To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

Karty Postaci - Naomi Winter

Anonymous - 2017-11-27, 07:29
Temat postu: Naomi Winter
Naomi Winter
urodzona w Londynie dnia 06 czerwca 1993 roku, mieszka w Olympii od 4 lat, przynależy do Bractwa, piastuje stanowisko Łowcy, wizerunku użycza Bridget Satterlee.
historia
No cześć. Jestem Naomi Winter, miło poznać. Kim ja tak właściwie jestem? Ktoś mnie kiedyś o to spytał, tuż po tym jak dociekliwie dopytywał się skąd ja się tu tak właściwie wzięłam. Wtedy nie byłam mu w stanie udzielić odpowiedzi. Może byłam za młoda? Nie mam pojęcia. Dzisiaj jednak... Dzisiaj powoli się dowiaduję. A przynajmniej tak mi się zdaje. No bo w sumie czy ktoś tak naprawdę wie, kim jest? Albo co tak właściwie jest jego jedynym, prawdziwym celem? Niektórym się zdaje, że i owszem. Nie wnikam, ich sprawa - zabawne jest to, że potem nagle okazuje się, że jednak nie do końca. Więc może zacznę od początku, a dane będzie mi uzyskać odpowiedź na kiedyś zadane mi pytanie.
Urodziłam się 06 czerwca w Londynie, roku 1993. Nie tak dawno temu, bo tylko 24 lata. Mojego ojca nie było przy porodzie. Kiedy teraz o tym myślę, to może on też jest mutantem, a jego mocą jest znikanie z życia osób, które chciały go pokochać? Wiem tylko, że na początku było strasznie ciężko. Mama była sama, rodzina się od niej odwróciła, bo spoufalała się z mutantami, a gdy urodziłam się ja, zrobiło się jeszcze gorzej - rodzina co prawda chciała na nowo zagościć w jej życiu, jednak tylko po to, by zabrać mnie z rąk "niebezpiecznej wariatki". Matka walczyła mocno, żeby mnie utrzymać, ale nie udało się jej, chociaż nie mam jej tego za złe - ledwo co sobie miała do garnka włożyć, nie wspominając o noworodku, który co parę godzin drze ryja, bo jest głodny. Oddała mnie swojej rodzinie - swoim rodzicom, którzy (jakkolwiek by im nie wyrzucać olewania córki) zajęli się dobrze małym dzieckiem. Niczego mi nie brakowało, Ani jedzenia, ani dachu nad głową, ani miłości, na którą też gdzieś tam znalazło się miejsce. Dzieciństwo miałam w miarę spokojne, dziadkowie dali mi odwiedzać mamę, tylko ojca jakoś tak jak nie było, tak nie było, ale nie tęskniłam za nim. Jak mogłabym tęsknić za kimś, kogo nigdy nie poznałam i nie kochałam? Mama z czasem nawet wyszła na prostą, dostała lepszą pracę, lepsze mieszkanie... Wkrótce do niej wróciłam, bo moi dziadkowie uznali, że damy sobie we dwie radę. Chyba z wiekiem łagodnieli. W takim stanie spokojnie żyłam do czasu pójścia do szkoły. Mogłam się spodziewać, że z czasem wszystko się zepsuje, prawda?
Miałam trzynaście lat, kiedy zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Kiedy się złościłam, rzeczy dookoła mnie latały, choć przecież ich nie dotykałam. Nie chciałam wtedy przyjąć do siebie tej myśli, choć mama parę razy próbowała tłumaczyć mi co to może oznaczać, jednak nigdy jej nie słuchałam, odpychając w ogóle założenie, że może być coś ze mną "nie tak". Bałam się, że nagle stanę się dziwadłem... Że to nagle ja będę wytykana palcami, a nie ktoś inny. Głupio mi się teraz przynać, ale wtedy nie było dla mnie nic ważniejszego, niż akceptacja rówieśników. Niby normalna rzecz w tym wieku, a jednak nawet szkoda wracać do tego myślami. Całe dwa lata udawało mi się utrzymywać zdolności w tajemnicy i powoli, powolutku, docierało do mnie, że jestem mutantem. Moja mama mi wprawdzie powiedziała, że co jak co, ale ona nie jest jedną z tych, którzy uważają mutantów za zakały narodu. Czasem zastanawiałam się co takiego zrobiłam, że to akurat ja miałam to szczęście, żeby dysponować mocą - przecież byłam dobrą osobą, nikogo nie raniłam, zajmowałam się swoimi sprawami. Jendak, gdy osiągnęłam 15 lat, dziadkowie przyłapali mnie, jak ćwiczyłam moc w ogródku - nie spodziewałyśmy się z mamą, że przyjadą. Wpadli w szał. Krzyczeli, że mnie nienawidzą, że... Że mnie wyrzucą z rodziny, że moja matka na pewno puszczała się z mutantami, bo przecież sama z siebie nie powstałam. Nic do nich nie docierało, mój dziadek chciał nawet podnieść rękę na swoją córkę. Nie pozwoliłam mu. Zanim zdążył coś jej zrobić, koło niego przeleciało ogrodowe krzesło. A potem kolejne. Bał się, widziałam to doskonale. Boże, czułam się jak najpotężniejszy człowiek na ziemi. Stał tam, trzęsący się ze strachu, babcia wytrzeszczyła oczy, gdy krzesła z powrotem podniosły się z ziemi, a mama, zdecydowanym głosem, kazała im wynosić się z jej posesji i nigdy nie wracać. Byłam młoda, nie ukrywam, ale nagle jakby przybyło mi wieku, dojrzałości - dobrze wiedziałam, że nie mogę długo zostać w domu, bo dziadkowie na pewno zgłoszą komuś co się stało. Mama opowiadała mi o zasadach dotyczących mutantów.
Więc uciekłam. Nagły zwrot akcji, nie? Uciekłam z paroma dzieciakami ze szkoły. Z tymi, którzy byli jak ja, którzy też mieli moce. Uformowaliśmy sobie mutanci gang i zwialiśmy z Londynu, jak gdyby nigdy nic - już wtedy byli, oczywiście nielegalni, przewoźnicy, którzy mogli nas zabrać za morze. Rzecz jasna, nie wzięliśmy na nich pieniędzy znikąd, cóż tu dużo mówić, kradliśmy. Długo tak żyliśmy, w ukryciu, jak szczury - pewnie, nie podobało nam się to, ale strach było nawet wyjść na ulicę i cokolwiek zrobić, żeby nie wpaść. Wiele z nas jeszcze wtedy nie panowało nad swoimi mocami, a przynajmniej nie na tyle, żeby móc swobodnie chodzić wśród "normalnych". Było nas niewiele, jakaś piątka, czy szóstka, ale byliśmy dla siebie jak rodzina, choć z całą pewnością nie łączyły nas więzy krwi. Na ogół zamieszkiwaliśmy w jakichś opuszczonych budynkach, z dala od miasta, a po jedzenie i inne zapasy jeździły osoby, które panowały nad mocami - padło na mnie i na jeszcze jednego chłopaka, z którym miałam chyba najlepszy kontakt. W ogóle jakoś tak ludzie uznali, że to ja tu dowodzę, a mi to odpowiadało, chociaż z początku nieco przytłaczało - w końcu nigdy nikim nie dowodziłam, a teraz piątka ludzi powierzała mi swoje życia. Trudno uniknąć presji.
Żyliśmy tak jakieś dwa lata, regularnie trenując nasze moce - a ja w tym czasie zeszłam się z chłopakiem, który jeździł ze mną po zapasy. Była między nami jakaś taka chemia, której ani on, ani ja nie umieliśmy wytłumaczyć, ale nie chcieliśmy jej niszczyć. Nadal byliśmy młodzi, więc nie nastawiałam się na nic wielkiego, no ale co dużo mówić? Zakochałam się i tyle. Nie, żebym mogła jakoś to powstrzymać, nie, żebym chciała. Jednak los ewidentnie postanowił, że będzie miał nas serdecznie w dupie i spieprzy nam życia do reszty. Nic tego nie zapowiadało. To był spokojny, słoneczny dzień. Mieszkaliśmy wtedy w Portland, do którego ledwo dotarliśmy nie tak wcale długo po opuszczeniu Londynu, w opuszczonym magazynie, który wspólnymi siłami przerobiliśmy na miejsce zdatne do życia. Przyzwyczailiśmy się do życia w ukryciu, nawet zaczęło nam się to podobać, naprawdę byliśmy jak rodzina - każdy pilnował drugiego, a jak coś się działo, to prędko lecieliśmy na ratunek. Ale wracając do głównej historii, tego dnia wraz z moim partnerem wyruszyliśmy zdobyć zapasy, reszcie jak zwykle kazaliśmy się trzymać razem i, przede wszystkim, nie wychylać głów, dopóki nie wrócimy. Jasne, panowali już nad mocami o wiele lepiej, niż dwa lata temu, jednak osobiście wolałam nie ryzykować. Byliśmy w drodze do najbliższego sklepu... Do dziś nie wiem, co się dokładnie stało. W jednej chwili spokojnie jechaliśmy, a w drugiej uciekaliśmy, bo wyczaiły nas służby - nie wiem, może mieli nasze twarze w rejestrach (nie zdziwiłabym się, żadne z nas święte nie było), ale w tamtej chwili mało mnie to obchodziło. Starałam się rzucać w nich wieloma obiektami, nawet zagradzałam im drogę innymi autami, lecz oni znaleźli sposób, żeby nas otoczyć. Kazali nam się poddać, jednak oboje wiedzieliśmy, że nie poddamy się żywcem - kiedyś nawet chłopak przyznał mi, że wolałby zginąć, niż trafić do więzienia, albo jeszcze gdzie indziej. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, nasze auto wybuchło, odrzucając nas oboje daleko w dwie różne strony - myślałam wtedy, że to jakiś cud, że miałam tylko poranione plecy, nogi i dłonie, jednak nic więcej mi się nie stało. Prędko jednak zorientowałam się, że to wcale nie był cud, tylko to mój chłopak odepchnął mnie, zasłaniając przed wybuchem i przyjmując na siebie większość obrażeń. Widziałam, że oddychał, cały we krwi i z ogromnymi ranami na ciele, ale próbował mi coś też powiedzieć. Jedno słowo. Uciekaj. I tak też zrobiłam, ledwo dając radę zwiać przed służbami - prawdopodobnie dlatego, że zdołałam im znowu zagrodzić drogę autem. Nie wróciłam do reszty, nadal czekającej w Portland, w magazynie - wysłałam im tylko szybką wiadomość, że mają uciekać. Bo jeżeli służby wypatrzyły mnie i chłopaka, to ich pewnie też, a nie chciałam być odpowiedzialna za ich uwięzienie albo, co gorsza, śmierć.
Uciekłam więc. Znalazłam najbliższy szpital przyjazny mutantom, który zajął się moimi obrażeniami, a następnie ruszyłam dalej w drogę. Tak oto też znalazłam się w Olympii -
wiele słyszałam o Bractwie utworzonym przez niejaką Yvonne Marie. Nie zastałam jej tam, tylko jej córkę, Colleen, wtedy też dowiedziałam się, że Yvonne nie żyje. Dołączyłam do Bractwa, zostałam Łowcą - pewnie przez to, że miałam już niejako doświadcznie w zrzeszaniu mutantów i szukaniu żywności. A może przez to, że zaoferowałam Colleen, że będę pełnić tę funkcję w zamian za bycie w Bractwie. A teraz? Teraz robię swoje i zastanawiam się, czy on żyje, czy może już nie.
charakter
N- kto zazwyczaj robi, a potem myśli, zachowuje się też nierzadko w sposób nieprzewidywalny? Tak, tak, Naomi! Na ogół stara się myśleć o konsekwencjach swoich działań, jednak często staje się tak, że działa pod wpływem emocji, a dopiero po tym orientuje się, że no w sumie mogła inaczej to rozegrać.
A - jest naprawdę ambitna. Mimo tego, że ma w miarę dobrze, nikt jej nie chce zabić i takie tak, to ona jednak wolałaby więcej - ale proszę nie mylić tego z chciwością! Po prostu chciałaby, żeby mogła polepszyć warunki życia mutantów, żeby ludzie ich nie nienawidzili i tak dalej.
O - mimo tego, że tak szaleje, to jednak jest odpowiedzialną osobą. Musiała taką się stać, żeby pilnować grupki niewytrenowanych mutantów, którzy w przypływie złości mogli się najzwyczajniej w świecie pozabijać.
M - no, mądrości (a może sprytu?) też nie można jej odmówić. Ma łeb na karku, wie co i jak, a choć nie uważa się za najmądrzejszą osobę na świecie, to jednak zna się na rzeczy i nie ukrywa tego.
I - jej intuicja jest też mocno rozwinięta, chociaż czasem zawodzi (w sumie to częściej, niżby chciała). Jednak zdarza się tak, że orientuje się mocno wcześniej,
że np. nie warto ufać danej osobie, bo coś tu nie gra.
opis mocy
Co to właściwie jest ta telekineza? Tak właściwie to psychokineza, no ale jeden kij. Według definicji jest to określenie używane w parapsychologii do opisu rzekomego wpływu na fizyczne otoczenie z odległości wywołanego za pomocą mocy psychicznych, bez fizycznej ingerencji. W szerszym znaczeniu oznacza właściwość psi, która pozwala wpływać na zachowanie materii.
W praktyce jest to prawie dziecinnie proste - Naomi może poruszać rzeczami dookoła bez dotykania ich, nawet bez bliższego podchodzenia do nich, choć musi być w okolicy danego obiektu - nie potrafi przenieść auta, które nie jest w zasięgu jej wzroku i tak dalej. Co ciekawe, telekineza obejmuje ciała stałe, w stanie ciekłym lub gazowym, ich preturbacje oraz poruszania ich za pomocą swoich myśli oraz koncentracji, chociaż z płynami i gazami idzie jej tak średnio, może nimi tylko poruszać (w górę, dół, na boki) i lepiej czuje się w ciała stałych. Co ważniejsze, Naomi musi utrzymywać kontakt wzrokowy bezpośrednio z przedmiotem, jak większość telekinetyków. Nie może za to bezpośrednio zmieniać kształtu przedmiotów, czyli np. zginać ich, czy tez zgniatać, o ile nie zmiana kształtu nie powstanie w wyniku przemieszczenia ich. Obecnie Naomi jest w stanie używać mocy za pomocą kontaktu wzrokowego oraz gestykulacji i ma znaczne problemy z przesuwaniem rzeczy, gdy jej ręce są związane. Jak na razie Naomi była w stanie podnieść ciężarówkę, w pełni załadowaną, ale nic cięższego, a i to zabiera jej strasznie dużo energii. Jeżeli zużyje jej za dużo, od razu leci jej krew z nosa, a rzeczy potrafią latać dookoła niej bez żadnego opanowania z jej strony.
Czas trwania mocy : 2 posty używania, 1 post odpoczynku.
ciekawostki
- Uwielbia musicale,
- Chciała mieć kiedyś zwierzątko, ale z biegiem czasu zrozumiała, że to nie wypali,
- Chciała też być kiedyś aktorką albo pianistką, ale to też raczej niezbyt,
- Ma problem z ulokowaniem swoich uczuć w kimś innym, przez to, co stało się z jej chłopakiem,
- Marzy o tym, że mutanci przestaną być traktowani jak trędowaci,
- Z jednej strony rozumie, dlaczego ludzie się ich boją, ale z drugiej często ogarnia ją wściekłość, że nie chcą nawet poznać ich lepiej,
- Chciałaby kiedyś znowu zobaczyć swoją matkę,
- Jej plecy są całe w bliznach po oparzeniach i ranach szarpanych po wybuchu,
- Bardzo dobrze gra na gitarze, co przydaje się podczas gorszych wieczorów,
- Jest perfekcjonistką do bólu, ale stara się z tym walczyć,
- Został za nią wysłany list gończy,
- Nie raz, nie dwa planowała sprawdzić jakoś, czy jej chłopak nie jest przypadkiem w więzieniu, ale zawsze ktoś lub coś ją od tego odwodziło,
- Unika alkoholu jak ognia, ale za to popala,
- Chociaż ma delikatne rysy twarzy, lubi ubierać się jak "rebelka" - skórzana kurtka, ćwieki w bransoletkach i ciężkie buty,
- Regularnie trenuje swoją moc i stara się też ćwiczyć ciało,
- Od kiedy tylko uciekła z Londynu, posługuje się przezwiskiem Poltergeist,
- Dla swoich bliskich, nieważne czy łączą ich więzy krwi, rzuciłaby się w ogień.


Colleen Marie - 2017-12-08, 18:11

Karta zaakceptowana!
Poziom opanowania Twojej mocy to: 83%
Witamy w Bractwie! Karta napisana w bardzo ładny sposób, a charakter to już w ogóle! Ograniczenia mocy jak najbardziej w porządku, niezwykle ciężko mi się przyczepić do czegokolwiek. Pamiętaj jednak, by Naomi nie przesadziła z używaniem swojej mutacji!
Skutkować to będzie omdleniami i krwotokami z nosa.
Życzę miłej zabawy na forum!



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group