The Gifted - 2018-02-02, 20:14 Temat postu: Gabinet Przywódcy Bractwa
Fay Murphy - 2018-04-04, 12:58 //dzień po marszu pokojowym
Poprzedni dzień był koszmarem, ale gdy już lecznicze dłonie Matildy zadziałały, ból zamienił się już tylko w lekki dyskomfort, możliwe, że nawet nie związany bezpośrednio z samą raną. Po prostu... Fay nie była przyzwyczajona do tak szybkiego gojenia się ran, nie mówiąc już o paskudnych ranach postrzałowych i wciąż... no nie wiem, czuła, że coś jest nie tak? A przynajmniej powinno? Nie zdziwiłabym się, gdyby to wszystko siedziało jedynie w jej głowie.
Do obozu wróciła dzień wcześniej, jednak stwierdziła, że zamiast pędzić do biura na złamanie karku, najpierw nieco się ogarnie, bo wyglądała... no po prostu źle. Straszyła rozerwanymi spodniami, krwią na ubraniach, wciąż bladą twarzą, która dopiero teraz powoli nabierała barw, gdy dopompowana została odpowiednia ilość krwi na miejsce tej, którą straciła wczoraj. Wręcz musiała wziąć prysznic, wyspać się i przebrać, nie tylko dla własnego komfortu, ale także i innych.
Zresztą, minął już prawie dzień. Fay była przekonana, że przez ten czas ludzie z bractwa, których widziała na marszu, zdążyli już dawno wrócić do Olympii i przekazać, co się stało. A jej raport... cóż, z pewnością mogła powiedzieć o zdarzeniu więcej, niż osoba z tłumu, dlatego też nie zwlekając dłużej pojawiła się w Głównym Biurze Bractwa i zapukała do gabinetu Colleen, a gdy uzyskała odpowiedź, weszła do środka.Ricky Roseberry - 2018-04-05, 16:04 /po powrocie z marszu i kryjówki
Nie wiedziałam co właściwie teraz zrobie, ale trzeba było porozmawiać z Colleen. Miałam taki zamiar właśnie dzisiaj. Chciałam jak najszybciej jechać do Sami. Nie wyobrażałam sobie tego co ona teraz przeżywa. Była silną kobietą i właśnie dlatego ją podziwiałam, ale teraz.. Sama nie wiem. Nie chciałam by się załamała. Nie w momencie kiedy miała mnie. Właśnie dlatego chciałam przyjechać do Olympii i spakować się. Nie ważne czy Colleen pozwoli mi wyjechać. Miałam to gdzieś. Nie zostawię kobiety którą kocham. Nie w momencie gdy Tony pomógł mi podjąć najważniejszą decyzję w moim życiu. Kocham ją i nigdy jej nie zostawię nawet jeśli miałoby to oznaczać wygnanie z bractwa. Uśmiechnęłam się gdy zobaczyłam drzwi do biura Colleen. Zapukałam i weszłam nie czekając na zaproszenie. Pierwszą rzeczą, a raczej osobą rzucającą się w oczy była kobieta, którą zaledwie kojarzyłam z bractwa. Nie interesowało mnie to kim ona jest jednak z grzeczności skłoniłam się jej leciutko nie odrywając od niej oczu. Domyśliłam się jednak że musiała być informatorem skoro przyszła do naszej "szefowej". Uśmiechnęłam się leciutko do siebie i stanęłam z boku czekając na dalsze wydarzenia i swoją kolejkę. W aucie miałam już uszykowane torby z ciuchami a w domku zostawiłam dla Rocky liścik że przez pare dni mnie nie bedzie. Mialam nadzieje ze to bedzie tylko pare dni. Oparłam sie o sciane i zastanawialam sie czy ktos jeszcze przyjdzie.
/post z tel wbije na kompa zmienie na polskie znaki :* srk.William Hopper - 2018-04-05, 19:20 /25.02
Hopper od pewnego czasu zaczynał mieć wrażenie, że jeśli przyszedł do Bractwa po odrobinę bezpiecznego schronienia na wypadek, gdyby jego migreny stały się nieznośnie uciążliwe, to podjął chujową decyzję. Od kiedy trafił do tego cudownego miejsca, jego życie zaczęło przybierać niepokojąco niebezpieczne tory, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to nie były jego problemy. To nie on zgubił swoje dziecko. To nie jego przyjaciółki radośnie się wykrwawiały podczas Marszu Pokojowego.
Właśnie, Marsz Pokojowy. Mógłby mu ktoś wyjaśnić, co tam się właściwie do cholery stało? Strzelaniny nie brzmią szczególnie pokojowo. Z mediów ciężko było się dowiedzieć czegokolwiek wartościowego, a nagrania z monitoringu pozostawiały stanowczo zbyt wiele do życzenia. Dlatego chyba ciężko się dziwić, że kiedy tylko usłyszał, że Colleen planuje jakieś zebranie w tej sprawie, wiedział że na pewno na nim będzie. Już nawet nie chodziło o to, żeby nie pozwolić Bractwu zrobić czegoś idiotycznie głupiego. Chciał wiedzieć na czym stoi.
Przyszedł na miejsce przed czasem i stanął gdzieś z boku, ale tak żeby mieć na wszystko dobry widok. Wiedział, że na razie miał zamiar uważnie wszystkiego słuchać i dokładnie analizować każdą informację, a dopiero później - ewentualnie - się wypowiadać.
/mam dużo gier, więc możliwe że ominę parę kolejek ;-;Colleen Marie - 2018-04-06, 17:29 | po wszystkich grach świata.
Słyszałam, że coś się stało, że stało się coś okropnego na Marszu Pokojowym. Wiedziałam, że były ofiary, ale nie znałam szczegółów. Nie chciałam dowiadywać się o wszystkim z gazet, czy z telewizji, dlatego zwołałam zebranie na następny dzień. Musiałam się dowiedzieć wszystkiego bezpośrednio od swoich informatorów, a także od mutantów, którzy postanowili na Marsz się wybrać. Ja co prawda nie do końca popierałam tę inicjatywę... Uważałam, że ten cholerny marsz nic mutantom nie da. Nie za bardzo też zgadzałam się, gdy mieszkańcy Bractwa przychodzili do mnie i przekazywali mi informację, że oni tam na ten marsz idą. Uważałam, że to zbędne ryzyko, ale nie protestowałam, nie zatrzymałam nikogo, a... ewidentnie powinnam. No cóż. Marsz okazał się ogromną kleską, tylko tyle wiedziałam, ale oczywiście musiałam dowiedzieć się więcej. No i może zabrzmi to okrutnie, ale... ale wieść o tym, że znowu coś się odjebało, że z moim życiu - i w życiu innych - pojawił się kolejny problem... ta wieść wcale mnie nie zaskoczyła. Przyjęłam to ze spokojem, bo ostatnio wszystko się przecież pieprzyło.
Siedziałam w swoim biurze, z kubkiem zielonej herbaty w dłoni, a nade mną stała Leilah. Odkąd dowiedziałyśmy się o mojej ciąży, kobieta nie opuszczała mnie niemal na krok, za co byłam jej szczerze wdzięczna. W sumie... w sumie to nadal nie podjęłam jeszcze żadnej decyzji dotyczącej mojej ciąży, ale póki nie było widać brzucha... miałam czas.
Z przemyśleń jednak zaczęły wyrywać mnie odgłosy pukania, a ja oczywiście wpuszczałam wszytkich do środka, no i gdy już naprzeciwko mnie stała Fay, Ricky i Axon, postanowiłam się odezwać.
- Okej. Fay, mów spokojnie, co się działo. - mój głos był bardzo spokojny, niemal kojący. Wlepiłam wzrok w kobietę, która wyglądała na bardzo cierpiącą i wcale jej się nie dziwiłam. Też cierpiałam. Serce pękało mi na kawałki, choć jeszcze nawet nie wiedziałam kto zginął. Co prawda nic nie było po mnie widać, ale... bolało. Kolejna porażka. Kolejne straty. Kolejne cierpienie.Rocky Roseberry - 2018-04-06, 20:02 // 25. 02 ( czytaj po wszystkich grach)
Nie poszła na marsz, bo nie wierzyła w jego ideologie, że jakiś marsz pokojowy jest w stanie odmienić los obdarzonych darami. Po prostu nie wierzyła w to i chyba nie uwierzy. Dopóki na świecie będą ludzie tak radykalni, że nie widzą w nas ludzi. Przecie my jesteśmy nimi tylko obdarzeni darem. Czy to nasza wina? Większość z nas pewnie się nawet o to nie prosiła. A jednak posiadali najróżniejsze moce?
Przyszła na to spotkanie, bo chciała dowiedzieć się co tak naprawdę tam się wydarzyło. Ilu ludzi z bractwa byli tam? Jak bardzo zostali rani? Wiele innych pytań, które nanosiły się jej na myśl.
Niestety brew sobie lekko spóźniła się na spotkanie, które zorganizowała Colleen. Ponieważ weszła akurat, kiedy przywódczyni zwracała się do Fay by zaczęła opowiadać.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała do zgromadzonych dostrzegając wśród nich Ricky. Jednak spojrzała na nią tylko przez sekundę zaraz odwracając wzrok od niej nie była jeszcze wstanie na nią patrzeć. Zbyt świeża była ich sprzeczka ale ulżyło jej, że tutaj jest. Bała się, że mogło coś się jej stać. Przecież poinformowała ją, że zamierza iść na niego.Matilde Wallace - 2018-04-06, 20:38 /dzień po leczeniu Fay
Pierwszy raz od dwóch lat miała kaca. Do tej pory zgrabnie udawało jej się unikać alkoholu, jednak zeszłej nocy… nie wytrzymała. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jakiekolwiek wysokoprocentowe trunki w jej przypadku były pierwszym krokiem ku powrotowi do nałogu, ale nie miała już siły na dalszą walkę. Właściwie to wypiła zaledwie kilka kieliszków wódki. I jeśli ją pamięć nie myliła to już po dwóch kręciło jej się w głowie. Tak, nie była najwytrawniejszym zawodnikiem. I tak, alkohol aż nadto mącił jej w głowie. W głównej mierze dlatego go tak bardzo unikała. Niemal jak ognia. Dlatego też obudziła się z potwornym bólem głowy i przekrwionymi oczami. Wyglądała na wczorajszą, a siniak na policzku po uderzeniu Gardner – tylko potęgował jej beznadziejność. Miała to jednak gdzieś.
Prawdopodobnie olałaby też zebranie Bractwa, gdyby nie fakt, że rzeczywiście chciała się czegoś dowiedzieć. Dowiedzieć i załatwić kilka spraw, które nie dawały jej spokoju. To wszystko. Ubrała wiec na siebie ciemną bluzę i okulary przeciwsłoneczne, po czym z papierosem między zębami udała się do siedziby. Weszła, nawet nie dbając o to, czy komuś właśnie przeszkodziła. Nie odezwała się, nie przeprosiła za spóźnienie, nie obdarzyła nikogo nawet sekundowym spojrzeniem. Po prostu stanęła gdzieś w kącie, zakładając dłonie na wysokości klatki piersiowej i z wciąż założonymi okularami słuchała. Po prostu. Starała się nikomu nie wadzić. I miała nadzieję, że to zadziała w dwie strony.Fay Murphy - 2018-04-06, 22:22 Fay była o dziwo spokojna. Wczoraj przeżyła już chyba wszystko, co najgorsze, zdążyła się z tym przespać, przemyśleć pewne sprawy, by na ten moment spojrzeć na wszystko całkiem trzeźwo i z dystansem. Owszem, było jej szkoda ofiar, jakie pochłonął marsz, żałowała mutantów, którzy zostali złapani, ale ostatecznie nikomu, kogo dobrze znała, nie stało się nic złego. I bardzo się z tego powodu cieszyła, w życiu straciła już zdecydowanie za wiele osób. Cóż, w tym przypadku o wiele łatwiej było oddzielić wczorajszy dzień grubą linią.
Murphy zajęła miejsce gdzieś przy oknie, opierając się o parapet i nieco odciążając uleczoną wczoraj nogę. Czekała aż pojawią się ostatnie osoby, zajmą miejsca, a Colleen się odezwie, jednocześnie starając sobie przypomnieć i poukładać w głowie wszystko, co się wczoraj wydarzyło. Nie powiem, trudne to było zadanie, ze względu na chaos, jaki tam potem zapanował.
- Na początku było spokojnie, zwykła polityczna szopka w wykonaniu Haywell'a i... Smitha? Bodajże tak się nazywał ten drugi. Byli na scenie, dyskutowali... normalne wystąpienie - zaczęła, zaplatając ramiona na wysokości piersi. Zebraniu myśli wcale nie pomagał fakt, że wzrok wszystkich był teraz zapewne skierowany na nią - Nie wiem skąd dobiegł pierwszy strzał... chyba skądś wyżej, okno budynku, może dach... trafili Haywell'a, a po tym jak upadł, przemienił się w jakiegoś... włochatego stwora? - rzuciła, wzruszając lekko ramionami i przerywając na chwilę po tych rewelacjach. Prezes GC mutantem, kto by się spodziewał? Domyślała się, że trochę się to odbije na całej organizacji - Pod sceną była ta dziewczynka... Lizzy Addams... straciła kontrolę nad mocą i dosłownie zmiotła Smitha ze sceny. Rozwalił sobie głowę - okej, jednak nie było tak łatwo mówić o tym wszystkim, gdy się tam było i widziało to wszystko nawet, jeśli oczami kogoś innego - Potem ją też zastrzelili. Cassandra, Alison Blake i jeszcze jakaś jedna chciały jej pomóc, ale... mała wykrwawiła się u Cass na rękach - Fay westchnęła pod nosem, spuszczając na chwilę wzrok w dół. Szkoda małej, Cass opiekowała się nią przez co Murphy miała okazję ją kilka razy spotkać. Zdecydowanie nie zasłużyła na taki los - O innych nic nie wiem, skupiłam się głównie na nich. A potem... potem już wszystko się spieprzyło. Pojawili się DOGS, zaczęli łapać, kogo popadnie, wszyscy zaczęli uciekać i... to by chyba było na tyle. Komu udało się uciec - uciekł, a reszta albo jest u DOGS, albo... no... nie żyje - przygryzła lekko wargę, podnosząc wzrok na resztę. Nie wiedziała, ilu osobom dokładnie się powiodło, ilu nie, ale cóż, innej niż te trzy opcje nie było. Jej samej cudem udało się wydostać. Właściwie gdyby nie Cass, to zamiast opowiadać o akcji tutaj, byłaby przesłuchiwana przez DOGS.Leilah Addams - 2018-04-06, 22:31 Leilah faktycznie od czasu, kiedy Colleen do niej przyszła i poinformowała o ciąży nie spuszczała oka z niej. Teraz naprawdę odgrywałą rolę ochroniarza, ale może i doradcy, dzięki, któremu przywódczyni może być silna. Wiedziała, że dla niej panny Marie to ciężki czas, jednak nie można było okazać teraz słabości. Poza tym lubiła rodzinę Marie, zarówno nieżyjącą matkę jak i córkę. Yvonne zapewne chciałaby, by ktoś opiekował się jej młodziutką córką w tych ciężkich czasach. Leilah nie mogła zastąpić matki, jednak była prawie dziesięć lat starsza, miała prawdziwe wojskowe przeszkolenie i ofensywne moce. W obecnych warunkach taki opiekun musi wystarczyć.
Stała więc teraz obok biurka Colleen z rękami zaplecionymi na piersiach, w czarnej skórzanej kurtce i ciężkich wojskowych butach. Na wypadek jakby trzeba było kogoś dobrze skopać, żeby wróciła na swoje miejsce. Wystarczyło jedno słowo Colleen, lub niewłaściwe zachowanie ze strony kogokolwiek. Poza tym chciała też wysłuchać sprawozdania z marszu. Sama nie poszła na niego, było bowiem bardziej zajęta szukaniem córki niż uczestniczeniem w jakichś lokalnych bzdurach jak marsz pokojowy. Nie wierzyła w takie rzeczy. Nie wierzyła w pokój. Będzie my albo oni. Wygrani i przegrani. Jednak chodzą słuchy, że zginęli tam ludzi, i to najwięcej z Bractwa. Reszta jej nie interesowała na dobrą sprawę. Trzeba będzie wymyśleć jakiś odwet. Jednak najpierw wysłucha co mają do powiedzenia. I wciąż czuła na ręku ranę zadaną jej prze tego buca Hoppera. Jednak nie miała najmniejszego zamiaru pozwolić by to w jakikolwiek sposób ją spowolniło.
Potem wszyscy zaczęli się powoli schodzić, a Leilah wodziła po nich wzrokiem. W końcu jedna z dziewczyn, Fay zaczęła opowiadać po kolei co tam się wydarzyło. Kiedy padło imię Lizzie, Leilah na początku myślała, że się przesłyszała, dlatego potrzebowała tych kilkunastu sekund na zebranie myśli, co dało Fay czas na skończenie opowieści. Jednak kiedy była pewna, że dziewczyna mówi o małej dziewczynce i nie jest to zbieżność nazwisk z jakąś inną kobietą, to w tej samej chwili z wszystkich gniazdek w pomieszczeniu zaczęły wydobywać się iskry, a Leilah rzuciła się na Fay ze swojej pozycji przyduszając ją do ściany.
-Moja Lizzie...moja Lizzie nie żyje?! KURWA! Od jak dawna tutaj była? Kto ją zastrzelił? I co ważniejsze kto ją kurwa zabrał na ten pierdolony marsz?! KTO? rzuciła wciąż podduszając Fay, dugą ręką dotykając kontaktu znajdując się w pobliżu. Wyraźnie się naładowywała, żeby jej moc była jeszcze większa. przez jej oczy przechodziły elektryczne wyładowania. Nie czuła na razie nic poza wściekłością. Pamiętała słowa generała Avena z czasów swojej służby 'Wojownik opłakuje zmarłych dopiero po zakończeniu wojny' Nie mówił jednak nic o zemście. Coraz więcej iskier wystrzeliwało z kontaktów, również przez lampy zaczęła płynąć coraz mocniejsza wiązka prądu. Tak mocna, że styki w żarówkach po prostu się przeplałąy. Nawet powietrze zaczynało inaczej pachnieć od tylu wyłądowań.Bradley Grey - 2018-04-06, 23:36 //najnowszy
Bradley był dzisiaj na straży. W końcu musiał pilnować bezpieczeństwa mutantów z bractwa. Niestety słyszał, że na marszu pokojowym wydarzyło się coś strasznego. Co prawda nie znał szczegółów, ale dostał informacje, że w gabinecie Colleen jest zebranie. Chciał tam być, ale musiał dokończyć swoją wartę, bo w końcu bezpieczeństwo obozu miało priorytet.
Na zebranie przyszedł więc nieco spóźniony. Wszedł w momencie, w którym Fay opowiadała, jak się za chwilę okazało, o wydarzeniach z marszu. Nietrudno było się domyślić, że była bezpośrednim informatorem z tego eventu. Kiwnął głową do Colleen w ramach przeproszenia za spóźnienie, ale nie odezwał się, żeby nie przerywać. Akurat zdążył się dowiedzieć, że strzały rozpoczęły masakrę.
Gdy Fay skończyła mówić, Brad stojąc pod ścianą spuścił głowę, wyraźnie zmartwiony sytuacją. Nawet marszu pokojowego nie potrafili uszanować. To była przesada. Zacisnął dłonie w pięści, mając chęć iść do nich i rozerwać na strzępy każdego po kolei, który choćby przyczynił się do tej masakry.
Potem Leilah doskoczyła do dziewczyny i zaczęła ją podduszać, by wydobyć informacje o swojej córce. Brad skrzywił się na ten widok. Emocje wzięły górę, ale co biedna Fay miała z tym wspólnego? Nie powinna się na niej wyżywać, zwłaszcza że zaczęła świrować z elektrycznością.
- Leilah - wypowiedział jej imię ostrzegawczo. Nie chciał używać wobec niej swoich mocy, bo wewnętrzne walki nie były w ich interesie. - Nie zapominaj kto jest prawdziwym wrogiem. Ricky Roseberry - 2018-04-07, 08:17 Słysząc opis Fay westchnęłam. Nie widziałam wszystkiego, bo byłam wtedy z Sami, ale nie podobało mi się to co tam się wydarzyło. Nie chciałam być na tym marszu, ale wyszło jak wyszło. Przeleciałam spojrzeniem po wszystkich zatrzymując się na osobie, która stała najbliżej Colleen, czyli Lei. Widziałam dokładnie to jak zareagowała na imię i nazwisko tej dziewczynki i dopiero, gdy ta zaatakowała Fay skojarzyłam o co tak na prawdę chodzi. Wyprostowałam się robiąc kilka kroków w ich stronę i zasłaniając Colleen moją tarczą, by nic się jej nie stało. Elektryczność zaczęła szaleć, więc nie miałam innego wyjścia, jak zareagować. Nie miałam możliwości zakryć wszystkich, nie miałabym szans na takie naciąganie mocy. Podeszłam do dziewczyn i złapałam za dłoń osobę, która wszystko to wywołała.
- Leilah. Fay nie jest temu winna. - powiedziałam poważnie i stanowczo. Nie chciałam nikogo narażać na moc tej kobiety. Wiedziałam, że jest potężna. - Proszę uspokój się, nie chcę Cię zamykać. Z chęcią pomogę znaleźć winnego. - dodałam już ciszej tak że tylko ona i Fay mogły to usłyszeć. Nie chciałam ryzykować życia innych, a zamknięcie Lei byłoby najlepszym rozwiązaniem, by nikogo innego nie zaatakowała.Colleen Marie - 2018-04-07, 14:46 Byłam przytłoczona tym wszystkim, ale wiedziałam, że muszę zachowywać się profesjonalnie. Moja twarz nie zdradzała żadnych emocji, no i gdy tak siedziałam w swoim fotelu, z Leilah u swojego boku, to w sumie nawet trochę wyglądałam jak pani przywódczyni, choć w głębi duszy absolutnie się tak nie czułam, bo wszystkie złe wydarzenia w moim życiu absolutnie chciały przejąć nade mną kontrolę, no i choć walczyłam, to przecież od Dale'a już dawno się odcięłam, kompletnie z nim nie rozmawiając, na żaden temat. Kto wie, kto będzie następny? Kogo następnego odtrącę, ignorując go zupełnie i twierdząc, że to najlepsze rozwiązanie na moje problemy?
Nie pospieszałam Fay. Domyślałam się, że musi zebrać myśli, zastanowić się nad tym co właściwie się wydarzło, jak mi to przekazać. W między czasie upiłam łyk herbaty z kubka, a w gabinecie pojawiła się Rocky, Matilde i w końcu Bradley. Tą pierwszą dwójkę obdarzyłam obojętnym spojrzeniem, tylko kiwając dziewczynom głową, ale na Bradleya... Na niego spojrzałam trochę inaczej, a nawet obdarzyłam go lekkim uśmiechem, niemal niewidocznym. W sumie to cholernie dawno ze sobą nie rozmawialiśmy. Nie umiałam zwrócić się do niego o pomoc, ja... ja po prostu już chyba nie umiałam rozmawiać z nikim, chyba, że służbowo.
Gdy tylko moja Informator zaczęła mówić, absolutnie skupiłam się na jej słowach, przestając zajmować się swoją psychiką. Odstawiłam kubek na biurko, założyłam nogę na nogę i wlepiłam wzrok w kobietę, wysłuchując opisu tych okropnych zdarzeń.
Było źle. Ważni ludzie ginęli, a odpowiedzialność za te śmierci spadnie na nas. Zupełnie tak, jak mówił mi Ronnie. Nie daliśmy rady temu zapobiec, a teraz... a teraz zginęła Lizzy Addams, a ja skojarzyłam fakty w momencie, gdy Leilah rzuciła się do gardła Fay.
Byłam przerażona i załamana, ale nie mogłam tego pokazać. Wstałam więc powoli, nie chcąc, byśmy się tu teraz wszyscy pozabijali. Nie mogłam do tego dopuścić. Ricky stanęła przede mną, zasłaniając mnie przed mocą Lei, a ja poczułam jednocześnie irytację (że obchodzą się ze mną jak z jajkiem, a nawet nie wiedzieli, że jestem ciężarna) i coś w rodzaju sympatii, bo w sumie to miłe, że tak o mnie dbała.
- Leilah, zostaw Fay. To nie jest jej wina. - powiedziałam spokojnie, lecz stanowczo, wiedząc, że kobieta zareaguje jedynie na moje słowa. Gestem ręki machnęłam na Ricky, że wszystko w porządku, że nie musi mnie bronić.
- Lizzy była w Bractwie od jakichś dwóch tygodni. Ja ją tu przyprowadziłam. Nie wiedziałam, że jest twoją córką, nie skojarzyłam faktów. Wolontariusze się nią zajęli, jak każdym dzieckiem w Bractwie. Jeśli chcesz kogoś winić, to wiń mnie, ale nie miałam pojęcia że idzie na marsz, a już na pewno nie byłam w stanie przewidzieć tego, co na marszu się stanie. - dodalam, a w moim głosie słychać było smutek. Byłam wściekła na siebie. Miałam podejrzenia, że Lizzy może być córką Lei, ale te podejrzenia skojarzyłam dopiero kilka dni temu, gdy poszłam do niej ze swoim problemem. Byłam jednak zbyt zajęta sobą, by o tych podejrzeniach jej mówić...Fay Murphy - 2018-04-07, 19:36 Szczerze? Fay myślała, że będzie tu jedynie z Colleen i ewentualnie jakimiś jej zastępcami tak, jak zawsze. Ale reszta? Ochroniarze, sanitariusze? Inni obozowicze? Nimi już mogła zająć się sama Marie, przekazując to, co uważała za słuszne.
No ale niech będzie, dziewczyna postanowiła postępować tak, jak zwykle. Mówić, co widziała, co pamiętała, czego się dowiedziała, nie zwracając uwagi na obecnych w pokoju gapiów. Jeśli znała nazwiska, to je podawła i tyle, a że mówiąc nie patrzyła na słuchających, nie zwróciła uwagi na osoby, które postanowiły dołączyć w trakcie. Ba, już na pewno nie przypuszczałaby, że jedną z tych osób będzie matka zabitej Lizzie. I, że jakby było mało, to jeszcze rzuci się na nią z łapami.
Warto przypomnieć, że dzień wcześniej Fay prawie nie umarła. Została podduszona do nieprzytomności, oberwała kulkę w nogę i gdyby nie Tilda, z całą pewnością by się wykrwawiła. Wciąż była słabsza niż normalnie, siniaki na szyi były lekko widoczne i dziewczyna nawet nie starała się ich zakrywać. Bo i po co? Nie oznaczały, że była ofiarą. Pokazywały, że wyszła z potyczki zwycięsko, o.
Murphy nie miała jak zareagować. Stała przy oknie, nie miała miejsca, by się cofnąć, a kobieta znalazła się przy niej w sekundę, w kilka kroków. Zanim zdążyła zaprotestować, została popchnięta na ścianę i przyduszona. Znowu.
- A skąd mam, kuźwa, wiedzieć? To nie moja córka, żeby interesować się gdzie i z kim łazi - warknęła do niej, z trudem, bo nacisk na i tak już bolące gardło wcale nie ułatwiał sprawy.
Nawet nie próbowała być łagodna, co może należało się kobiecie, która dopiero co dowiedziała się, że jej dziecko nie żyje. Murphy była na to zbyt wkurzona, głównie przez to, co owa matka odpieprzała, najpierw ją dusząc, a teraz najwyraźniej mając w planach użyć na niej swojej mocy. A inni? Nikt nie miał zamiaru jej pomóc bardziej, niż tylko gadaniem, z którego ta wariatka najwyraźniej nic sobie nie robiła? Świetnie, w takim razie Fay pieprzyła to wszystko, mając zamiar zaraz potem opuścić pokój i wrócić, gdy Colleen będzie sama. Bo kto wie, może przez przypadek rzuci innym nazwiskiem, zrani kolejną osobę, która pędzie chciała się na niej wyżyć? Kurwa serio, podziękuje za takie układy.
- Puszczaj mnie, słyszysz? Nie powiem ci więcej, niż widziałam na marszu, a nie mam pojęcia, kto strzelił. Chyba jakaś kobieta, nie wiem - powiedziała, zaciskając usta. Wszystko działo się szybko, a ją oprócz małej interesowało także to, co działo się na scenie, oraz opróżniające się furgonetki DOGS. Może gdyby zastanowiła się na spokojnie, to doszłaby do tego, że była to Louanne? Ale jak widać o spokój było w tym momencie trudno - Nie tylko ja tam byłam, czep się kogoś innego - mruknęła jeszcze tylko. Czy próbowała się oswobodzić? Średnio. Jakoś nie miała zamiaru być potraktowana prądem, gdyby zrobiła to niedostatecznie skutecznie. A w jej stanie było to całkiem możliwe.Leilah Addams - 2018-04-07, 22:14 Wściekłość opanowała Leilah całkowicie. Na żal i opłakiwanie Lizzie przyjdzie czas później. Teraz był moment, żeby działać i zemścić się na winnym, który pozbawił ją największego skarbu jaki miała na tym świecie. Dopiero wtedy pozwoli sobie na to, żeby uśiąść na łóżku, wziąć zdjęcie córki do ręki i po prostu nad nim płakać. Teraz jednak był czas zemsty i to bardzo krwawej. Najpierw jednak należy zdobyć informacje, które najwyraźniej Fay posiadała. I jacy wszyscy są przewrażliwieni. Leilah władała elektrycznością i znała sztukę walki stworzoną dla izraelskiego wojska. Jakby naprawdę chciała skrzywdzić Fay to by zrobiła coś gorszego. A to była tylko reakcja zrozpaczonej matki w kilka sekund po tym jak się dowiedziała, że straciła córkę. Chyba nikt nie powinien się dziwić.
Słyszała jak wszyscy do niej przemawiali. spojrzała na Ricky, która złapała ją za dłoń i zaoferowała pomoc w znalezieniu winnego. Czy ta oferta była szczerza czy chodziło tylko o załagodzenie tej obecnej sytuacji to jeszcze zobaczymy. Niemniej wariująca elektryczność zaczęła się w tym momencie uspokajać.
-Zobaczymy czy mówisz szczerze. I jeśli myślisz, że mogłabym skrzywdzić Colleen to chyba za dobrze mnie nie znasz rzuciła i dopiero wtedy jak właśnie Colleen się odezwała to Leilah niemal natychmiast puściła Fay, a elektryczność wróciła do normy. Nie zważała na to co mówiła Fay, jednak spojrzała jej prosto w oczy i powiedzieła
-Wybacz mi. Nieco mnie pomniosło po czym odwróciła się tak by tylko Colleen ją widziała i zacisnęła powieki, pozwalając by kilka łez ściekło jej po piliczkaćh. Nie chciała by inni ją taką widzieli. Szybko je otarła i wróciła na miejsce obok biurka Colleen i stanęła w dokładnie tej samej pozycji co wcześniej i skinęła głową w stronę przywódczyni.
-Wiem, że winny jest ten kto wystrzelił...Czy możemy kontynuiować spotkanie? spojrzała wtedy pytającym wzrokiem na Colleen mając nadzieję, że ta wybaczy jej tą chwile słabości.Rocky Roseberry - 2018-04-07, 22:26 Słuchała uważnie słów Fay i tego co miała im do przekazania. Przecież chciała się dowiedzieć co tam się wydarzyło i jaki to będzie miało skutek dla nich. Jednak nim skończyła Fay mówić druga kobieta straciła panowanie nad sobą. Rocky nie zrobiła nic jedynie obserwowała jak sytuacja się potoczy. Nie wyczuwała darem emocji innych jednak trzeba być ślepym by nie dostrzec, że ta kobieta tak naprawdę zrozpaczona matka. Pierwszy etap szoku, drugi agresji, a trzeci chęć zemsty... później jest rozpacz, pogodzenie, wyparcie oraz powrót do życia. Jednak na razie widziała te trzy etapy w kobiecie, która właśnie dowiedziała się, że straciła dziecko. Na prawdę jej współczuła, bo nie mogła sobie nawet wyobrazić co też ona musi czuć. Kiedy kobieta wróciła na swoje miejsce i wyglądało na to, że sytuacja się uspokoiła. Trzeba było skierować rozmowę na właściwy tor.
- Czy na nim wydarzyło się coś jeszcze? Czego Fay mogła nie widzieć? - postanowiła się odezwać, bo w końcu wiadomo było, że było tam więcej ludzi z Bractwa więc być może wydarzyło się tam coś jeszcze. Czego ona mogła nie dostrzec, bo jak wiadomo każdy miał inny punkt widzenia. Więc lepiej było zapoznać się różnymi punktami, a po za tym po to się tutaj spotkali. Najpierw niech dojdą do tego co się wydarzyła, a później zajmą się kolejnymi sprawami. Po za tym ona nie przyszła tutaj tylko słuchać. Sama chciała prości o coś Colleen, ale lepiej najpierw załatwić jedną sprawę.