To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

Dawne biuro Bractwa - W środku

The Gifted - 2017-11-17, 18:10
Temat postu: W środku


James Shepard - 2017-12-09, 21:05

Jego życie było trudne.
Nie dość, przez ostatnie trzydzieści dwie godziny nie zmrużył oka, to jeszcze całe Bractwo miało podzielone zdania co do nowej liderki i co drugi mutant uważał, że Colleen nie powinna rządzić. Kto tego wszystkiego wysłuchiwał? On. James Shepard, który równie dobrze mógłby teraz wygrzewać się na jakiejś egzotycznej wyspie. Ale nie, bo po co? Lepiej się męczyć, obwiniać o wszystko i próbować zadowolić każdego pojedynczego mutanta. A każdy kręcił na coś nosem. Czy rozmowa z Colleen jakoś mu pomogła, pozwalając żyć ze świadomością, że nowa liderka nie poprowadzi ich na wojnę, w ramach zemsty? Takiej pewności nie miał, więc postanowił, że praktycznie zastąpi jej matkę, obserwując ją dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nawet wpadł na genialny pomysł, żeby wprowadzić się do jej domku na jakiś czas, by mieć pewność, że będzie bezpieczna i nie wymyśli czegoś głupiego. Ale zupełnie nie mógł zasnąć, choć jego ciało domagało się snu.
Poprawka, jego życie było kurewsko trudne.
A na zewnątrz było kurewsko zimno, a mimo to, zarzucił na siebie puchową kurtkę i wyszedł przed domek, kierując się przed siebie. Nic nie oczyszczało umysłu tak, jak spacer mroźnego wieczoru, prawda? Leniwie przeniósł spojrzenie na zegarek, ciasno zaciśnięty na ręce i westchnął. Nie zwalniał kroku i nieco się trząsł, bo nie lubił zimna, a ta egzotyczna wyspa i wakacje byłyby dobrym rozwiązaniem. Zanim jednak wybrał miejsce, w które najpewniej nigdy nie pojedzie, nogi doprowadziły go do głównego biura Bractwa. Nawet, kiedy jego zmęczenie wychodziło poza skalę i choć na chwilę chciał odpocząć od tego całego burdelu i tak przychodził do miejsca, które tym burdelem nazywał. Drżącymi dłońmi wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni i włożył jednego do ust. Nie odpalił go jednak, choć cholernie potrzebował nikotyny. Przeszukując każdą kieszeń stwierdził, że zapalniczka zupełnie przepadła. Ale miał telefon, a to oznaczało, że sobie poradzi. Po oszacowaniu czasu, w który dostałby się do domku, w celu znalezienia zguby, stwierdził, że poratuje się kimś innym. Wiedział, że Ronnie sypiał tak samo źle, jak i on przez ostatnie kilka dni. Więc wysyłając do niego wiadomość pt. "Ronald McDonald poratuj dobrego przyjaciela zapalniczką, papieros w gratisie. Jestem pod głównym biurem", miał świadomość, że go nie obudzi. Jedyne co mu pozostało, to czekać. Dlatego błądził oczami po okolicy zastanawiając się czy mutanci niezbyt przychylnie nastawienie do nowej władczyni, szykują już jakąś rebelię. Nie wiedział nawet kim byli ci, którzy oczekiwali bardziej doświadczonego władcy, bo wielu nie było zadowolonych, niektórzy milczeli, niektórzy szczerze cieszyli się, że to ona będzie rządzić. Wszystko było jedną wielką niewiadomą i mętlikiem nie do pojęcia przez zmęczony umysł Sheperda. Znów zerknął na zegarek, nieco bardziej nerwowo. Dochodziła północ. Czyli trzydziesta trzecia godzina na nogach i czwarta bez papierosa.
Prawda, że jego życie było trudne?

ronnie henderson - 2017-12-09, 22:36

Faktycznie nie spał. Znów miał koszmar. Ze snu obudził go huk bitego szkła, a może jego własny krzyk. Przez chwilę myślał, że znów będzie musiał wytłumaczyć Yvonne jak to się stało, że znów sieję destrukcję gdziekolwiek się pojawi. Mógł sobie nawet wyobrazić jak kobieta unosi z dezaprobatą brew, ale w jej oczach mimo wszystko kryje się rozbawienie i lekka nutka zmartwienia tym, że nocne mary wciąż go dręczą. Ten moment szybko minął, bo zdał sobie sprawę, że Yvonne Marie już nigdy nie uniesie brwi w tak charakterystycznym dla niej geście. Bo znajduję się sześć stóp pod ziemią, a przynajmniej to co z niej zostało.
Od śmierci ich liderki był stanowczo zbyt milczący. Pozbawił resztę towarzystwa swoich błyskotliwych uwag, które zwykł wyrzucać z siebie zanim ktokolwiek zdążył zadać jakiekolwiek pytanie. Stanowczo zbyt wiele złych rzeczy działo się w jego głowie, by od tak je z siebie wydusić. Każdy w jakiś sposób przeżywał żałobę, to najwidoczniej był jego sposób. Może w końcu Yvonne nauczyła go trzymać ten niewyparzony jęzor za zębami. Prawda była taka, że sam toczył ze sobą walkę. Z jednej strony odzywał się w nim szacunek do utraconej liderki i to, że nie chciał pogarszać i tak już niskich morali Bractwa. Ale z drugiej do jasnej cholery czy oni nie widzieli tego co się dzieję? Colleen przeczytała ckliwy list, a oni mieli klęknąć przed nową królową i oddać jej hołd? Nie na podstawie takich wartości zgodził się być częścią Bractwa Mutantów. Nawet nie było mu do końca przykro, że nie wierzy w nową władzę. Nie wiedział tylko jeszcze co powinien z tym zrobić. W tym jednym wypadku nie chciał być nierozsądny. Nie miał zbyt wiele ruchów, trwała gra, a musiał to dobrze przemyśleć, żeby nie zostać usuniętym z szachownicy. Dlatego poniekąd czerpał korzyść z tego marazmu żałoby jaki panował dookoła.
Po odczytaniu wiadomości, pokręcił głową, widząc tekst zaczynający się od słowa “Ronald”. - Dupek. - mruknął pod nosem i wsunął na biodra spodnie, które leżały na kupie ubrań znajdującej się na starym, pełnym dziur, skórzanym portfelu. W kieszeni czekała na niego paczka papierosów i zapalniczka. Był gotowy, by ruszyć w drogę.
- Wyglądasz na bardzo zmartwionego i zmęczonego człowieka, James. - powiedział uprzejmym głosem, nonszalancko opierając się o ścianę. - Coś cię trapi? - zapytał, uśmiechając się sztucznie. Obrócenie tego wszystkiego w żart sprawiało, że było znacznie zjadliwe. Albo miał po prostu taki styl - zawsze udawał, że ma wszystko gdzieś i śmieszą go te wszystkie dramaty. Nie wiem dlaczego ktokolwiek się z nim przyjaźnił. Może dlatego, że trzeba było znać go jakieś cztery lata, by wiedzieć że to wszystko tylko gra.

James Shepard - 2017-12-10, 00:22

James nie wiedział czy spędził przed biurem zaledwie kilka minut, czy długie godziny. Zupełnie odłączony od rzeczywistości, oparty o wejściowe drzwi, utkwił smętny wzrok w oddali. Starał się nie przeżywać śmierci Yvonne, nie rozpraszać się, a już na pewno nie zamęczać się pytaniem "co by było gdyby?". Bo było już za późno, a mimo to, po tylu dniach, nadal śniły mu się koszmary związane z jej osobą. Przecież mógł jej powiedzieć, żeby tam nie jechała, albo żeby wzięła jego zamiast córki. Kto wie, może wtedy to jego obrócili by w pył? Był jej doradcą, powinien wybić jej to z głowy. A teraz wbijać z głowy może tylko destrukcyjne myśli, które oprócz oddziaływania na psychikę, nie najlepiej wpływały na jego zdolności, których używanie ograniczył do minimum. Palenie też powinien ograniczyć, bo zanim wykończy go stres, zrobi to rak. I kto wtedy zajmie się jego kotem?
Zaczynał się niecierpliwić, przenosił ciężar ciała z lewej nogi na prawą i tak w kółko, wzrokiem omotał całą okolice kilka razy, a na ten przeklęty zegarek patrzył co minutę. Po tak ciężkim dniu należał mu się papieros, skoro o wakacjach nawet nie mógł pomarzyć. Bogu dzięki, że jego odsiecz nadeszła w miarę szybko.
- Zamknij się McDonald i daj mi zapalniczkę - burknął, mierząc go zmęczonym spojrzeniem. Wywrócił jeszcze oczami, widząc ten jego uśmieszek i wyciągnął otwartą dłoń przed siebie. Był cholernie zmęczony i cholernie zmartwiony, ale nawet nie chciał się wywodzić na ten temat, bo zajęłoby mu to całą noc. Usłyszawszy jednak pytanie Ronniego, zmierzył go tym swoim pouczającym i wielce poważnym spojrzeniem i przywalił mu z łokcia w żebra. - Bawi cię to, Henderson? - mruknął, wyjmując papierosa z ust, nie musiał pytać, bo doskonale znał odpowiedź. Być może właśnie to pozwalało przetrwać ich przyjaźni? Ich charaktery znacznie się od siebie różniły, a to sprawiało, że w jakiś pokręcony sposób się dopełniali. Kiedy James stawał się zbyt poważny, a Ronnie rzucał ironicznym tekstem, mogłoby wydawać się, że tą dwójkę łączy jedynie niechęć do siebie nawzajem... co za mylne wrażenie. Oparł głowę o drzwi, przymykając na moment oczy. - Widzisz co się dzieje? Straciliśmy przywódcę, a teraz dowodzić będzie nami dziewczyna, którą najpewniej kieruje chęć zemsty i kto wie, może własnie to są ostatnie dni spokoju przed wojną? Bo kto nie chciałby wojny po czymś takim? Więc powiedz mi, jak ciebie to może, kurwa, nie trapić? - Otworzył oczy i od razu skierował na niego wyjątkowo spokojnie spojrzenie. Prychnął jeszcze pod nosem i pokręcił głową. - Nie mogę spać, popadam w paranoję i mieszkam z dziewczyną, która przechodzi najgorszy okres w swoim życiu, więc oficjalnie, jeśli wszystko w Bractwie wróci do normy, biorę urlop, idę na odratowanie zdrowienia i lecę na Kubę, a ty zajmiesz się moim kotem. - Ponownie wsadził fajkę do ust i przeczesał włosy dłonią. Znacznie mu ulżyło.

ronnie henderson - 2017-12-10, 00:52

Widocznie problemem Sheparda było to, że winił się za całe zło świata. Że mógłby mu zapobiec. Natomiast Ronald po prostu akceptował to, że świat jest po prostu zły, a winny temu nie był przypadek czy niedopatrzenie Ronniego. Winni byli ci, przed którymi uciekali. Ludzie byli małymi, słabymi skurwysynami, którzy właśnie w ten sposób reagowali nad strach. Przemoc była tym co najlepiej znali, tak bardzo żałował że wielu spośród nich, mutantów, wciąż wierzyła, że istniało jakiekolwiek dojście do porozumienia, między dwiema stronami. Bali się tego czego nie rozumieli. Bali się tego co było potężniejsze od nich. Zamiast nadstawiać policzek, powinni pokazać im gdzie jest ich miejsce w łańcuchu. I tu gdzie James widział wielką tragedię, Ronnie widział nadzieję na to, że niektórzy przejrzą na oczy. Żałował śmierci Yvonne, w pewien sposób była mu może nawet jak matka. Gdyby mógł zapobiec temu co się stało, zrobiłby to. Ale nie dało się już niczego odwrócić, a oni musieli coś zrobić. Byli to winni swoim braciom.
- Oczywiście, że mnie to trapi, Jimmy. Cholernie mnie trapi, że nasza droga, świeć panie nad jej duszą, Yvonne straciła kompletnie rozum i wyznaczyła swoją smarkatą córkę na swojego następcę, nie pytając kogokolwiek o to czy podziela jej wiarę w zdolności przywódcę kochanej Collen. - wyrzucił z siebie w końcu to o czym myślał od tak wielu dni. Może ubrał to w zbyt ostre słowa, a jednak… mniej więcej o tym myślał. Yvonne zrobiła sobie z wyboru kolejnego lidera samowolkę. Musiała wiedzieć jak wielu nie zgodzi się z jej decyzją! Nie wiedział co nią kierowało, gdy pisała ten pieprzony list. Może to, że nie sądziła, że wróg zabierze ją tak szybko? Może to. Bo nie potrafił znaleźć żadnego logicznego wyjaśnienia dla tak głupiej decyzji podjętego przez kogoś kogo uważał za wyrocznie mądrości. Mógł się nie zgadzać z Yvonne, ale nigdy się jej nie sprzeciwił. Czy gdyby Colleen zaproponowała im jakiś plan zrobiłby podobnie? Nie sądził. - I naprawdę dziwisz się jej, że chce zemsty? Jeśli by jej nie chciała to wtedy naprawdę bym w nią zwątpił. Mam dość włóczenia się jak szczur po kanałach i udawania, że musimy to robić dla naszego dobra. Powinni zapłacić i wiedzieć jakie są konsekwencję stawania przeciwko nam. To oni pierwsi zaatakowali.
- Jasne. Nie próbowałem jeszcze wybuchów na zwierzętach. - rzucił ponuro. - I powiedz mi jeszcze raz… Dlaczego wpakowałeś się do jej domku? Oczywiście, rozumiem, że kierują tobą szlachetne pobudki, ale na miłość boską człowieku dziewczyna straciła matkę. Nawet ja mam więcej taktu, a mówią, że nie mam go wcale.

James Shepard - 2017-12-10, 20:05

Gdyby mógł, najpewniej dźwigałby świat i jego problemy na swoich barkach. Być może przejmował się wszystkim i wszystkim zbyt mocno, ale co innego mógł zrobić? W świecie, gdzie mutanci byli niewyobrażalnym zagrożeniem dla ludzi i celami do zlikwidowania, starał się po prostu, aby całość funkcjonowała względnie normalnie. Pewnie to było powodem, dla którego popierał wszystkie plany Yvonne i jej całkiem pokojowe nastawienie. Wolał mieć pewność, że nikomu nie stanie się większa krzywda niż dotychczas. Właśnie dlatego był przeciwnikiem wojen czy innych konfliktów, które mogły narobić jeszcze większego burdelu. Przemoc i demonstracja siły były ostateczną, a James sądził, że nie dotarli jeszcze do punktu, w którym będą musieli korzystać z ostatnich desek ratunku. Tym bardziej, kiedy tak wiele zmieniło się Bractwie i tak wiele stało pod znakiem zapytania.
- Colleen sobie poradzi. Trochę wiary i optymizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, Ronnie - mruknął i lekko wzruszył ramionami. Od kilku dni borykał się z problemem, którym byli mutanci niekoniecznie pozytywnie nastawieni do nowej liderki. Przez te wszystkie godziny próbował zrozumieć, dlaczego tak wiele osób nie potrafiło pogodzić się z wolą Yvonne. Jasne, Colleen była jeszcze młoda, pewnie nie rozumiała niektórzy rzeczy, a jej wybory nie raz wpędzą ich w kłopoty, ale mimo wszystko Shepard starał się w nią wierzyć. Można było mówić, że był wariatem oddającym życie swoje i innych w ręce małolaty, ale był świadom, że ta małolata mogła dokonać wielkich rzeczy podobnie, jak i jej matka. - Błagam cię, nie bądź głupi, jeśli pod wpływem takich emocji poprowadzi nas na wojnę, to powybijają nas w kilka godzin. Przywódca, który kieruje się wolą zemsty, to słaby przywódca. Więc, mam szczerą nadzieję, że weźmie przykład ze swojej matki i rozwiąże wszystkie problemy bez niepotrzebnej przemocy, bo Ronnie, to jest możliwe. Życie z ludźmi na równi, bez mordu, rozlewu krwi, czy wojny. - Nie podobała mu się wizja przyjaciela, bo nigdy nie uważał się za kogoś lepszego niż ci, który tych dziwnych zdolności nie mieli. Ba, przez długi okres czasu sądził, że jest potworem, co Yvonne skutecznie wybiła mu z głowy. Jeśli mogła pokazać jemu, że moce tego typu nie są czymś złym, to najpewniej mogła zrobić to samo z rządem. Oby Colleen była w stanie postępować równie rozsądnie co jej matka, bo James naprawdę chciał wierzyć, że wszystko się ułoży.
- Okej, kot leci na Kubę ze mną. - I znów posłał mu to pouczające spojrzenie. - Nie wpakowałem, tylko kulturalnie zaproponowałem, że będę mieć na nią oko przez kilka dni, mając tym samym pewność, że nikt nie postanowi się jej pozbyć, bo jak widzisz wielu fanów tu nie ma. Poza tym, moje towarzystwo jest niczym dar zesłany z niebios, więc nie mów mi, że nie mam taktu. Po prostu postępuję słusznie, wiesz co oznacza to pojęcie, prawda? - Najprościej mówiąc, włączył mu się instynkt macierzyński i obchodził się z Colleen jak z jajkiem, ale o tym nikt nie musiał wiedzieć.

ronnie henderson - 2018-02-01, 22:46

Ronnie z kolei nie za bardzo odczuwał powinność brania czegokolwiek na swoje barki, a już na pewno nie konsekwencji debilizmu czy słabości innych ludzi. Naprawdę mocno pragnął się nie niczym nie przejmować, chociaż nie potrafił. To była jego największa słabość. Mimo, że tego po sobie nie pokazywał to przejmował się. Aż za bardzo. Wkurzało go to. Bo nie miał zamiaru być prostolinijnym rycerzykiem z honorem walczącym w imię dobrej sprawy. Jak dla niego zniszczenie wszystkiego wydawało się być najlepszą opcją. System, w którym żyli był zepsuty. Naprawianie go nie miało już sensu, podobnie jak branie odpowiedzialności za jego błędy. Nie potrafił przetłumaczyć tego swojemu przyjacielowi. Nie potrzebowali radzić sobie z kłodami rzucanymi im pod nogi przez wcześniej wspomniany Porządek. Należało go zniszczyć i zbudować to wszystko od nowa. Ponad wszystko chciał tego, żeby inni to w końcu zrozumieli. Ich świat stał już w płomieniach, a pacyfiści pokroju Jamesa Sheparda próbowali zgasić go konewką. Jak dla Ronniego mógł płonąć, byleby to właśnie oni byli tymi, którzy przetrwają. A właśnie takim typem człowieka był Henderson. On był zawsze ocalałym. Gdy przyszli po niego zniszczył wszystko na swoją drodze, przez wiele lat błąkał się po świecie, walcząc o przetrwanie. Miał już tego dość. W końcu chciałby, żeby role się odwróciły. I wiedział, że to było na wyciągnięcie jego ręki. Tylko, że nie mógł nic zdziałać sam, nawet jego zawyżonego poczucie własnej wartości, było tego świadome.
- Myślę, że optymizm, wiara i twoja niekończąca się cierpliwość sprawi, że wszyscy wylądujemy sześć stóp pod ziemią. Ewentualnie jako szczury doświadczalne, co byłoby chyba gorsze. - odpowiedział z niesmakiem wypisanym na twarzy. Miał okropny ból dupy i póki ten nie minie nie było szans, że przyjmie do wiadomości to, że Coleen kiedykolwiek mogłaby być dobrym liderem, ale cierpliwości. Może ten dzień kiedyś nadejdzie. Więc niż gadania potrzebował dowodów, a póki co wszystko wydawało się zatrzymać w miejscu. Według niego najlepszym sposobem na żałobę po Yvonne było ukaranie winnych.
- Nie, nie ma, James. - pokręcił energicznie głową, zaciągnął się powietrzem i wydmuchnął chmurę dymu wprost na twarz przyjaciela, cakiem niechcący. - Od czterech lat nas prześladują, zabijają nas, przeprowadzają na nas eksperymenty, chcą nas nafaszerować tym durnym antidotum, by pozbawić nas tego czym jesteśmy. Walczyłem dla tego pojebanego kraju, a oni i tak po mnie przyszli, a co zrobili, gdy wróciłem? Zabili moją siostrę i zwalili to na mnie. Zabili moją dziewczynę, próbowali zabić mnie i Sally. A co dla ciebie zrobili? Zabrali bóg wie gdzie twoją Hannah i nie wiadomo co jej zrobili. Naprawdę po tym wszystkim wierzysz, że istnieje jakikolwiek pokojowy sposób na wyjście z tej sytuacji cało. Jak nie zareagujemy przyjdą tutaj po nas i zrobią nam to samo. Przestań żyć mrzonkami. Takie są realia, Jimmy. - wyrzucił z siebie szybko. Czuła jak każdy molekuł jego ciała drży, że mógłby teraz puścić to wszystko z dymem. Szyby niebezpiecznie zadrżały, a Ronnie zacisnął mocno mięśnie szczęki, próbując opanować nagły atak furii. Zdusić go w sobie, zanim przestanie nad nim panować.
Przez chwilę milczał. - Wiesz... przestałem cię słuchać już przy słowie “kulturalnie”, a jak wpadło mi do ucho “słusznie” to już byłem pewny, że nie straciłem nic ważnego. - wyszczerzył się do niego. Nie wiem dlaczego ktokolwiek mógłby się z nim przyjaźnić, ale niech te pytanie pozostanie bez odpowiedzi. - Wiesz na Kubie, by cię przynajmniej nie ścigali jak szczura. Czasami możesz nawet się zaczepić do fajnej robótki, chociaż z twoim poczuciem moralności kariery byś niestety nie zrobił. - wzruszył lekko ramionami. - Coleen to duża dziewczynka poradzi sobie, ostatnio mi powiedziała kilka słów o tym co o nas tak naprawdę myśli, więc możesz się teraz uznać za jej niewolnika, a nie za doradcę. Młoda wyrosła nam na małą dyktarorkę. - powiedział nieco prześmiewczo, ale po chwili westchnął ciężko. - Nie jestem za tym, żeby tutaj rządziła, ale jakbyś myślał że ktoś chce ją skrzywdzić… Po prostu daj mi znać. Załatwimy to jakoś. To wciąż ta gówniara, którą nawet polubiłem. - westchnął ciężko. To był jedyna oznaka czułości w stosunku do większości na jaką potrafił się zdobyć. Brawa dla niego, że chociaż powiedział to.

Dale Fowler - 2018-04-06, 20:07

~01.03.2018r
Od wydarzeń, które zmieniły go na zawsze minęły prawie dwa tygodnie. No, jakieś 11-12 dni. To były... Cholernie ciężkie dni. Co noc budzony był przez koszmary, zdarzało mu się wrzeszczeć - czy to z bólu, czy z powodu wizji sennych... Tak, czy inaczej raczej nie zazdroszczę jego współlokatorom. Jego stanu psychicznego nie poprawiało także to, że Colleen milczała. Z dnia na dzień coraz bardziej zamykał się w sobie, dawny Dale znikał gdzieś w odmętach jego umysłu, został zastąpiony przez nowego. Człowieka zniszczonego psychicznie napędzanego jedynie chęcią zemsty. A jednak... Tą iskrą nadzieji mimo wszystko pozostawała ta dziewczyna potrafiąca władać metalem. Nie miał pojęcia dlaczego tak nagle poszedł w odstawke, nie potrafił sobie tego wytłumaczyć, ale nie umiał jej również tak po prostu o to zapytać. Przez te wszystkie dni właściwie... Mało mówił. Coraz częściej zdarzało mu się zacinać w połowie zdania - jak już się odezwał.
Dzisiejszy dzień miał być jednak wyjątkowy. Pierwszy raz miał stanąć o własnych siłach, co prawda podpierany kulami, ale to zawsze coś, prawda? Jego przecięte ścięgno dalej nie zrosło się do końca, nie mógł przenosić na tą nogę całego ciężaru swojego ciała. Również chwycenie kul nie było takie proste, chociaż magiczne ręce Matilde zdziałały cuda i dłonie goiły się zdecydowanie szybciej, niż powinny. Ból z każdym dniem słabł i choć dalej był odczuwalny - znacznie mniej.
Było późne popołudnie, standardowo został w domku sam, ponieważ jego dziewczyna(?) Colleen miała ważniejsze sprawy na głowie. Podniósł się na łóżku do pozycji siedzącej, oparł stopy na podłożu i syknął cicho z bólu, gdy spróbował wstać całkowicie o własnych siłach. Niestety się nie udało. Sięgnął po kule i zacisnął na nich powoli palce. To na szczęście jakoś się udało, chociaż nie obyło się również bez fali cierpienia. Trudno... Jakoś to przeżyje. Przyzwyczajone do pozycji wyprostowanej palce nie chciały współpracować, ale je zmusił. Pokuśtykał do szafy z ubraniami, na szczęście udostępnili mu kilka ciuchów, bo jego torba poszła się - że tak brzydko powiem - jebać. Wszystkie ubrania, broń... Cóż, będzie musiał sobie ogarnąć nowe, ale to z czasem. Spojrzał na swoją twarz w lustrze. Był nieogolony, jego spojrzenie było całkowicie puste, miał ogromne wory pod oczami, w dodatku te trzy ślady na policzku... Zaklął pod nosem i odwrócił wzrok - nie mógł na siebie patrzeć. Wykuśtykał z domku i tym swoim kalekim krokiem powędrował do biura, uprzednio pytając pierwszego napotkanego człowieka o drogę.
Członkowie bractwa przyglądali mu się, ale on ignorował wszelkie spojrzenia, byli dla niego nikim - z pewnością nie traktował ich jak rodzinę, czy coś w tym rodzaju. Był tutaj tylko dla niej...
Wreszcie dostał się do swojego celu, otworzył drzwi i wparował do środka bez żadnego pukania, bez niczego.
Zauważył Colleen i obrzucił ją spojrzeniem - tym samym, które ujrzał wcześniej, gdy patrzył w lustro. Cóż... Ona też musiała zauważyć jak strasznie się zmienił, nawet wyraz jego twarzy, sposób mówienia... Wszystko.
Bez słowa pokuśtykał do jednego z krzeseł i opadł na nie ciężko.
- Jak tam w pracy? Ostatnio jesteś bardzo zajęa. - rzucił prosto z mostu twardo patrząc jej w oczy. Nie było jednak na jego twarzy złości, mówił nawet całkiem spokojnie, cicho. Nie zdradzał żadnej emocji, czy właściwie potrafił jeszcze cokolwiek odczuwać?

Colleen Marie - 2018-04-06, 22:41

| po wszystkim.

W ostatnich dniach stało się tyle okropnych rzeczy, że nie umiałam normalnie funkcjonować, a przede wszystkim... nie umiałam rozmawiać z Dale'm. Kompletnie, zupełnie. Nie umiałam ubrać myśli w słowa. Nie chciałam się z nim konfrontować. Mówiłam tylko tyle, ile to było konieczne, bo on się do mnie odzywał pierwszy, ale na całe szczęście - jakkolwiek okrutnie do brzmi - on nie odzywał się do mnie prawie w ogóle, bo jeszcze dochodził do siebie po tym, jak go Vera dopadła i doprowadziła na skraj szaleństwa. Głównie to tylko pytałam, czy chce coś zjeść, czy podać mu jakieś leki przeciwbólowe, no i... no i na tym nasze rozmowy się kończyły. Ignorowałam go. Nie mówiłam niczego. Cholera, nawet mu nie powiedziałam, że ta jego śmieszna Sam żyje. Stwierdziłam, że skoro on mi nie powiedział, że to ona go złamała... No to trudno, nie będę mu o tym mówić. On i tak w końcu stąd wybiegnie do niej, gdy tylko wyliże rany, a ja wtedy będę mogła z pomocą Leilah ogarnąć tego pierdolonego ginekologa i załatwić problem, o którym dowiedziałam się całkiem niedawno.
Do tego czasu jednak musiałam się ukrywać. Zakopywałam się w papierach, rozmowami z mutantami, jakimiś głupimi treningami, planowaniem przyszłości Bractwa, a ostatnio... a ostatnio zajmowałam się organizowaniem pogrzebów, bo na cholernym Marszu straciliśmy całkiem sporo ludzi. Przede wszystkim Alison... I maleńką Lizzy... Nawet nie chciałam myśleć, jak ogromną stratę odczuwała teraz Leilah. Ja straciłam matkę, ona córkę, i to było okropne.
Przytłaczałam się problemami i negatywnymi myślami, siedząc nad aktami Alison i Lizzy, które prawie nie były wypełnione. Znajdowało się tam jedynie jej zdjęcie, imię i nazwisko, a także kilka informacji o opiekunie, które zapisałam własnoręcznie. Obok miałam też mapę obozu z zaznaczonym na czerwono miejscem, które było naszym prowizorycznym cmentarzem. No cóż... Nie mieliśmy ciał, ale zasługiwały na nagrobek, nawet jeśli pusty, prawda?
Uniosłam kubek z gorącą jeszcze kawą, gdy do środka, bez pukania, bez niczego... wszedł Dale, a ja westchnęłam ciężko, upiłam łyk i odstawiłam kubek w momencie, gdy usiadł na fotelu niedaleko mnie.
Wyglądał źle, ale ja... ale ja nie lepiej. Żyłam w ciągłym stresie, dużo wymiotowałam przez ten cholerny zarodek we mnie i prawie nic nie jadłam. No, to się dobraliśmy. Oboje wyglądaliśmy jak śmierć.
- Nie codziennie umierają mi mutanci na marszach pokojowych. - rzuciłam, niby nonszalancko, ale byłam rozstrzęsiona w środku. Cierpiałam. Przez śmierć tych wszystkich mutantów, przez ciążę i przez to, że tęskniłam za Dale'm, ale nie potrafiłam się do niego zbliżyć. Nie teraz. Leilah miała rację - najpierw musiałam załatwić dziecko, a potem dopiero będę mogła skupić się na ratowaniu swojego śmiesznego związku.

Dale Fowler - 2018-04-06, 22:50

To prawda, ostatnie dni były naprawdę fatalne. Chyba dla każdego członka bractwa, ponieważ Dale'a również chyba można było już określać takim mianem... Chociaż właściwie nie był do końca pewien po co się w to wszystko wpakował. Jasne, zajęli się nim i będzie im za to wdzięczny do końca życia, ale... Ale chyba inaczej sobie to wszystko wyobrażał. Poza tym było tutaj tak dużo ludzi, ciągle coś się działo, ciężko było o chwilę samotności - nie przywykł do takiego życia. Od dłuższego czasu był po prostu sam, a tutaj... Nawet obecność Colleen nie dała mu właściwie nic. Sam walczył ze swoimi problemami - i tak było zawsze.
Mimo wszystko... Domyślał się, że coś jest nie tak. Ignorowali się, nie porozmawiali o tym wszystkim, ona... Ona nawet nie zadawała mu pytań, nie chciała wiedzieć co się wydarzyło, gdy go zabrali. Jakby dla niej nie istniał. Pojawił się w jej biurze właśnie po to, by się tego wszystkiego dowiedzieć.
Siedział blisko niej i po prostu na nią patrzył. Przez dłuższy czas nie powiedział nawet jednego słowa mimo, że ona przecież mu odpowiedziała. Na jej słowa pokiwał tylko głową i wbił spojrzenie w okno. Zawiesił wzrok na szybie jakby aktualnie za nią znajdowały się najciekawsze na świecie rzeczy. Prawda była jednak taka, że właściwie myślami był gdzieś daleko. Cały czas żył tymi strasznymi wspomnieniami i tak, masz rację - żył śmiercią Sam. Nie mógł wybić sobie z głowy tego, że to jego wina. Jak zwykle... Zbliżył się do kogoś i ta osoba skończyła tragicznie. Jeśli tak samo stanie się z Colleen, on... Cóż, on tego z pewnością nie przeżyje, a takie właśnie myśli kłębiły się teraz w jego głowie. Hopper go przesłuchał, więc i do niej musiały dotrzeć jakieś informacje. Jeśli będzie nieostrożna przy tej kobiecie, jeśli Vera dostanie ją w swoje ręce... Cholera jasna.
Potrząsnął głową, by wyrzucić z niej te wszystkie myśli i leniwie powrócił wzrokiem do brunetki.
- Ilu? Ile osób straciło życie? - zapytał cicho i zerknął na papiery, które miała przed sobą, chociaż oczywiście jego aktualna pozycja nie pozwalała mu odczytać tego wszystkiego co na nich było.
Może to śmieszne, ale w tej chwili zapragnął tak po prostu wziąć ją za dłoń i wyjść stąd, pojechać gdzieś bardzo daleko i po prostu porozmawiać. Albo nie, nie porozmawiać. Posiedzieć w milczeniu. Po prostu razem pomilczeć...

Colleen Marie - 2018-04-06, 23:12

Wiedziałam, że to się w końcu stanie. Mogłam się domyślać, że w końcu dojdzie do tej konfrontacji, no bo w końcu sprowadziłam tutaj Dale'a. Namówiłam go do tego, by dołączył do Bractwa, więc w sumie to przeze mnie Genetically Clean go dorwało, a teraz to się w sumie od niego odwróciłam, ale... ale nie umiałam inaczej. Najzwyczajniej w świecie nie potrafiłam jakoś inaczej zmierzyć ze wszytkimi problemami, które dotykały mnie, jego, i nas wspólnie. Najprostszą i najszybszą metodą wydawało mi się po prostu ignorowanie problemu, no i ignorowanie Dale'a.
To może nie było najmądrzejsze, no i dojrzała osoba zdecydowanie by się tak nie zachowała, ale no cóz, trudno, najwidoczniej byłam niemądra i niedojrzała, już trudno, jakoś się tym nie przejmowałam.
Każdy radził sobie z problemami po swojemu, prawda? No tak, a ja radziłam sobie właśnie w taki sposób. I tak zachowywałam się dużo lepiej niż po śmierczi mamy. Odczuwałam emocje, nie miałam ochoty wymordować połowy Bractwa. Serio, zachowywałam się całkiem normalnie, z tym małym wyjątkiem, że traktowałam Dale'a niemal tak, jakby w ogóle nie istniał. Oczywiście, to było dość krzywdzące wobec jego osoby, ale to dlatego, że... no cóż, był najważniejszą osobą w moim życiu, więc ciężko było mi powiedzieć mu, że "hej, jestem zazdrosna, bo ta Vera ci powiedziała o jakiejś Sam, to się złamałeś, a na dodatek to mi ludzie poumierali, w ciąży jestem, a ta Sam cała to żyje, więc leć, pędź do niej, a ja sobie wyjmę dziecko wieszakiem". No, nie umiałam tak, więc po prostu milczałam, ale on ewidentnie nie zamierzał mi na to pozwolić.
- Nie wiem. - przyznałam szczerze, bo Fay nie podała mi konkretnej liczby - Kilku zostało zabranych przez DOGS, kilku zabitych. Znam tylko dwa nazwiska. Alison Blake i... i mała dziewczynka, Lizzy, córka mojej przyjaciółki. - wyjaśniłam pobieżnie, skrycie licząc na to, że na służbowych tematach nasza rozmowa się zakończy, bo choć wiedziałam, że musimy porozmawiać, to... to chyba tego nie chciałam. Nie wiedziałam po prostu co mam mu powiedzieć, jeśli będzie chciał rozmawiać o nas. Chyba za szybko się zakochałam. Za szybko podjęłam zbyt poważne decyzje...

Dale Fowler - 2018-04-06, 23:22

Pewnie - musiało do tego w końcu dojść, przecież nie mogli tego zostawić. Nie w ten sposób, nie po tym wszystkim co Dale przeszedł by się do niej dostać. Nie po tym wszystkim co przeszli oboje. Trzeba było przyznać, że coś ich połączyło i być może nawet to coś miało szansę przetrwać nawet tak ciężką próbę. Fowler nie mógł zaprzeczyć - ciągle czuł to samo co wtedy, gdy spotkał ją na brzegu jeziora. I gdzieś w głębi duszy doskonale wiedział, że warto o to zawalczyć. Mimo swojego psychicznego, oraz fizycznego stanu... Warto. Nie mógł się poddać, nie tak po prostu.
Oboje mieli bardzo ciężki okres, to trzeba było przyznać. W czasie, gdy Dale lizał swoje rany Col traciła kolejnych ludzi, właściwie wszystko co zbudowała waliło się. Domyślał się jak może być jej ciężko, ale... Kurwa, wiedział też dobrze, że sobie z tym wszystkim poradzi. Mógłby jej pomóc w miarę możliwości - gdyby tylko tego chciała.
Jeśli chodzi o Sam... To fakt, gdy usłyszał, że ją dorwała złamał się. Jego serce pękło na tysiące kawałków, ale być może Col była o to tak zazdrosna z prostego powodu - nigdy nie opowiedział jej ich historii, nie miała pojęcia kim stała się dla niego tamta kobieta wiele lat temu. Właściwie... Zareagował by tak samo na wieść o śmierci kogokolwiek z bliskich mu osób, to, że padło na nią nie miało większego znaczenia. W sumie uważam też, że trochę kiepsko było nie powiedzieć mu o tym, że ona żyje. No, ale w końcu każdy z nas podejmuje wybory - lepsze, gorsze, ale przede wszystkim swoje własne wybory.
Westchnął cicho i ponownie zajrzał jej w oczy. Była zmęczona - cholernie zmęczona, to było widać na pierwszy rzut oka. Nie dziwił się jednak, nawet nie był w stanie sobie wyobrazić jak ciężką pracą było utrzymanie tak dużej społeczności pełnej odmiennych charakterów. Wiedział natomiast jak to jest tracić przyjaciół.
- Posłuchaj... Ludzie umierają. To w czym teraz siedzimy... Niczym nie różni się od tego co już widziałem. Jesteśmy w trakcie wojny, przeżyłem już coś podobnego. Ludzie padali jak muchy, również Ci, którymi dowodziłem. Może nie było tam mutantów - z wyjątkiem mnie, oraz żadnego Genetically Clean czy innych takich organizacji, ale... - urwał na moment szukając odpowiednich słów. Lustrował ją przez parę chwil wzrokiem, chciał ją pocieszyć chociażby spojrzeniem, ale szybko zdał sobie sprawę z tego, że nie potrafi tego zrobić. Nie potrafił też okazać nawet krzty smutku w swoim głosie, ponieważ... Przywykł do śmierci. Po prostu.
- Przywyczaisz się do tego. Najważniejsze, by ich ofiara nie poszła na marne... - dodał wreszcie i przejechał językiem po wysuszonych wargach. Czy musiał dodawać coś jeszcze? Na dobrą sprawę nawet nie wiedział już co.
- Ale przyszedłem tutaj... Wiesz, dlaczego tu jestem...

Colleen Marie - 2018-04-07, 15:22

Mój plan powoli przestawał działać, no i w sumie to wcale nie z mojej winy. Udawało mi się ignorować Dale'a przez długi czas. Walczyłam ze sobą i wygrywalam, wymieniając z nim tylko minimum koniecznych zdań. Tęsknilam za nim, ale wiedziałam, że to jedyne słuszne wyjście, bo dzięki temu będę w stanie załatwić tą cholerną aborcję po cichu, nie mówiąc mu o niczym. Będzie żył w błogiej nieświadomości, a ja usunę problem, a potem jakoś naprawię relacje między nami, które na pewno na tym ucierpią. No cóż... Ten plan właśnie chyba miał się nie udać, bo Dale mówił i mówił, a ja tak strasznie nie chciałam go słuchać, tak bardzo nie chciałam nawiązywać jakiejkolwiek rozmowy, nawet jeśli tego potrzebowałam. Nawet jeśli tak bardzo chciałam się do niego przytulić, i pocałować go, i móc milczeć, ale bez tej całej atmosfery kłócenia się ze sobą, ignorowania się i w ogóle.
Byłam podirytowana. Czemu on tak bardzo wszystko utrudniał? Nie mógł odpuścić? Zakładałam, że dojdzie do siebie, a potem pobiegnie ile sił w nogach do tej swojej przyjaciółeczki, dając mi chwilę spokoju i oddechu od siebie, którego potrzebowałam, żeby razem z Leilah zorganizować ginekologa i pozbyć się jednego z wielu problemów w moim życiu. On jednak prawił mi jakieś opowieści o umieraniu, jakbym ja nie wiedziała, jak to jest tracić swoich ludzi. Kurwa, no przecież doskonale wiedziałam jak to jest. Może Przywódczynią byłam od niedawna, ale Bractwo i jego mieszkańcy byli moi od samego początku, a przez te 4 lata zginęło mnóstwo mutantów. Wiedziałam jak to jest, jaki ogromny to ból. Nauczyłam się nawet jakoś z tym sobie radzić, czasem lepiej, a czasem gorzej, ale miałam taktykę, a on właśnie mi mówił o tym wszystkim, jakbym przeżyła pierwszą śmierć kogoś bliskiego w swoim życiu. Nie chciałam się z nim kłócić, ale irytacja i złość wręcz rozsadzały mnie od środka...
- Tak? Serio? No co ty nie powiesz? - spytałam retorycznie i pokręciłam głową z zażenowaniem - Od 4 lat ludzie umierają mi na rękach, albo w walce, obok mnie, więc nie musisz mi dawać dobrych rad z cyklu "będzie dobrze, przywykniesz". - dodałam i puściłam mu oko, zupełnie teatralnie, złośliwie i przesadnie. Dramatyzowałam i byłam cholernie chamska, ale chciałam, żeby dał mi spokój. Pieprzył głupoty, denerwował mnie i niszczył mój wspaniały plan, więc jak miałam być spokojna?
- I nie mam zielonego pojęcia po co tu jesteś. - warknęłam, wracając wzrokiem do papierów, które bezwiednie zaczęłam przeglądać - Ale skoro jesteś, to mnie oświeć względnie szybko, bo muszę pochować kilkoro mutantów, więc sporo pracy przede mną. - dodałam, zirytowana i zasmucona. No, trudno.

Dale Fowler - 2018-04-10, 07:31

To prawda - jej plan sprawdzał się doskonale. Jeśli planem było sprawienie, że jeszcze bardziej zamknął się w sobie to z pewnością jej się to udawało. Aktualnie czuł się sam - tak sam, jak to tylko możliwe. Otoczony przez ludzi, którzy nic dla niego nie znaczyli, a jedyna osoba dla której tutaj był postanowiła tak po prostu o nim zapomnieć. W tej chwili zastanawiał się tylko nad jedną rzeczą. Po co to wszystko? Po jaką cholerę zgodził się na dołączenie do tej bandy klaunów, po co dwa dni walczył o przetrwanie i wreszcie - dlaczego dalej o nią walczył? Uświadamiała mu przez ostatnie dwa tygodnie jak mało jest dla niej wart. Już dawno powinien tym wszystkim jebnąć, ale chyba nie potrafił. Nie tak po prostu, co było zabawne w jego przypadku. Nie zabiegał nigdy o względy żadnej kobiety, ale to wszystko było nowe. Cała ta sytuacja - w dniu w którym poznał Colleen jego życie zmieniło się nie odwracalnie. Poczuł coś dziwnego, niepowtarzalnego i był niemalże pewien, że coś takiego nie zdarza się dwa razy.
Taa, trzeba przyznać, że w jego głowie zapanował ogromny chaos.
Czy musiał jednak tego wszystkiego słuchać? Próbował pomóc. Zwyczajnie pomóc mimo tego, że sam tej pomocy kurewsko potrzebował. Chciał dać jej cokolwiek od siebie - po to mówił to wszystko, niestety został potraktowany dokładnie tak jak się spodziewał. No dobra, w sumie nie był pewien skąd w niej nagle tyle jadu i nawet nie próbował się domyślić.
Wysłuchał jej, delikatnie uniósł kąciki ust w górę widząc jak puściła mu oczko w tak złośliwy sposób jak to tylko możliwe. Pokiwał głową na znak zrozumienia i nie powiedział nic. Przeniósł wzrok na okno i przez moment przyglądał się widokom za szybą, po czym wstał i kuśtykając zmniejszył między nimi dystans. Oparł się dłońmi o biurko przy którym siedziała i nachylił się patrząc jej prosto w oczy. Milczał przez dobre kilka chwil nie zrywając kontaktu wzrokowego, aż wreszcie się odezwał.
- Wiesz co? Też już nie wiem po co tu jestem. Brutalnie uświadomiłaś mi, że to wszystko jest jednym wielkim pierdolonym błędem. Nie będę więcej zawracał głowy, szefowo. - uśmiechnął się delikatnie i złapał za swoje kule, po czym pokuśtykał w kierunku wyjścia. Dokąd zmierzał? Sam jeszcze tego nie wiedział. Ale... Jak najdalej od niej. Nie mógł znieść tego dziwnego uczucia, bolesnego kłucia w okolicach klatki piersiowej.
Złapał za klamkę, jednak zatrzymał się na moment przy drzwiach. Chciał się odwrócić i coś powiedzieć, cokolwiek, chciał jej jeszcze raz spojrzeć w oczy, ale nie był na tyle głupi, by to zrobić, więc po prostu wyszedł z pomieszczenia.
z.t

Colleen Marie - 2018-04-11, 22:15

Musiałam go odstraszyć od siebie. Naprawdę... po prostu musiałam to zrobić, kompletnie nie widziałam innego wyjścia. Nie mogłam pozwolić na to, by zaczął ze mną rozmawiać, tak na poważnie, tak normalnie, bo wtedy bym nie wytrzymała. Potrzebowałam go. Potrzebowałam go i rozmowy z nim bo byłam w cholernej rozsypce. Kompletnie nic mi się nie układało w życiu, a za to wszystko po kolei się pieprzyło. To, jak został skrzywdzony, potem moja ciąża, potem spotkanie z Louanne, potem śmierć tych wszystkich mutantów na Marszu, potem te pieprzone spotkanie w Bractwie, na którym ewidentnie większość opowiedziała się przeciwko mnie... Jak miałam radzić sobie z tymi problemami? Nie potrafiłam. Po prostu nie potrafiłam ich znieść i cholernie potrzebowałam po prostu położyć głowę na kolanach Dale'a, zamknąć oczy i... mówić. Mówić mu o wszystkim, po kolei, i jeszcze raz, aż w końcu poczuję się lepiej, a on zapewni, że będzie dobrze, że wszystko się ułoży, że wychowamy to dziecko.
No i właśnie dlatego nie mogłam do tego dopuścić. Absolutnie nie mogłam być matką, a coś czułam w kościach, że nie pozwolił by mi na aborcję. Zabroniłby mi, a ja nie mogłabym się go posłuchać, przez co pokłócilibyśmy się jeszcze bardziej, niż byliśmy skłóceni teraz, a to co było teraz między nami, było przecież tylko chwilowe, prawda? A przynajmniej chciałam mieć taką nadzieję, bo co, jak Dale nie będzie chcial na mnie patrzeć więcej, jak już wróci od tej swojej Sam? Albo jak nigdy nie wróci, bo stwierdzi, że woli zostać u niej, niż przy mnie, skoro tak go odtrącałam... To wszystko było prawdopodobne, ale musiałam zaryzykować, żeby zrealizować swój plan.
Nawet jeśli ten plan bolał mnie tak cholernie, że walczyłam z całych sił, by nie płakać, gdy Dale nachylił się nade mną, gdy patrzył mi w oczy z takim żalem, i chyba z obrzydzeniem... Było mi ciężko. Cholernie ciężko słuchać tego, co do mnie mówił i nie zareagować w żaden sposób... Patrzeć na to, jak wstaje i odchodzi ode mnie, jak zamyka za sobą drzwi.
Byłam wściekła. Smutna. Bezsilna.
- Kurwa! - krzyknęłam, łapiąc za kubek i rzucając w nim o ścianę. Rozstrzaskał się cały, zupełnie tak, jak moje serce.
Ukryłam twarz w dłoniach, nie potrafiąc nawet zapłakać, bo chyba wylałam już wszystkie łzy.
Pieprzyłam wszystko, czego się dotknęłam, ale... ale musiałam.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group