The Gifted - 2017-11-23, 15:18 Temat postu: Ulica #2
Samara Hopper - 2017-12-16, 22:47 #2
To, ze nie lubiła zimy, zdążyła już ustalić podczas rozmów z Lenem – swoim szkolnym przyjacielem. Uznała wiec za oczywiste, że świat musiał to przyjąć do wiadomości i naiwnie ufała losowi, że w związku z tym, w przyszłości będzie wokół niej łagodniejszy, tylko na czas tego mroźnego, smutnego czasu. Przeliczyła się. Choć nie można powiedzieć, żeby była zaskoczona, kiedy jadąc po śliskiej nawierzchni, śnieg zaczął gęstymi płatami opadać jej na szybę, w tempie, z jakim nie radziły sobie popsute wycieraczki. Myśli zajęte miała modlitwami do Boga – w którego wierzyła tylko sporadycznie, kiedy akurat coś jej było potrzebne – dotyczącymi dojechania do mieszkania w całości. Najwyraźniej, w modłach tym, zapomniała wspomnieć, ze mile widziane byłoby zachować też zdrowie innych. Przynajmniej tych, których dobre samopoczucie zależało od jej umiejętności jako kierowcy. Pięć sekund później, nachodzące ją dziwne uczucie, któremu powinna się oprzeć, kazało jej uniknąć jakiegoś niebezpieczeństwa. Instynktownie, pierwszą jej reakcją było gwałtowne naciśnięcie hamulca. Czym tylko wprowadziła samochód w poślizg. Ale zamiast wylądować na jakimś słupie, czy hydrancie, jak normalni ludzie mieli w zwyczaju – jej auto pędziło wprost na czyjąś osobę. Tak o to, mogła podziękować swojej zdolności prekognicji, która częściej wprowadzała zamęt w jej życie, niż jej w nim pomagała. Przypomniała sobie jednocześnie, że człowiekiem nie była, a mutantem, może dla tego los był dla niej tak niewdzięczny i bezlitosny, że zamiast zahamować na barierce, potrąciła przypadkowego przechodnia. Jeszcze chwilę siedząc w oszołomieniu za kierownicą, czując jak spływa na nią buch gorąca, a ciśnienie podnosi jej się w tempie przemian pierwiastków przy zmianie temperatury.
- Nie, nie, nie – próbowała wyprzeć rzeczywistość, ale bystry umysł jej na to nie pozwolił. Dlatego odpinając pasy, prędko podbiegła do swojej „ofiary”, kucając przed nią, wbrew ogólnym zaleceniom pierwszej pomocy, łapiąc ją za ramię, bo musiała coś wiedzieć…
- Żyjesz?
Lepiej było gdyby żyła, bo prócz druzgoczącego poczucia winy, wisiała nad nią też wizja spędzenia reszty życia w więzieniu. A tam wątpiła i jednocześnie miała nadzieję nie znaleźć brata. A ostatnio tylko ten cel napędzał ją w życiu.
Przyglądając się tak swojej przyszłości, w postaci - na oko - może piętnastoletniej dziewczyny, zdała sobie sprawę, ze nie tylko swoją przyszłość mogła właśnie zrujnować.Maxine Temple - 2017-12-17, 15:01 Pada Śnieg, Pada śnieg, dzwonią dzwonki sań...
Taką niewinną przyśpiewkę nuciła sobie w głowie Max, która umierała właśnie z zimna. Pieprzona zima. Czy uciekając z domu naprawdę musiała wybrać Seattle? Zamiast słonecznego Los Angeles czy Miami? Co prawda podróż byłaby dłuższa, ale zaoszczędziłaby na zimowych ubraniach.
Założyła swoją jedyną, ciepła bluzę, a na to o kilka rozmiarów za dużą katanę z wymalowaną Anarchią na plecach i naszywką Sex Pistols na piersi. Może było to antypatriotyczne, mieć flagę Wielkiej Brytanii mieszkając w Ameryce, ale wiedząc co amerykański rząd robi z mutantami, Maxine nie mogła się nazwać patriotką.
Tak sobie nucąc różne świąteczne piosenki, aby choć trochę dodać magii tej paskudnej pogodzie, weszła na ulicę nie rozglądając się za bardzo. Na szczęście dziewczyna miała szybki czas reakcji, w końcu życie na ulicy nauczyło ją by zawsze być czujnym. Tak więc odskoczyła na bok i dzięki temu tylko się przeturlała po masce samochodu. Zapewne gdyby nie ten taktyczny unik, Maxine walnęłaby głową w szybę, a to zapewne nie skończyłoby się dobrze.
Dziewczynka za amortyzowała upadek ugiętymi rękoma. Kiedy matka rzucała ją po mieszkaniu, zdarzało jej się wyżej latać, i boleśniej upadać. Jednak zderzenie z autem nie bywa przyjemne. Tak więc dziewczyna jedyne co czuła to ból w ciele i zimno śniegu. Czując czyjąś rękę na ramieniu tylko stęknęła z bólu.
Tak, mocniej mnie złap idioto.... -Chyba- Odpowiedziała przez zaciśnięte zęby i odwróciła się na plecy, patrząc się w niebo. Co się właściwie stało? I dlaczego musiała przeżyć? Jakie to życie bywa zaskakujące.
-Kurwa- westchnęła, czując jak wszystko ją boli, ale raczej nie miała nic złamane. W każdym razie zimny śnieg bardzo koił ból obitych mięśni.Olivier Whitmore - 2017-12-19, 22:41 Czasami zdarza się, że pomimo tego całego szaleństwa, które miało miejsce, ciągle trzeba normalnie żyć. Olivier miał tyle szczęścia, że nie musiał ukrywać się przed rządem. Mógł normalnie wyjść z domu i iść do sklepu. Miał możliwość pójścia do kina, czy restauracji. Właściwie to mógł robić wszystko, co normalny człowiek. Jego sekret był bezpieczny. Olivier powiedział o swoich mocach tylko rodzinie i Gerthrude. Pierwsi, sami starali się ukrywać ten fakt przed światem, a kobieta, rozumiała dlaczego chłopak to ukrywa. W końcu była członkiem F.P.T.P. i pomagała właśnie takim jak on. Niestety normalne życie, poza tymi wszystkimi przyjemnościami, o których była mowa wcześniej, zrzuca na nas również obowiązki. Ollie pracował za barem, czasami również jako kelner, a tak w sumie to był jeszcze złotą rączką. Często zdarzało się, że szef wysyłał go po zapasy, czy środki pierwszej potrzeby. Tak właśnie było tego dnia. Chłopak dostał długaśną listę i firmową kartę. Radośnie ruszył przed siebie i kiedy szedł ulicą stało się coś strasznego. Kobieta prowadząca w auto, wjechała w małą dziewczynkę. - O nieeee! - krzyknął zaraz po tym jak to zobaczył. Dziewczyna padła na ziemię i jęczała z bólu, a wszyscy dookoła ją obserwowali. Jednak po chwili chłopak doszedł do wniosku, że musi się ulotnić. Nie może być świadkiem wypadku, nie może dać się spisać policji. Zaraz dowie się o tym jego siostra, która zrobi mu wykład, że przyciąga do siebie nieszczęścia i powinien się do niej przenieść. Wychował ją, a teraz ta chciała by wychowywać jego. Olivier szybko odwrócił się i ruszył w zupełnie innym kierunku niż zamierzony. Trudno, trzeba będzie znaleźć inny sklep.
// ztDavid Hopper - 2019-08-24, 20:18 / 22 marca 2019
Dzień z początku zapowiadał się spokojnie. Zaplanowana konferencja, odbyła się w księgarni znajdującej w dzielnicy Capitol Hill i przebiegła spokojnie. Powrót do publicystyki zapewnił mu dodatkowe światło na rozwój swojego zawodu jak i możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy. Wózek nie stanowił póki co, zbyt dużego problemu, jeżeli może pracować przy komputerze. Coś musiał robić, a zastanawiał nawet na tym, czy by nie podjąć się prowadzenia wykładów dziennikarskich. O ile jeszcze dałby radę ukończyć dodatkowe pedagogiczne kursy.
W południe wracał taksówką do siebie. Nikt jednak nie spodziewał się tego, co miało nastąpić. Albo co nastąpiło. Główna ulica zdawała się być zablokowana. Gdzieś z daleka było widać transparenty. Z innej strony unoszący się dym, jakby coś podpalono. Kiedy kierowca jechał dalej, co jednak było widać po nim że jest zszokowany widokiem, gdzieś coś przeleciało obok ich pojazdu. Przypominało jak pocisk. David odniósł wrażenie, jakby właśnie przeżywał powtórkę z dnia czwartego lipca, dwa tysiące czternastego. Prosząc kierowcę by zawrócił lub znalazł inną drogę, nie dawał rady. Sam próbował. Coś w pewnym momencie uderzyło w ich dach. Nie wiadomo co to było. Ale najprawdopodobniej człowiek, skoro zeskoczył, bądź ześliznął się upadając na jezdnię. Kierowca widząc iż za chwile coś skierowano w ich stronę, zdążył tylko skręcić w bok pojazd. Skierowany w ich stronę pocisk mocy, spowodował silne uderzenie od stron pasażera, uszkadzając drzwi z obu stron. Pojazd przekoziołkował i zahamował dachowaniem. Gdyby nie przypięte pasy, obaj panowie by leżeli na dachu pojazdu, nie wiedząc czy karki mieliby całe. Nie obeszło się bez zadrapań i ściekającej krwi z ran. Otrząsnąwszy się, David rozejrzał się dostrzegając tym razem obraz wojny do góry nogami. To mutanci wznieśli bunt i zaczęli atakować dzielnicę. Chcąc się wydawać, otworzyć drzwi od swojej strony nie mógł. Były zaklinowane. Nie miał pojęcia że od zewnątrz, były mocno zgniecione a zamek uszkodzony. Problem był także inny, miał bezwład nóg. Nic mu nie da, jeżeli otworzy drzwi, będzie musiał się przeczołgać. Kierowca stracił przytomność. Czy może już nie żył? Sprawdzając jego puls, miał wrażenie że jeszcze żyje. Ściąganie na pomoc swoich dzieci byłoby głupotą. A nie chciał narażać Williama na takie niebezpieczeństwo i odkrycie. Musiał poradzić sobie sam. Jedynie. Czekając na pomoc. Siedzenie w pozycji do góry nogami, w niczym nie pomagało. Musiał cokolwiek szybko wymyślić.Mary Pond - 2019-08-25, 06:17 To był miły dzień. Słońce na niebie wraz z kilkoma chmurami, lekki powiew i ogólny spokój na ulicach. Przynajmniej do czasu.
Mary już od ponad tygodnia była w Seattle. Wynajmowała jeden z najtańszych pokoi gdzieś na przedmieściach. I tak prawie nie spędzała tam czasu. Szukała pracy i w ogóle jakiegoś zajęcia. Jakiegoś celu i najlepiej też grupy, z którą mogłaby do takiego celu dążyć. Jednak jak łatwo się domyślić znalezienie przedstawicieli takich grup zdecydowanie nie było proste. Tym bardziej, że nie chciała i siebie tak po prostu zdradzić pytając głośno na ulicach. Przecież pomijając znikomą skuteczność to wręcz proszenie się o zapuszkowanie. Musiała dyskretnie zajrzeć w miejsca, które są przed ogólną publiką chronione. Gdziekolwiek takie miejsca mogły być.
Starała się o pracę na magazynie jakiegoś supermarketu, ale wymagali książeczki sanepidu, do której musiałaby zrobić sobie badania. A miała wrażenie, że podczas tychże mógłby wypłynąć pewien niewygodny fakt na temat jej osoby. Może to lekka paranoja, ale wolaławolała poszukać gdzie indziej. Wracała właśnie z rozmowy gdy natrafiła na niezły bajzel. Transparenty, jakiś dym... Dyskretnie upewniła się, że apaszkę z szyi może łatwo naciągnąć na twarz i założyła kaptur bluzy. Włosy miała już związane, więc nie musiała ich dodatkowo upychać pod materiał. Wiedziała, że nie daje to jakoś dużo i rząd jak zechce to ją pewnie wytropi, ale przynajmniej nie rozpozna jej w przyszłości losowy przechodzień. Taką miała nadzieję.
Nagle jacyś mutanci zaczęli atakować ludzi. Co najmniej jeden, a było bardzo prawdopodobne, że miał jakiś kumpli. Ofiarą padł między innymi pojazd, który znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie. Mary szybko naciągnęła apaszkę na nos i ruszyła w stronę dachującego samochodu rozglądając się za atakującymi. Zwłaszcza za strzelcem. Po drodze pomogła jakiejś kobiecie wstać i upewniła się, że może biec dalej sama. Jednak jej celem był teraz wspomniany pojazd.
Zajrzała do środka. Kierowca i pasażer. Ten drugi był przytomny. Ten pierwszy nie. Szarpnęła za drzwi, ale nic z tego. Nie ruszyły. Rozejrzała się.
-Zachowaj dystans od drzwi.- poleciła dla pewności dając na migi znak, by się odsunąć. Sama też odeszła krok w bok, co samo w sobie powinno być dość wymowne. Po wewnętrznej stronie drzwi powstał glif. Lekko świecące koło sprawiające wrażenie jakby nie miało żadnej grubości. Średnica była tak dobrana, by żaden fragment koła nie wychodził poza przekrój drzwi. Mary szarpnęła glifem powodując jego wybicie na zewnątrz pojazdu. To powinno starczyć by wyważyć drzwi osobówki. Glif powinien przetrwać ten proces, więc od razu użyła go, żeby wyważyć też drugie. Najważniejsze, że otworzyła puszkę. Obejrzała się czy ktoś w tym zamieszaniu zwrócił na nią uwagę. Jeśli nie, przykucnęła, by zajrzeć do środka i ocenić stan obu poszkodowanych.
- Jest Pan w stanie odpiąć pasy?- spytała. Często podczas wypadków również ten system szlag trafia. Jeśli tak było i w tym przypadku, sięgnęła z kieszeni plecaka scyzoryk i otworzyła. Odcięcie pasa tym narzędziem zajmie chwilę, ale powinno być wykonalne. Starała się być opanowana, ale trudno było ukryć, że adrenalina trochę weszła.David Hopper - 2019-08-31, 20:38 Bunt mieszkańców się nasilał. Czy może to byli sami mutanci? Albo jedni i drudzy? Trudno było stwierdzić, po tym co działo dookoła. David czekał na cokolwiek, a najbardziej na pomoc. Cud się stało, kiedy ujrzał dziewczynę przez okno samochodu wybitej szyby. Gdyby było to takie proste zachować dystans od drzwi, to by to zrobił. Jedynie postarał się w miarę odsunąć, jak pozwalały mu pasy bezpieczeństwa, jak tylko dała mu znak. Od razu po tym co zaserwowała swoją mocą, wiedział że to mutantka. Dziwny zbieg okoliczności, porównując oba wydarzenia. Obecne z tym z przeszłości. Nie był zdziwiony jej talentem nadprzyrodzonym. W końcu jego dzieci też są takie jak ona.
Przy jej pytaniu, podjął próby odpięcia pasów, które okazały się dodatkowym problemem.
- Musiały się zaciąć. Będzie potrzebne coś ostrego by je przeciąć.
Stwierdził mówiąc to młodej dziewczynie, która nie da się ukryć, posiadała potrzebną rzecz przy sobie. Pozwolił by przecięła i jedynie trzymał się dachu, by nie zlecieć na głowę. Wtedy z jej pomocą, mógł wyjść z pojazdu. Czy raczej, wyczołgać się.
- Kierowca jest nieprzytomny.
Dodał, nie bacząc na to, że jego wózek utknął w bagażniku i to także wypadałoby wyjąć. Teraz jednak ważne było życie kierowcy. O ile całe to zamieszanie nie stanie się brutalniejsze.
Tłum oburzonych, wykrzykujących hasła "Precz z Rządem!", "Wolność dla Mutantów!" zaczynały być coraz bardziej słyszalne. Gdzieniegdzie poleciało tez parę pocisków z mutanckich mocy. Jeden z nich, uderzył w asfalt tuż obok nich. David zdołał zaś uchylić się, by niczym nie oberwać. Jedynie dymu to narobiło sporo, przez co zaniósł się kaszlem.Mary Pond - 2019-09-03, 16:00 Do pojazdu dotarła bez większych problemów. Otworzenie samochodu również poszło raczej łatwo i z oszczędnością na glifach. Wyliczając dalej pozytywne strony sytuacji mężczyzna, któremu pomaga nie ma żadnych uprzedzeń względem mutantów. Lub ma dość oleju w głowie, by odłożyć je chwilowo na bok. Tak czy inaczej, nie utrudniał, a bywało już różnie. Nawet przecięcie pasów poszło nieźle.
Martwiły ją jednak narastające głosy protestujących. Musieli się spieszyć jeśli chcieli ominąć główny dym. Fakt że człowiek, któremu pomagała w tym momencie nie może chodzić z pewnością utrudniał sprawę. Zachowała tą uwagę dla siebie, ale przygryzła wargę gdy to zauważyła. Na szczęście przez maskę nie było tego widać, choć osoba z odpowiednim doświadczeniem w rozpoznawaniu emocji mogłaby pewnie i po oczach zauważyć zmartwienie Mary. Jednak nie zamierzała go tutaj zostawić. Nieprzytomnego kierowcę też musiała jakoś zabrać. Miała już na to sposób, ale będzie musiała zużyć sporo glifów. Obejrzała się w stronę hałasów w sam raz żeby zobaczyć pocisk rozbijający się o asfalt niebezpiecznie blisko nich. Zasłoniła głowę ramieniem, ale na szczęście obyło się bez poważnych obrażeń. Ostatecznie tylko ich zadymiło, rzucając kilka małych odłamków. Jednak trudno się spodziewać, że na tym się skończy. Trzeba wiać lub chociaż się za czymś schować. Stworzyła glif blisko poszkodowanego, tuż przy ziemi. Dość spory, praktycznie największy jaki mogła (prawie 2m średnicy).
-Proszę wejść na to. Ja wyciągnę kierowcę.- poleciła wskazując glif -I radzę nie łapać za brzegi.- dodała jeszcze przypominając sobie, że można w ten sposób rozrywać rzeczy o mniejszej wytrzymałości niż sam glif. Stworzyła jeszcze drugi równie duży, ale możliwie najmniej widoczny żeby nie przyciągać dodatkowej uwagi pomiędzy Davidem, a tłumem. Co prawda nie wytrzyma to takiego strzału jak ten, który zerwał kawałek asfaltu, ale powinien dać człowiekowi czas na wczołganie się na glif, by mogła go stąd zabrać. Sama obeszła samochód żeby wyciągnąć kierowcę. Uważała przy tym, by z czegoś nie oberwać i liczyła sekundy w myślach żeby zanim jej twór zniknie stworzyć bezpośrednio pod nim nowy. Wspinający się na niego człowiek spadnie ledwie milimetr, więc nie powinien tego zauważyć.
Rozcięła pas trzymający kierowcę w siedzeniu drugą ręką ciągnąc jego ramię w swoją stronę żeby nie upadł na kark gdy pas puści i by mogła go potem względnie łatwo wyciągnąć z pojazdu. Spojrzała przez wyważone drzwi pasażera by upewnić się że ten co nie może chodzić jest już na glifie, po czym przyciągnęła go do siebie okrążając samochód jak najbezpieczniejszą i najszybszą trasą. Kierowcę wyciągnęła bezpośrednio na gładką okrągłą płaszczyznę, na której znajdował się już pasażer i rozejrzała się za najlepszą drogą ewakuacji.David Hopper - 2019-09-21, 13:09 To nie był czas, by rozważać nad skorzystaniem pomocy mutantki i robić z tego problemu. David jest osobą, która ma w rodzinie mutantów, więc nie miał uprzedzeń do nich. Nawet jeżeli to oni byli odpowiedzialni za jego niepełnosprawność lata temu podczas pamiętnego marszu niepodległości.
Gdy nastąpił niespodziewany atak, lądujący i niszczący asfalt niedaleko nich, uchylił się na tyle ile mógł by niczym nie oberwać w głowę. Na całe ich szczęście, skończyło się dymem, odłamkami i dziurą w drodze.
Trudno było mu zrozumieć działanie jej mocy i to co tworzyła. Glify ze swoich wzorów były dość znane, ale nie sądził, że będzie mu kazała na to wejść. Miał obawy, ale postanowił jej zaufać. Nie da się ukryć, że dla niego to było wyzwanie. Nie chodzić ale "wejść na to coś". Wczołgał się jakoś, lecz trwać mogło tak długo jak dziewczyna wyciągała nieprzytomnego kierowcę. Wtedy David poczuł, że "tarcza" na jaką kazała mu wejść, poruszała się. Przesunęła go wokół pojazdu do siebie. Pomógł jej wciągnąć nieprzytomnego kierowcę obok siebie, skoro taki był jej zamiar.
- Nie marnuj za dużo energii. Wystarczy że wyciągniesz mój wózek z bagażnika. Dalej sobie poradzę.
Rzekł, również z oddali dostrzegając zbliżający się tłum i lecące pociski mocy na różne strony. Mieć nadzieję, że kolejne nie trafią w to miejsce. Czasu mieli zdecydowanie mało. Niby David powinien przejmować się sobą, to jego uwaga była na dziewczynie.
Gorzej zaczęło się dziać chwilę później, kiedy z drugiej strony ulicy stanęły pojazdy oznaczone Departamentem Bezpieczeństwa Genetycznego, wezwane w celu rozpędzenia tłumu i aresztowaniu strajkujących a przede wszystkim, mutantów. Nawet skupili swoją uwagę na młodej dziewczynie - Mary. Odziani w czarne kostiumy i niebieskie. Jakby byli mieszanką DOGS z nie istniejącym już Genetically Clean. Na głowach mieli hełmy z przyciemnionymi szybami. Tarcze pancerne i broń specjalna na mutanty.Mary Pond - 2019-09-21, 17:15 Jeden człowiek sam się zapakował na glif, drugiego zapakowała z pomocą pierwszego i nadal zarówno ona, jak i poszkodowani, którym pomagała żyli. Był to pewien sukces. Teraz wystarczyło ich stąd zabrać, na co miała już pomysł. Jeśli chodzi o kierunek to na pewno do najbliższej ulicy równoległej do tej, którą szedł protest. Wtedy David wspomniał o swoim wózku. Czyli to jakaś dłuższa kontuzja. Może nawet trwała. Jednak jakkolwiek rozumiała, że takie rzeczy są drogie i trzeba się czasem nieźle namęczyć, by to sobie załatwić miała opory przed ryzykowaniem życiem własnym i tych dwóch ludzi żeby odzyskać, bądź co bądź, przedmiot.
-Zakładając, że nadal spełnia swoją funkcję.- powiedziała dość sceptycznie patrząc na bagażnik, którego pokrywa również nosiła na sobie ślady wypadku i obecnie trzymała się na słowo honoru. Przynajmniej jest szansa, że nie zajmie to dużo czasu. Ile glifów zużyła? Jeden do wyważania drzwi, dwa jako podłoże, dwa jako osłona. I jeden rano żeby uchronić szklankę przed rozbiciem się o podłogę. Sześć. Miała jeszcze zapas. Niech będzie. Podeszła do bagażnika sprawdzić czy zamek trzyma się tak jak zawiasy.
I w tym momencie zajechali DOGS całkowicie zmieniając postać rzeczy. Nie było mowy o marnowaniu choć sekundy. Nie w sytuacji między młotem a kowadłem. Jeśli miała się stąd wydostać to teraz lub wcale.
-Jesteście mutantami?- spytała. David nie był, ale nieprzytomny nie mógł odpowiedzieć. Trudno też wymagać od pasażera by wiedział coś takiego o kierowcy taksówki. Miała tylko nadzieję, że nie skazuje jakiegoś mutanta na DOM.
-W takim razie ich poprosisz. Nie mogę tu zostać-powiedziała. Oby zrozumiał. Pchnęła kolejny już glif wytworzony pod poszkodowanymi w stronę funkcjonariuszy.
-Nie strzelać! To cywile!- zawołała. Dla pewności jednak poza glifem ochronnym od strony tłumu mutantów dała im też dodatkowy od przodu dopóki nie przekonała się, że nikt w nich nie celuje. Sama też miała tarczę. Nie chciała mutazyny w żyłach. Podobno niezbyt to przyjemne. Zostawiła ich najbliżej pojazdów DOGS jak mogła. Dziesięć glifów. Niewiele poniżej połowy limitu. Pora wiać. Spojrzała tylko czy nikt nie strzela tamtym ludziom w łeb i wbiegła w uliczkę, którą tu przyszła i którą początkowo zamierzała się ewakuować. Nie zdejmowała żadnej z osłon twarzy dopóki nie miała pewności, że nikt za nią nie goni. Nawet wtedy pokręciła się po mieście nim wróciła do pokoju.
ztDavid Hopper - 2019-10-22, 21:20 - Jeżeli nie, to trudno.
David rozumiał powagę sytuacji, ale wspomniał o swoim wózku, jeżeli byłaby możliwość wydostania go z zamkniętego bagażnika. Dziewczyna ze swoimi mocami, dałaby radę go wyciągnąć. Nie chciał jednak by specjalnie dla przedmiotu ryzykowała życie. Nie było sensu. Gdyby go teraz nie odzyskał i okazało się, że został uszkodzony, z załatwieniem nowego problemu nie będzie. Jako, że jego żona właśnie pracuje dla DOGS. Z nazwiska są tam znani.
Niestety.
Mimo wszystko, młoda panna postanowiła zaryzykować i spróbować wyjąć wózek z bagażnika przewróconego pojazdu. Słysząc jednak hałas za sobą, David odwrócił głowę i spojrzenie w stronę zmierzającej grupy mundurowych. Znał ich. Szybko zaraz wrócił spojrzeniem na dziewczynę, która zadała pytanie.
- Nie.
Odpowiedział krótko, rozumiejąc sytuację z jej kolejnej wypowiedzi.
- Rozumiem. Uciekaj. Dalej sobie poradzę i zatrzymam ich.
Dał jej porozumiewawcze spojrzenie i zaraz ku jego zaskoczeniu, glif na którym siedział przemieścił się w stronę DOGS. Ci jak zwykle, mierzyli z broni. Uniósł jedną rękę w geście poddania, by nie strzelali. Drugą musiał się podpierać.
David mundurowym wyjaśnił sytuację i zatrzymał kilku przy sobie, by mogli mu i kierowcy pomóc, tym samym musiał się przedstawić, wysługując również danymi żony, dzięki czemu miał zapewnioną pomoc i wsparcie. Zabrano go do siedziby na przebadanie, gdzie też spotkał się z żoną. Jako uczestnik musiał też zeznać co widział. Nie zdradził jednak, kim była dziewczyna która mu pomogła. Tłumacząc, że nie znał jej, ale zawdzięcza życie, gdyż uratowała go w tej trudnej sytuacji...
[z/t]Samantha Bartowski - 2020-01-14, 19:48 //6 maja, ok. godziny 20.
Tak... Tak strasznie dziwnie było znowu wyjść na ulice. Tak, doskonale wiedziałam, że Dale kazał mi się trzymać na uboczu i nie zwracać na siebie uwagi. Prawdopodobnie najchętniej nie wypuszczałby mnie z tego obskurnego bunkra, póki nie wpadniemy na jakikolwiek logiczny plan. Ale... Ile mogłam być skazana na jego łaskę?
Całe szczęście - nie tylko mnie miał na głowie. Ja... Chyba bym oszalała w tym zamknięciu, czarne myśli zbyt mocno wypełniały moją głowę. Nie mogłam siedzieć sama. Nie, gdy straciłam wszystko...
Rozgoryczenie mnie wypełniało. Musiałam się ruszyć. Musiałam na nowo zacząć działać - pełnosprawna, czy też nie. Najgorsze że... Nie miałam pewności, czy ktokolwiek przetrwał tę sieczkę w Stanach. Nie miałam pewności ilu moich dawnych przyjaciół czy znajomych wiodło w miarę normalne życia. Czy dlatego łapałam się każdej możliwej opcji? Czy post na tamtym portalu w ogóle był dobrym pomysłem? Niby nic nie traciłam, w końcu ile osób mogłoby z niego wywnioskować, ze nawiązywałam do jednego z pierwszych, jeszcze kiepsko organizowanych marszy?
O rany... Gdyby ktokolwiek nam wtedy powiedział, w jakim kierunku ten świat będzie zmierzał, czy i tak byśmy tak wiele ryzykowali? Czy wtedy, zwykle uśmiechnięci - podnosilibyśmy tak wysoko nasze tablice, wykrzykując hasła promutanckie? Czy łączylibyśmy swoje siły w tej przegranej walce?
Nie wiem, jak wtedy bym postąpiła. Dziś jednak wiedziałam, że nie mogą mi zabrać nic więcej. A czy może być gorszy wróg, niż ten, który już nie ma nic do stracenia?
Stałam pod jednym z budynków, opierając się o niego plecami. Pilnowałam, by czapka z daszkiem zakrywała moją twarz przed kamerami, w czym miał jeszcze pomóc kaptur mojej bluzy. Niesprawną już prawą rękę chowałam w kieszeni, przez co wyraźne opadnięcie tego jednego ramienia nie rzucało się tak w oczy. W lewej dłoni za to dzierżyłam dzielnie papierosa, który powoli już dogasał. To chyba znaczyło, że wyznaczona przeze mnie pora powoli się zbliżała.
Ale czy widziałam tę osobę, na której mi zależało, gdy podniosłam swój wzrok?Elaine Weasley - 2020-01-20, 19:45 Bezrobotna Elaine siedziała w swoim pokoju, gdzie przeniosła swoje biurko z laptopem i przeglądała różne strony. Często zaglądała na Free Voice, gdzie miała kilku znajomych. W tym jedną, która zaginęła bez słowa. Miała nadzieję, że dziewczynie udało się jakoś zwiać i jest bezpieczna, ale jednocześnie zmartwienie nie odstępowało ją na krok. W końcu dostrzegła wiadomość, która należała do jej przyjaciółki. Wręcz zerwała się z krzesła nie wierząc własnemu szczęściu. Nie uwierzycie, ale miała nawet łzy w oczach. Musiała się z nią spotkać. MUSIAŁA.
Elaine cały dzień nie mogła usiedzieć na tyłku. Zrobiła chyba milion ciasteczek, z czego jej współlokatora zapewne był zadowolony. Powiedziała mu tylko tyle, że w końcu spotka się ze swoją przyjaciółką po wielu miesiącach rozłąki. W końcu Elka pochodzi zza wielkiej wody.
Ubrała szarą bluzę, która należała do jej taty, szarą czapkę z daszkiem z nadrukiem Hufflepuffu (tak, była fanką Harrego Pottera) i ciemne spodnie. Włosy związała w dwa warkoczyki. Do tego miała ciemne okulary w kształcie serduszek (innych nie posiadała). Czuła się jak tajniak idąc tak ulicą, ale do tajniaka było jej daleko. Gdy dostrzegła osobę w bluzie, z czapką na głowie opierającą się o ścianę miała ochotę krzyczeć, machać i biegać w jej kierunku, bo po posturze rozpoznała swoją przyjaciółkę, ale zamiast tego podeszła do niej powoli. Spojrzała w jej oczy i w końcu rzuciła się na jej szyję mocno ściskając.
— Matko, Sam. Nie masz pojęcia jak tęskniłam – wyszeptała.Samantha Bartowski - 2020-01-26, 22:32 Denerwowałam się. Przygryzałam swoją wargę, pewnie doprowadzając już do niewielkiej ranki na moich ustach, ale... No nie czułam się bezpiecznie.
Całe jednak szczęście dość szybko po drugiej stronie ulicy udało mi się wypatrzeć rudowłosą. W normalnych warunkach pewnie uśmiałabym się na ten jej kamuflaż rodem z "włożę swoją rękę do szafy i co wyciągnę wkładam na siebie", ale... Nie było mi wcale do śmiechu.
Wyrzuciłam niedopałek ze swojej dłoni jeszcze zanim dziewczyna rzuciła się na moją szyję. Mimowolnie syknęłam, czując ciągnięcie w prawej ręce, ale mimo to - starałam się przywołać choć delikatny uśmiech na swoje blade lico.
- Ciebie też dobrze w końcu widzieć, młoda. - Rzuciłam, niby lekko jak przed laty, ale... Dało się wyczuć dziwny żal w moim głosie.
Gdy tylko dziewczyna podniosła na mnie swój wzrok, mogła dostrzec, jak bardzo zmieniłam się w ostatnich miesiącach. Zapadające się policzki, worki pod oczami, brak blasku w źrenicach... Gdy tylko mnie przytuliła, z całą pewnością odczuła też mój spory spadek wagi. Niegdyś jasne barwy mojej aury dziś zastępowały zdecydowanie ciemniejsze kolory - ciemna czerwień, czy może nawet brąz wymieszana z domieszką ciemnego niebieskiego.
Nie trzeba było być geniuszem by się domyślić, że po prostu... Cierpiałam.
Cierpiałam bardziej niż przed laty, gdy drogiej Elaine przyszło mnie pocieszać przy jednej z pierwszych wizyt w Stanach.
- Od dawna tu jesteś? Szczerze myślałam, że się nie pojawisz. Bo... Tam chyba masz ładniejsza kuchnię, nie? Zabezpieczenia i te sprawy... - Rzuciłam półszeptem, skupiając swoje spojrzenie na najbliższych uliczkach. Musiałyśmy się w końcu pilnować, by nie palnąć jakiejś głupoty - tym bardziej, że przecież... Narażałam ją na olbrzymie niebezpieczeństwo.
Czy to był kolejny przejaw mojego egoizmu?Elaine Weasley - 2020-02-01, 17:33 Elaine czuła łzy w kącikach oczu. Sam cierpiała, a ona nie wiedziała, co z tym zrobić. Przyjrzała się jej uważnie. Jej kochana przyjaciółka, musiała przeżyć piekło. Miała ochotę ją przytulać i już nigdy nie puszać. Nie chciała, aby ta znowu miała jakieś kłopoty, aby działa się jej krzywda. Chciała ją naprawić. Chciała jej pomóc i sprawić, że będzie wesoła i bezpieczna. Chuda i zmarnowana. Elaine nie mogła tego nikomu wybaczyć. Nie była typem wojownika, ale jak trzeba było to potrafiła przyłożyć lepiej niż Mike Tyson.
— Twoja kuchnia zdecydowanie wygląda jak dla anorektyków – mówiła w dwóch kontekstach swojej wypowiedzi. Elaine dokarmiała wszystkich, a jak już karmiła to zdecydowanie przybierało się chyba milion kilogramów na wadze.
— Mną się nie przejmuj. Nic mnie w mojej kuchni już nie trzyma. Wszystko sprzedałam – Sam na pewno wiedziała, że Elka miała swoją restaurację. — [b]Nie chciałabyś się zatrzymać u mnie? Mam miejsce – nawet jakby nie miała miejsca oddałaby jej swoje łóżko.