To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

black lake bible camp - Basen

The Gifted - 2017-11-17, 18:22
Temat postu: Basen


Aaron Bartowski - 2017-12-10, 02:37

| start!

Nie spałem dobrze od jakiegoś czasu. Początek nowego roku nie należał do najlepszych, a można by rzec, że nawet do złych się nie kwalifikował, bo był po prostu fatalny. Nie spałem dobrze… Ciekawe czemu, nie? Mogłem sobie wmawiać, że ja tu tylko jestem dla spraw czysto interesownych, że oderwany od reszty prowadziłem własne polityki i dbałem ostatecznie jedynie o siebie. Mogłem sobie wmawiać. Obchodziło mnie to jednak bardzo, obchodziło mnie to w taki sposób, że sobie tego nawet nie wyobrażałem.
Tylko że wstałem dziś wściekły i zmęczony. Myśli obijały się o moją czaszkę, jak gdybym zyskał nową moc – grania na kościach czy coś. Sam nie wiem, do czego bym to zakwalifikował, ale rzygać mi się chciało od tego wszystkiego, co miałem w głowie. To wszystko od przeszłości po przyszłość przez liczne niechciane wybuchy, zdrady i też chęć do samospalenia. Nie dziwić się, że gdyby ktoś miał mnie szukać, to powinien właśnie na basenie, gdzie próbowałem oderwać się od tego wszystkiego, utopić to, co niepotrzebne, i myśleć swobodnie.
Przypominało to trochę medytację, trochę walkę ze samym sobą. Można to było właściwie podzielić na dwie części – fazę walki i fazę swobody. Wpierw wskakiwałem do wody i próbowałem wyżyć się na wodzie, co wraz z wysiłkiem i coraz większym zmęczeniem koiło w końcu wściekłość. Nie miała szans, choć starała się nie dać, dlatego też nazwanie tej fazy walką było wystarczająco trafne. Faza swobody oczywiście zaczynała się od tego momentu, kiedy zło ustępowało, zaś ja pływałem lub unosiłem się na wodzie i powoli, niespiesznie rozmyślałem o tym, co istotne.
Teraz miałem fazę walki, choć za sobą miałem również dynamiczny bieg przez las. Nie mogłem jakoś się z tego wyrwać, kiedy przed oczami stawała mi projekcja wyobraźni przedstawiająca mi Yvonne wylatującą w powietrze. Dokładnie tak samo jak ja miałem okazję, tyle że w innych warunkach, tyle że do tego nie doszło. Ta kobieta była mi jak przybrana matka, jak ciotka, do której z chęcią się wpada… ale to jeszcze nie wszystko, bo kiedy myślałem o samochodzie, wybuchu i Yvonne Marie, zaraz na pierwszy plan wkręcała się Colleen i cholerna świadomość, że gdybym tam był… że gdybym tam był, to wszystko inaczej by się potoczyło. Wysadzeni zostaliby ci wstrętni ludzie, Yvonne by żyła, życie Colleen nie byłoby zagrożone, zaś sama ona nie musiałaby oglądać śmierci matki.
Zakląłem paskudnie w myślach, kiedy po raz kolejny dopłynąłem do ścianki basenu. Wynurzyłem się, bo ujrzałem postać nad sobą.
Kto by w ogóle pomyślał, że ktoś, kogo żywiołem jest ogień, będzie bawił się w syrenkę czy też trytona?

Colleen Marie - 2017-12-10, 11:25

| poranek po grze z Ronniem.

Wszyscy byli przeciwko mnie, a ja nie zmrużyłam oka dzisiejszej nocy. Poprzedniej z resztą też nie, i poprzedniej... Wyglądałam jak zombie i czułam się jak zombie. Bez żadnych emocji, za wyjątkiem pochłaniającej wręcz złości. James ze mną zamieszkał, Vee mnie nienawidziła, Ronnie z resztą też. A ja znienawidziłam ich i przyszło mi to z tak zaskakującą łatwością... Tolerowałam Jamesa, ale nie ufałam mu do końca. Dlaczego chciał mi pomagać? Naprawdę chciał to robić, czy po prostu chciał mnie pilnować? Przecież byłam niezrównoważoną psychicznie gówniarą i cóż, jak z gówniarą się nie zgadzałam, tak z niezrównoważoną psychicznie już owszem.
Jakby na potwierdzenie moich słów wyjęłam z nocnej szafki opakowanie leków i wzięłam dwie tabletki. Miałam jeszcze spore zapasy, nie przejmowałam się, a pomagały mi one choć w minimalnym stopniu normalnie funkcjonować. Przygaszały moją wściekłość, podkreślały sztucznie inne emocje... Nie wiedziałam, czy James śpi, ale Aarona z pewnoscią nie było ze mną w naszym łóżku. Ostatnio oddalaliśmy się od siebie, nawet nie wiedziałam do końca, czy go kocham, ale był jedną osobą, z którą mogłam porozmawiać, z którą mogłam pomilczeć. Gdzie indziej mogłabym pójść? Znów miałabym spędzić cały dzień w domku, samotnie? Nie chciałam tego, potrzebowałam wyjść...
Czarne spodnie, czarny sweter, czarna kurtka i czarny strój kąpielowy pod tym wszystkim. Wszystko na znak żałoby. Nie dało się mnie zauważyć w innym kolorze, niż czarny. A po co mi strój kąpielowy? Cóż... wiedziałam, gdzie znaleźć Aarona, a mnie również basen uspokajał.
Opuściłam więc nasz domek, wychodząc na mroźne powietrze i skierowałam się w stronę basenu.
Był tam, to oczywiste, wcale mnie nie zaskoczyło. Bez słowa otworzyłam bramkę, weszłam na teren basenu, rozebrałam się do stroju nie przejmując się zimnem, które panowało wokoło, a z pewnością było na minusie, po czym równie cicho weszlam do wody, która oczywiście była podgrzewana. Ciepło otuliło mnie, a ja oparłam się o ściankę i przymnkęlam oczy, czekając, aż Aaron do mnie podpłynie. Nie umiałam się do niego odezwać pierwsza.

Aaron Bartowski - 2017-12-10, 13:57

Czułem jak woda ociera się o moje ciało, jak opływa je, kiedy nie udawało jej się mnie zatrzymać. Parłem na przód, niepowstrzymany – piękne uczucie i też niezbyt trwałe. W końcu musiało się skończyć to, co dobre i… co? Colleen przyszła, a przecież ustaliłem, że jakkolwiek bym się wypierał, to było po prostu inaczej niż uważałem. Naprawdę mi na niej zależało, mimo że nie miałem się angażować do tego stopnia, do jakiegokolwiek stopnia i mimo że miałem się chronić przed ludźmi i ich zdradliwą naturą.
Tylko nie potrafiłem jej odepchnąć, szczególnie kiedy miałem ją właśnie przed sobą. Na dodatek w czerni. Sam nie nosiłem fizycznie żałoby, ale trzymałem ją głęboko w sercu.
- Co tam, Księżniczko? Dostanę buziaka? – zapytałem, właściwie przypierając ją do ścianki basenu i odbierając to, co do mnie należało, heh. Cóż, najwyraźniej nie tylko byłem wybuchowy, ale również milutki i cieplutki jak płomyczek w kominku. Kalsifer? Tak mu było na imię? Tylko że z tego, co pamiętałem, był z niego mały bulwersant, jedzący na dodatek drewno, a mi się jakoś nie widziało jeść drzew. Już wolałem jeździć po zapasy.
Przytuliłem ją do siebie. Oczywiście, jak zwykle zresztą, tonęła w moich ramionach. Była taka drobna i tak bardzo narażona na niebezpieczeństwo… To wstrętne, ci ludzie byli wstrętni i cholernie niesprawiedliwi. W tej chwili z chęcią bym ich pozabijał tak, jak oni zabijali naszych. Trochę straszne, bo to z kolei wskazywało na to, że coraz lepiej przyswajałem do siebie przekonania Colleen, mimo że nie widziało mi się, by bezpośrednio temu dowodziła. I ogólnie by ktokolwiek miał na mnie wpływ, na moje plany i upodobania.
- Jak się czujesz? – zapytałem, stwierdzając niemalże od razu, że to bez sensu. Yvonne zginęła, ludzie się nad nią pastwili, a ona dzierżyła władzę, która ją wyraźnie przerastała w tej chwili. Z jednej strony miałem ochotę jej to odradzać, z drugiej ceniłem sobie zdanie założycielki Bractwa. Plus, pojawiła się niemała iskra nadziei na mój przyszły awans, ale ćśś. – Dobra, topimy cię od razu czy przed śmiercią pozwolisz sobie na jeszcze jeden numerek? – rzuciłem zaraz. Pozwoliłem sobie na odrobinę czarnego humoru, aczkolwiek w tej chwili trochę nie wiedziałem, jak się zachować. Czułem się słaby w pewien sposób, bo nie mogłem tego naprawić, nie mogłem cofnąć czasu i decyzji odgórnych.

Colleen Marie - 2017-12-10, 18:21

Trochę zastanawiałam się, dlaczego z nim byłam. Kochałam go? To było przyzwyczajenie? Potrzebowałam go? Nie wiem. Czułam przy nim ciepło, to na pewno... A ciepła potrzebowałam. Czułam się taka niewielka, taka zmarźnięta, a on mnie ogrzewał. Przytulał mnie i całował, byłam przy nim, a on był przy mnie. To było poprawne, tak powinno być, prawda? Ale dlaczego czułam się tak dziwnie...? Czemu od śmierci matki nie umiałam mu powiedzieć, że go kocham?
Słyszałam i czułam, jak do mnie podpływa. Oddałam mu pocałunek, a następnie wręcz ukryłam sie w jego ramionach, nadal nie otwierając oczu. Byłam po lekach, w ramionach kogoś, komu na mnie zależało... czułam się lepiej i gorzej zarazem. Pierwszy raz od śmierci mojej mamy mieliśmy taką chwilę i miałam nadzieję, że ta chwila potrwa więcej niż sekundę. Czułam zbierające się łzy pod powiekami, westchnęłam ciężko.
- Źle. - odpowiedziałam na jego pytanie zgodnie z prawdą. Oparłam czoło na jego ramieniu, nadal wtulona w chłopaka.
- Widziałeś, że James się do nas wprowadził, co? - spytalam, bo naprawdę nie byłam pewna, czy przypadkiem mu to nie umknęło - Chce się mną opiekować, dobre żarty. Pewnie Ronnie kazał mu mieć na mnie oko, bo przecież jestem tylko pierdolniętą gówniarą. - powiedziałam, a wręcz warknęłam. Byłam wściekła, wystarczyło mi tylko wspomnienie wczorajszego spotkania z Ronniem... Nie potrzebowałam wiele, by się zdenerwować.
- Ronnie powiedział, że będzie stał i patrzył, jak niszczę Bractwo, że moja matka by zrozumiała, że tak nie podoba mu się, iż jestem Przywódcą. O co im wszystkim do kurwy nędzy chodzi, co? Vee chciała mi wymazać pamięć... Rozumiesz? Twierdzi, że nie mogę wam przewodzić, bo nie umiem pogodzić się ze śmiercią matki. No i kurwa, to mam o niej zapomnieć? Umiem się pogodzić, ale mam chodzić wesoła i radosna? Umarła mi matka, do jasnej cholery, a połowa Bractwa ma mnie za gówniarę, choć nie raz, nie dwa udowodniłam, że nią nie jestem. - mówiłam tak nerwowym głosem, że nie poznawałam sama siebie. Uniosłam w końcu wzrok, by wlepić go w oczy chłopaka. Oddychałam ciężko, jakbym właśnie przebiegła maraton. Bałam się, że znów stracę kontrolę nad mocą, jak wczoraj chociażby.
- Utop mnie, byle szybko, zanim kto inny zetnie mi głowę. - dodałam, ale tym razem już nie ze złością, tylko z przepełniającym mnie żalem. Było mi źle, cholernie źle, chciałam być tą starą Colleen, która wciąż miała matkę...

Aaron Bartowski - 2017-12-11, 01:09

Sytuacja faktycznie zrobiła się nieco niebezpieczna, jeśli chodziło o Colleen i testament Yvonne. Sam byłem zaskoczony, że zdecydowała się powierzyć losy Bractwa w ręce swojej – niestety faktycznie – smarkatej córki. Sam miałem więcej wiosen za sobą, aż dwadzieścia osiem lat, jeśli porównamy z wiekiem mojej dziewczyny, i wahałbym się, czy jestem odpowiedni na to stanowisko, gdyby to mnie Yv na nim postawiła. Tylko że nie zrobiła tego, nie wpisała mnie w swoim testamencie, ani Jamesa, ani tym bardziej Ronniego, więc, krótko mówiąc, mogli się pieprzyć. Ja zresztą też. Tylko mniej. Albo bardziej, jeśli dosłownie z Colleen.
- Twoja matka była dorosłą kobietą – zacząłem, warząc na słowa. Najwyraźniej życie dalej postanowiło mi ukazywać to, jak bardzo zależało mi na Colleen. Albo na władzy… - Ty jesteś jej córką, znacznie młodszą i nieco drobniejszą. Po prostu musze przywyknąć i uświadomić sobie, że już nie jesteś tą samą dziewczyną, którą byłaś jakieś trzy lata temu… Szczególnie teraz. Zbyt wiele przeszłaś, Vee ma rację, ale nie powinna cię atakować wyczyszczaniem pamięci. To twoja indywidualna sprawa, czy chcesz to pamiętać. Chcij. To, co przeżyłaś, jedynie cię wzmocni. Wiem coś o tym… – stwierdziłem z niemałym żalem. Zacisnąłem nawet na moment szczękę, spuszczając wzrok na jej biust, moje dłonie zaś mocniej ją objęły. Nie znała tej historii, a ja nie lubiłem o tym rozpowiadać. Niczym wyrwa, bo to już nie plama, na moim życiorysie.
- Jeśli chcesz, mogę wpierdolić Ronniemu. Całkiem dobrze mi się z nim pracuje, ale są pewne granice, których przekroczenia nie będę tolerował. A James… Nie podoba mi się, że się do nas wprowadził. To chyba wina jego umiejętności – odparłem, ale w głowie miałem jeszcze to, że chętnie zająłbym jego miejsce. Szczególnie, że mógłby być z niego niezły manipulant, jeśli wpływałby jeszcze bardziej na moją przerażoną Colleen. Nie chciałem jej za bardzo mieszać w głowie, ale… powinna mieć to na uwadze, dlatego też postanowiłem się z nią podzielić tą myślą. – Nie wiem, jak zachowają się w takiej sytuacji ludzie, ale miałbym na niego oko. Może manipulować tobą, by osiągnąć swoje cele. Nie chcę cię nastawiać przeciwko, ale zwracaj, proszę, większą uwagę na to, co odczuwasz, dobrze?
Pochyliłem się nad nią i ponownie cmoknąłem, niezależnie od tego, czy przyznała mi rację, czy też nie. Po prostu tego potrzebowałem, chciałem być bliżej niej.

Colleen Marie - 2017-12-11, 01:40

Cieszyłam się, że mamy tę chwilę, że możemy posiedzieć razem, w wodzie, która przyjemnie ogrzewała nasze ciała. Podobało mi się to i żywiłam szczerą nadzieję, że nikt nam nie przeszkodzi. Szczerze? Chciałam urwać temat mojej mamy, tego, że stałam się Przywódcą Bractwa. Chciałam urwać każdy możliwy temat i całować się w tym cholernym basenie z chłopakiem, w którym byłam w związku, dać się ponieść emocjom, niczym zakochana nastolatka. Ale czy ja miałam w sobie jakiekolwiek emocje? Czułam się lepiej, to na pewno. Byłam w stanie odróżnić smutek od złości, a złość od zadowolenia spowodowanego bliskością Aarona, ciepłem wody... ale czy umiałam od zadowolenia oddzielić miłość? To już było trudniejsze zadanie. Z pewnością nie chciałam go stracić, zależało mi, czułam to i łapałam się tej emocji, bo była najmocniejszą i najbardziej wyraźną emocją, jaką dane mi było odczuć w ostatnich dniach.
Nie chciałam już rozmawiać o mamie. O tym, czy nadaję się na szefową, czy nie, czy muszę coś komuś udowadniać, czy nie muszę. Wystarczająco się o tym nagadałam, naprawdę. Chyba nie musiałam ciągnąć tego tematu, prawda? Postanowiłam go zakończyć, zanim tak naprawdę cokolwiek by mnie pokusiło, by skomentować jakoś słowa Aarona. Nie chciałam się denerwować, ale złościl mnie tak, iż uważał, że Vee miała rację. Byłam zdolna do tego, by im szefować, nie bałam się, miałam po swojej stronie grupę ludzi - niewielką, bo niewielką, ale zawsze coś - którzy byli gotowi mnie wspierać... Wiedziałam, że dam sobie radę, Vee nie miała racji, to z pewnością. Ale zaniepokoił mnie ostatni fragment jego wypowiedzi. Co on o tym wie?
- Aaron? - zaczęłam, a w moim głosie słychać było troskę - Co wiesz o czym? - spytałam i dłonią pogładziłam go po policzku. Zagryzłam nostalgicznie wargę, gotowa na jego opowieści. Czy było coś, czego o nim nie wiedziałam? Dlaczego mi nie mówił wcześniej, dlaczego dopiero teraz rozpoczął jakikolwiek temat? Nie byłam pewna, ale miałam nadzieję, że usłyszę więcej...
Instynktownie uśmiechnęłam się, gdy powiedział, że wpierdoliłby Ronniemu. Dobrze wiedział, że sama dałabym sobie radę, ale to było miłe, że się troszczył o mnie, chciał o mnie walczyć. A jeżeli chodziło o jego opinię na temat Jamesa... no cóż, czyż nie myślałam dokładnie w ten sam sposób? Tylko jak miałabym zwracać uwagę na to, co odczuwam, jak rzeczywiście odczuwałam niewiele.
- Wiem. Nie do końca mu ufam. Mam wrażenie, że chce mi pomóc albo po to, żeby przejąć moje stanowisko, albo dlatego, że się boi, co zrobię. Ciekawe co o tym wszystkim myślałaby mama... Myślisz, że spodziewała się, że wszyscy mnie tak znienawidzą? - spytałam, nie do końca oczekując odpowiedzi. Westchnęłam, gdy mnie pocałował, ale chętnie oddałam pocałunek i jeszcze mocniej wtuliłam się w jego ramiona. Mogłabym tak stać i całą wieczność...

Aaron Bartowski - 2017-12-13, 01:04

Jeśli o mnie chodziło, to wierzyłem w nią, mimo wszystko, aczkolwiek, wybaczcie, że się powtórzę, bardzo nie podobało mi się to, że będzie stała teraz na czele, będzie najbardziej znienawidzoną osobą przez rząd i te wszystkie popieprzone organizacje. Nie rozumiałem nawet tego F.P.T.P.! Jakaś grupka ludzi, która rzekomo się nami interesowała… A co za kotarą? Sprzedajemy was za hajs? Jeszcze zależy, jak i co, bo pod skalpel Wellerów czy jak im tam nie chciałbym trafić. Tym bardziej nie chciałbym, by trafiła pod niego Colleen.
I to właśnie było złe. Miało mi nie zależeć. Miałem mieć wywalone, a to… to związek taki dla zabawy, niezobowiązujący i niewiele warty, zamiast tego przyzwyczaiłem się do obecności dziewczyny i dziś, kiedy wspominałem ponownie wszystkie te wybuchy, przypomniałem sobie również o własnych obietnicach. Tak, chodzi mi o te, które bezdusznie zgwałciłem swoimi postępkami. Niech cię szlag, Bartowski! Cholernik nad cholerniki!
- Wiesz, co myślała Yvonne? Ba!, widziała! Widziała jak cię kochają i jak pokochają na tym stanowisku. Prawdę powiedziawszy, powinienem być zazdrosny. Wcześniej na ciebie patrzyli, a teraz to już w ogóle… Przejebane – stwierdziłem, przytulając ją do siebie jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe. Może właśnie ją miażdżyłem? Ciekawe, czy Bractwo mnie za to ukocha, czy wręcz przeciwnie? To naprawdę była chora sytuacja. Zamiast się zrzeszyć jeszcze bardziej w tak bolesnej chwili, oni mieli chyba serio ochotę na wojenki, byleby przejąć dowodzenie. Chore. Najgorsze było chyba to, że mnie samego to kusiło… Niech mnie diabli, jak wyżej.
Może nie powinienem o tym myśleć? Tylko jak nie o napiętej sytuacji w Bractwie, to o moich życiowych dramatach. Nie było ich znowu jakoś dużo, bo sobie na to później już nie pozwalałem, ale… Ech. Odechciewało mi się cokolwiek, kiedy tylko o tym pomyślałem. Odechciewało wszystkiego, a jednocześnie miałem ochotę w coś przyjebać. No, poza tą chwilą, bo kiedy miałem w ramionach Colleen, było mi jednak lżej i nie miałem w sobie aż tyle agresji. Działa jakby odstresująco, Heh, znacznie przyjemniejsze uczucie od tego patentu Jamesa.
- Taka tam sytuacja z tym… wiesz. – Zaśmiałem się zaraz, tak na start. Nawet rozbawiony podrapałem się po głowie i wzruszyłem ramionami. Ach, bo to przecież typowe, nie? Typowy Aaron, który przecież wcale nie przeżywa tego na okrągło, odświeżając sobie to wspomnienie przynajmniej raz na dwa tygodnie od ponad dziesięciu lat! – Raczej nic ciekawego, ta noc, kiedy aktywował mi się ten cały gen X – stwierdziłem zaraz. Czy to był lepszy temat? NOPE. Czy chciałem jej o tym opowiedzieć? Obawiałem się, że chciałem.
Pociągnąłem ją bardziej na środek basenu. Wiedziała, dlaczego lubię spędzać w nim czas, że czasami kusi mnie to samospalenie, którego nie powinienem próbować. Wiedziała, że woda pomaga mi się tez wyżyć, dać upust negatywnym emocjom i pozwala myśleć. I, choć nie miałem tu jakiegokolwiek płomienia pod ręką, czułem się tu bezpieczny, jak gdyby woda wcale nie niosła sobą dźwięków.

Colleen Marie - 2017-12-15, 20:49

Ah, te ciągle rozterki życiowe. Czemu ja nie mogłam mieć prostego życia? Takiego szczerze i naprawdę prostego? Czemu nie mogłam być jakimś samotnym orzeszkiem w tym całym cholernym Bractwie, a zamiast tego byłam córką martwej założycielki i aktualną Szefową? To było zupełnie bez sensu, nie do końca pisałam się na takie życie. Kiedyś chciałam skończyć szkołę, pójść na normalne studia, dostać super pracę i zamieszkać w pięknym domu u boku mężczyzny, który kochałby mnie na zabój i pozwolił na kupno trzech psów i pięciu kotów. Chciałam tylko żeby było normalnie, a teraz zdecydowanie tak nie było... Ale takie właśnie było moje życie, musiałam je wziąć dokładnie takim, jakim było, czyż nie? Co mogłam zrobić więcej... Poddać się, uciec? Cholera, już i tak byłam ogłoszona większą terrorystką niż całe państwo Islamskie, więc nawet nie miałam dokąd uciekać, bez sensu, już lepiej było przyjąć odpowiedzialność, która na mnie spadła. Trudno, yolo.
- Mam nadzieję, że faktycznie tak myślała. - powiedziałam i nawet uśmiechnęłam się lekko, a w ciągu ostatnich dni to się wcale nie zdarzało. Aaron mnie uspokajał, poprawiał mi humor, robił wszystko tak dobrze... Było mi przy nim po prostu lepiej.
I wtedy właśnie zaciągnął mnie na środek basenu. Zaczął mówić o sobie, ale szybko urwał, a ja zmarszczyłam nerwowo czoło i wlepiłam wzrok w jego oczy. Nie lubiłam tak. Uważałam, że skoro ktoś zaczyna o czymś mówić, to pownien kończyć. Bez wyjątków. No a cóż, skłamałabym, gdybym powiedziała, że zmiana tematu nie wpłynie na mnie pozytywnie. Miałam już dosyć gadania o sobie, o tym, jak się czuję, jak będę rządzić i tak dalej, i tak dalej. Byłam tym zmęczona.
- Opowiedz mi o tym, proszę. - powiedziałam spokojnie, układając dłonie na jego policzkach. Pocałowałam go delikatnie czekając, aż się przede mną otworzy. Naprawdę chciałam usłyszeć jego historię...

Aaron Bartowski - 2017-12-16, 19:49

Nie chciałem wyjść na rozwydrzonego dzieciaka. Mama mówi, bym mówił, a ja wyrywam się, uciekam, śmieję, cokolwiek. Niedojrzałe zachowanie – fakt, ale jakoś tak… Nie wiem. Opierałem się temu, mimo że wiedziałem, iż mogę jej ufać, mam w niej wsparcie, i mimo że chyba ogólnie wiedziała o mnie najwięcej. O zgrozo!, właśnie w jej rękach znajdował się teraz mój ewentualny awans społeczny, podobnie jak to, niestety, czy będę szczęśliwy już do końca życia, czy też będę przeklinał pomysł zarywania do niej do końca życia.
Bałem się, cholera. Fizycznie mogłem skręcać karki, palić żywcem czy hejtować ludzi prosto w ich zasraną twarz, ale wewnątrz siebie, w tej sferze uczuciowej byłem chyba faktycznie takim małym chłopcem, który miał ochotę zwiać daleko stąd i nawet zrezygnować ze wszystkiego, co może nadejść, byleby obronić się przed prawdą, tym, co czuł i co przeszedł w przeszłości. Obawiałem się też poniekąd, że wtedy ta cała sprawa po prostu stanie się prawdziwsza przez to, że ktoś pozna jej okoliczności. Obawiałem się również nagości z tym związanej. I że Colleen zacznie wariować, analizując to, co przeżyłem kładzie się na naszym związku… Heh, tego ostatniego chyba bardziej ja się obawiałem, niż ona by miała, bo faktycznie wiedziałem, że tak właśnie miało być. Znaczy nie być… Cholera!
Puściłem ją z objęć. Mogłem uznać, że moje rozterki nie miały nic do tego, ale miały. Podobnie jak ta cała posrana historia mojego życia. Wielka Powieść Aarona Bartowskiego! Hah! Nagrajcie o mnie cały serial i odsłońcie wszystkie moje słabe punkty, jak gdybym był tarczą na strzelnicy, po czym walcie. Walcie, kurwa, z całej siły.
Zniknąłem pod wodą. Potrzebowałem ochłonąć, odświeżyć umysł, może też poddusić się trochę. Wiedziałem jednak, że nie mogłem tego odkładać w nieskończoność, że w końcu musiałem pęknąć i to z siebie wyrzucić. Może właśnie lepiej, że to Colleen, a nie ktoś inny? Powinienem docenić bardziej to wszystko, tę subtelną sytuację, pozbawioną niepotrzebnych par uszu czy ciekawskich gapiów.
Wynurzyłem się zaraz, przecierając twarz. Odetchnąłem kilka razy. Nie spuszczałem Colleen z oczu, jak gdyby zaniedbanie tej czynności miało zawalić cały świat… a może plan opowiedzenia jej o tym? Najprawdopodobniej.
- Słuchaj… Miałem kiedyś przyjaciela. W ogień bym za nim skoczył, razem obijaliśmy mordy innym… Całe życie w sumie – stwierdziłem z żalem. Czułem w trzewiach, jak mi się to wszystko ściska. Było fatalnie. – Potem pierwsza miłość i te sprawy… Leciało nam życie spoko i planowaliśmy razem wyjazd na studia do Seattle. Jakoś tak kilka dni przed odebrałem swoją część spadku po babci i, cholera, nigdy bym się tego nie spodziewał – mówiłem, coraz bardziej drżącym głosem. Kontakt wzrokowym z Colleen już dawno utraciłem, jak gdyby było mi wstyd. Właśnie, chyba było mi wstyd, że to w ogóle miało miejsce, że się wydarzyło.
- Brzmi cholernie błaho. Ja pierdolę… Ja ich obu kochałem jak własną rodzinę. Ba!, może nawet bardziej! A oni? Zajebali hajs i… chcieli mnie wysadzić w powietrze… Gdybym się nie obudził, nie byłoby mnie tu teraz. Gdybym w ogóle nie przeszedł mutacji… – wyrzuciłem z siebie. Trzęsło mi się żałośnie całe ciało i ogólnie niezbyt dobrze się czułem. Miałem ochotę… Rany, jak ja nienawidziłem tych zdradzieckich żmij. Czemu w ogóle ludzie mieli w sobie tak wredną naturę? I czemu stałem w tej chwili przed Colleen? Mogła zrobić mi to samo. Mogła zrobić mi coś o wiele gorszego.

Colleen Marie - 2017-12-16, 20:25

Czekałam, nie miałam najmniejszego zamiaru na niego naciskać. Wiedziałam, że jak będzie chciał to opowie mi co mu leży na sercu i miałam szczerą nadzieję, że dokładnie to się stanie. Uważałam, że musimy być ze sobą na tyle szczerzy, na ile pozwalają nam na to nasze charaktery. Byliśmy trudni, oboje... Ja byłam szczególnie trudna teraz. Niestabilna emocjonalnie, nie potrafiąca poradzić sobie ze śmiercią matki i odpowiedzialnością, jaka na mnie spadła. Rozmowa z Aaronem jednak, jego bliskość... pomagało mi to i liczyłam na to, że ja też jestem w stanie jemu pomóc. W końcu dlatego między innymi byliśmy dla siebie... żeby sobie pomagać, wspierać się wzajemnie. Tak to właśnie widziałam...
Dlatego też pozwoliłam mu zwlekać.
Nie protestowałam, gdy zanurzył się pod wodę. Gdy ewidentnie zbierał się do tego, by się odezwać. Bałam się tego, co chciał mi powiedzieć, ale też chyba podświadomie trochę cieszyłam się, że przestaliśmy rozmawiać o mnie, bo miałam już dość sama siebie. Zmiana tematu mnie cieszyła, nawet, jeżeli ewidentnie nie powina, bo to były smutki chłopaka, z którym byłam w związku.
I wtedy właśnie zaczął opowiadać, a ja, jedyne co zrobiłam, to chwyciłam go delikatnie za dłoń, by wiedział, że jestem dla niego, że jestem obok, że zawsze będę. Wlepiłam wzrok w jego oczy i czekałam na koniec opowieści, w którą się wsłuchiwałam. Serce waliło mi jak oszalałe, nawet nie umiałam wyjaśnić dlaczego, a on po prostu mówił, otwierał się przede mną, a ja czułam, że to nowy etap naszego związku.
- Aaron... Tak mi przykro... - powiedziałam cicho, ale głos zdecydowanie mi się załamywał. To było okropne... Ludzie, którym ufał, których kochał... Chcieli go zamordować za jakieś cholerne pieniądze. A więc to tak teraz wyglądało? Nie dało się ufać nikomu. Został zdradzony... Tak jak ostatnio ja i moja matka, którą zamordowala Nancy.
Nie czekałam. Po prostu przytuliłam Aarona tak mocno, jakbyśmy oboje mieli się zaraz rozpaść. Marzyłam, żebyśmy nie musili żyć w takim świecie. Chciałam żyć normalnie... Może nawet założyć z nim rodzinę i nosić ten śmieszny pierścionek zaręczynowy na palcu? Dlaczego życie było tak kurewsko niesprawiedliwe?
- Kochanie, żyjesz, to jest najważniejsze. Żyjesz i jesteś wśród ludzi, którzy cię kochają, będzie dobrze, z każdym dniem będzie co raz lepiej. Obiecuję ci to, nie tylko jako twoja dziewczyna. - wyszeptałam, nadal w niego wtulona. Chciałam, żeby miał lepsze życie... Zasługiwał na to...

Aaron Bartowski - 2017-12-18, 00:30

| melodramaty

Jej dłoń nie paliła mnie swoim ciepłem, ale otulała milutko, faktycznie dodając otuchy. Tylko… te myśli były tak paskudne, że nie mogły mnie uratować przed zsuwaniem się w przepaść pełną bólu. Bulgotał i śmiał się. Wiedział całym sobą, że znów w niego wpadnę, że nic mnie przed nim nie uchroni i będę gnił w tym obłędzie, że będę powoli umierał, myśląc o tym, co się stało i co się nie odstanie.
Zawód za zawodem, błąd za błędem. Kaskadowo, na łeb, na szyję czy też po prostu bezdusznie. Choćbym się zapierał, znowu byłem w związku, otoczony ludźmi, na których mi zależało. Mogłem powtarzać, że to tylko Bractwo pomagające mi przetrwać, że robię wszystko dla władzy w nim, ale, no… Byłem po prostu śmieszny. Nie potrafiłem już nawet okłamywać samego siebie.
I byłem też niczym kostka lodu. Sztywny. Kiedy Colleen przytuliła mnie do siebie, stałem chwilę osłupiały i nie wiedziałem, co się dzieje. Emocjonalnie podróżowałem po dalekich krainach, tych, które właśnie tak mnie wyniszczały w ostatnich snach, nie pozwalały spać. Bleh. Miałem ochotę płakać, ale na to nie zamierzałem sobie pozwalać. W samotności nie, a co dopiero przy niej… Dlatego gasiłem w sobie ten ból, skrywałem na później, tak jak gasiłem płomienie, kiedy przeszkadzały nam w wyprawach. Wybuchy? Gasimy. Zbędne. Niepotrzebne. Potem mogą jeść wszystko, teraz niech znikną i zostawią nas samych.
Przytuliłem ją. Wcale nie czułem, że przekroczyłem kolejny próg i tym samym wstąpiłem na nowy etap naszego związku. Czułem się raczej pokonany przez własne słabości i nagi. O ironio, byłem przecież niejednokrotnie kompletnie nagi przed Colleen. Niby nic przed nią nie ukrywałem, a jednak… Miałem kompleksy związane z moim bagażem doświadczeń. Dałem się okłamać, wykpiono mnie. Jakimś cudem ona to zaakceptowała i na dodatek tuliła mnie do siebie cierpliwie.
Przecież żyłem… Napisał mi wtedy wiadomość. Nie pamiętałem tych słów, ale doskonale wiedziałem, co mówiły.
- Nie możesz mi tego obiecać. Ludzie, którzy nas kochają?! Colleen, spójrz na nich! – Parsknąłem podłamany i dalej szeptałem do jej ucha, obejmując twardo w talii. Herezje czy nie, ja tak właśnie to wszystko widziałem i to dlatego ostatnio byłem taki umęczony, to stąd te sny, niepokój… – Nie wspierają cię, zamiast tego pewnie planują podstępnie, jak przejąć władzę! Nie są naszymi przyjaciółmi, rodziną tym bardziej. Wiesz, komu możesz zaufać, kto nie wbije ci sztyletu w plecy? W ogóle… czy możesz zaufać mi? Kim ja jestem?! PORAŻKĄ! – stwierdziłem ze zgrozą. Nie myślałem, w jakim kierunku poszła ta dyskusja. Myślałem o tym, że tak naprawdę nic nie osiągnąłem. Okłamywałem siebie, okłamywałem ją, okłamywałem wszystkich.
- Wybacz. Stresuje mnie to wszystko, śni mi się po nocach ten przeklęty wybuch i nie mogę wyczarować tego OGNIA! – zreflektowałem się, tłumacząc ze swojego rozedrgania, unikania jej i innych przez ostatnie dni, ten wybuch. Byłem słaby, ale nie powinienem tak tymi bolączkami obarczać również Colleen. Miała własne problemy, a ja… Stało się i wiedziała. Była tu. Powinienem to docenić. Kochała mnie tak, jak ja kochałem ją. Może właśnie byliśmy dla siebie stworzeni? I może wcale nie ucieknie z którymś z moich kumpli, pozostawiając mi jedynie porażkę i głupi esemes?

Colleen Marie - 2017-12-18, 00:44

Trochę się bałam. Generalnie nie byłam zbyt otwartą emocjonalnie osobą, nie miałam tak naprawdę nigdy szansy, by się przed kimś jakoś super uzewnętrzniać. Zazwyczaj raczej słyszałam płaczu innych, ale nie osób, które kochałam w taki sposób, jak kochałam Aarona... Bałam się, bo nie znałam słów, które mogłby go szczerze pocieszyć. Przeżyłam w życiu wiele i rozumiałam, że podłamanego człowieka bardzo ciężko pocieszyć. Nie chciałam jednak, by mój chłopak, mój ukochany czuł się tak podle, tak źle... Moim obowiązkiem było być przy nim, sprawić, by nie czuł się tak cholernie źle, by humor miał choć trochę lepszy, albo żeby chociaż wiedział, że jestem przy nim, że jestem i będę przy nim na zawsze, nie ważne co się stanie ze światem, co stanie się z nami. Miałam zamiar zawsze być dla niego, tak bardzo chciałam, by o tym wiedział... Potrzebowaliśmy siebie wzajemnie, a ja potrzebowałam, by to rozumiał.
- Bo mi nie ufają, ja też nie ufam prawie nikomu... Nadeszły ciężkie czasy, ale wyjdziemy z tego. - zapewniałam go, choć wcale w to nie wierzyłam. Miał rację. Byłam jedną z najbardziej znienawidzonych osób w Bractwie, które dzieliło się na dwie grupy - na tych, co chcieli odebrać mi władzę i na tych, którzy uważali, że najzwyczajniej w świecie nie nadaję się na Przywódcę. Jak w ogóle mogłam go okłamywać w taki sposób, przecież Aaron miał stuprocentową rację... Bractwo się rozpadało, nienawidziliśmy siebie wzajemnie, to nie było to samo, absolutnie nie, ale nie mogłam mu ot tak, po prostu przyznać racji. Musiał myśleć, że w to wierzę... Nic innego zrobić nie mogłam...
- Aaron! - podniosłam głos, nadal trzymając go za policzki, zmuszając go tym samym, by spojrzał mi w oczy - Jesteś do cholery najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Ufam ci w stu procentach, jesteś cudowny, nie mów o sobie źle. - mówiłam, wręcz błagalnie, wręcz ze łzami w oczach. Byłam zaskoczona jego słowami. Dlaczego on myślał o sobie tak źle? Mój Aaron? Taki odważny, wspaniały, pewny siebie...? Jak mógł nazywać się porażką? Skąd mu się to w ogóle wzięło?
- Kochanie... wiesz, że ja też źle śpię... - zaczęłam, wzdychając ciężko. Nie wiedzieć czemu, pomyślałam, że jak znowu zacznę gadać o sobie, przeniosę temat na siebie, pokażę, że ze mną też jest źle... Może zdołamy się wesprzeć w naszym bólu.
- Codziennie biorę dużą dawkę leków. Bez nich nie mogę spać, boję się spać. Jestem bardzo nerwowa, zaatakowałam Vee... - puściłam go, już go nie dotykałam, wzrok wlepiłam w taflę wody - Nie czuję nic bez nich, nic w sobie, tylko pustkę, Aaron. Nie mam w sobie żadnych emocji bez leków, nie czuję żadnych potrzeb. Czuję tylko pustkę, wymieszaną ze złością i tym cholernym strachem... Wszędzie widzę Nancy, wszędzie widzę moją matkę i części jej rozerwanego przez wybuch ciała. Jak chcesz... Może tobie też te leki pomogą, mi pomagają... trochę... - mruknęłam, nie wiedząc, co mam począć z dłońmi. Dlaczego w zasadzie mu to mówiłam? Zorientowałam się, że dygoczę. Czy to z zimna? Może ze strachu? Ciężko było mi stwierdzić, ale chciałam uciec. W jednej chwili chciałam po prostu uciekać, żałowałam, że przyznałam się do tych cholernych leków. Mojemu chłopakowi było bardzo ciężko, a ja oznajmowałam mu właśnie, że jestem niestabilna psychicznie. Brawo, medal mi się należy.

Aaron Bartowski - 2017-12-23, 03:15

Jakoś nie wierzyłem w to, że wszystko jakoś się poukłada z tą dziwną sytuacją w Bractwie. Colleen była o tym przekonana, jak gdyby miała na to jakiś plan, jakąś manipulacyjną moc. Mógłbym rzec, że mówiła tak, bo znajdowała się w innym, lepszym świecie. Niestety, chyba najbardziej z nas wszystkich dostała ostatnio po dupie. Tej samej, do której rzekomo jako jedyny miałem prawo [ten strój Mikołaja prowokuje mnie do świntuszenia].
Ciężko było mi patrzeć jej prosto w oczy, szczególnie kiedy zacząłem dostrzegać łzy zbierające się w ich kącikach. Powodowałem, że miała ochotę płakać… Mówiła o mnie te słowa, mając w sobie łzy szczerości, które miały ochotę w każdej chwili popłynąć i oczyścić jeszcze bardziej każde kolejne słowo. Kochała mnie i uważała za najlepszego, nie dostrzegając przy tym we mnie porażki. Czemu czułem się więc źle, kiedy mówiła mi o tym? Niczym kłamca… Okłamywałem ją z początku, nie chciałem tego wszystkiego, nie chciałem jej, prawda? To były kłamstwa, co nie? Przez to nie zasługiwałem na to wszystko, dlatego właśnie byłem porażką? Jakoś sam przestawałem w to wierzyć. Walczyłem ze sobą. Oboje walczyliśmy.
Przyciągnąłem ją do siebie, może nawet siłą, kiedy to ona zaczęła stronić ode mnie. Chyba to właśnie ten moment, gdy potrzebowaliśmy wzajemnie swojej obecności. Powinniśmy być teraz w cieplutkim łóżku, nie zaś moczyć się na tym zimnie. Powinienem ją stąd zabrać, ale… jeszcze chwila. Musiała skończyć, musiałem ją przytulić i wybić jej z głowy te leki.
- Może po prostu przestań je brać? Może wszystko pogarszają? To chemia – stwierdziłem, krzywiąc się nieco, ale też smucąc. – Popracuj z Albą. Czuje emocje, w końcu uda jej się opanować swoją moc. Mogłaby ci pomagać w lepszy sposób niż… Wiesz, jaki mam stosunek do leków, dragów, a nawet procentów.
Westchnąłem ciężko, przytulając ją bardziej do siebie. Czułem jej cycki na piersi, ale też jej plecy pod opuszkami swoich palców. Mięciutkie i gładkie. Głaskałem je pocieszająco. Nie chciałem, by się źle czuła, ale nie chciałem również, by brała to świństwo, poddawała się uzależnieniu.
- A one nie znikną… Musisz się nauczyć z tym żyć. Im prędzej, tym lepiej. Za każdym razem, kiedy wspomnę tego przyjaciela, marzę, by go spotkać na ulicy i spopielić. Kompletnie go zniszczyć. Też mnie prześladują… Lepiej zacznij ćwiczyć, wyżywać się, zamiast się truć – próbowałem otworzyć jej oczy na inne rozwiązania, szczególnie że miałem doświadczenie w tej kwestii. Nie tylko ze swojego życia wzięte, ale również moich klientów. – Spróbujesz? Może być stopniowo… Wierzę, że poradzisz sobie z tym sama tak, jak ty wierzysz we mnie za każdym razem, kiedy idę na misję – odparłem poważnym tonem, nieco właśnie tym trenerskim. Nawet na moment odsunąłem się od niej, by spojrzeć jej w oczy. Nie chciałem, by mnie uspokajała. Pragnąłem szczerej odpowiedzi.
- Ale i tak będę cię kochał – dodałem jeszcze szeptem, nim przedstawiła mi swoje stanowisko w tej sprawie. Moja dłoń zsunęła się żartobliwie na jej pośladek. – I twój tyłek.

Colleen Marie - 2017-12-26, 12:36

Byłam ciekawa, jak wiele zmieni w nas ta rozmowa. Aaron otwierał się przede mną, ja otwierałam się przed nim. Czy był to pierwszy krok do lepszych czasów? Czy pierwszy krok do tego, bym straciła jeszcze więcej? Czy ja nadal potrafilam kochać? Tak szczerze, bezwarunkowo? W tym momencie wydawało mi się, że tak, że kocham Aarona całym sercem, było mi z nim tak dobrze, tak bardzo chciałam, by był szczęśliwy... Ale powiedziałam mu o lekach, a on chciał, żebym je ograniczyła, a nawet całkowicie odstawiła. Wiedziałam, że bez nich nie dam rady. Bez leków nie będę tą samą Colleen. W normalnych warunkach poszłabym do psychologa, on by mi pomógł, na pewno doradziłby mi coś, czym mogę się ratować... Ale teraz? Nie mogłam pójść do lekarza, bo w sekundę by mnie znaleźli. Byłam jedną z najbardziej poszukiwanych mutantów na świecie. Byłam Osamą bin Ladenem mutanckiego świata, więc jak mogłabym gdziekolwiek udać się po pomoc? Pomoc znalazłam samodzielnie i miałam przeczucie, że jak zrezygnuję z tej pomocy... będę musiała zrezygnować z Aarona, bo nie zasługiwalam na niego w takim wydaniu, jakim byłam bez leków.
- Aaron, ja nie dam bez nich rady. Nie wiesz co bez nich czuję. Jestem okropna, ostatnio... Ostatnio czułam, że mogłabym zabić Ronniego, rozumiesz? Prosto w twarz mówił mi, że jestem gówniarą, że się nie nadaję, a ja pomyślałam, jak łatwo byłoby mi go zabić. - powiedziałam, nim tak naprawdę zdążyłam się zastanowić, że to mówię. Westchnęłam ciężko, przytłoczona swoim nastawieniem, przytłoczona sama sobą... Aaron wierzył we mnie, ale ja nie wierzyłam w siebie, a bez tego nie byłam w stanie niczego zdziałać, po prostu niczego.
- Aaron... boję się. Nie jestem odpowiednią osobą dla ciebie, wiem, że pokochasz kogoś innego. - dodałam, wzdychając smutno. Jedna, pojedyncza łza popłynęła po moim policzku. Nie mogłam z nim być. Kochałam go, wiedziałam, że go kocham, ale byłam toksyczna. Z dnia na dzień stawałam się ćpunką, która bez kolejnej dawki leków nie była w stanie normalnie funkcjonować. On nie mógł mieć takiej kobiety. Mogłam być Przywódcą, ale nie mogłam zatruwać życia tym, których kochałam.
Odsunęłam się od Aarona na dwa kroki i odeszłam, już nie kontrolując łez, które stopniowo roniłam. Nie chciałam, by mnie zatrzymywał. Nie mógł. Nie zasługiwałam na niego. Dlatego, wychodząc, machnęłam ręką, by wygiąć metalową kłodkę tak, by nie mógł już tak łatwo opuścić basenu. Będzie musiał chwilę się nad tym nagłowić, a ja już zdążę od niego uciec, pozwalając mu lepiej żyć beze mnie...

/ zt.

(gównopost, bardzo przepraszam, kochaj mnie)



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group