The Gifted - 2017-11-24, 15:15 Temat postu: Brama główna
Liam Ellsworth - 2020-02-16, 21:55 / 13 maja 2019
Poranek ładny, choć pochmurny. Z małymi przejaśnieniami. Tego dnia jednak nie miało padać. Przynajmniej tak mówiły prognozy. Liam przyjechał tutaj prosto od brata. Spędził u niego noc, lecz po tym nie wracał jeszcze do siedziby w Bractwie. Chciał coś jeszcze załatwić w dzielnicy Chinatown. Udał się zatem do starego mieszkania swojego mentora, które stopniowo oprzątał i urządzał. Jakby chciał na nowo zrobić sobie miejsce do zamieszkania. Sporo ryzykował tym, by nie zostać wykrytym lub rozpoznanym. Bluza, czapka z daszkiem, jeansy i trampki. Przyszedł miesiąc majowy, to także zrobiło się znacznie cieplej.
Po ogarnięciu trochę mieszkania, stwierdził że lepiej już będzie wracać. Było gdzieś w okolicach godziny jedenastej. Zamknął mieszkanie i udał się wpierw na spacer ulicami, by kupić coś dobrego na dzisiejszy wieczór z Alexem.Robin Alexander - 2020-02-17, 21:22 /13 maja
To był przyjemny dzień. Nie było ani za ciepło ani za zimno. Idealny dzień na odłożenie ważnych spraw i zajęcie się nic nie robieniem. Ten nie wyjątkowy dzień postanowiłam uprzykrzyć sobie na codzienne sprawy, których tak nie cierpiałam, a jednak trzeba było je wykonać. Zakupy. Niby nic wielkiego, a męczy. Trzeba się odnaleźć w morzu obcych ludzi, uważać na nich i udawać że jest się normalnym. A tego nie lubiłam. Udawać kogoś kim się nie jest. Szłam przez ulice mojej dzielnicy, zamyślona i wsłuchana w muzykę z różowych słuchawek, że nawet nie zorientowałam się, że moja super moc kieruje mnie gdzieś indziej niż sklep spożywczy. Rozejrzałam się szybko w poszukiwaniu czegoś godniejszego uwagi niż chęć pójścia w nieznanym kierunku. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to zielarnia, z małą ale zagraconą wystawą. Stanęłam przed nią i podziwiałam suszone zioła i nogi żab, byle nie pójść nigdzie gdzie nie chcę.Liam Ellsworth - 2020-02-22, 22:42 Spacerując ulicami, Liam spoglądał na ulice będąc czujnym na patrole Departamentu. Odkąd rozwalono im Dzielnicę Mutantów, miał dziwne wrażenie jakby było ich znacznie więcej. Przez wchłonięcie przez nich Genetically Clean, nic dziwnego że zyskali więcej ludzi do pracy. Ale też robiło się to dla mutantów niebezpieczne. O ile chińska dzielnica wydawała się być do tego czasu bezpieczna, tak ostatnimi dniami tego nie było widać. Coraz częściej musiał kombinować, by nie dać się wykryć, a bardziej rozpoznać.
Przystanął przy sklepie zielarskim, zaraz obok dziewczyny ze słuchawkami w uszach. Spojrzał na witrynę sklepu, szukając czegoś go interesującego. Swojej ulubionej herbaty. Nawet przy takich momentach, musiał zachowywać czujność otoczenia. Często witryny sklepowe pozwalają ujrzeć odbicia po drugiej stronie ulicy.Robin Alexander - 2020-02-23, 15:39 Kątem oka zauważyłam, że ktoś się zbliża do tej samej witryny, przy której stałam. Okno było małe więc mężczyzna musiałby stanąć dość blisko mnie. Moja moc była dziś wyjątkowo rozchuśtana, a bliskość jakiejkolwiek osoby mogłoby wywołać przeczucia. Już wycofywałam się od sklepu, gdy w mojej głowie pojawiło się słowo "Kappa". Przewróciłam oczami. SUPER. Na pewno ma coś wspólnego z mężczyzną, który podszedł do wystawy. Nie znałam tego słowa, chociaż brzmiało przestarzale i legendarnie. Póki nie poznam jego znaczenia nie odejdę stąd. Westchnęłam ciężko i przewróciłam oczami. Wyciągnęłam bardzo szybko, wręcz nerwowo, z kieszeni mały notatnik z małym ołówkiem i napisałam na szybko "Czym jest Kappa?". Wyrwałam kartkę, odwróciłam się twarzą do mężczyzny i wyciągnęłam kartkę w jego stronę, by ją wziął. Miałam nadzieję, że ją weźmie. Zwykle ludzie z czystej ciekawości chcą zobaczyć co na niej jest. Mam nadzieję też, że będzie w miarę miły i nierozgarnięty na tyle, żeby po prostu odpowiedzieć na pytanie. Inaczej będę musiała się trochę pomęczyć.
Nie wiedziałam kim jest człowiek i czy można mu ufać, bezpieczniej było udawać, że nie umiem mówić. Potem udam, że nic nie słyszę odwrócę się na pięcie i więcej się nie spotkamy. Zwykle moja moc jest potem na tyle uspokojona, że do końca dnia mam spokój.Mistrz Gry - 2020-03-03, 03:24 Dzień jakże spokojny i nieodstający szczególnie od pozostałych. Jednym ludziom o tej porze spieszyło się do pracy, innym do szkoły, a paru szczęściarzy mogło nacieszyć się czasem wolnym. Do tych ostatnich zapewne należała dwójka mutantów, która jeszcze nie miała pojęcia, iż wkrótce staną się uczestnikami tragicznych wydarzeń.
Po drugiej stronie ulicy zaczęła gromadzić się grupa mężczyzn w wieku około 25 lat. Początkowo nie było w tym nic nietypowego - ot jakaś grupa znajomych, która nie była warta poświęcenia im większej uwagi. Zebrali się pod jedną z kamienic, rozmawiając i spoglądając co jakiś czas w górę, jakby na kogoś czekając.
Jeden z mężczyzn chwycił kamień leżący na ziemi i rzucił nim w stronę okna, wybijając je, a jego odłamki rozsypały się po chodniku. Ten dźwięk z pewnością nie mógł umknąć uwadze osób znajdujących się w pobliżu.
— Precz z mutantami! Wynoście się z naszego miasta! Pieprzeni odmieńcy! - wykrzyczał, a zaraz po nim przyłączyło się jego towarzystwo, które zaczęło głośno buczeć i unosić pięści ku górze.
Wtem z wybitego okna wychyliła się młoda kobieta o azjatyckich rysach twarzy. Spojrzała z prawdziwym przerażeniem na zbierający się pod kamienicą tłum.
— To pomyłka! Proszę, zostawcie nas! Nic wam nie zrobiliśmy! - zawołała rozpaczliwie, próbując jakkolwiek wpłynąć na zachowanie agresorów... Oni jednak nie słuchali. Dwie osoby weszły do środka budynku z prawdopodobnym zamiarem dostania się do mieszkania rzekomej mutantki. Drzwi jednak zablokował mąż kobiety i wandale nie byli w stanie się przez nie przebić.
Poleciały kolejne kamienie w kierunku okna, które zmusiły kobietę do ukrycia się. Niebezpieczne obiekty lądowały jeden za drugim w pokoju, stanowiąc zagrożenie dla wszystkich znajdujących się wewnątrz.
— Przestańcie! Tutaj jest dziecko! - odezwał się męski głos z wnętrza budynku, lecz te słowa wcale nie powstrzymały tłumu. Przeciwnie - wzbudziły jeszcze większą agresję na wieść, iż mutantka wydała na świat potomka - prawdopodobnie także mutanta.
— Świetnie, będzie kilka pieczeni na jednym ogniu. - zawołał ktoś z tłumu, wkrótce wyłaniając się z dziwną butelką w dłoni. Była to butelka zapalająca, tzw. koktajl Mołotowa. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, została ona celnie wrzucona do środka przez wybite okno. Przeszywający krzyk kobiety był niemal jak wyjęty z horroru, jednak to się działo naprawdę i to na oczach Liama oraz Robin.
Ogień natychmiast zaczął się rozprzestrzeniać, a sprawcy ataku rozproszyli się, licząc, że ogień załatwi resztę. Kłęby ciemnego dymu wydobywały się w wnętrza mieszkania, a języki ognia z każdą sekundą pochłaniały i trawiły każdy kolejny centymetr dorobku niewinnej azjatyckiej rodziny.
Wkrótce rozległ się płacz dziecka, które na widok ognia i dymu musiało być tam śmiertelnie przerażone i nie rozumiało, co się właśnie działo. Zaalarmowani sąsiedzi mieszkający niżej zamiast spróbować pomóc rodzinie, uciekli na zewnątrz. Również świadkowie na ulicy nie robili absolutnie nic. Za bardzo się bali... albo popierali takie działania. No bo w końcu... to byli tylko mutanci, prawda?Liam Ellsworth - 2020-03-04, 00:07 Liam z kolei podszedł do witryny sklepowej by sprawdzić jakie mają herbaty i czy znajdzie tę, którą chciałby sobie kupić. Tę ulubioną. Obecność dziewczyny mu nie przeszkadzała, ale zaskoczyła go wręczając mu kartę z zapisanym pytaniem. Odebrał kartkę i spojrzał na nią, unosząc jedna brew ku górze. Serio o to pytała? Mogła być niemową, o czym sugerowało właśnie napisanie do niego liściku. Westchnął i spojrzał raz jeszcze na kartkę.
- Kappa, to stworzenie wodne w wierzeniach Japońskich. Według jednych uważane za przyjazne, dla innych niebezpieczne i wrogie. Czemu pytasz?
Wiedział o co pytała, jako że dużo za młodu czytał o historii, kulturze i obyczajach kraju, z którego pochodził jego mentor.
Wtem niespodziewanie zauważył, że pod drugiej stronie ulicy zaczęły się dziwne zamieszki i krzyki. Wcześniej nie zarejestrował podejrzenia zbierającej się grupy osób, uważając to za zwyczajne spotkanie, ale nie. To było coś większego i to mu się nie podobało. Prawie nigdy nie było tutaj takich zachowań. Albo były, lecz o tym nie wiedział.
Skoro faktycznie tam byli mutanci, to powinni sobie poradzić ze zgrają ludzi. Sytuacja się zrobiła dość problematyczna i niekulturalna, kiedy do środka wrzucono podpaloną butelkę.
Nie mówiąc nic, nawet nie oddając dziewczynie kartki, którą schował do kieszeni kurtki, wybiegł przez jezdnię prosto w zebrany tłum głupków, odpychając ich na strony, by przebić się do wnętrza budynku. Udał na piętro, jeżeli to tam mieszkała owa rodzina. Może zdąży im pomóc, zanim ogień zajmie całe piętro? Musiał się też upewnić, że chuliganów nie było na piętrze, którzy by chcieli dobić się do mieszkania zagrożonej rodziny.Robin Alexander - 2020-03-04, 00:52 Japonia. To miało sens. Ten opis idealnie pasował do słowa. Zawahałam się chwilę czy odwrócić się na pięcie czy kontynuować rozmowę. Temat wydawał się ciekawy, a ja nie mam za wielu znajomych na pogawędki. No dobra nie miałam, żadnych znajomych. Fajnie by było udać normalną i porozmawiać sobie o pogodzie. Nie zdążyłam podjąć decyzji gdy przestraszył mnie huk wybijanej szyby. Aż podskoczyłam upuszczając ołówek. Nie jestem bojaźliwa, ale taki huk zwiastował niebezpieczeństwo. A moja moc powinna mnie ostrzegać przed niebezpieczeństwem. Dlatego nie powiem przestraszyłam się i cała skuliłam w sobie. Zerwałam jednym ruchem słuchawki gotowa do ucieczki. Hałas dobiegł z drugiej strony ulicy. Grupa mężczyzn wykrzykiwała hasła antymutanckie, rzucając kamieniami w szyby budynku. Mimo, że czułam się bezpieczna, bo takie cepy jak te z drugiej strony ulicy nie dały by rady dostrzec mojej mocy, to nie lubiłam bezpośredniej konfrontacji. Wole unikać kłopotów. A ludzie rzucający kamieniami to definitywnie są kłopoty. Zrobiłam krok w tył, gdy uderzyło we mnie jedno słowo. Dziecko. W tak niebezpiecznej sytuacji dorosłemu mutantowi bym nie pomogła. Ale dziecko.., Zawahałam się. Poczucie krzywdy jakiej doznałam w dzieciństwie zawsze budziło we mnie odruch ochrony i opieki dzieci. To były sekundy, a ja walczyłam z wewnętrznym tchórzem. Może jednak ktoś inny im pomoże? To nie muszę być ja. Ale czy ja chcę postępować jak dorośli którzy traktowali mnie źle w przeszłości?
Poleciał koktajl mołotowa i wnętrze zajęło się ogniem. Stałam jak posąg niezdolna do ruchu oglądając drugą stronę ulicy, gdy mężczyzna stojący obok mnie wystrzelił w kierunku budynku. Zapomniałam kompletnie o nim, ale udało mu się mnie wyrwać z letargu i pobiegłam w jego ślady, najpierw zrzucając torbę z ramienia co by mi nie przeszkadzała. Starałam dotrzymać mu kroku, ale dogoniłam go dopiero gdy zwolnił przy tłumie gapiów. Wszedł pewnie do budynku, nad niczym się nie zastanawiając. Wiedziałam, że w jednym mogę pomóc. Znaleźć drogę do dziecka, bo naprawdę zależało mi na jego bezpieczeństwie. Uwolniłam całą swoją moc prosząc o drogę do niego. Wbiegłam kierowana mocą za mężczyzną na piętro, mnie też kierowała tam moc, pociągnęłam mężczyznę za rękaw, pokazując kiwnięciem głowy kierunek w którym czułam, że musimy się udać. Zaczynało mi szumieć w uszach i to nie od ognia powoli zajmującego budynek. Moja moc działała, oby na coś w końcu się przydała.Mistrz Gry - 2020-03-08, 00:38 Liczyła się każda minuta. Nie... sekunda. Z ogniem nigdy nie ma żartów. Kto wie, czy niebezpieczny żywioł przez nieprzemyślaną zagrywkę chuliganów nie rozprzestrzeni się na sąsiednie budynki i nie wywoła olbrzymiej katastrofy, choć jeszcze na tą chwilę ogień skupiał się jedynie na jednej kamienicy. Ludzie się bali, instynkt kazał im trzymać się z daleka od ognia i dymu, którego wciąż przybywało. Znaleźli się jednak tacy, którzy... pobiegli. Ruszyli na pomoc tym, którzy jej potrzebowali. Dwóch śmiałków, bez bohaterskich kostiumów ani mundurów ruszyło ku płonącemu budynkowi, wywołując na twarzach zebranych gapiów niedowierzanie. Ktoś wyciągnął telefon i postanowił nagrywać zajście, ktoś inny nazywał ich szaleńcami, gdy zaczęli się przeciskać przez tłum. Oni jednak nie zrezygnowali. Może nawet poczuli większą determinację, widząc, że tamta rodzina mogła liczyć wyłącznie na nich.
Wchodząc na wąską klatkę schodową widzieli unoszący się nad ich głowami ciemny, gęstniejący dym. Zlokalizowanie płonącego mieszkania nie było większym problemem, gdyż wystarczyło podążać właśnie za ową unoszącą się chmurą, której wdychanie mogło wywoływać okropne pieczenie w gardle oraz nozdrzach. Niestety, ich problemem nie był wyłącznie dym, a ktoś, kto mimo takich warunków postanowił dokończyć dzieła i upewnić się, że mutanci z tego pożaru nie wyjdą cało. Była to tamta dwójka wandali, która wcześniej weszła do kamienicy i próbowała wyważyć drzwi. Teraz zamiast próbować wejść do środka, przytrzymywali drzwi, aby nikt z domowników nie uciekł. Brutalne. Czy oni na pewno byli ludźmi, za których się uważali?
Mężczyźni szybko zorientowali się, że nadciąga towarzystwo. Policja? Straż pożarna? Ktokolwiek to był, popełnił ogromny błąd, próbując kwestionować ich działania i zainterweniować. Odsunęli się od drzwi, znikając z pola widzenia dla osób wchodzących po schodach, a kiedy Liam jako pierwszy wszedł na właściwe piętro, w jego stronę rzucił się napastnik z kilkunastocentymetrowym nożem w ręce, mierząc prosto w jego lewe ramię. Przeciwnik był dobrze zbudowany, a połowę twarzy zakrywała czerwona chusta, która w pewnym stopniu chroniła go również przed dymem ulatniającym przez szczeliny w drzwiach płonącego mieszkania. Kolega mężczyzny zaraz po pierwszym ruchu swojego pobratymcy zamierzał pchnąć Liama na ścianę i potraktować go solidnym uderzeniem z pięści w twarz, po czym zepchnąć go ze schodów. Czy mu się to uda i mężczyzna faktycznie straci grunt pod nogami, zaliczając bolesny upadek ze schodów? A może czymś go zaskoczy?
Jasnowłosa nastolatka towarzysząca nowo poznanemu mężczyźnie mogła patrzeć, jak przestępcy usiłują go dotkliwie zranić, albo spróbować znaleźć w sobie dodatkową odwagę i odwrócić jakoś ich uwagę od Liama, jeśli ten nie zdołał się w porę obronić i stał się ich głównym celem. Sama prawdopodobnie nie dałaby im rady. Ich było dwóch. Byli od niej dużo więksi oraz każdy z nich posiadał nóż. Nie zawahaliby się przed skrzywdzeniem także kobiety - to było pewne. Wkrótce jeden z nich spojrzał w jej stronę swymi ciemnymi jak węgiel oczami. To spojrzenie... trudno było je porównać do racjonalnie myślącego człowieka. Przypominało ono bardziej spojrzenie bezdusznej istoty. Mordercy, którym już był albo którym wkrótce się stanie.
Być może ktoś z obecnych zdołał się zorientować, że z wnętrza mieszkania nie słychać już było krzyków kobiety oraz mężczyzny, a jedynie rozpaczliwy płacz dziecka, które... musiało znajdować się nieopodal drzwi, gdzieś w pobliskim pomieszczeniu, gdyż było ono bardzo wyraźne. Wśród dziecięcego płaczu dało się usłyszeć także seplenienie, które przypominało nawoływanie mamy oraz taty, jednakże... dziecko nie otrzymywało żadnej słyszalnej z zewnątrz odpowiedzi. To mogło budzić najgorsze obawy...Liam Ellsworth - 2020-03-08, 18:41 Liam nie spodziewał się, że dziewczyna od oglądania z nim witryny sklepu herbcianego, wybiegnie za nim. Nie da się ukryć też tego, że gdy wszedł do palącego się na piętrze mieszkania, już na dole było czuć dym. Wyciągnął chustę z kieszeni i przewiązał sobie na połowę twarzy, by nie wdychać za dużo dymu. Ruszył na górę, ale widoczność była utrudniona. Mimo iż słychać było dźwięki i wołanie o pomoc, to właśnie dzięki nowej towarzyszce, która chwyciła go za rękaw pociągnąwszy za sobą. Ruszył za nią. Zatrzymał ją jednak, kiedy na przeciw nim wyłonił się mężczyzna z bronią. Od razu zaciągnął dziewczynę do tyłu, starając się uniknąć zranienia i drugą ręką chwytając jego rękę z ostrzem. Dajmy na to, że nieznajoma go chwyciła za lewe ramię i tym później ją odciągnął, zatrzymując rękę atakującego prawą. Nie wiedział, że było ich tutaj więcej, przez co niespodziewanie został pchnięty na ścianę i uderzony w twarz. Zepchnąć się jednak na schody nie dał, hamując nogami i próbując przerzucić go przed siebie, łapiąc go nagle za ramiona. Jeżeli udawało mu się go na moment tak zatrzymać, zamierzał podciąć mu nogi i go przewrócić. Cel był taki, aby móc nagle dobyć uwagę na pierwszym przeciwniku, jaki wyskoczył na niego z ostrzem. Szybko też wyjął pistolet zza paska spodni i strzelił do leżącego, nim zdążył się podnieść, jeżeli udało wykonać powyższą czynność. Uwagę zaraz przeniósł na drugiego, który mógł w każdej chwili go także zaatakować. Niestety też nie mógł za bardzo skupić się na obronie nieznajomej. Ten płacz dziecka nie wróżył niczego dobrego. Jak i milczenie jego rodziców.Robin Alexander - 2020-03-08, 19:47 Zaskoczyło mnie pojawienie się dwóch napastników. Jakoś nie spodziewałam się że podpalenie budynku im nie wystarczy tylko będą chcieli wejść do środka i przypilnować swojego dzieła. Bez sensu w takim razie najpierw podpalać budynek. Chcieli spłonąć żywcem? Cały czas kasłałam a czarny dym gryzł mnie w gardło. Z wdzięcznością przyjęłam obronę nieznajomego współtowarzysza. Korzystając z okazji, że tamci byli zajęci walką uruchomiłam moc na maksa i przemknęłam między nimi wprost do drzwi za którymi słyszałam płacz dziecka. Jeśli mi się udało w uszach zaczęło mi nieprzyjemnie piszczeć od używania mocy, dodatkowo mogło to wyglądać to dość nienaturalnie gdy z nadnaturalną zręcznością wszystkich ominęłam. Miałam jednak nadzieję że grupka mężczyzn będzie zajęta sobą i tego nie zauważy. Drygnęłam na odgłos strzału. Tego też się nie spodziewałam. Szybko zerknęłam na przeciwników, który z nich użył broni, jednak dym był już na tyle gęsty, że nic nie zobaczyłam. Modliłam się w myślach, żeby to mój współtworzysz miał broń. Jeśli udało mi się ominąć napastników, dopadłam do drzwi i jeśli nie były zamknięte na klucz to otworzyłam je i rozejrzałam się szukając dziecka, ewentualnie ruszyłam w kierunku jego płaczu. Jeśli były zamknięte na klucz, spróbowałam je wyważyć ciężarem swojego ciała i kopnięcie, chociaż wątpię żeby mi się to udało, zważywszy na moją filigranową posturę. Jeśli to mi się nie uda poczekam chwilę na rozwój sytuacji.Mistrz Gry - 2020-03-13, 01:59 Zasłonięcie twarzy chustą przez Liama było rozsądnym działaniem, jednak Robin nie miała tyle szczęścia i nie posiadała przy sobie niczego, czym mogłaby się ochronić swoje drogi oddechowe. Nie powstrzymało jej to jednak przed próbą ratunku rodziny mutantów. Czyn godny miana bohatera czy jednak instynktowne, nieprzemyślane działanie?
Atak na Liama z użyciem noża się nie powiódł, co wywołało niemały szok na twarzy przeciwnika. Mała istniała szansa, by przeciętny cywil zdołał odeprzeć tego typu atak i stąd chwilowe zawahanie zamaskowanego mężczyzny, które niestety nie dało Liamowi żadnej przewagi. Kolega chuligana ruszył z pomocą, przybił Liama do ściany i uderzył go z pięści w twarz. Ten solidny cios z pewnością pozostawi po sobie ślad, lecz ani na moment nie powstrzymał zdeterminowanego mężczyzny przed udzieleniem pomocy rodzicom i ich dziecku. Adrenalina? Wściekłość za uszkodzenie jego pięknej twarzy? A może jedno i drugie?
Liam chwycił napastnika za ramiona z zamiarem późniejszego podcięcia mu nóg, lecz nikt przewidział jednego... drugi mężczyzna, dotychczasowy sojusznik bandyty się nie patyczkował i nie liczył się ze zdrowiem kolegi. Dostrzegając wcześniej kątem oka przebiegającą obok dziewczynę, syknął wściekle, położył dłonie na plecach uwięzionego towarzysza i pchnął jego i Liama w kierunku schodów, przed którymi obaj mężczyźni walczyli, po chwili samemu kierując się drogą, jaką chwilę wcześniej przebyła jasnowłosa.
Bandyta wraz z Liamem zaliczyli bolesny upadek ze schodów. Liam wraz z drugim mężczyzną w wyniku upadku doznali licznych siniaków na całym ciele, lecz dopiero, gdy Liam spróbuje wstać, zorientuje się, że coś jest nie tak z jego prawą kostką oraz poczuje kłujący ból po prawej stronie klatki piersiowej, dokładniej ból żebra. Żeby nie było, jego przeciwnik wcale nie był w lepszym stanie i miał na swojej głowie widoczną, krwawiącą ranę. Był oszołomiony, ale wciąż żywy i próbował samodzielnie wstać, choć z marnym skutkiem. Liam pierw musiał go z siebie zrzucić, zanim mógł sięgnąć po broń. Jeśli ta chwilowa bezwładność przeciwnika nie była dla Liama wystarczająca, mógł oddać śmiertelny strzał. Wtedy miałby gwarancję, że ten człowiek nie będzie już im stać na drodze.
Jego drugi przeciwnik z kolei zniknął, a Liam musiał wejść ponownie na górę, pomimo swojej skręconej kostki. Trochę mu to zajmie, a przecież Robin została na górze sama z drugim bandytą, który prawdopodobnie ruszył za nią do płonącego mieszkania!
Robin udało się otworzyć drzwi, ale zaraz została powitana gęstą chmurą dymu. Brak jakiejkolwiek ochrony dawał się we znaki. Z pewnością czuła pieczenie w oczach oraz ustach. Dziewczyna musiała trzymać głowę nisko, jeśli chciała jak najskuteczniej uniknąć wdychania szkodliwych oparów. Wraz z głośnym trzaskiem drzwi, płacz dziecka ustał. Mały wcale tym nie pomagał i Robin musiałaby szukać na ślepo... gdyby nie jej wyjątkowy dar. Moc nastolatki sprawiła, że potrafiła podświadomie wyczuć, gdzie mogli przebywać domownicy. Kroki powiodły ją w stronę salonu, ale tam... tam zastała tragiczny widok, którego nie zapomni do końca życia.
Na dywanie leżało częściowo spalone ciało mężczyzny, a dookoła jego korpusu znajdowały się kamienie, którymi wcześniej rzucano w stronę okna. Głęboka rana na głowie sugerowała, że został trafiony jednym z nich i to była bezpośrednia przyczyna jego śmierci, jednak mało prawdopodobne, by Robin miała czas na takie analizy. Ten mężczyzna nie żył, nie mogła mu już pomóc. Musiała znaleźć dziecko, gdyż to ono jako ostatnie dawało oznaki życia. Musiało gdzieś tutaj być. Tylko gdzie dokładnie? W takich warunkach trudno było o skupienie.
Nagle jej szósty zmysł wysłał do jej mózgu sygnał, który wywołał znane jej dreszcze na plecach. Niebezpieczeństwo.
Wraz z tym uczuciem rozległ się płacz dziecka, które rozwiało wszelkie wątpliwości. Było w pomieszczeniu obok, w niewielkiej kuchni. Robin musiałaby przejść ponownie przez korytarz i skręcić w prawo, lecz źródło zagrożenia znajdowało się właśnie tam. Zamaskowany mężczyzna stał na środku korytarza, naprzeciwko wyjścia. Niczym mroczna, ciemna zjawa w bezruchu spoglądał w stronę kuchni, gdzie widział dziecko na podłodze, próbujące obudzić swoją nieprzytomną mamę. Co gorsza... Robin mogła zaobserwować, że ten człowiek nie robił sobie nic z tego, że dookoła szalał dym oraz płomienie. Był nadwyraz spokojny. Coś tu było nie tak.
Wkrótce mężczyzna skupił swoją uwagę na kobiecie, która odwróciła jego uwage od dzieciaka. Jego oczy zalśniły pomarańczowym blaskiem.
- Popełniłaś ogromny błąd, przychodząc tutaj. Teraz to miejsce stanie się także Twoim grobem. - jego głos zabrzmiał wręcz demonicznie, nieludzko. Wyprostował obie ręce, a dookoła dłoni zaczął gromadzić się dym z pobliskich płomieni, tworząc dookoła górnych kończyn, mgliste, spiralne linie, nabierające grubości z każdą sekundą.
Tak, Robin właśnie stanęła oko w oko z innym mutantem, który do tego momentu krył się ze swoją mutacją. Nic nie robił sobie z gorąca oraz z faktu, że jedna z jego nóg miała bezpośredni kontakt z ogniem. Nie ulegało wątpliwości, że nastolatka miała poważny problem.
Skupiwszy całą swoją uwagę na bezbronnej kobiecie, przestępca postanowił w jej stronę skierować gorącą, toksyczną od spalonych przedmiotów chmurę dymu. Robin mogła się ukryć w salonie, w którym przed chwilą była, lecz kwestią czasu było to, aż chmura ją sięgnie. Dym mutanta był inny od tego, jaki wcześniej otaczał mieszkanie. Był dużo gęstszy i niebezpieczniejszy, lecz wraz pobraniem dymu, ogień, z którego mutant go czerpał, zaczął w niewyjaśniony sposób znikać. Dzięki temu przestał się bardziej rozprzestrzeniać. Czy Robin miała jakiekolwiek szanse w starciu z takim zagrożeniem? Odwróciła uwagę mutanta od dziecka, ale czy to cokolwiek da? No i gdzie był Liam? Czy tamten strzał na pewno należał do niego?Liam Ellsworth - 2020-03-13, 02:28 Sytuacja wyszła inaczej niż by planował. Powstrzymywanie napastnika skończyło się nie tym, że go powali i uniknie upadku na schodach. Jego kolega mimo zaskoczenia, nie próżnował i poświęcił kumpla spychając ze schodów. Liam nie dążył go puścić i poleciał wraz z nim na samo półpiętro. Syknął z bólu, gdyż upadek faktycznie był bolesny. Zwłaszcza jak ktoś jeszcze przywali go swoim ciałem. Zwalił go z siebie i dostrzegając iż ten nie był wstanie szybko do siebie dojść, sięgnął po broń i wtedy oddał strzał zabijając go, z pozycji leżącej. Jeżeli uznać to za sukces, odetchnął z ulgą. Leżeć nie mógł zbyt długo. Próbował wstać, ale wtedy poczuł ból w klatce piersiowej. Skrzywił się i przewrócił na bok, łapiąc za obolałe miejsce. Broń przekładając do drugiej ręki. Wstawał powoli. Myślał że gorzej być nie może, kiedy postawił prawą stopę na podłożu i próbował się podnieść, ta go rozbolała.
- Cholera....
Przeklął do siebie, spojrzawszy na schody przed sobą. Musiał tam wejść, gdyż dziewczyna była w niebezpieczeństwie. Tym razem musiał wspomóc się ścianą. Znieść ból obolałych miejsc. Podniósł się i kulejąc dość powoli wszedł po schodach na górę. Wszędzie było zbyt dużo dymu. Płacz dziecka na nowo usłyszał. Jak tylko udało mu się jakimś cudem dostać do otwartego już mieszkania, ujrzał zanikającą dziwną chmurę dymu. Czyżby mutant? Dlaczego więc zaatakował tę rodzinę?
Nie zastanawiając się, a widząc iż mężczyzna zajęty jest atakowaniem dziewczyny, postanowił to wykorzystać na swoją korzyść. Mógłby go zabić z miejsca. Zrobił jednak coś innego. Broń na razie schował za pasek spodni, ściągnął rękawiczkę i powoli podszedł do niego jeżeli stał plecami. Następnie dotknął jego odkrytego karku. Miało to na celu poznanie przez Ellswortha największych lęków tego mutanta. Liam zdawał sobie sprawę z tego, że mężczyzna może mu oddać, ale to będzie za późno, kiedy on sam pokaże mu najgorsze koszmary. Ale czy to się uda? W razie niepowodzenia, przywali mu z pięści w brzuch, a dokładniej w splot słoneczny, znosząc jakoś ból złamanego żebra i skręconej kostki. Poddawać się nie zamierzał.Robin Alexander - 2020-03-13, 14:40 Jeszcze zanim otworzyłam drzwi zaczęłam gwałtownie kaszleć i wręcz płakać. Dym wdzierał się gdzie tylko mógł i boleśnie drapał w gardło i oczy. Gdy otworzyłam drzwi było tylko gorzej. Poczułam jakiś okropny odór czegoś przypalonego. Ucichł płacz dziecka. No super. Jak mam cię teraz znaleźć? Uruchomiłam znowu swoją moc na maksa. Zaczęło mi coraz głośniej piszczeć w uszach. Jak tak dalej pójdzie zaraz nie będę nic słyszała. Poczułam, że muszę iść do salonu. Więc schyliłam się, trzymałam głowę jak najniżej by jak najbardziej uniknąć dymu. Weszłam do salonu. rozejrzałam się po po pomieszczeniu i od razu zauważyłam, co to było. Na środku leżało palące się, częściowo zwęglone ciało. Odwróciłam natychmiast wzrok i powstrzymałam odruch wymiotny. Nigdy nie widziałam niczego gorszego. Mimo, że widziałam to przez ułamek sekundy na pewno będzie śniło mi się to po nocach. Ponownie skupiłam się na moim zadaniu. Jestem tu aby uratować to dziecko. Nie. Uratuje kogo się da. Jestem w stanie! Usłyszałam ponownie płacz dziecka. Było w kuchni. Jednocześnie moja moc dała mi sygnał, że grozi mi niebezpieczeństwo. I to nie byle jakie. Moja moc szalała. Byłam w poważnym niebezpieczeństwie. Wróciłam się szybko do korytarza i zobaczyłam jednego z ludzi, którego udało mi się ominąć wcześnie. Był zdecydowanie zdenerwowany. Powiedział coś do mnie, ale z powodu pisku w uszach i trzaskania palonych rzeczy usłyszałam tylko coś o grobie. Zrobiłam krok w tył i potknęłam się o dywan. Wylądowałam na tyłku, co ułatwiło mi oddychanie ale przeszkadzało mi też w ewentualnej ucieczce. Nagle dym się rozrzedził i zaczął formować tylko przy mężczyźnie. CO JEST. To zdecydowanie nie było naturalne. Ale jeśli ten człowiek był mutantem... To czemu chciał zabić innych mutantów? Mój mózg przetwarzał milion informacji naraz. Ten zły mutant skierował na mnie cały dym!! Jak najszybciej czołgałam się tyłem byle jak najdalej. Zamknęłam oczy gdy poczułam ten dym na kostce. Ten dym też nie był normalny! Był gorący i parzył jak sam ogień.
Jeśli Liamowi nie udało się dotrzeć do mieszkania, wstaje szybko na na nogi i uciekam w stronę okna, przeskakując trupa na środku. Biorę ewentualnie kawałek szkła z rozbitego okna do obrony i staje przy oknie gotowa w każdym momencie z niego wyskoczyć.
Jeśli Liamowi się udało wejść do mieszkania i dotknął złego pana, lub odwrócił na chwilę jego uwagę, sięgnę po pierwszą lepszą rzecz pod ręką, lampę, waznon, czy nawet jeden z kamieni które wrzucili napastnicy przez okno i uderzę z całej siły napastnika w głowę.Mistrz Gry - 2020-03-16, 22:30 Kobieta wpadła w niemałe tarapaty. Dym, ogień i na dodatek towarzystwo niebezpiecznego mutanta, który nie miał żadnych skrupułów przed odebraniem komuś życia. Kobieta czy dziecko, jemu było to całkowicie obojętne, stąd nawet nie zawahał się wymierzeniem ataku na jasnowłosą. Gdyby ten napastnik był zwykłym człowiekiem, szanse Robin byłyby znacznie większe. To zdecydowanie nie był jej dzień.
Szczęście w nieszczęściu, jej obecność odwróciła uwagę agresora od dziecka, który obecnie skupił całą swą uwagę właśnie na niej. Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust, widząc ten nieporadny upadek kobiety, która potknęła się o zwykły dywan. "Wojowniczka z niej żadna. To będzie proste" - pomyślał pewnie, wykonując kilka kroków w jej stronę. Wystarczył krótki kontakt tego nienaturalnego dymu ze skórą Robin, by ta poczuła w jak wielkim niebezpieczeństwie się właśnie znalazła. Skóra na jej kostce zaczęła niewyobrażalnie piec, a gdyby nie odsunęła nóg na czas to z dużym prawdopodobieństwem zaczęłaby ona topnieć na jej oczach, odsłaniając wewnętrzne partie jej ciała.
Co gorsza, mutantowi nawet nie spieszyło się z pozbyciem się Robin, ponieważ wiedział, że ta znalazła się w potrzasku i nie ma dokąd uciec. Zablokował jej jedyne wyjście, a skok z okna byłby wręcz samobójstwem. Czarny obłok swobodnie podążał za swoją przyszłą ofiarą. Mutant bawił się z Robin w kotka i myszkę, lecz oboje wiedzieli, jak ta gra się zakończy.
Wtem chmura nagle się zatrzymała i to w momencie, kiedy Robin znalazła się tuż pod ścianą i dzieliły ją zaledwie sekundy od nieuniknionego kontaktu z parzącym niczym ogień dymem. Mutant poczuł na swoim karku czyjeś palce i natychmiast spojrzał za siebie, wprost w oczy Liama. Wtedy... zaszło coś, czego osoby postronne nie potrafiłyby zrozumieć.
Liam otrzymał dostęp do najgłębszych lęków swojego przeciwnika. Płacz małego dziecka, prawdopodobnie syna, śmierć rodziny, mordujący ją mutant w otoczeniu płomieni. Scenariusz utworzony z lęków mutanta wyglądał niemal identycznie jak ten, który odbywał się właśnie teraz. Czy więc... to było motywem tego mężczyzny? Zemsta..?
Agresor chwycił się za głowę i zaczął krzyczeć jakby postradał zmysły.
- Nie, nie, nie! Nie zbliżaj się do nich! - krzyczał do kogoś, kto stał w zupełnie innej części pokoju niż Liam oraz Robin, tym samym odwracając się od nich. Chmura dymu oddaliła się od jasnowłosej i skierowała w inną stronę, dając jej pole do działania. Teraz albo nigdy, Robin!
W zasięgu jej dłoni był wazon, który dziewczyna postanowiła wykorzystać jako broń. Udało jej się zbliżyć do bandyty i jednym, silnym ruchem uderzyła go naczyniem w głowę. Krzyki momentalnie ustały, a mężczyzna upadł bezwładnie na podłogę. Wraz z jego upadkiem, dym, który prawie ją zabił, wsiąkł w jego ciało. Było już po wszystkim...
A przynajmniej tak mogło się wydawać. Moc mutanta zapobiegała rozprzestrzenianiu się ognia, lecz wraz z jego utratą przytomności, pomarańczowe języki ponownie zaczęły rozjaśniać pomieszczenie. Musieli jak najszybciej stąd uciekać.
Dziecko wciąż leżało w kuchni u boku swojej nieprzytomnej mamy, która zatruła się dymem. Dopiero teraz nasi bohaterowie mogli je zobaczyć. To był mały, około trzyletni chłopiec o azjatyckiej buźce. Swoimi małymi rączkami zawzięcie ciągnęło za ubrania rodzicielki i nawet na moment jej nie opuszczało, pomimo szalejących płomieni i obecności obcych ludzi w mieszkaniu. Próbował ją przez cały ten czas obudzić. Okropny widok...
Kiedy dostrzegł nieznajomą kobietę oraz mężczyznę, przetarł swoje mokre od łez oczka, jednak gdyby spróbowali podejść, zlękniony chłopczyk od razu chwyciłby się mocniej mamy i zaczął głośno płakać.
Liam oraz Robin mogli go stąd zabrać, lecz co z jego matką? Liam w swoim obecnym stanie nie dałby rady jej udźwignąć, o czym na pewno wiedział. Robin mogłaby spróbować, ale czy zdążą wtedy opuścić kamienicę na czas? To było ogromne ryzyko. Liam przez swoją skręconą kostkę ledwo chodził i także potrzebował pomocy. Czasu było coraz mniej, płomienie na nowo zaczęły wypełniać korytarz prowadzący do wyjścia. Musieli podjąć decyzję...