problemy techniczne. Miałem usprawiedliwienie oraz okazję, by wypróbować swojej mocy w terenie.
Drzwi eksplodowały, zapach dymu uderzył w moje nozdrza. Krzyki towarzyszy broni, ogólny chaos, który okazał się moim oczu, spowodował napływ adrenaliny do krwi i już czułem, czułem to, co musiałem czuć niegdyś, gdyż to było znajome uczucie. Wyciągnąłem broń ze strzałkami i, wyszedłszy z ukrycia, rozejrzałem się wokół, namierzając swój pierwszy cel.
Jakiś gówniarz [hello, Vincent] zmierzał w kierunku posterunku, którego zamierzałem strzec do ostatniego tchu… A właściwie, moim planem było, o zgrozo, ugaszenie pożaru w tej części dzielnicy. Do zera. By nie stanowili już problemu. By góra mogła być ze mnie dumna i świadoma, że doszedłem już do siebie.
Nie pierdoliłem się. Wycelowałem w Vincenta i oddałem strzał.

Leilah Addams - 2019-10-14, 00:40

Leilah poszukując odpowiedniego podładowania doszla na miejsce spóźniona, niestety nie miała jak dotąd szczęścia w swoich poszukiwaniach, wiedziała jednak, że prędzej czy później musi natrafić na jakieś źródło albo chociażby przewodnik energii elektrycznej więc nie traciłą nadziei. Przynajmniej plus był z tego taki, że miała pewność, że nikt nie zaatakuje ich od tyłu.
Przy postrunku znalazła się w chwili , w której drzwi wyleciały z impetem a na zewnątrz wyszli strażnicy, oraz jedna dosyć znajoma sylwetka. Aaron. Od początku za nim nie przepedała. Tyle wiedziała, a na zastanawianie się co on tutaj robi nie ma w tej chwili czasu.
Zamiast więc tracić czas na myślenie Leilah oddała się przyjemnemu odczuciu adrenaliny jak zawsze wtedy kiedy znajduje się w środku pola walki, a czego tak mocno jej brakowało. Poza tym wciąż wierzyła, że izraelskie szkolenie wojskowe jakie przeszła jest zdecydowanie lepsze niż to co mogli zaoferować strażnikom tutaj. Tak szybko jak mogła wyciągnęła więc pistolet i strzeliła jednemu ze strażników, celując między oczy, do drugiego zaś z lewej ręki posłała wiązkę elektryczności. Po tym pierwszym i szybkim ataku jednak, zaczęła się szybko wycofywac do punktu, w którym mogła znaleść jakąś osłonę. Miała nadzieję, że ci mutanci, których widziała kątem oka również wpadną na mądry pomysł zamiast na głupi, bo nie była w środku na to gotowa. Od długiego czasu jednak szykowała się na taką właśnie bitwę.

Esther Goth - 2019-10-15, 10:59

Wiedziała, że ci ludzie teraz myślą pierw o sobie, a następnie o innych. Jej zależało na uratowaniu jak największej liczby ludzi i nie zamierzała ograniczać się do tego jednego budynku. Teraz trochę żałowała, że nie poszły dalej i w drodze powrotnej nie zbierali mutantów. Przynajmniej nikt w tedy nie oczekiwał by po nich cofania się i wracania po pozostałych. Słysząc ich komentarze oraz buczenie nie przejęła się tym zbytnio. Jednak uśmiechnęła się wdzięcznie do Mary za to jak się za nią wstawiła. Następnie wsłuchała się pomysłu swojej towarzyszki.
- Jeśli zdecydujecie się nam pomóc zebrać jak największą liczbę ludzi w tedy odprowadzimy was do wyjścia. Innym wypadku pójdziemy same szukać potrzebujących - powiedziała po słowach Mary. Cóż trzeba przyznać, że dziewczyna dobrze pomyślała i znalazła idealne rozwiązanie. Żałowała trochę, że sama na to nie wpadła. Teraz wszystko zależało od nich czy zechcą nam pomóc czy też nie.
Jeśli nie to same poszukają jak największą liczbę ludzi do ewakuacji i najwyżej tych tutaj zagarną drodze powrotnej. Innego wyjścia nie ma...
- Jeśli się zgodzą dobrze było gdyby jedna z nasz była przodu, a druga zamykała ten orszak dla pewności. Skoro to twój pomysł to poprowadzisz ich do wyjścia, a ja zabezpieczę tyły - zwróciła się do swojej towarzyszki, z propozycją. Poza tym więcej pożytku z jej mocy było na tyłach. Mogła ewentualnie oślepić ogon lub zmylić ich...

Przystałaś na plan zaproponowany przez Mary, samej ustalając własną pozycję. Zabezpieczałaś tyły grupy w pierwszych minutach, jednak gdy zauważyłaś coraz liczniejszy tłum wokół siebie - nie było już sensu. Musiałabyś chyba stanąć w miejscu, by rzeczywiście iść na tyłach tego marszu. Miało to jednak swoje plusy.
- Chcemy pomóc w Waszym ataku. - Usłyszałaś w końcu ze swojej lewej, a twarzy mężczyzny, który te słowa wypowiadał nie mogłaś skojarzyć. Musiał przyjść wraz z jedną z kolejnych fal uwolnionych. - Nie jest nas wielu, ale każda para rąk się liczy, prawda? - Zapytał po chwili, nim udało Wam się dojść pod same rogatki, gdzie burza trwała w najlepsze. Gdy wielu z uciemiężonych ruszało ku budom, z nadzieją na wyjście z tego piekła - przy Tobie zebrała się mała grupka mutantów, czekająca na dalsze rozkazy.

Lasair Roarkedaughter - 2019-10-15, 12:42

Niby zwykły kamień... niby nie można nim zrobić zbyt dużej krzywdy. Jednak po tym, jak rzuciła nim licząc, że w ten piękny sposób pomoże Vincentemu. Była zadowolona siebie, że chociaż trafiła. Pech chciał, że misiu otrzymał o wiele poważniejsze rany i jej kamyk za wiele nie dał. Jednak kto wie, jakby byłoby w innych okolicznościach. Widząc, że chłopak uwalnia się spod cielska zwierzoludzia. Spojrzała na trójkę mutantów w chwili, kiedy nastąpił wybuch. Pierwszej chwili myślała, że znowu ktoś rzucił grantem nie zważając na to ilu zrani swoich sojuszników. Jednak dość szybko można było dostrzec sprawcę tego całego zamieszania.
- Nie stójcie tak, tylko dalej ruchy i nie dajcie się zabić - powiedziała do mutantów stojących za nią, by ruszyli swoje cztery litery i włączyli się do ataku. Sama miała trochę inny pomysł. Nie lubiła zbytni działać w grupie oraz opowiadać za innych dlatego pognała ich do przodu. Rozejrzała się po budynkach szukając najlepszej drogi, by zajść pana ognistego od tyłu. Jeśli nie było szans zewnątrz to nawet oknem czy po ścianie, byle tylko przedostać się za niego. Przecież już zrobił błąd skupiając się na jednym celu. Więc jeśli znalazła najlepszą drogę po budynkach to korzystając z umiejętności wspinaczki jaką posiadają pająki obrała swoją drogę. Dobrze, że w DOMu były jakieś zwierzęta jak na przykład pająki. Przynajmniej miała z czego korzystać, bo jedynie dbałaby nie zapomnieć umiejętność jej wiernego przyjaciela Jamesa, który już raz uratował jej życie.

Penelope Mares - 2019-10-15, 17:59

Nie wiedziałam co tutaj się wyrabia, ani kto przekupił Christiana do wygadywania tych wszystkich głupot. Jednak też to wszystko brzmiało strasznie nie prawdopodobnie. Jak mogłam nie pamiętać tego kim jestem. Przecież każdy człowiek potrafi opowiedzieć na to pytanie kim jesteś oraz skąd się pochodzi. Czemu oni twierdzili iż nie jestem Penelope Mares tylko jakaś tam Rebecca. Czy to, że nie potrafię zapamiętać jej imienia samo sobie znaczy, że nią nie jesteś.
- Nazywam się Penelope Mares, Penelope Mares… jestem Penelopę oraz Obiekt 478g - zaczęłam powtarzać niczym mantrę jakby to miało mi pomóc. Czuła, że moc zaczyna żyć własnym życiem i coraz bardziej sama decydowała o sobie. Jednak nie mogłam nic z tym zrobić czułam się tak jak wtedy kiedy dopiero poznawałam swoją moc. Kiedy się ją uczyłam i to ona decydowała za nim. Nawet jeśli chciałabym to już nie powstrzymałabym bym burzy, która była coraz bliżej. Jednak czy ja tego naprawdę chciałam?
Z jednej strony chciałam by rozpętało się tutaj piekło by utrudnić życie moim wrogą i by nie docierały do mnie ich słowa. Jednak z każdą minutą czułam się coraz bardziej wykończona oraz prócz bólu głowy doszedł do tego ból w klatce piersiowej i uczcie gorąca. Nie wiedziałam co to mogło znaczyć. Czy to był kolejny objaw przeholowania mocy czy też spowodowane nerwami? Odsunęłam się od nich o krok. Jak najdalej i bliżej ściany...

Christian Wilson - 2019-10-15, 20:56

Faktycznie nie potrafiłem dotrzeć do kobiety. Zwłaszcza, że próbowałem to już od dobrych kilku tygodni. Jednak nie byłem żadnym psychologiem. Nie znałem się na tej całej ich gadce i podchodzeniu do osoby chorej. Skąd mogłem wiedzieć jak dotrzeć do kobiety. Najlepiej to bym walnął ją w głowie, może w tedy coś sobie by przypomniała. Lecz już raz uderzyła się dzisiaj w głowie i nic do nie wróciła. Denerwowało mnie to, że nie ma żadnych skojarzeń, wspomnień czy też deja vu. Kompletnie nic, jakby rzeczywiście była tą osobą za którą się uważała. Wątpiłem to musieli użyć jakiś sztuczek. Zrobić coś lub wykorzystać mutanta, by poprzestawiał jej głowie. To było jedyne logiczne wyjaśnienie, ale w tedy pytanie jak to cofnąć. Jak sprawić by było dawną sobą? Jak do niej dostrzec? Naprawdę korciło mnie raz jeszcze walnąć ją w głowę lub powstrzymać. Jednak powstrzymało mnie to, że była to moja bratowa i ukochana Nicka, również to, że nie biję kobiet.
Widząc, że kobieta traci kontrolę oraz zaczyna powtarzać swoje personalia. Jakby sama próbowała siebie przekonać, że jest właśnie tą osobą. Spróbowałem do niej potrzeć spróbować czego innego niż mówić to co powinna wiedzieć. Kiedy i jeśli udało mi się zbliżyć do niej na długość ramienia to położyłem dłonie na jej ramieniu.
- Peny, spójrz na mnie - poprosiłem może używając imienia, które uważa za swoje coś da. - Jasne możesz uważać, że teraz coś ci wmawiamy. Jednak proszę cię o jedno. Odpowiedz mi na pytanie... Co pamiętasz przed listopadem 2015 roku za nim trafiłaś do DOGS. Gdzie się urodziłaś? Jak miało imię twoje dziecko oraz kto był jego ojcem? Pomyśl, proszę cię - cóż to było ostatnie co mi do głowy przychodziło by ją trochę uspokoić i być może dotrzeć do niej.

Bradley Grey - 2019-10-15, 21:09

Jak to mówią karma wraca i tak jak to on zapoczątkował wybuch, żeby dostać się do środka, tak teraz ktoś inny próbował trzymać ich z dala komisariatu. Grey nie spodziewał się wybuchu, więc nie był w stanie odpowiednio szybko zareagować - czy to przez podwojenie swojej tarczy, czy to dzięki zdolności teleportacji albo jakimś sprytnym zaklęciem.
Poczuł nagły napór na tarczę i usłyszał głośny wybuch, który odrzucił go na kilka metrów w tył. Pierwsze co zrobił po upadku to gwałtownie podniósł głowę, by ocenić co się stało, kto był przyczyną, kto razem z nim wyleciał w powietrze (dosłownie) oraz czy ktoś w pobliżu nie chce go zabić.
Zaklął pod nosem po krótkim rozeznaniu w sytuacji i podniósł się najszybciej jak to było możliwe w tej sytuacji. Dobrze, że adrenalina buzująca w żyłach swoje robiła i dzięki temu mężczyzna nie odczuwał bólu tylko napęd do działania.
Najszybciej jak mógł sięgnął po swój karabinek, który jakimś cudem przeżył upadek. Wycelował we wrogów, którzy po wybuchu wylądowali w jego zasięgu. Bez wyrzutów sumienia zaczął strzelać, żeby zabić. Nie miał czasu na sentymenty i chciał jak najszybciej skończyć tę misję, więc cel miał jeden - dobić strażników i iść do tego przeklętego komisariatu, którego obecnie pilnował przy drzwiach jakiś szeryf z Teksasu.
- Potrzebne wsparcie przy komisariacie. Był tu wybuch - powiedział do komunikatora, żeby wszyscy dookoła wiedzieli, że nie jest zbyt ciekawie. Wolał grać solo, ale w tej sytuacji nie wiedział z czym dokładnie się mierzyli i pomoc nie mogła zaszkodzić.
Postać przy drzwiach komisariatu wydawała się znajoma, ale na początku go nie poznał. Chciał raz na zawsze skończyć z tymi strażnikami i przejść dalej, właśnie pod te przeklęte drzwi, żeby odpłacić pięknym za nadobne temu debilowi co go wysadził. Przecież miał jeszcze swój granat pod ręką, więc wystarczyło poczekać na odpowiednią okazję. Zauważył coraz gwałtowniejsze zmiany pogodowe oczywiście i burzę, ale póki co miał inne priorytety. Zresztą i tak nie wiedział który mutant tym steruje, więc zajął się tymi, którymi mógł w tym momencie.

Nicholas Grenville - 2019-10-15, 22:34

Na taką przypadłość potrzeba innych metod. Tutaj niestety nie mieli czasu aby na siłę przypominać Rebece kim jest. Czas naglił, towarzysze zamachu walczą o uwolnienie uwięzionych. Słyszał strzały oraz wybuch. Niepokojące było to, że długo nikt nie zmierzał do rogatek. Co oni tam robią? Czyżby pojawiły takie problemy, jakich nie przewidywali?
Moc jego kobiety zaczęła szaleć. Znał to bardzo dobrze. Kiedyś w przeszłości też coś takiego miało miejsce. Nie panowała nad sobą. Emocje wzięły widocznie górę. Chris próbował znów do niej przemówić, kiedy w tym czasie Nicholas usłyszał Bradleya w komunikatorze.
- Przyjąłem.
Odpowiedział Bradleyowi, po czym spojrzał na Christiana, poprawiając chustę na twarzy, by ją zakryć.
- Potrzebujemy mutazyny by ją zatrzymać.
Rzucił w odpowiedzi do brata na jego wcześniejsze pytanie. Jednakże Nicholas nie zamierzał się poddać. Pomimo ulewy i wiatru, ruszył w stronę swojej kobiety.
- Rebeka... Nie jesteśmy źli. Moja córka straciła matkę i pragnie ją odzyskać. Proszę Cię byś zaprzestała używania mocy. Źle to się dla Ciebie skończy. Jeżeli przesadzisz, ta moc Cię zabije. Nie chcę Cię znów stracić, ponieważ Kocham Cię nadal.
Zmienił nieco taktykę, mówiąc szczerze i z serca. Jeżeli nic mu nie zrobiła, i pozwoliła się do siebie zbliżyć, jego celem byłoby objęcie jej i przytulenie. A nawet pocałowanie, jakby gest miłości miał jej przywrócić pamięć. Gdyby miało się nie powieść i by mu nie pozwoliła, użyłby swojej mocy, aby ją trochę poddusić zatrutym smogiem, by straciła przytomność. Wszystko zależy też od tego, czy Christian miał jakąś ampułkę, strzykawkę z mutazyną, którą by Grenville mógł użyć zamiast swojej mocy i jej wstrzyknąć. Istniała też opcja, że kobieta mogłaby próbować nie dopuścić swojego ukochanego do siebie. Nie może udać się pomóc towarzyszom, póki tego problemu nie rozwiążą. A jej moc, utrudniała wszystko.

Mistrz Gry - 2019-10-15, 23:55

Te emocje, te wybuchy...
Kto by się spodziewał, że ściana ognia będzie tracić na sile. Że ten olbrzymi pożar już po chwili zmieni się w pojedyncze płomienie tańczące na wietrze, pokonywane przez zimne krople deszczu spadające z nieba. O grozie tego miejsca wciąż Wam jednak przypominały grzmoty, które wymieniały się czasowo z kolejnymi padającymi strzałami. Jednym z tych strzałów miała okazać się strzałka, wymierzona przez Aarona prosto w naszego młodego rebelianta. Pocisk mutazynowy, choć wystrzelony z tak wielką finezją, mający idealnie trafić w swój cel - odbił się od niewidzialnej dla Bartowskiego bariery. Wektory Vincenta odzyskały pełnię swych mocy, nie tylko broniąc swego stwórcę, ale i torując drogę dla kolejnych towarzyszy. Odrzuceni wcześniej przez wybuch szwardonowcy odlecieli jeszcze dalej, boleśnie uderzając o chodniki na skraju ulicy. Pozwoliło to nie tylko mutantom zabranym z jednego z blokowisk na dołączenie do tego ataku, ale i Christopherowi, na chociaż chwilowe ogrzanie się we wciąż słabnącym ogniu. Jego pazury jak i zęby wciąż niebezpieczni błyszczały w tej ciepłej poświacie, gdy zbliżaliście się do posterunku, stając na wsprost ogniowładnego kundla, za którym - jak na zawołanie - pojawili się kolejni funkcjonariusze. W tym chaosie nie było ciężko zaatakować tych leżących. Chcąc czy nie chcąc - wspólne działania Leilah i Bradleya pozbawiły ostatnich trzech szwadronowców z zewnątrz życia. Wyrównanie do reszty grupy to zaledwie sekunda. Sekunda, która wystarczyła na określenie Waszych możliwości. To miejsce miało też swoje plusy - zniszczone ulice kryły w sobie wiele ciekawych przejść i kryjówek, których jeszcze mogliście być nieświadomi. W oczy Pani Addams rzuciła się jednak jedna z klatek - który teraz mogłaby robić za osłonę, a później - za potencjalną drogę ucieczki.
Nim Lasair się od Was oddaliła, z ulgą mogła stwierdzić, że osoby zebrane przy wejściu, to prawdopodobnie wszyscy funkcjonariusze. Nikt nie powinien teraz pilnować celi, nikt nie powinien się ukrywać. Pięć par. Pięciu kundli wraz z pięcioma panami. Wszyscy stojący w wejściu, z wycelowanymi w Was broniami.
- To ostatnie ostrzeżenie! - Krzyknęła kobieta stojąca najbliżej piromaniaka.- Macie ostatnią szansę by się poddać! - Dodała po chwili, poprawiając swój karabinek przy ramieniu. Roarkedaughter mogła się cieszyć - mutanci na środku ulicy skupiali na sobie tak wiele spojrzeń, że bez problemu mogła znaleźć dla siebie drogę. Wystarczyło wzbić się na budynek po lewej, przebiec kawałek dachem i przeskoczyć na dach komisariatu. To... Nie mogło być takie trudne, parkourowcy przecież robią to na okrągło, prawda?

Pod samymi rogatkami pojawił się jednak tłum - za przewodnictwem Mary, doprowadzony bezpiecznie pod samo epicentrum naszej burzy. Nikt nie był jednak świadomy, że to właśnie kundel z budki może być odpowiedzialny za tę pogodę. Nikt nie traktował tego zjawiska ponad przeciętnie - ot, nieco deszczu i wiatru, komu to mogło zaszkodzić? Przed nimi była już niemal droga wolna, z tego miejsca mogli już iść sami - no chyba, że jednak nasze towarzystwo w budce zmieni swój plan działania?
Rozmowy, przekonywanie, dotyk. To były rzeczy, które wydawały się tak naturalne dla osób w bliskich relacjach, ale czy Penelope odnajdzie swą rodzinę w Christianie i Nicholasie? Czy ich słowa i gesty uruchamiały w niej te ukryte i zapomniane wspomnienia? A może uznawała to za łgarstwo jakich mało? Burza już dawni wymknęła się spod jej kontroli, ale przecież z całą pewnością - to nie wszystkie asy w jej rękawie.
Podobnież było w przypadku naszej drogiej Esther - która mimo początkowej niechęci do mieszkańców getta, w końcu odnalazła dodatkowe ręce do pracy. Czy jednak pozwoli tym zaobrożowanym mieszkańcom ruszyć za sobą w wir walki?
Przekonajmy się.

___________________________

MG oczekuje na odpowiedzi do 72h (19.10 ok. 20.00), post MG pojawi się do 24h od uzyskania ostatniej odpowiedzi.



Rzuty:

Statystyki:
Ukryj: 
Numer porządkowy: 1
Dane: Vincent Edams
Żywotność: 100%
Opanowanie: 95%
Inne: Kamizelka kuloodporna, kominiarka, pistolet, naboje, krótkofalówka, noże do rzucania, podręczna apteczka (opatrunki, opaska uciskowa, płyn do odkażania ran)
Numer porządkowy: 2
Dane: Bradley Grey
Żywotność: 95%
Opanowanie: 100%
Inne: po 1 granacie: obronne, przeciwpancerne, błyskowo-hukowe, dwa noże taktyczny bojowy RUI, 2 pistolety Desert Eagle, karabinek AK, kuloodporny hełm Ronin Devtac, kamizelka kuloodporna + plecak z nabojami, wodą i podręczną apteczką.
Numer porządkowy: 3
Dane: Nicholas Grenville
Żywotność: 83%
Opanowanie: 95%
Inne: Dwa pistolety desert eagle + zapasowe naboje wymienne, po dwa opakowania na jedną broń. Noże do rzucania, skrywane w obuwiu. Kamizelka kuloodporna. Broń palną ma ulokowaną w kaburach, umocowanych na pasku od spodni. Z kolei naboje, zapałki, scyzoryk, apteczka, po 1 granacie: obronne, przeciwpancerne, błyskowo-hukowe,, opaski zaciskowe (długość odpowiednia np. do skrępowania dłoni wroga) schowane ma w małym plecaku jaki wziął ze sobą.
znaczące obrażenia: rana po kuli prawej dłoni
Numer porządkowy: 4
Dane: Esther Goth
Żywotność: 100%
Opanowanie: 94%
Inne: kamizelka kuloodporna; krótkofalówka; noże do rzucania; pistolet Beretta M9A3 kal. 9x19 Black; naboje
Numer porządkowy: 5
Dane: Lasair Roarkedaughter
Żywotność: 68%
Opanowanie: 70%
Inne:
Numer porządkowy: 6
Dane: Penelope Mares
Żywotność: 100%
Opanowanie: 69%
Inne: broń, naboje, krótkofalówka, obroża, czip, wyposażenie służbowe D.O.G.S.
znaczące obrażenia: wstrząśnienie mózgu
Numer porządkowy: 7
Dane: Christian Spivey
Żywotność: 87%
Opanowanie: 100%
Inne: pistolet, naboje, krótkofalówki, kamizelkę, obroże, chip, nóż,
znaczące obrażenia: złamanie prawej ręki
Numer porządkowy: 8
Dane: Mary Pond
Żywotność: 100%
Opanowanie: 81%
Inne: -scyzoryk (klasyczny: śrubokręcik, dwa noże, pilniczek, nożyczki, korkociąg i otwieracz do kapsli) -butelka wody (0,5l) -notesik z notatkami i rysunkami, ołówek z gumką i jakiś długopis -plecak mieszczący w sobie wszystko powyższe i mający po kieszeniach masę śmieci w stylu jakiś spinaczy, papierków czy gumek recepturek -standardowy strój: spodnie, sportowe buty, koszulka, bluza z głębokim kapturem i chusta, na razie na szyi,
Numer porządkowy: 9
Dane: Christopher Varcer
Żywotność: 60%
Opanowanie: 70%
Inne: Czarna maska i zwyczajne odzienie. Brak noszonej broni oraz jakiejkolwiek zawartości w kieszeniach. Postać jest zachipowana.
Numer porządkowy: 10
Dane: Leilah Adams
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: 2 pistolety, 3 noże, naboje, kamizaleka kuloodporna, rękawiczki bez palców, krótkofalówka, granaty - plecak a w nim: apteczka (bandaż, woda utleniona, opaska), woda mineralna



Penelope Mares - 2019-10-16, 10:10

Pozwoliłam zbliżyć się do siebie Christianowi jak i jego towarzyszowi. Nie miałam jak się bronić ani też jak użyć swojej mocy. Zwłaszcza, że już nie panowałam nad nią teraz to żyła własnym życiem. Poza tym nie byłam pewna czy odzyskam władzę nad własną mocą. Zwłaszcza, że czułam się wykończona zarówno korzystaniem mocy jak i tymi bólami. Nie wiedziałam skąd one się wzięły. Próbowałam skupić się na słowach mężczyzn. Jednak docierały do mnie jak za ściany. Słyszałam jak Chris prosi mnie bym sobie coś przypomniała. Naprawdę próbowałam to zrobić od lat. Nie pamiętam nic przed 2015 rokiem. Lekarze z DOGS twierdzili, że być może nigdy nie odzyskam pamięci, zwłaszcza po wypadku jakim przeszłam. Nie wiedziałam jaki wypadku mówili, ani co w tedy się wydarzyło. Jedynie wiedziałam, że był on spowodowany przez mutanta i to właśnie nim zginęło moje dziecko. Słysząc słowa Chrisa i Nicka... Przywołam pamięci wspomnienia jakie do mnie wróciły.
- Miałam wypadek, który spowodował mutant zginęło w nim moje dziecko... Nic więcej nie pamiętam prócz kilku przebłysków. Twój głos, śliczna mała dziewczynka o niebieskich oczach - powiedziałam nie byłam pewna czy była to dziewczynka, ale była ubrana na różowo. A chyba chłopca się tak nie ubiera.
- Nie mogę, nie chce - powiedziałam, bo nie wierzyłam w ich słowom. Poza nie mogłam powstrzymać pogody zwłaszcza w tym stadium. Kosztowało by mnie to o wiele więcej energii niż miałam. Jednak też nie chciałam też jej powstrzymać. Pracowałam dla Rządu moim obowiązkiem jest zrobić wszystko by powstrzymać zagrożenie i uciekających mutantów.

Mary Pond - 2019-10-16, 12:28

Oczywiście, że stanęła w obronie Esther. Pod wpływem emocji Mary zdarzało jej się działać pochopnie, zapominając o większym obrazie, ale potrafiła docenić dobre argumenty. Towarzyszka przypomniała, że jakikolwiek miło z jej strony, że była gotowa zrobić dziesiątki kursów do rogatek i z powrotem żeby wyprowadzić stąd wszystkich, to było to skrajnie nieefetktywne. To ostudziło zapał Mary na tyle, że udało się w tej rudej głowie stworzyć jakiś plan.
Bardzo się ucieszyła widząc, że wszyscy się zgodzili, a potem widząc pochód i słysząc za sobą jak rośnie niemal się wzruszyła. Skrzywdzeni ludzie pomagający sobie wzajemnie. Wystarczyło dać im okazję i wskazać kierunek. Szli wolno. Wolniej niż by chciała, ale nie zamierzała ich poganiać tłum zawsze porusza się wolniej od pojedynczej osoby. Jakby próbowała ich przyspieszyć, ktoś mógłby zostać stratowany, a tego na pewno nie chciała.
W końcu dotarli pod rogatki. Nie było po drodze żadnych problemów, wręcz przeciwnie. Na miejscu jednak nie była pewna co z nimi zrobić. No przyprowadziła ich, ale jest się nimi kto tu zająć? Nie była taka pewna. Spojrzała na drugą stronę przejścia, potem obejrzała na Esther. Znalazła jakąś ekipę. Dobrze choć Mary nie była pewna czy to na pewno dobry pomysł by pozwolić im pomóc. W końcu byli osłabieni. Uznała jednak, że jej nowa znajoma potrafi racjonalnie myśleć. Zdążyła się już o tym przekonać. Postanowiła jej tu zaufać i doprowadzić do końca to co zaczęła. Rozejrzała się za kimś kto może lepiej od niej ogarnąć organizację tego wydarzenia. Zauważyła blondyna w budce. Rozmawiał z dwoma... kundlami? Wyglądali na kundli. Mieli obroże i byli w za dobrym stanie na ludzi tu zamkniętych. Jednak nie było tam walki, więc... No dobra, najwyżej ją wywalą. Po prostu podeszła. W razie czego w dłoni miała gotowy pistolet z mutazyną.
-Co z tymi wszystkimi ludźmi? Po prostu mają stąd wyjść?- spytała pewnie z wyczuciem młotka z taniego sklepu budowlanego, ale nie zamierzała czekać aż skończą.

Lasair Roarkedaughter - 2019-10-17, 14:09

Cóż żyła w tym miejscu jakiś czas, a wcześniej miała okazje żyć na ulicy. Sztuką życia nie mając niczego jest kierowanie się zasadami. Pierwsza zasada zobacz wszystko swojej głowie, kieruj się intuicją i nikomu nie ufaj. Zdrada może spotkać cię z każdej strony, a najbardziej boli ze strony bliskich osób. Dlatego by przeżyć kierowała się swoimi zasadami, a raczej tymi, którymi wpoili jej rodzice. Rozejrzała się z ulgą stwierdzając, że wszyscy, a przynajmniej większość funkcjonariuszy wyszła na zewnątrz. Dodatkowo była skupiona na mutantach atakującymi od frontu. Rozglądając się dostrzegła najlepszą drogę do siebie. Tak jak początkowo planowała sięgnęła po umiejętność pająka, by wspiąć się po swojej lewej stronie. Będąc na szczycie spojrzała w stronę komisariatu... a teraz wystarczyło skoczyć. To nie mogło być trudne? Jednak na wszelki wypadek wróciła do umiejętność kota. Wiadomo koty mają w sobie wiele gracji, a poza tym potrafią z łatwością pokonywać przeszkody. Skoczyła na dach komisariatu stamtąd raz jeszcze spoglądając na to co dzieję się przed komisariatem i szukając jakiegoś wejścia do niego. Jeśli znalazła miejsce, przez które dało się wejść to weszła do środka.
Była w nim tyle razy, że powinna bez trudu znaleźć cel oraz do siedziby głównej. Jednak pierw cele tam mogła uwolnić mutantów w nich przybywających, którzy pomogliby niszczyć budynek od środka. Wojnie najważniejsze jest to, by nie dać się zajść od tyłu, a uwalniających ich by zdali atak ze strony, której by się nie spodziewali.

Christopher Varcer - 2019-10-17, 17:18

Żarty już dawno się skończyły, lecz funkcjonariusze tym razem pokazali to wyjątkowo dosadnie, pojawiając się w drzwiach komisariatu i celując do mutantów z prawdziwej broni, a nie tej ze strzałkami z mutazyną.
Christopher od razu obrał za swój cel kundla władającego ogniem z zamiarem brutalnego dźgnięcia go kolcami na przedramieniu, lecz widok wymierzonej w ich kierunku broni natychmiast go zatrzymał. Mimo burzy negatywnych emocji, ogoniasty mutant poczuł się, jakby właśnie wylano na niego wiadro zimnej wody. Co prawda nie uniósł rąk w geście poddania się i nadal wściekle warczał na Aarona oraz funkcjonariuszy, jednak pochylony korpus jasno wskazywał, że tracił dotychczasową pewność siebie i nie zamierzał zbliżać się do komisariatu, dopóki pozostawał na celowniku. Jeden niewłaściwy ruch któregokolwiek z towarzyszących mutantów wystarczyłby, aby mogli otworzyć do nich ogień. Jeśli mieli coś zdziałać, musieli to zrobić szybko.
Gdyby tylko w jakiś sposób udało się komuś rozproszyć uwagę funkcjonariuszy/unieszkodliwić ich, Christopher natychmiast skorzystałby z okazji i zaatakował przy użyciu naturalnego uzbrojenia. Dopóki jednak mierzyli w ich stronę, jaszczurowaty mieszkaniec DOMu posłusznie stał w miejscu, choć wciąż prezentował swoje ostre kły z niepodobną do niego nienawiścią. Czy aby na pewno wciąż kierował się wyłącznie myślą o innych, czy jednak zaczynała się w nim odzywać osobista żądza zemsty za to, co mu robili?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group