To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

west seattle - Molo

The Gifted - 2017-11-23, 13:35
Temat postu: Molo



Billy Sanders - 2018-06-05, 10:15

Szczerze powiedziawszy nie spodziewał się tego, że zadzwoni. Że kiedykolwiek spróbuje nawiązać z nim jakiś kontakt. Nie powinna mu ufać. Nie na tyle by umawiać się z nim na spotkanie, bo przecież wystarczył jeden telefon, a czekałby na nią cały oddział Genetically Clean i z pewnością nie byliby tak mili jak on ostatnio. Przecież już raz ją zdradził. Mógłby to zrobić kolejny raz. Na szczęście Gardner Billy nie miał zamiaru tego robić. Przeszło mu to przez myśl. Oczywiście. Zawsze brał pod uwagę wszystkie możliwości i wykonywał najlepszy jego zdaniem ruch. Nie tym razem.
Przez cały dzień bił się z tą myślą. Zastanawiał się czy może nie lepiej było po prostu złamać obietnicę. Wystawić ją. Przecież to nie byłby pierwszy raz, gdy postąpiłby w ten sposób. Taki już był. Robił to co było najlepsze dla niego, nie dla niej. Mimo wszystko pojawił się tutaj. Jednak postawił wyżej zwykłą chęć zobaczenia się z nią nad własny interes. Dość głupie zagranie. Bardzo głupie. Miejmy nadzieję, że nie będzie musiał za to srogo zapłacić.
Właśnie z powodu tej bitwy z myślami, przyszedł mocno spóźniony. Narażał się, więc nie można mu się dziwić, że zanim pojawił się na molo, musiał sprawdzić czy rzeczywiście są tutaj sami. W końcu reguły gry zmieniły się jeszcze bardziej od momentu, gdy Bractwo zostało zaatakowane, a większość a na większości jego członków wykonano egzekucje. Członkowie rządu, DOGS, a nawet GC, które bezpośrednio nie przyczyniło się do odnalezienia kryjówki Bractwa w tym momencie oblizywało palce ze smakiem. Wielki ruch oporu mutantów upadł. Obywatele Stanów Zjednoczonych w końcu mogli poczuć się bezpieczniej.
Starał się nie wyróżniać z tłumu, chociaż nie było późno, molo było opustoszałe. Chłodny wiatr i kumulujące się na zachodzie chmury burzowe nie zachęcały do spacerów. Stanął obok niej, opierając się łokciami o balustradę. Zerknął na nią kątem oka. - Wolałem dawny kolor. - powiedział, uśmiechając się nonszalancko. - Chciałaś porozmawiać. - mruknął, zsuwając z głowy kaptur.

Cassandra Gardner - 2018-06-05, 14:04

#17

Z początku wcale nie planowała zaspokajać własnej chorej potrzeby wiedzy. Prawdopodobnie znacznie lepiej byłoby, gdyby nie postanowiła tego zrobić. W końcu myśli myślami, to słowa i faktyczne potwierdzenie prawdy było czymś znacznie cięższym do przetrawienia. Mimo to, ostatecznie skapitulowała. Potrzebowała wiedzieć, nawet jeśli niewiele miało to zmienić. Była nawet w stanie zaakceptować fakt narażania się, bo w końcu mógł ją wydać. Skoro zrobił to już wiele razy w przeszłości, nic sobie nie robiąc z jej zaufania i uczuć, teraz - gdy tak naprawdę nic ich już oficjalnie nie łączyło - tym bardziej mógł to zrobić. W pewnym sensie przyjęła to ryzyko. Nie przez to, że musiała. Przez to, że chciała.
Gdyby sama miała jednak wybierać miejsce czy porę spotkania, nigdy nie postawiłaby na molo akurat w tej konkretnej części miasta. To było jak… Niszczenie ostatnich dobrych wspomnień, jakie jeszcze pozostały. Nie potrzebowała być jasnowidzem, by wiedzieć, że nie miało wyjść z tego nic dobrego. Mimo to, nie oponowała w momencie, w którym to ustalali. A teraz naprawdę, naprawdę mocno zaczynała tego żałować, opierając się o drewniane barierki przy samym końcu pomostu i od czasu do czasu spoglądając na zegarek w telefonie.
Nie zamierzała stać tu wiecznie, powoli zaczynając akceptować myśl, że może nie wystawił jej w tym sensie, o który pytała go podczas ich rozmowy… Ale najwyraźniej w tym typowym, oznaczającym brak pojawienia się. Była nawet bliska stwierdzeniu, że prawdopodobnie mogła się tego spodziewać, odwracając się w kierunku zejścia z molo, kiedy zauważyła Sandersa, nieznacznie kiwając głową w jego stronę. Nie zwróciła uwagi na godzinę, jednak coś w jej spojrzeniu dosyć jasno dawało znać, że się spóźnił. Czyżby czas nie był jednak pieniądzem, choć wszystko inne - w tym związki - niewątpliwie nim było?
- Więc zostanę przy tym. - Ona także nie postanowiła się z nim jakoś wylewnie witać. Spojrzała na niego tylko kątem oka, gdy zaczął zsuwać kaptur z głowy, samej otulając się ciepłą kurtką, gdyż nagle zrobiło jej się jakby chłodniej. To nie była tylko psująca się pogoda, spadająca temperatura czy zwykły chłód zbliżającego się wieczoru. Wewnętrzne zziębnięcie też miało tu swój wkład.
- To w sumie nawet nie rozmowa... Jedno pytanie. Potem zniknę. - Wzruszyła leciutko ramionami, nawet na niego nie patrząc, tylko spoglądając gdzieś przed siebie - na coraz ciemniejszy, mniej wyraźny horyzont i wodę, która falowała w coraz mocniejszych podmuchach wiatru.
Nie od razu powiedziała to, o czym mówiła. Stała w ciszy jeszcze przez kilkanaście sekund, które w takiej a nie innej atmosferze zdawały się być znacznie dłuższą chwilą. Plusk fal uderzających o podstawę molo, świst wiatru, ciemne chmury zbliżające się w kierunku miasta… Przynajmniej nie było tu tak pogodnie i tłoczno jak zazwyczaj. Zupełnie tak, jakby natura dostosowywała się do okoliczności.
- Masz związek z tym, co się stało? - Spytała przyciszonym głosem, oczekując naprawdę krótkiej, prostej odpowiedzi. Tak lub nie. I choć naprawdę chciała usłyszeć to drugie, nie mogła nic poradzić na to, że bardziej niż zdecydowanie spodziewała się usłyszeć tak.
Mimo tego wszystkiego, co odczuwała, nie mogła przecież ukrywać, z jakim typem człowieka miała do czynienia. Nie miała co do tego większych złudzeń. Nawet jeśli atak nastąpił stosunkowo szybko po Marszu Pokojowym, a Billy był przecież poobijany jak mało kto, raczej nie odpuściłby takiej niesamowitej okazji. W końcu nader wszystko cenił sobie budowanie pozycji. Czy to w GC, czy gdziekolwiek. A to niewątpliwie by mu się opłacało.

Billy Sanders - 2018-06-10, 16:25

Mógł tylko podejrzewać, że chodzi jej o Bractwo. Właściwie to można było powiedzieć, że cieszył się, że ją widział. Od pacyfikacji Bractwa nie miał o niej żadnych wiadomości i z jednej strony oznaczało to, że nie ucierpiała w ataku, ale z drugiej strony nie miał żadnej pewności, że mógł po prostu nie zauważyć jej nazwiska, nie dostrzec jej ciała wśród poległych. Nie miał tak naprawdę pojęcia czy przeżyła atak i do jej telefonu nie opuszczało go te uczucie. Jakby nie mógł złapać w płuca powietrza. Oddychał, ale czuł że nie potrafi nabrać wystarczająco powietrza, by normalnie funkcjonować. Ale przecież był całkiem niezły w udawaniu. Więc jego życie zdawało się w ogóle nie zmienić od dziesiątego marca. Wciąż pracował, chociaż częściej w biurze niż w terenie, wciąż zaczynał dzień kawą, a kończył szklaneczką stanowczo nie wartej swojej ceny szkockiej whisky lub tak jak dzisiaj błąkał się gdzieś między kobiecymi nogami, ot tak dla zabawy, tudzież zduszenia uczucia pustki. Nic się nie zmieniło, przynajmniej on nie dał po sobie tego poznać, ani nawet sam nie chciał zdawać sobie z tego sprawę.
W każdym razie zadzwonił i chciała spotkania z nim, a teraz stała przed nim i po części domyślał się o to o co będzie chciała spytać.
- Pytaj. - pokiwał głową, wpatrując się w horyzont. Ta chwila zdawała się ciągnąć wiecznie. Wykonywał rozkazy. Tylko to miał na swoją obronę. Chociaż najzabawniejsze było to, że jego ludzie wykonywali jego rozkazy, a on siedział w furgonetce, aczkolwiek ktoś kazał mu to robić, ktoś mu to za to zapłacił. Do tych ludzi powinna czuć żal, nie do niego. Te wszystkie trupy, pożar w szpitalu. Wina nie leżała po jego stronie, bo go tak naprawdę to nie obchodziło. Zarządy obu organizacji chciały załatwić go w taki, a nie inny sposób. Robił to co musiał. Jak zawsze.
- Po co o ty pytasz, skoro znasz odpowiedź na te pytanie? - odpowiedział jej cicho, wciąż nie spuszczając wzroku ze wzburzonych wód zatoki Puget. Nie musiał już jej chyba okłamywać, chociaż może te słodkie kłamstewko zabrzmiałoby lepiej.
Nie, nie miałem z tym nic wspólnego, bo nie wróciłem jeszcze do służby.
To zabrzmiałoby znacznie lepiej i w pierwszym odruchu, właśnie to chciał powiedzieć. To było tak naturalne dla niego, ale może oboje potrzebowali właśnie takiej terapii szokowej. Ona musiała zdać sobie sprawę z tego, że oprócz tego że skrzywdził ją, krzywdził też innych ludzi. I dalej to robi, a co najgorsze wciąż będzie to robić. Natomiast Billy musiał zdać sobie sprawę z tego, że pewnych rzeczy nie da się wybaczyć, zapomnieć, więc nie ma sensu wciąż uganiać się za czymś czego nigdy nie będzie mógł mieć. Chociaż… Czy naprawdę istniało dla niego takie ograniczenie? Być może go to tylko zachęcało. Sam nie wiedział. W relacji z Cassandrą wszystko było inaczej, czasami miał wrażenie że nie przypomina samego siebie. Nie mógł się zdecydować co do tego jak postąpić, zmieniał zdanie, właściwie to zachowywał się trochę jak taka nieopierzona nastolatka.

Cassandra Gardner - 2018-06-10, 17:35

Nie miała zamiaru tego przyznawać, ale… Dobrze było zobaczyć Billy’ego w jednym kawałku, zwłaszcza po tym, jak wyglądał i czuł się podczas ich ostatniego spotkania. Gdyby nie okoliczności, być może nawet nawiązałaby jakoś do rekonwalescencji, powiedziała cokolwiek, jednak teraz wyłącznie przyglądała mu się kątem oka, czekając na odpowiedź jak na wyrok.
Wiedziała…
Przecież wiedziała…
A jednak ją to ugodziło.
- Rozumiem… - Wydusiła z siebie cicho, na płytkim wydechu, czując, jak coś naprawdę paskudnego, jakieś wyjątkowo gorzkie uczucie pali ją w piersi i w gardle. Rozumiała, bo powinna rozumieć. Co z tego, że wewnątrz nadal ciężko jej to było zaakceptować i że wcale nie chciała tak zrobić. Pobożne życzenia kompletnie nic nie zmieniały. Wiedziała, że swoimi pochopnymi decyzjami mogła przyczynić się do czegoś, czego potem powinna żałować. Nie spodziewała się tylko, jak szybko miało odbić jej się to czkawką.
Miała ochotę wściec się bardziej niż kiedykolwiek. Zgrzytać zębami, wrzeszczeć, zrobić scenę, zacząć na oślep bić Billy’ego po tych jego cholernych żebrach. Wszystko, byle tylko tylko nie czuć się w ten sposób, w jaki się czuła. Nie stać w ciężkiej, grobowej ciszy i nie mieć wrażenia, jakby to on właśnie przyłożył jej w twarz. Niewiele mogła poradzić na to, w jaki sposób teraz wyglądała, mimowolnie się przygarbiając, tracąc jakikolwiek cień uśmiechu na ustach i wbijając wzrok w punkt gdzieś pomiędzy końcem pomostu, a jej stopami.
- Pomogłam ci. - Stwierdziła wreszcie, nieznacznie potrząsając przy tym głową. Z niedowierzaniem, zawodem, przykrością… - A ty znowu mi wszystko zabrałeś. - Za co? Za nowe mieszkanie? Lepszy samochód? Wyższy status społeczny? Więcej atrakcyjnych panienek na każde skinienie? Coś jeszcze, czego tam potrzebował, by czuć się spełnionym? Nie zamierzała prosić o uściślenie. Zdecydowanie wystarczyło jej to, co już wiedziała. W zupełności…
I gdyby nie jedna, teoretycznie dosyć mała sprawa, prawdopodobnie odeszłaby dokładnie tak jak powiedziała - po tym jednym pytaniu, na które uzyskała wyjątkowo jednoznaczną odpowiedź. Wpierw jednak sięgnęła do kieszeni kurtki, przez chwilę zaciskając palce na jej zawartości, po czym - po raz pierwszy od początku tego spotkania - skierowała wzrok bezpośrednio na mężczyznę.
- Billy? - Zwracając się do niego miękko, poruszyła głową, chcąc, żeby na nią spojrzał. - GC pewnie chce to z powrotem. - Mruknęła, wyciągając przed siebie rękę, którą chwilę wcześniej trzymała w kieszeni i zrzucając mu na dłoń to, czego prawdopodobnie powinna pozbyć się już dawno temu. Być może z wieloma rzeczami z przeszłości i tak rozstała się w pośpiechu, ale te dwie nadal miała na sobie, gdy odchodziła za pierwszym razem.
Domyślała się, że to wcale nie należało do Genetically Clean, nawet jeśli zostało kupione za pieniądze zdobyte przez pracę dla organizacji. Coś głęboko w Cassandrze chciało jednak powiedzieć to, co wydobyło się z jej ust. Sprowadzenie tego do poziomu rekwizytu podrzuconego przez GC było... Mniej osobiste, nawet jeśli bolało równie mocno. Ale przecież wiedziała, że zrobił to dla roboty, nie dla niej. Nawet jeśli nie była mu całkiem obojętna, to i tak był kolejny zabieg w celu podtrzymania związku i profitów z tego idących. Dlatego postanowiła wreszcie mu to oddać. W tym miejscu, którego znaczenie już i tak zostało zniszczone.
Teraz nie zamierzała uciekać. Po prostu obróciła się na pięcie, bez słowa ruszając w kierunku zejścia z molo. Czasami milczenie było dostatecznie wymowne.

Billy Sanders - 2018-06-12, 14:36

Jak to mówią złego diabli nie biorą. Jego sytuacja była wtedy dość żałosna, ale z czasem czuł się coraz lepiej. Najgorszy był pierwszy tydzień, który praktycznie cały spędził w łóżku. potem wytrzymał jeszcze kilka dni w domu, ale musiał wrócić do biura nawet jeśli jego obowiązki głównie skupiały się na tym, że towarzyszył swoim ludziom tylko jako głos w słuchawce. Niestety, ale nie mógł pozwolić sobie na urlop zdrowotny, bo na jego barkach spoczywała wielka odpowiedzialność, a przynajmniej w oczach zarządu GC to była odpowiedzialność, sam Billy po prostu nie chciał wypaść z obiegu czy uświadomić komuś, że jednak jest do zastąpienia. Więc wciąż działał w szeregach Genetically Clean, nawet jeśli opuścił swoje miejsce na czele oddziału. Po miesiącu od marszu wciąż odczuwał jego skutki, ale było to nie do porównania z tym co było wcześniej. Nie wrócił jeszcze nawet do treningów, bo nie chciał narażać się na jeszcze dłuższy okres rekonwalescencji i tak to trwało zbyt długo. Dawno nie zdarzyło mu się być bezczynnym aż przez miesiąc.
Miał zamiar pozwolić jej w tym momencie odejść. Dlatego milczał. Tak będzie lepiej. Wiedział to. Nie miał zamiaru się za nią odwracać. Po co grzebać w jeszcze nie zrośniętych ranach? Musiała odejść. Takie były realia. Mimo to odwrócił głowę, gdy usłyszał jak wymawia jego imię. Zatrzymał wzrok na błyszczącym wisiorku, który dał jej kiedyś. Dokładnie tutaj. Okazja nie była zbyt ważna. Musiało chodzić o najzwyklejszy gest. Zamknął dłoń i przez chwilę pozostał w tej samej pozycji co wcześniej, wciąż wpatrzony w horyzont. Kątem okiem dostrzegł jak obraca się, odchodzi. Tak musiało być.
Obrócił głowę w jej stronę. - Dobrze wiesz, że to nie był prezent od GC, Cassie. - rzucił głośno, bawiąc się wisiorkiem. W sumie to miała rację. W pewnym sensie był to rekwizyt, ale dla niego wcale to nie umniejszało jego wartości. Kupił go, bo przecież właśnie tak robią uczynni, kochani faceci. Kupują drogą, piękną biżuterię. Pokazują swój gest, ubierając go w słodkie komplementy, obietnice. Umiał grać w tą grę, mimo wszystko wieczór, który tu spędzili czy wszystko co było po było prawdziwe. Tego nie mogła się wyprzeć, nawet jeśli chciała. Niemniej jednak świadomie zatrzymała sobie ten wisiorek. Oddała mu pierścionek, oddała mu wszystko co związane z nimi, a właśnie to sobie zatrzymała. Sama nadała temu taką wartość, a jeśli dla siebie… no cóż to również dla niego. Pozostałość po tym co do siebie czuli, kim dla siebie byli.
- Przecież wiedziałaś komu pomagasz. - odpowiedział jej po tak długim czasie na jej pytanie, krzywiąc się. Spotkała rannego agenta GC, tuż po tym jak siły rządu rozgromiły mutantów. Doskonale wiedziała do kogo wyciąga pomocną dłoń. Nawet jeśli był jej byłym narzeczonym, nawet jeśli wciąż jej zależało, tym razem wiedziała z kim ma do czynienia. Nie mogła go za to obwiniać. Właściwie to powinna obwiniać za to samą siebie. - Pomogłaś mi, bo tego chciałaś, a ja wykonywałem rozkazy. Tym razem nic ci nie zabrałem. - odpowiedział nieco rozdrażniony. Nie poczuwał się odpowiedzialny za to co się stało i nie miał zamiaru pozwolić sobie wmówić, że tak było.

Cassandra Gardner - 2018-06-12, 16:17

To, że podświadomie to wiedziała, wcale nie oznaczało, że chciała słyszeć podobne słowa z ust Billy’ego. Kiedy nie była tego w stu procentach pewna, wszystko było znacznie łatwiejsze do przełknięcia. Mogła po prostu powiedzieć sobie, że wszystko, co kiedykolwiek od niego otrzymała, miało związek z Genetically Clean i utrzymaniem pozorów normalności związku. Mogła postarać się wyrzucić z pamięci wszystkie te momenty, które mogłyby utrudniać jej zabranie się i odejście z tego miejsca. Mogła zwalić wydarzenia z motelu na zmęczenie, wyczerpanie, utratę krwi czy chwilowe załamanie nerwowe, przez które nie była sobą.
Przecież dowiedziała się już tego, czego chciała. Ulżyła też własnemu irracjonalnemu pragnieniu upewnienia się, że wszystko jest z nim w porządku, spotkania się jeszcze ten jeden raz.To był dobry moment, żeby odejść. Bez wdawania się w głębsze dyskusje i rozdrapywania ran. Wiedząc już, jak wyglądała sytuacja z zaangażowaniem Sandersa w napad na Bractwo, wcale nie musiała poznawać szczegółów ani okoliczności, które - nie daj, losie - zmieniłyby jej punkt widzenia na całą sprawę. Znacznie lepiej było nie pamiętać niczego, co ociepliłoby chociaż trochę na nowo oziębioną sytuację między nimi.
- Gadaj zdrów! - Ciężko było nie powiedzieć nic więcej ani nawet się nie odwrócić, ale to właśnie zrobiła. Po prostu dalej stawiała ciężkie kroki przed siebie, wkładając całą swoją motywację w to, aby nie obrócić się ku Billy’emu. Zwróciła mu resztę tego, co jej jeszcze pozostało. Odcięła się od przeszłości i tej relacji, zwłaszcza że najwyraźniej tylko ona nie wróciła do dawnego trybu życia i nie ruszyła z kopyta w przód. Ani metaforycznie, ani dosłownie, bo gdy dotarły do niej te słowa...
- A więc od teraz zamierzasz pokazywać mi, jak bardzo się pomyliłam w tym, że to zrobiłam? - Wyrzuciła z siebie instynktownie, zatrzymując się w miejscu i obracając ku niemu ze zmrużonymi oczami i zmarszczonym nosem. - Twoja logika jest… - Nie wiedziała nawet, jak powinna to określić. Przede wszystkim, czy był w tym jakikolwiek sens? W sposobie, w jaki myślał, upraszczając wszystkie swoje uczynki do wykonywania rozkazów, pracy i dystansując się od tego, że - do cholery jasnej - czym innym to było, jak nie ponownym zabraniem jej chociaż małego złudzenia stabilności?
- Twoja logika jest nielogiczna. Mów sobie, co chcesz. Potrafisz tylko uciekać od jakiejkolwiek odpowiedzialności. - Parsknęła w zdegustowaniu, kręcąc przy tym głową i nie przestając mierzyć go wzrokiem.
Tak, zauważyła to już sporo wcześniej, ale praktycznie do samego końca wierzyła w to, że może Billy zacznie wreszcie zachowywać się jak dorosły człowiek, nie jak cudza marionetka, dla której nic nie było własną winą. Pomyśleć, że był taki moment, kiedy niemal ponownie poszła z nim do łóżka, naprawdę tego chcąc i będąc gotową wyzbyć się poczucia winy z tym związanego.
Gdyby nie niesprzyjające okoliczności, wszystko zapewne potoczyłoby się właśnie w tym kierunku, a przecież doskonale pamiętała tamten moment z przeszłości. Całą otoczkę, atmosferę związaną z jej domniemanym zajściem w ciążę. Wycofywanie się, dziwne zachowania, nerwowość, drażliwość, pochmurność i gburowatość. To było dla niej wtedy jak lodowaty prysznic, nawet jeśli nie wiedziała, o co dokładnie chodziło i sądziła, że było to tylko chęcią zawinięcia się.
Najwyraźniej nie dostała wtedy wystarczającej nauczki, musząc jeszcze kilka razy potwierdzić teorię o tym, że William Sanders był tak naprawdę zwykłym, śmierdzącym tchórzem. To zawsze miał być ktoś inny. Czyjeś polecenia, czyjeś rozkazy, czyjeś zlecenia, czyjeś decyzje, czyjeś posunięcia, czyjaś wina. Przerzucał na nią nawet to, co stało się z Bractwem, bezczelnie sugerując, że zdawała sobie sprawę z tego, komu pomagała i - co za tym szło - z ryzyka z tym związanego.
To nie było kłamstwem, owszem. Dobrze wiedziała, jak dużym hazardem to było i że tak naprawdę grała w ciemno, ale się tego podjęła. Wiele można było o niej zatem powiedzieć, ale sposób, w jaki Billy odcinał się od własnych przewinień, niemożliwie ją mierzwił. Nie zamierzała dźwigać jego winy na własnych barkach. Rozkazy czy nie, doskonale wiedziała, że miał możliwość odsunięcia się od tamtej akcji. Obrażenia z Marszu Pokojowego musiały mu to gwarantować. Im bardziej o tym myślała, tym bardziej wściekła się robiła.
- Kiedy wreszcie dorośniesz, Billy? - Spytała głośno, z wyraźnie wyczuwalnym wyrzutem, desperacko rozkładając przy tym ręce. - Kiedy przestaniesz być wyrośniętym, zakompleksionym chłopcem z odbezpieczonym pistoletem, co?!

Billy Sanders - 2018-06-16, 17:28

- A ty wmawiaj sobie co tylko chcesz, by poczuć się ze sobą lepiej! - krzyknął za nią, widząc że wciąż odchodzi. Chciała sobie wmówić, że to był prezent tylko od Genetically Clean. Łatwiej było przełknąć jej to, że faktycznie nic ich nie łączyło, bo przecież fakt że to mogło być prawdziwe mógłby być przecież bolesny. Była takim samym tchórzem jak on. Przyszła tutaj, żeby usłyszeć od niego prawdę na temat napadu na Bractwo, bo nie mogła zmusić się do tego, żeby go po prostu znienawidzić. Musiał jej dać ku temu dodatkowe powody. Chciała, żeby jeszcze raz ją popchnął, bo nie potrafiła sama się od niego odciąć. Po co w innym wypadku ta farsa? Przecież znała odpowiedź na te pytanie. Gdzieś tam w głębi wiedziała, że musiał maczać w tym swoje paskudne paluchy. Naprawdę tak bardzo potrzebowała tego, żeby to właśnie on to powiedział na głos? Wcale nie zerwała z nim żadnych więzi, skoro musiała usłyszeć to od niego. Gdyby był jej obojętny nie chciałaby tak bardzo go nienawidzić. Jak mawiał jakiś wielkogłowy filozof czy tam pisarz, odwrotnością miłości wcale nie była nienawiść. Z własnej przekory nie potrafił ugryźć się w język. I chociaż chciał, żeby odeszła i nigdy więcej nie wracała, on też nie potrafił się całkowicie od niej odciąć. Wcale nie chciał być tylko wyblakłym wspomnieniem, nawet jeśli miał stać się tylko wciąż uwierającą w sercu drzazgą. Brzmiało odrobinę patetycznie, trochę nazbyt sentymentalnie, a jednak chciał wciąż zajmować należne sobie miejsce, nawet jeśli nie mogli być razem i nawet jeśli miało to powodować jakiś ból. W końcu lepsze dla niego było to niż obojętność. Przynajmniej dla niego, bo na pewno nie dla Cassandry. Wiadomo jednak, że Billy rzadko kiedy przejmował się dobrem innych, nawet jeśli były mu osoby bliskie. Zbyt był zapatrzony w siebie i w spełnienie własnych potrzeb, by pozwolić sobie na to, by pozostać dla niej po prostu nikim.
Podobnie zresztą było z poczuciem winy. Jak każdy człowiek posiadał przecież jakieś sumienie. Mniej czy bardziej rozwinięte, a jednak posiadał. Niektórzy po prostu lubili przemoc. Podobało im się sprawianie bólu, zabijanie. Może poniekąd musiał czuć z tego jakąś satysfakcję, wiązało się to przecież z jakimś poczuciem władzy, a jednak nie do końca lubował się w tym. Dlatego jak każdy tego typu człowiek musiał znaleźć sobie jakąś wymówkę, dzięki której mógł liczyć na względnie spokojny sen. Był zbyt cyniczny, by uwierzyć w to, że to co robi miało jakiś większy cel, że robił to dla dobra ludzkości, co więcej… ratowanie świata nie leżało w sferze jego zainteresowań. Dlatego przyjął filozofię wyparcia. Chociaż dążył do załamania się drabiny i przeskoczenia kilku szczebelków, to w momencie gdy przychodziło jednak o obwinianie kogoś o wyrządzone przez niego okrucieństwa… Wcale nie obwiniał siebie. Obwiniał tych, którzy wydawali rozkazy. W tym momencie bycie tylko pionkiem zupełnie mu wystarczało. Pionki przecież wcale nie ponoszą odpowiedzialności za ruchy gracza. Są tylko figurami na szachownicy. W takim momencie odrzucał całkowicie prawdę, a przecież faktem było, że chcąc czy niechcąc był graczem. Po prostu wybierał sobie w momenty, w których się za takowego uważał lub nie. Kiedy tylko było mu to wygodne oczywiście.
Słysząc jej słowa zaśmiał się głośno, odwracając się w końcu w jej stronę. Trafiła w dość czuły punkt. - TY będziesz mi robić wykłady o uciekaniu?! - zapytał, patrząc na nią ze złością. - TY będziesz mi mówić o kompleksach z dzieciństwa?! - zmarszczył brwi, robiąc krok w jej stronę. - Może zaczniemy od ciebie. Uciekłaś od ojca. Uciekłaś z Bractwa. Uciekasz za każdym razem, gdy nie potrafisz sobie z czymś poradzić. Zły tatuś pozabijał tatusiów wszystkich twoich koleżanek? Zły tatuś nie potrafił zapewnić ci prawdziwej rodzinny, więc jedyne o czym marzy dorosła Cassandra to mieć właśnie taką. A może podświadomie wiedziałaś kogo wybierasz i właśniego tego chciałaś? Małej powtórki z przeszłości? Nie bądź hipokrytką. Nie waż się mówić mi o kompleksach. Ty królujesz w tym temacie. - wyrzucił z siebie z każdym słowem coraz głośniej. Trafiła w bardzo czuły punkt, a Billy w takich wypadkach wykonywał atak.

Cassandra Gardner - 2018-06-16, 21:03

- Jasne! - Miała ochotę nie tylko obrócić się w jego kierunku, lecz jeszcze dodatkowo cofnąć się jak najmocniej, by powiedzieć mu to prosto w twarz. Jeśli jakkolwiek jej jeszcze na nim zależało, to były dokładnie takie sytuacje, przez które uświadamiała sobie, że nie należało poświęcać Billy'emu jakiejkolwiek uwagi. Prawdę mówiąc, naprawdę powinno ją to zadowalać. W końcu tego teoretycznie chciała, gdy rozsądek dochodził do głosu - odcięcia się, zerwania jakichkolwiek więzi, wyleczenia się z tej relacji. Nie umiała jednak kompletnie nic poradzić na to, że jednocześnie przechodziła od skrajności w skrajność, a obojętność w przeciągu kilku chwil zmieniała się w złość, zgorzknienie... Zaangażowanie...
Gdyby naprawdę skłaniała się ku zdrowemu rozsądkowi, zapewne nie dałaby się wciągnąć w kłótnię. Powiedziałaby to, co chciała mu wygarnąć, następnie pozostawiając go ze słowami, jakie wyrzucał z siebie w tym momencie. A jednak... Gdy wygarnął jej kompleksy, które niewątpliwie miała... Gdy wyciągnął na wierzch skłonność do ucieczki... A przede wszystkim - gdy zasugerował to, o czym sama myślała... Nie była w stanie przerwać rozmowy, odpuścić i odejść. Chociaż... Może od samego początku wcale nie chciała tak po prostu usłyszeć tego jednego zdania? Pragnęła czegoś więcej, znacznie więcej, nawet jeśli obróciło się to przeciwko niej, gdy usłyszała tyle bolesnych słów... Momentalnie wcięła mu się w ten ciąg zdań, sprawiając, że ich rozmowa zaczęła przypominać przedszkolną przepychankę.
- To?! To cię tak boli?! Że nie zostałam w Bractwie? W końcu łatwiej byłoby, gdyby ktoś załatwił twój problem, huh?! - Wytykanie jej takich rzeczy dosłownie przechodziło ludzkie pojęcie, zwłaszcza że sam mówił o tym, by odeszła z organizacji. Nie dość, że nie miały praktycznie żadnego związku z tym, co mu powiedziała - przynajmniej dla niej samej - podobne ataki ze strony kogoś takiego były jak rzucanie zapałki w kierunku sterty fajerwerków. Mogły wyrządzić wiele szkody, były spektakularne dla gapiów, ale przede wszystkim - nielogiczne i durne.
- Nie myślisz wcale o tym, że nie mam jak nie uciekać, gdy wszystko się wali?! Naprawdę uważasz, że to takie proste? Zostać, gdy nie ma takiej opcji?! - Sarknęła głośno, również robiąc krok w przód i nie zastanawiając się nawet nad tym, jak wyglądała. Miała gdzieś fakt, iż najprawdopodobniej przypominała yorka startującego do równie wkurzonego wilczura. Po prostu chciała go ugryźć... Bo dupkowatość, obecnie wyczuwalna w powietrzu razem z wilgocią, wybiła poza skalę.
- Ja przynajmniej nie udaję, że mogę komuś to wszystko dać! Nie łżę jak pies, nie udaję, że mi zależy, gdy tak nie jest! - Skoro sam zapędził się w te tematy, tym razem nie zamierzała pominąć tego, co dotychczas starała się ignorować, tłumić gdzieś głęboko w sobie. - Każda łapie się na to samo? Gadka-szmatka, piękne oczy, urocze słówka, tralalala. Byle tylko wykorzystać, bo to takie satysfakcjonujące, prawda?! Jak pieprzone dziecko pieprzoną zabawkę! Z tą dzisiejszą też tak było, huh?! - To było dosyć paskudne posunięcie, zapewne stawiało ją także z złym świetle, jeśli pomyliła się co do intencji związanych z porannym szeptaniem podczas rozmowy, jednak nie rozważała tego w tej chwili. Nie zamierzała pozostać tu na tyle, aby zastanawiać się nad wszystkim, co chciała i czego nie chciała powiedzieć. W tym momencie, cóż, przekrzykiwanie się z nim wydawało jej się znacznie bardziej naturalną opcją.
Uderzył w jej rodzinę, uderzył w jej pragnienia, uderzył w nią samą... I zrobił to z wykorzystaniem tego wszystkiego, co tak idiotycznie mu powiedziała, przypominając jej tym samym o tym, jak bardzo ją skrzywdził i zdradził. To zaś sprawiło, że dała się ponieść emocjom, nawet jeśli na chwilę przestała krzyczeć, oddychając szybko i płytko.
- Jest jedna pieprzona różnica pomiędzy nim, a powtórką, jaką sobie rzekomo zafundowałam. - Warknęła wściekle, odruchowo celując w niego palcem. - Mój ojciec przynajmniej nie jest chrzanionym egoistą i kocha kogoś poza samym sobą. Ty jesteś tylko interesownym dupkiem i przeklętym babiarzem. - I prawdopodobnie tyle wzięli z jej pozornej neutralności...

Billy Sanders - 2018-06-17, 00:46

Podobnie jak Cassandra, Billy także wiedział bardzo dobrze gdzie zaboli. W końcu w ciągu tych kilku lat poznali się aż za dobrze. Mimowolnie znali swoje słabości, które teraz bez skrupułów potrafili wykorzystać przeciwko drugiej osobie. Dzieli kiedyś nie tylko łóżko.
- Nie wiesz o czym mówisz! - parsknął. Może i owszem, wypowiedzenie tego z jego strony mogło zdawać się głupie, a jednak potwierdzało pewną regułę.
Chociaż miała prawo tak myśleć, naprawdę mierziły go jej słowa. Nie po to darował jej życie prawie dwa lata temu, żeby teraz po prostu “załatwić ten problem”. Nie po to strzelał do pajączka, by trafiła w łapska dogs. Więc chociaż nie mówił tego na głos, to uważał że powinna wiedzieć, że jej życie coś dla niego znaczyło.
- Oh, z pewnością jest to znacznie łatwiejsze. - odpowiedział jej jadowitym tonem. W końcu sama oskarżyła go o uciekanie od odpowiedzialności, a sama była w tym mistrzynią. Nie miała prawa go pod tym względem oceniać. Nikt nie miał prawa.
Słysząc jej słowa, parsknął głośno. Mówiła prawdę. Właśnie w taki sposób to działało. Czasami nie musiał się nawet wysilać. Gdy chciał potrafił być naprawdę czarujący. Chociaż jego słodki urok nie działał już teraz. Teraz był wściekły i wyrażał tą swoją postawą, złością wypisaną na twarzy. Nie. Wcale nie był skłonny jej skrzywdzić, a jednak wyglądał jakby mógł. Nie podobały mu się jej słowa, wypowiedziane właśnie w tym kontekście, w tym momencie, właśnie przez nią. Miała rację. Właśnie tym dla niego byli ludzie. Zabawkami. Przedmiotami, które trzeba było przesuwać wedle własnej woli. Tylko, że jeden z tych przedmiotów okazał się być żywy i nie wystarczyło go się po prostu pozbyć jak zrobiła to Cassandra ze swoim wisiorkiem. Ona była żywym przypomnieniem, że jednak czasami żałował swoich czynów. Że czasami nie był do końca pewny czy postępuje słusznie, a już z pewnością nie lubił jak ktoś mu te błędy wytykał.
- I właśnie takiego mnie kochasz. To cię najbardziej gryzie, prawda? - krzyknął, rozkładając ręce. Mogła sobie mówić co chciała, ale on wiedział swoje. O niej. O sobie. O nich. Nie potrzebował więcej słów, żeby ją zranić. Bo wiedział, że to jak bardzo go nienawidzi jest właśnie skutkiem tego co do niego czuła. To, że ją okłamał tak bardzo bolało właśnie dlatego. Sam chciałby ją znienawidzić, ale niestety nie dała mu jeszcze co do tego żadnego powodu.

Cassandra Gardner - 2018-06-17, 02:46

- I dobrze mi z tym! Więc racz mnie nie oświecać! - Dobrze wiedziała, jaka była prawda. Doskonale pamiętała te wszystkie momenty - a było ich nawet aż za dużo - w których mógł ją tak po prostu osobiście załatwić, wydać komuś innemu lub po prostu pozostawić w pułapce. Tak samo jak ich motelową rozmowę, która to właśnie sprawiała, że było jej tak ciężko zostawić to wszystko za sobą. Paradoksalnie, zamiast wyjaśnić pewne rzeczy i móc dzięki temu ostatecznie ruszyć dalej, wspomniane kilka godzin potwornie utrudniło jej poukładanie sobie pewnych rzeczy na nowo w głowie. Czego skutkiem było między innymi ich obecne spotkanie.
Zamiast trzymać się z daleka, wręcz jak najdalej od Sandersa i całego GC, postanowiła postawić wszystko na jedną kartę, narażając się na to, że Billy po prostu ją wyda. To byłoby przecież takie proste. Wystarczyłaby jedną informacja przekazana byle komu w Genetically Clean. Nadal nie wiedziała, czy tego nie zrobił, ale w tym momencie była stanowczo zbyt wściekła, by dłużej się nad tym zastanawiać. Niewiele mogłaby zresztą na to przecież poradzić, poza skokiem do wody, który raczej nie skończyłby się zbyt dobrze... Jeśli miałaby wykorzystać jakoś ten czas, nadal nie wycofałaby się z tego, co powiedziała. Nie przestałaby dyskutować, wyrzucać kolejnych słów z ust, bo przynajmniej - o ironio - wraz z bólem, poczuciem skrzywdzenia i goryczy... Przychodziło coś na kształt ulgi. Wreszcie to mówiła, nie tłumiła tego dłużej.
- Mam ci przypomnieć, kto ostatni sprawił, że musiałam uciekać? Spójrz w lusterko, gnojku! - Warknęła, piorunując go spojrzeniem i niewiele robiąc sobie z tego, jak groźnie i wściekle teraz wyglądał. Z niesamowitą złością przychodziła w końcu niesamowita odwaga - nawet jeśli jednocześnie niesamowicie głupia. Cassandra była w stanie wygarnąć mu teraz wszystko. Począwszy od tych mniejszych, do tych gorszych rzeczy. Od zarzutów poprzez domysły. Wszystko, co ją bolało. Robienie tego publicznie nie miało większego znaczenia.
- Oh, oczywiście. - Parsknęła sarkastycznie, jednocześnie zastanawiając się, jakim cudem mogła uznawać tego typu bezczelność za atrakcyjną. Teraz czy kiedykolwiek. To było osiąganie najwyższego poziomu nadmiernej pewności siebie. W końcu mówił jej to zupełnie tak, jakby wierzył w to bez odrobiny zawahania. A ją to mierzwiło... Prawdziwe czy nie. Nie miał prawa zachowywać się tak, jakby wiedział, co siedziało w jej głowie i sercu. - Dobrze, że jak nikt, zdecydowanie pozwalasz mi zweryfikować to, co czuję lub raczej czułam w stosunku do ciebie. - To nadal było złe, wręcz fatalne uczucie. To nadal niczego nie zmieniało. To nadal... Była szczera prawda. Bolało ją to, czego się dowiadywała. Tak samo jak to, że ktoś inny zajął jej miejsce. Prosto, łatwo, gładko, jakby nigdy nie istniała.

Billy Sanders - 2018-06-19, 16:41

Oboje nie potrafili ruszyć do przodu. Billy’ego coś wciąż trzymało w przeszłości, a przecież porzucił wszystko co z nią związanego. Nie do końca jak widać, bo przecież przyszedł na te spotkanie, chociaż nie powinien. Wziął od niej ten wisiorek, ale przecież mógł go wyrzucić i w końcu… nie musiał wcale tego słuchać, ani nie musiał jej wcale na to odpowiadać. Mógł po prostu obrócić się na pięcie i wrócić tam gdzie było jego miejsce. Ale on wciąż sobie to robił. Był dość zgubiony. Chciałby, żeby była mu obojętna, ale nie była i prawdopodobnie jeszcze przez długi czas pozostanie. Prawdą było jednak, że w tym momencie denerwowała go jak nikt inny.
- Zrobiłem to co musiałem zrobić. - rozłożył ręce w odpowiedzi. Tutaj nie miał jak się obronić. Zrobił to co musiał zrobić, a to oznaczało zniszczenie jej życia. Nie miał zbyt wielu opcji. W jego opinii właściwie nie miał żadnego wyboru, a od samego początku miał plan, którego nie mógł porzucić z tak banalnego powodu jak to, że się zakochał. To nie było przecież nic osobistego. Nie została wybrana jako cel przez niego, tylko przez jego przełożonych. On wykonywał rozkazy, z których z czasem zaczął czerpać korzyści, bo przecież poniekąd podobało mu się takie życie, nawet jeśli było kłamstwem. Mu to nie przeszkadzało. Cass nie wiedziała, że to kłamstwo, więc wszystko co robiła było prawdziwe i szczere. Dla niego to nie było wcale kłamstwo, ale… prawdą było, że on jej to wszystko odebrał. Nie dlatego, że chciał, ale dlatego że musiał. Nawet nie liczył, że kiedykolwiek to zrozumie. Miała prawo go obwiniać.
- Najwidoczniej masz z tym problem. - odpowiedział. Kłamał, potrafił być okrutny, myślał tylko o sobie, manipulował ludźmi, był tchórzem, psem na baby, ale przecież pewnych rzeczy nigdy nie potrafił przed nią ukryć. Wiedziała to wszystko. Może nie wiedziała o niczym wszystkiego, ale przecież potrafiła odczytać jakim był człowiekiem, a chociaż potrafił słodko czarować, to Cass nie była głupia. Nie ukrywał się przed nią aż tak, więc skoro kochała go wtedy… Wcale nie kochała tylko wymyślonego człowieka. Zresztą po tym wszystkim co jej zrobił czy właśnie tak zachowywałaby się w ,motelu, gdyby go nienawidziła? On to po prostu wiedział. A ją to cholernie gryzło, bo nie chciała tego zaakceptować. Łatwiej jej było się do tego przyznać, gdy miała przed sobą Billy’ego agenta FBI, niż Billy’ego agenta GC. - Masz mi jeszcze coś do wyrzucenia? Śmiało. Powiedz, że jestem tchórzem, że nie potrafię wziąć na siebie odpowiedzialności, że kłamię, że jestem babiarzem. Co tylko chcesz, żebyś mogła poczuć się ze sobą trochę lepiej. Ja się czuje ze sobą bardzo dobrze, a ty? Łatwiej byłoby ci zaakceptować siebie, gdybyś miała jakiegoś złotego chłopca. Zawiedzione oczekiwania. To musi być boleć.

Cassandra Gardner - 2018-06-19, 18:12

- Nic nie musiałeś. - Czy naprawdę zamierzali znowu się w to bawić? Nie miał jakiegokolwiek przymusu, a wszystkie marne wymówki, jakie sobie ku temu wymyślił, dało się bardzo łatwo zniszczyć. Z tym drobnym haczykiem, że Cassandra nie chciała już tego po raz kolejny robić, powtarzać się w tym, co już kiedyś mówiła, skoro nie był w stanie zrozumieć nawet najprostszej rzeczy. Najłatwiej było zrzucić odpowiedzialność na coś lub kogoś innego. Ona sama także czasami to robiła, nawet w przypadku ich relacji, jednak najwyraźniej nigdy nie miała dorównać w tym mistrzowi. Dotarła do wysokiego poziomu ukrywania niewygodnych faktów gdzieś głęboko we własnej świadomości, ale nie nauczyła się jeszcze oszukiwać samej siebie do tego stopnia, by bezgranicznie wierzyć w to, co łatwiejsze. Niezależnie od tego, co usiłowała mówić.
- Mam z tobą problem. - Odpowiedziała zezłoszczona, wykonując kolejny krok z nadal wyciągniętą ręką i oskarżycielsko wycelowanym w niego palcem. Nie kłamała, zdecydowanie nie, nawet jeśli nie chciała powiedzieć wszystkiego. Jednocześnie pragnęła po prostu najszybciej stąd odejść, jak i wcale nie paliła się do tego, by odejść bez słowa. Zwłaszcza wtedy, gdy Sanders znowu otwierał usta, żeby powiedzieć coś niesamowicie irytującego i przy tym cholernie idiotycznego. Jednym słowem - będącego odzwierciedleniem jego samego.
- Ty?! - Nie musiała dodawać nic więcej, praktycznie wypluwając z siebie to jedno słowo w tonie zastępującym jakąkolwiek obelgę. Zupełnie tak, jakby największą zniewagą było po prostu bycie nim - Billym Sandersem. Mimo to, cóż, nie była w stanie nie odbić piłeczki, chcąc, by to wszystko odbiło mu się jak największą czkawką. - Ty czujesz się ze sobą bardzo dobrze? Nieustannie musząc coś sobie udowadniać? Ciągle włażąc w tyłki wpływowych ważniaków, czyszcząc im buciki, lecąc z wywalonym jęzorem na każde zawołanie? - Unosząc wysoko brwi, parsknęła czymś na kształt naprawdę gorzkiego śmiechu. Nie, to już nawet przestawało być irytujące, bo robił się z tego zdecydowanie zbyt duży kabaret. Naprawdę? Naprawdę usiłował wmówić jej, że autentycznie nie miał ze sobą żadnych problemów? Nie minęło dostatecznie dużo czasu, by zapomniała to, co czasami dostrzegała, gdy jeszcze byli razem. A przecież po tym wydarzyło się znacznie więcej…
- Nigdy nie chciałam złotego chłopca, ale może powinnam, zamiast celować w zakompleksionych wsiurów. Nie wiem, gdzie miałam oczy. - Nie oglądała się za ideałami, bo te ponoć nie istniały. Nie interesowali ją ci wszyscy niesamowicie utalentowani, niemożliwie bogaci, nieskazitelni chłopcy z ułożonych rodzin, którzy nawet dosyć często wpisywali się w wizerunek niebieskookiego, jasnowłosego modela z okładki elitarnego czasopisma. Owszem, kiedy jeszcze żyła jak normalny człowiek, czasem trafiała na jednego z drugim. Zwyczajnie nie poświęcała jednak czasu na flirty czy wiązanie się w długotrwałe związki, bo nie pasowała do tego świata.
To było to, co rzeczywiście najbardziej ją bolało. Instynktownie - choć teraz już mając tego świadomość - wybrała kogoś, kto był najbliższy temu, co uważała za własną rzeczywistość. Przymknęła oczy na dostrzegane znaki ostrzegawcze, postarała się zaakceptować wady i przywary, poniekąd oczekując tego samego. Myślała, że tak było najlepiej. Czuli do siebie chemię, dogadywali się, było jej dobrze, przynajmniej do czasu. Nie sądziła, że to były za wysokie progi na jej krótkie nogi. A jednak… Najwyraźniej dużo lepiej byłoby dla niej, gdyby posłuchała tych wszystkich rad. To nie był człowiek dla niej, mimo tego wszystkiego, co skłaniało ją do sądzenia inaczej.
- Wspaniale, że do tego doszliśmy. - Warknęła, kręcąc przy tym głową, a gdy się ponownie odezwała, ton jej głosu był bardziej… Rozczarowany i przykry, tak samo jak wyraz twarzy. - Dałam ci szansę, Billy, chociaż od razu powinnam skazać to na porażkę. Nie bolą mnie same zawiedzione oczekiwania. Ty mnie bolisz. Materiał na złotego chłopca wolący być pogardzaną gnidą. - Owszem, niektórzy ludzie tego typu faktycznie zachodzili wysoko, ale - jak mu to już kiedyś powiedziała - z wyższych szczytów spadało się gorzej.

Billy Sanders - 2018-06-19, 21:51

Tym razem to Cassandra uderzyła w bardzo czuły punkt. Otóż, właśnie taki był. Całe życie coś komuś udowadniać, całe życie udowadniał coś przede wszystkim sobie (bo przecież jego zdanie było najważniejsze). Całe życie próbował się odciąć od tego skąd pochodził, przez kogo został wychowany, od tego jak wyglądało jego życie. Może dlatego, że przez całe życie podskórnie czuł, że jest zerem. Tak jak powtarzał mu ojciec, tak jak powtarzał mąż ciotki, gdy nie zgodził się na adopcję jego i Jolene. W szkole każdy patrzył na niego spod byka, bo był synem tego Sandersa. Na studiach był tym biednym dzieciakiem ze stypendium, aż w końcu wojsku nie był niczym więcej niż mięsem armatnim. W FBI był tylko szarym agentem, który nie miał nawet wystarczających znajomości, by dostać jakiś awans. Całe życie spędził na pokazywaniu wszystkim swojej wartości, a nawet swojej wyższości nad innymi. Musiał pokazać to sobie i innym.
Zresztą już w pierwszej chwili widać było jak bardzo jej słowa go uderzyły, bo gdy wcześniej wyglądał na solidnie wkurzonego, to teraz gdyby tylko potrafił rzucałby z oczu gromy. - TY MI DAŁAŚ SZANS??! - ryknął, patrząc na nią ze złością. - Gdyby nie Genetically Clean nawet bym na ciebie nie spojrzał! Myślisz, że cię kiedykolwiek potrzebowałem? Ciebie i twoich szans? Potrzebowałem twoich informacji. - zaśmiał się szyderczo. - Mógłbym mieć takich jak ty na pęczki. Myślisz, że zrobiłaś mi jakąś łaskę? Miałaś szczęście, że przerżnął cię wsiur z Teksasu, bo wierz mi mało kto byłby zainteresowany sprostaniem twoich oczekiwań. Worek pełen informacji, którym możesz się pobawić od czasu do czasu. Zresztą to było najmilsze w obcowaniu z tobą. Chociaż jedną rzecz potrafisz zrobić dobrze. Nawet nie potrafisz ochronić swoich ludzi. Jak myślisz.. Ilu zginęło, bo miałaś za długi jęzor? - Z każdym słowem robił kolejny krok w jej stronę, by w końcu stanąć na przeciwko niej. Sama go do tego sprowokowała, wkurwiła go, a teraz on nie miał zamiaru zastanawiać się nad tym co jest ciosem poniżej pasa, a co nie. Chciała, patrząc mu w oczy mówić jak wielkim zerem jest? Nie miał zamiaru być jej dłużny. Proszę bardzo. Dostała to co chciała. Prawdziwego Billy’ego, który krył się w tym ślicznym opakowaniu.

Cassandra Gardner - 2018-06-19, 22:30

Wszelkie emocje, jakie dotychczas były widoczne na jej twarzy - począwszy od złości, poprzez politowanie czy nawet urazę - z każdym kolejnym zasłyszanym słowem coraz bardziej się zacierały. Sama Cassandra zdawała się natomiast niknąć w sobie, tym razem już nie myśląc o tym, by utrzymywać jakiekolwiek pozory. To nie były nawet kolejne uderzenia poniżej pasa, to było… Coś niemożliwie większego. A ona po prostu stała w miejscu, mając wrażenie, że nogi nie chciały współpracować z resztą jej ciała. Tym razem chciała odejść, wszystko w niej łkało o obrócenie się na pięcie i o ucieczkę - jeszcze szybszą niż kiedykolwiek wcześniej. Co z tego, gdy stała niczym słup soli, patrząc się teraz nie tyle na Sandersa, co jakby przez sam środek jego piersi. Tam, gdzie najwyraźniej nic nie miał.
- Rozumiem. - Wydusiła z siebie po raz drugi tego dnia, wypowiadając proste, ciężko brzmiące słowo przez skostniałe i sztywniejące wargi. Nie miała nic więcej do dodania. To było wręcz aż zbyt wiele, wystarczająco. Tego, co sama powiedziała i tego, co usłyszała. Nie musiała prosić o kolejne dowody na to, jak pomyliła się w ocenie. Zarówno wtedy - po raz pierwszy - jak i niedawno, kto wie, czy nie teraz. Nie wiedziała, że coś było w stanie pęknąć w niej mocniej niż w tamtej chwili, w którym dowiedziała się o byciu wykorzystywaną.
Wtedy czuła się okropnie. Miała wrażenie, że zaraz całkowicie się rozsypie, wykorzystując Bractwo i wkrótce zdobytą pozycję sanitariusza, by przynajmniej nałykać się czegoś, co sprawiało, iż było z nią chociaż trochę lepiej. A jednak… Wtedy to nie zwaliło się na nią tak mocno jak w tym momencie. Nie usłyszała tych wszystkich słów wypowiedzianych prosto w twarz. Nie obchodziło ją, czy robił to w akcie zemsty, gniewie czy czymkolwiek. W końcu w największej frustracji i przy braku opanowania mówiło się najbardziej szczerą prawdę.
Nie potrzebowała już nawet dodatkowych szczegółów wyciąganych w tej całej tyradzie. Nie zamierzała także dalej odbijać piłeczki, czując, że kamienna twarz zaczyna powoli ustępować wyrazowi przypominającemu zranione zwierzę złapane w potrzask. Nawet nie mrugając powiekami szeroko otwartych, coraz bardziej wodnistych oczu, wydała z siebie ciche sapnięcie, jeszcze bardziej garbiąc ramiona. Tylko ona wiedziała, jak mocno chciała teraz zniknąć. Nie stąd... Zupełnie, całkowicie.
Finito. Wygrał. Starcie, wojnę, wszystko. Nie miała już nawet wcześniejszej ochoty walnięcia go w jaja.
Chybotliwie cofnęła się o krok, potem drugi, nadal nie patrząc na Billa. Za trzecim obróciła się już plecami do niego. Czwarty, piąty i każdy kolejny były szybsze od poprzednich. Przy trzydziestym po prostu pękła, zbiegając z pomostu, całkowicie zalana łzami. Nikt jej tak nigdy nie upokorzył. Nie z pomocą czystej, brutalnej prawdy.

[z/t] x 2



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group