black lake bible camp - Opuszczony sklep z pamiątkami
The Gifted - 2017-11-17, 17:38 Temat postu: Opuszczony sklep z pamiątkami
Sally Halloway - 2017-12-11, 21:55 #2
Każdy w życiu zrobił coś głupiego czego potem żałował. To właśnie tego dnia zrobiła Sally. Wyjątkowo nie w smak było jej samotne popołudnie i jak na zawołanie na horyzoncie pojawił się Daniel znalazła się i perspektywa wspólnego popołudnia, spędzonego nie na zaszywaniu kolejnych ran na ciele mężczyzny, ale na jakiś innych aktywnościach. Za cel obrała sobie opuszczony sklep z pamiątkami. Dlaczego? Od momentu, w którym pojawiła się w obozie chciała tam wejść, ale za każdym razem kiedy przechodziła obok ogarniał ją dziwnego rodzaju strach. Budziły się w niej lęki z dzieciństwa, kiedy bała się iż wielki potwór wyskoczy z szafy i ją porwie, a tata nie będzie mógł jej znaleźć. Przypominała się scena z każdego horroru, który obejrzała. Po czterech latach w końcu zebrała się na odwagę i w towarzystwie Daniela chciała wejść do środka. Mogła wziąć kogokolwiek, ale prawdopodobnie gdyby zabrała Albę to obydwie bałyby się bardziej niż to możliwe, a z kolei wiedziała, że gdyby ubłagała Ronniego to ten napędziłby jej jeszcze większego stracha. Dlatego zdecydowała, że zaciągnie ze sobą Daniela.
Tak oto przyszli do opuszczonego sklepu z pamiątkami. Niepewnie otworzyła drzwi, które oczywiście musiały przerażająco skrzypieć. Oczywiście, no bo jakżeby inaczej? Weszła do środku, oglądając się jeszcze za Danielem, czy przypadkiem nie postanowił sobie z niej zakpić i nie zostawił jej samej. Na szczęście cały czas tutaj był. Wzrok Sally wodził po wyniszczonych, przykrytych kurzem pamiątkach, które pewnie w czasach świetności obozu robiły niezłą furorę i były jak pochłaniacze pieniędzy, które rodzice dali dzieciom na wakacje. - Przypomnij mi co ja tu robię? - rzuciła, niepewnie rozglądając się dookoła. Czuła się jakby była jedną z bohaterek niezbyt dobrego horroru. Palcem trąciła główkę jednego z piesków, który stał na półce.Daniel Cavanah - 2017-12-11, 22:36 # 1
Z każdym dniem jest coraz łatwiej. A przynajmniej to powtarzały mu niemal wszystkie książki, które znalazł na temat żałoby. Nie szukał w nich jednak pocieszenia, jedynie rozrywki, która miała jakoś zapełnić ułamek wolnego czasu, który miał. Jego zdaniem wcale nie było łatwiej. Jedynie w momentach, gdy był zbyt zajęty, żeby nad tym myśleć, mógł poczuć namiastkę spokoju. Potem jednak wracała świadomość, a wraz z nią wyrzuty sumienia, że zapomniał.
Poszedł z Sally, bo alternatywą było bezczynne siedzenie z własnymi myślami, a przynajmniej tak sobie lubił to tłumaczyć. Tak naprawdę coś w jej spojrzeniu, lekko przerażonym wyrazie twarzy, obudziło w nim potrzebę dopilnowania, że na pewno nic jej się nie stanie. Bo nie mogło. Był to dalej teren obozu, chociaż opuszczony i idealny do nagrywania horrorów, to nie było tutaj żadnego prawdziwego niebezpieczeństwa.
"Wszędzie jest niebezpieczeństwo" — upomniał się w myślach, gdy tylko przyłapał się na tym, że zaczyna się rozluźniać.
Wnętrze było przygnębiające. Wyglądało jak coś, co niegdyś musiało być radosne, a teraz przykryte jest grubą warstwą kurzu i zapomnienia. Miał wrażenie, że znajduje się w dalekiej przyszłości i niczym archeolog odkopuje skarby swoich przodków. Z tym że, on sam jest tym przodkiem. A przynajmniej powinien. Prawda była jednak taka, że nie czuł się ani trochę tą samą osobą, która niegdyś w takich sklepach spędzała godzinę, wywracając oczami aż Alice wreszcie wybierze odpowiednią pamiątkę. Ona uwielbiała takie niepotrzebne graty. Był to jeden z powodów, dla którego z nim była.
— Stawiasz czoła absurdalnym lękom? — odpowiedział pytaniem na pytanie, jednak kąciki jego ust delikatnie powędrowały do góry.Sally Halloway - 2017-12-12, 00:00 W sumie to prawda. Z każdym dniem było coraz łatwiej. Jednakże zmiana była tak mikroskopijna, że dostrzeżenie jej było wręcz niemożliwe. Sally bardzo długo leczyła swoje rany i pewnie jeszcze długo będzie walczyła z demonami przeszłości, jednakże ważne jest to aby walczyć. Przynajmniej takiego zdania była Sally. Minęło już sześć lat od momentu, w którym widziała jak ciało jej ojca splamione krwią z łoskotem opadało na drewnianą posadzkę. Nawet teraz w koszmarach sennych rozgrywa się ta scena. Jednakże stara się iść dalej, bo wie, że ojciec by tego chciał. Innym razem przeraźliwy krzyk Alex przeszywa powietrze, uderzając w nią z podwójną siłą. Jednak ona, mimo iż cierpiała, szła dalej bo wiedziała, że Alex (gdziekolwiek jest) by tego chciała. Nauczyła się też o tym mówić. Owszem nadal jest to bolesne, ale kiedy zwierzyła się najbliższym z tego jakie demony nią targają, zdaje się że wszystko będzie w porządku. Zdawała sobie sprawę jednak, że jej strata to nic w porównaniu ze śmiercią dziecka. To chyba bolało najbardziej. Sally zdążyła przywiązać się do małej Annabeth, jak chyba każdy członek obozu z tamtego okresu. Dlatego nie naciskała, ale starała się być przy Danielu, gdyby ten potrzebował z kimś porozmawiać.
Chociaż w tym momencie to ona potrzebowała jego, kiedy stawiała kolejne niepewne kroki w pomieszczeniu. Widok był smutny, a jednocześnie napawał pewnym niepokojem. Halloway była wyczulona dosłownie na każdy, nawet najmniejszy szmer. Sklep swoim asortymentem przypominał jej liczne wycieczki, które ojciec urządzał jej podczas wakacji. Zakładała wtedy na nos najdziwniejsze okulary w sklepie i zaczepiała starszą siostrę, mierząc do niej z plastikowego pistoletu. Spojrzała w stronę bruneta. - Czy ty się ze mnie nabijasz?- rzuciła kolejnym pytaniem. Na jej twarzy pojawiło się coś na kształt irytacji co w połączeniu z jej łagodną naturą wyglądało raczej komicznie. - Następnym razem wybij mi takie głupie pomysły z głowy.Daniel Cavanah - 2017-12-12, 00:56 Utrata dziecka była jak utrata kończyny. Nawet gorzej, chociaż Danny nie potrafiłby wytłumaczyć dokładnie dlaczego. Czasami zdarzały mu się tak realistyczne sny, że gdy budził go okrutny realizm poranka, to policzki miał mokre od łez. Każde dziecko w jej wieku, było nią. Każde starsze, było tym, czym mogła być. Każde spojrzenie w lustro przypominało mu o jej dużych, brązowych oczach. Tylko jego były jakieś bledsze.
— W sensie następnym razem mam wymowniej wzdychać i wywracać oczami? — zapytał unosząc jedną brew do góry.
Tak naprawdę ucieszył się, gdy po niego przyszła. Lubił, gdy był potrzebny. Ciężko jest przejść z dnia na dzień z bycia ojcem 24/h do bycia nikim. Nawet jeśli to przejście "z dnia na dzień" trwało tak naprawdę trzy lata. Czuł się też winny, gdy we własnych myślach nie nazywał już siebie ojcem. Nie wiedział jednak jak to powinno działać. Czy można być rodzicem, gdy nie ma już się dziecka? Alice znałaby odpowiedź. Ona zawsze gładko poruszała się w takich tematach, zgrabnie wokół nich tańcząc niczym rosyjska balerina.
— Jest tutaj... — Przez chwilę chciał użyć słowa "ponuro" albo "dramatycznie", jednak szybko się rozmyślił. — brudno.
Nie chciał karmić lęku dziewczyny. Chociaż potrafił zrozumieć jak kogoś to miejsce mogło przyprawiać o ciarki.Sally Halloway - 2017-12-13, 00:10 Naprawdę nie chciała wiedzieć co Daniel właśnie przeżywał. I jednocześnie bolała ją bezradność. Miała jakiś syndrom męczennika. Najchętniej przyjęłaby na siebie całe cierpienie tego świata, aby tylko wygłodzonym dzieciom w Afryce żyło się lepiej. Niestety, była tylko człowiekiem? Mutantem? I co z tego, że była wyjątkowa jak to mówił jej tata, skoro nic nie mogła zrobić. Nie mogła zniwelować głodu na świecie, nie mogła zaprzestać składaniu ofiar z niewinnych w tej wojnie. Nie mogła zatrzymać tej fali nienawiści, która docierała do nich z każdej strony. Jedyne co mogła zrobić to starać się przewidzieć co stanie się potem. Do dzisiaj czuje się winna. Gdyby jej moc działała jak należy, może potrafiłaby uchronić Alice i małą Bethy przed tak strasznym losem i dzisiaj może weszłaby tu właśnie aby odkurzyć starą zabawkę dla przesłodkiego aniołka jakim była córeczka Daniela. Zamiast tego mogła jedynie wierzyć, że gdziekolwiek się teraz znajduje jest szczęśliwa. Szkoda tylko, że tego szczęścia tutaj na ziemi nie mógł odnaleźć Daniel. Bała się o niego. Bała się, że jego rozpacz popchnie go do czynów, które mogą wydawać się przejawem heroizmu, a tak naprawdę ukazywałyby jedynie zapędy samobójcze.
- Tak, dokładnie tak. Albo najlepiej wprost nazwij ten pomysł nienormalnym i będziemy to mieli z głowy - oznajmiła. Skąd brało się to absurdalne zachowanie? Może przez łamanie swoich lęków chciała udowodnić sobie, że jest silna? Albo po prostu chciała odwrócić uwagę swoją jak i Daniela od widma śmierci? Yvonne odeszła. Wiedziała, że nie jest jedyną osobą, która nie może się z tym pogodzić. Tak więc postanowiła się skupić na czymś tak błahym jak wizyta w jednym z najbardziej upiornych miejsc w obozie.
- Brudno? Tu jest strasznie - jęknęła, krzywiąc się na każdą napotkają pajęczynę, zupełnie jakby ta jej coś zrobiła. Coś poruszyło się. Słyszała to przecież. Zakryła usta ręką. - Słyszałeś? - wyszeptała konspiracyjnie, zastygając w bezruchu. I pomyśleć, że przez rok ukrywała się w "nawiedzonej" elektrowni.Daniel Cavanah - 2017-12-15, 00:47 Daniel czuł nieustanny konflikt wewnętrzny.
Sam nie wiedział już kim jest i jak powinien reagować. Zawsze jego pierwsze odruchy i instynkty prowadziły go do zachowań bardzo społecznych, miał wrodzoną charyzmę, którą przyciągał do siebie innych. Był latarnią, za którą chętnie podążali.
Teraz miał wrażenie, że jego żarówki się przepalają. Czasami dalej to czuł, to światło, które niegdyś go napędzało do działania. Jednak było ono zbyt słabe i epizodyczne, żeby móc na stałe go prowadzić. Zazwyczaj była tam po prostu ciemność.
Wzruszył ramionami, brutalnie gasząc żarówkę.
— Ten pomysł jest nienormalny — powiedział biorąc do ręki zakurzoną kulę śnieżną. Przetarł z niej kurz i potrząsnął ją. Patrzył ze spokojem jak wokół zimowego miasteczka latają płatki śniegu. Ile by dał, żeby żyć w takiej bańce — z daleka od tego wszystkiego.
Upuścił ją, gdy dziewczyna nagle zamarła.
Jego zmysły momentalnie przełączyły się na pełen odbiór, a on w dłoni trzymał pistolet, z którym tak naprawdę nigdy się nie rozstawał. Był przewrażliwiony. Był przewrażliwionym kłębkiem nerwów, a dla takich nie ma już ratunku.
— Wydawało ci się — wymamrotał, gdy pierwsze instynkty zaczęły trochę odpuszczać. Mimo wszystko stanął przed dziewczyną, osłaniając ją swoimi plecami i dokładnie rozejrzał się po pomieszczeniu.Sally Halloway - 2017-12-22, 23:04 Sally, chyba nawet nieświadomie, próbowała w nim to światełko na nowo rozpalić. Pamiętała kiedy ta latarnia była drogowskazem dla okrętów nawet w najgęstszej mgle. Teraz ta mgła znacznie się zagęszczała, a oni potrzebowali kogoś, komu ufali bardziej niż kiedykolwiek. Obóz się dzielił. Nie wszyscy chcieli podążać za Colleen, nie wszyscy darzyli ją takim samym zaufaniem jakim darzyli Yvette. Sama Halloway uważała, że Coll powinna oddać władzę na czas żałoby i jednocześnie spróbować zyskać zaufanie innych mutantów. Niestety, jak zwykle nikt się jej nie słuchał kiedy nie chodziło o wizje związane z Bractwem. Dlatego Sally mogła jedynie bezradnie załamywać ręce i trwać z boku, aby pojawić się kiedy ktoś będzie potrzebował jej osoby. Czy to rady, czy ramienia do wypłakania się, a może dobrego słuchacza? Sally naprawdę umiała słuchać.
- I dopiero teraz mi to mówisz - wybełkotała pod nosem, jednocześnie się trochę uśmiechając. Musiała się trochę z nim podroczyć. Chociaż w taki sposób próbowała wnieść trochę słońca do życia Daniela. Takimi prostymi rzeczami. Uprzejmym, szczerym uśmiechem z rana. Miłym słowem i bezinteresowną dobrocią. Bo tylko tyle mogła dla niego zrobić. Sally zdawała sobie sprawę, że między starymi rupieciami nie może czyhać na nich jakieś prawdziwe zagrożenie. Jednak strach wziął górę nad racjonalnym myśleniem. - Nie wydawało mi się - wyszeptała, chowając się za jego plecami. Naprawdę jej wyobraźnia zaczynała płatać figle i do głowy by jej nie przyszło, że może to być po prostu jakieś leśne żyjątko...Daniel Cavanah - 2017-12-26, 17:28 Czujnym okiem wypatrywał świecących w ciemnościach ślepi strachu, ale gdy niczego takiego nie dostrzegł jego mięśnie się lekko rozluźniły i pozwolił sobie zrobić krok dalej, oddalając się niego od Sally. W jego głowie byli teraz oddaleni od siebie o milion kilometrów, a na każdym z nich stało coś, co mogło ją skrzywdzić.
Taka zwykła sytuacja, a tyle lęków.
— To pewnie jakiś szop — podsumował swój tok myślenia, który jeszcze sekundę temu należał tylko do niego. Oczywiście nie podzielił się jego najgorszymi wątkami. — Lubią się chować na zimę w takich miejscach.
Nagle całkowicie niespodziewanie i bez żadnego zaproszenia do jego głowy wróciło wspomnienie jak Annabell miała niecałe trzy lata i z przesadną wręcz, dziecięcą radością goniła królika, którego zobaczyła wśród gęstej trawy. Śmiała się tak głośno i tak czysto, że Danny pomyślał iż jest to najczystszy dźwięk jaki w życiu usłyszał. Pamiętał jak to sprawiło, że się czuł, jednak za nic w świecie nie potrafił usłyszeć w swojej głowie tego śmiechu po raz drugi. Wyblakł on pod ciężarem czasu i teraz był zwykłą, wypaloną dziurą na kartach wspomnień.
— Szopy chyba nie są straszne, co? — zapytał odwracając się w jej stronę i przez chwilę na jego twarzy zagościł uśmiech.Matilde Wallace - 2018-03-24, 22:03 /kilka godzin przed spotkaniem z Bradley’em
Natłok tych wszystkich myśli, jak i odkrycie naprawdę mrocznej historii, dotyczącej przeszłości Hoppera – autentycznie przeraziło Matilde. W pewnym sensie, na samą myśl o tym, jak wielkim zagrożeniem okazał się być Hopper i jak niebezpiecznie było przebywanie w jego towarzystwie, przez ciało dziewczyny przeszły ciarki. Zaczęła się nawet zastanawiać jak blisko był faktycznemu grożeniu jej bronią i przyłożeniu spluwy do potylicy. Czy igrała z losem? Czy ta kradzież pistoletu nie miała być tylko gwoździem do jej trumny? Skoro raz zabił, mógł zrobić to jeszcze raz. A ona była idealną kandydatką do jego następnej ofiary, czyż nie?
– Jesteś pewna, że dasz radę to zrobić? – rzuciła w końcu, niecierpliwie przenosząc wzrok to z twarzy Cassandry, to na rozłożone na ladzie części pistoletu. Wallace doskonale zdawała sobie sprawę, że Gardner nie zadowoli się marnymi wymówkami i szczerze mówiąc – była na to coraz bardziej przygotowana. Matilde w tym momencie zależało tylko i wyłącznie na złożeniu tego cholernego pistoletu, o którym sama myśl sprawiała, ze dziewczyna zaczynała się czuć dużo bezpieczniej. W końcu ona teraz też miała mieć śmiercionośne narzędzie, a ta cała urojona gra między nią a Hopperem miała nabrać zdecydowanie równiejszy charakter. Przynajmniej w to chciała wierzyć Matilde. I pociągając z kolorowej słomki łyk dietetycznej coli, zsunęła się z taboretu, by przejść na drugą stronę lady i być może zbyt ciekawsko wyjrzeć Cassandrze przez ramię i uważnie śledzić jej każde poczynanie.Cassandra Gardner - 2018-03-24, 23:25 #6
Przychodząc na spotkanie, nie do końca wiedziała, co i czy w ogóle powinna coś o tym wszystkim sądzić. Nie chodziło już nawet o dziwne smsy, jakie ostatnio dostawała od Tildy, bo do tych ostatecznie dało się dosyć łatwo przyzwyczaić. Nie. Chodziło jej raczej o wątpliwą ilość interakcji, w które się ze sobą wdawały. Prawdę mówiąc, zaczynała nawet podejrzewać, że gdyby nie ta tajemnicza sprawa, jaką miała do niej Tilly, cóż, prawdopodobnie jeszcze długo by się nie spotkały, choć przecież teoretycznie mieszkały w jednym domu.
Była jednak przyjaciółką tygodnia - a przynajmniej usiłowała być, poniekąd aspirując do tej roli - więc bez słowa stawiła się na miejscu, zabierając po drodze jeszcze coś na przekąskę, bo tego dnia nie miała zbyt wiele czasu na jedzenie. Prawdę mówiąc, ich mały szpitalik przeżywał ostatnio prawdziwy szturm, zaś brak obecności Wallace dodatkowo komplikował całą sprawę.
Cassandra zaczynała martwić się już nie tylko o stan psychiczny dziewczyny, lecz także o dalsze funkcjonowanie całego tego burdelu, jakim niewątpliwie było ich skrzydło szpitalne. Nie chodziło nawet o specjalne zdolności Wallace, ale o brak dodatkowych rąk do robienia... Cóż, wszystkiego. Nawet roślinne zapasy Rocky niewiele dawały, gdy nie było nikogo, kto zająłby się jęczącymi pacjentami. Czy to bardzo, czy to mniej potrzebującymi.
Nie zamierzała jednak ochrzaniać Tildy, bo - choć w pewnym sensie chodziło przecież o pracę, jakiej się obie podjęły - chciała wpierw wybadać, czym to wszystko było spowodowane. Zdecydowanie nie spodziewała się wciśnięcia jej rozłożonej broni w dłoń, a następnie oczekiwania, że złoży ją bez najmniejszych pytań.
W momencie, w którym Matilde faktycznie zaczęła tego od niej oczekiwać, Cass posłała koleżance dosyć... Powątpiewające spojrzenie, jednocześnie nie umiejąc powstrzymać prychnięcia, gdy ta dodatkowo zaczęła upewniać się, co do możliwości technicznych Gardner. Naprawdę nie poznawała teraz swojej przyjaciółki. Zupełnie tak, jakby miała do czynienia z całkowicie inną osobą, starającą się ukryć swoje podenerwowanie i udającą, że wszystko było jak zwykle.
- Pytanie, czy chcę. - Nie dzieląc się jeszcze swoimi wątpliwościami, uniosła brwi, jednocześnie przeglądając kolejne części pistoletu. To było proste, to było banalnie proste, zwłaszcza dla kogoś, kto praktycznie przez całe życie miał do czynienia z bronią, podczas szkoleń składając ją nawet na czas. Cassandra miała jednak na tyle nieprzyjemne doświadczenia z niestabilnymi emocjonalnie posiadaczami spluw, że złożenie kolejnej dla Tilly faktycznie nie miało być takie proste. Nie w przypadku, w którym Gardner nie wiedziała, o co chodzi.
- Wszystko zależy od tego, czy powiesz mi, o co biega. - Wzruszyła ramionami, spoglądając prosto na towarzyszkę. Oczekiwała szczerości, nie zaś oszukiwania oszusta. To ona była tu w końcu kimś, kto zazwyczaj robił dobrą minę do złej gry.Matilde Wallace - 2018-03-25, 00:10 Zdecydowanie spodziewała się pytań i zdecydowanie nie miała zamiaru na nie odpowiadać. W ten poroniony, kompletnie niezrozumiały dla samej Matilde sposób – wciąż starała się za wszelką cenę bronić samego Hoppera, a zwłaszcza jego tożsamość. I szczerze mówiąc, Gardner byłą chyba ostatnią osobą na ziemi, której Matilde potrafiłaby się zwierzyć z problemów z mężczyznami. Dla niej brunetka już zawsze miała być kuzynką Aarona, a same myśli o kimś innym w obecności Cass wydawały się Matilde czymś porównywalnym do zdrady. Teraz też tak się czuła.
Nie była nawet w stanie powstrzymać się przed wywróceniem oczami na słowa koleżanki. Chociaż z drugiej strony? Kompletnie ją rozumiała. Być może Tilda nie powinna prosić o tego typu rzeczy. Być może, by zachować pozory – powinna udać się do kogoś kto miał ją w dupie i zdecydowanie nie zadawałby żadnych zbędnych pytań. Tak zdecydowanie byłoby łatwiej. Ale mimo tej świadomości, przeciwko wszystkiemu – Wallace wybrała Cass.
– Powiedzmy, że miałaś jednak rację – odezwała się dość niechętnie, jeszcze bardziej akcentując tak słyszalne niezadowolenie w swoim głosie. Wallace nie lubiła przyznawać komuś racji, bo przecież jej zdanie było zawsze najwłaściwsze, czyż nie? A mimo to westchnęła ciężko, robiąc krok do tyłu i jednocześnie przecierając twarz otwartą dłonią.
– Być może jednak nasze środowisko rzeczywiście jest niebezpieczne. DOGS, twój były, czy inni fanatycy – wymieniała, zawieszając głos, jakby to miało wszystko wyjaśnić. Bo czy trzeba było coś dodawać? Będąc mutantem każdy powód, by nosić ze sobą odpowiednie zabezpieczenie był właściwy. Nie powinno to nawet nikogo dziwić. I z pewnością – nie dziwiło.
Gdyby to tylko nie dotyczyło cholernej, mam-to-w-dupie Wallace i w-nic-nie-wierzę-nikomu-nie-ufam Gardner. Tutaj, jakkolwiek Matilde chciałaby uciąć temat – musiała coś dodać. Cass nigdy nie miała przecież uwierzyć, że Tilly tak po prostu przestraszyła się idei o grasujących w lesie DOGSach. To było tak prawdopodobne, jak to, że Gardner wytrzyma wieczór bez lampki wina. Wallace, czy tego chciała, czy nie – musiała kontynuować. A tak się składało, ze cholernie zależało jej na tym pistolecie. Nieważne już było nawet to, czy miała się nim obronić. Dla niej – w tym momencie wystarczyło tylko udowodnienie temu złamasowi, że była w stanie go złożyć.
– Doszłam do wniosku, że po prostu lepiej mieć możliwość tego typu obrony, czy pokazania yo, nie zadzieraj ze mną, dupku. Widzisz Cass.. Bractwo pozwala sobie ostatnio na coraz to śmielsze rzeczy, a moja odmowa nie zawsze jest traktowana poważnie – zakończyła całkiem szczerze. Pomijając kwestię Hoppera, o którym w tym konkretnym momencie nie była w stanie przestać myśleć, który ją irytował niemiłosiernie, którego w pewnym sensie zaczęła się obawiać i który był głównym powodem chęci posiadania broni. Bractwo rzeczywiście coraz więcej wymagało, a jej dłonie stały się jakimś cholernym pożądanym obiektem. I szczerze mówiąc – nie była do końca przekonana, czy miała jeszcze w ogóle jakiś wybór. Nie kłamała więc, a jedynie nieco ominęła prawdę. Nie mogła przecież się przyznać do sytuacji z Hopperem. To było zbyt skomplikowane, nawet jak na Matilde.Cassandra Gardner - 2018-03-25, 00:58 Szczerze mówiąc, chociaż już wcześniej była dosyć podejrzliwa, moment, w którym Tilda przyznała jej rację, był dokładnie tym, w którym Cassandra stała się jeszcze bardziej wyczulona na ewentualne sygnały wysyłane przez przyjaciółkę. Nie, Matilde nigdy nie przyznawała jej racji. W niczym. A w życiu! Gardner nie była w stanie przypomnieć sobie ani jednej takiej sytuacji, co chyba dostatecznie dobrze mówiło samo za siebie. Jeśli jej towarzyszka nie była jakimś podmieńcem, zdecydowanie działo się coś niedobrego. Cass nie miała już ani grama wątpliwości.
Mimo to, cóż, postanowiła wysłuchać do końca tego, co Tilly miała jej do powiedzenia. W końcu i tak pojawiła się na miejscu, niewiele miało ją to kosztować, a... W gruncie rzeczy, naprawdę mocno zastanawiała się, po co przyjaciółce był ten pistolet. I dlaczego, tak właściwie, wolała przynieść skądś broń w kawałkach, zamiast po prostu zabrać jedną z tych należących do Gardner. W końcu Tilda doskonale wiedziała, gdzie się znajdowały. A tak przynajmniej myślała Cassie, nieustannie przyglądając się towarzyszce, gdy ta wymieniała kolejne powody posiadania gnata.
- Chcesz mierzyć się z rządowcami przy użyciu... - Przelotnie zerknęła na porozkładane części pistoletu. - Tego? Albo z moim byłym... Pamiętasz w ogóle, jak wygląda? I z innymi fanatykami... - To było lekko absurdalne. Nie przez sam fakt, iż nie miało raczej większego sensu, o ile Wallace nie wpadłaby przy okazji na jakiś lepszy plan ostateczny i nie zwiała, zamiast wdawać się w strzelaninę. Przez... Cóż, także przez całą resztę konsekwencji za tym idących.
- Powiedzmy, że już zechcesz zastrzelić kogoś z Bractwa. Tak hipotetycznie, nie wnikając głębiej w powody, dla których miałabyś to zrobić. - Stwierdziła, przenosząc spojrzenie z Tildy na broń i z broni ponownie na Tildę. - I co potem? - To było krótkie, ale - wbrew wszelkim pozorom - wcale nie tak banalne pytanie. Co zamierzałaby zrobić po tym? Przecież z pewnością nie uszłoby jej to całkowicie na sucho, gdyby ktokolwiek się dowiedział. Cass zaś, choć niewątpliwie była w stanie poświęcić się dla przyjaciół, nie zawsze mogła być w najbliższej okolicy, aby pomóc w przenosinach czy zakopaniu zwłok. Jak Tilly to sobie w ogóle wyobrażała?
- Bractwo od zawsze było spaczone. - Dodając ciszej, znacząco poruszyła brwiami, bo... Cóż, miała swoje zdanie w tej sprawie i prawdopodobnie nic nie miało tego zmienić.
Tak właściwie, cała ta organizacja od początku była czymś na kształt dzieła przypadku. Od tamtego czasu niewiele zaś się zmieniło. I choć Cassandra była na swój sposób wdzięczna za danie jej dachu nad głową, gdy tego potrzebowała, jednocześnie nie mając też nic personalnie przeciwko obecnej i przeszłej władzy... Niewątpliwie widziała całą masę minusów, które mogły doprowadzić ich do sytuacji, w której nie tak duży pistolet byłby stanowczo za mały, by mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie powiedziała o tym jednak, nie teraz, wzdychając krótko.
- Myślisz chociaż, że byłabyś w stanie postrzelić kogokolwiek, nim znajdzie się za blisko ciebie? - Strzelenie do człowieka znajdującego się stosunkowo blisko nie było przecież zbyt dużą filozofią, a sama Cassie miała okazję osobiście tego dowieść. Ba, nawet dosyć niedawno. Natomiast wycelowanie i trafienie w kogoś, kto stał sporo dalej... To było już coś, przynajmniej dla człowieka, który nie był przyzwyczajony do podobnych potyczek, nie miał wprawnego oka ani opanowanego chwytu. Mógł sobie przypadkiem zrobić krzywdę... Tilly mogła.Matilde Wallace - 2018-03-25, 12:52 – Jeśli będzie taka potrzeba – odparła z wyjątkową obojętnością w głosie. Chociaż wolała nie dopuszczać do siebie takiego scenariusza bo zarówno z fanatykami, DOGSami, czy ludźmi pokroju byłego faceta Cassandry – nie miała żadnych najmniejszych szans, to przynajmniej czułaby się o wiele bezpieczniej z bronią pod ręką. Poza tym.. czy to nie było całkiem cool paradować po mieście ze schowanym pistoletem? W gruncie rzeczy nie musiała go nawet używać, czyż nie? Wystarczyło tylko dać natrętowi do zrozumienia, że miała taką ewentualność. W mniemaniu Matilde było to całkiem badassowe rozwiązanie, a takie podobały jej się najbardziej. Niech to szlag, być drugą Bonnie Parker wydawało jej się wyjątkowo kuszące
– Oh daj spokój, Cass. - wywróciła teatralnie oczami. - Obejrzałam wszystkie sezony Breaking Bad, kwas fluorowodorowy powinien załatwić sprawę – rzuciła, nawet nie kryjąc ironii. Czy Cassandra nie słuchała ani jednego słowa? Matilde nie miała zamiaru nikogo zabijać, nie była aż tak nieobliczalna. Nie była przecież Hopperem! Wallace nawet nie potrafiła sobie wyobrazić momentu, w którym zdecydowałaby się rzeczywiście pociągnąć za spust. Ale skoro Gardner aż tak się upierała to fakt – taka sytuacja mogła się wydarzyć. Mogła kogoś zranić. Tylko u licha, skąd przekonanie, że będzie chciała się pozbyć ciała? Jeśli Matilde kogoś zabije, to zdecydowanie nie będzie siedzieć bezczynnie tylko uciekać, gdzie pieprz rośnie. I nie, nie mam na myśli Indii.
– Skąd tak mało wiary we mnie, przyjaciółko? – rzuciła, wyraźnie akcentując ostatnie słowo i uśmiechając się nieco cynicznie. A potem.. po prostu pokręciła głową, zupełnie jakby chciała przez to powiedzieć: poddaję się. – Nie mam zamiaru nikomu robić krzywdy, chcę się poczuć bezpieczniej. To wszystko.
W gruncie rzeczy to naprawdę o to chodziło. Nie było w tym ukrytej ideologii, czy dzikich planów. Nie miała zamiaru zniszczyć planety, czy wysłać kogoś do Belize. I choć Wallace nie odpowiedziała nic na komentarz Gardner dotyczący Bractwa, wystarczyło tylko spojrzeć na jej twarz, by wiedzieć jak bardzo podzielała tą opinię. To zgrupowanie już dawno zaczęło jej przypominać sektę, żerującą na ludziach z fajnymi zdolnościami.
– Umiem się tym posługiwać, nie pamiętasz? Aaron mnie uczył – doskonale wiedziała, że nie była to odpowiedź na pytanie Cassandry i doskonale zdawała sobie też sprawę z tego, że chyba po raz pierwszy wymówiła imię Whitemore’a w obecności przyjaciółki. Przywołanie martwego chłopaka wydawało się idealnym sposobem, by wybudzić swoje wyrzuty sumienia i wreszcie oderwać myśli od tego pierdolonego Hoppera, a także idealne do zmiękczenia serca Cassandry. Czy potrafiłaby do kogoś strzelić? Była prawie przekonana, że tak. Ale prawie robiło dość sporą różnicę.
– Dlatego zamierzam trenować, okej? Ale do tego potrzebuję tej broni… – i ponownie zawiesiła spojrzenie na twarzy przyjaciółki, tym razem przyglądając jej się tym nieco błagalnym, czy nawet desperackim wzrokiem, jednocześnie wyrzucając z siebie: – …więęęęc?Cassandra Gardner - 2018-03-25, 13:41 - Taka potrzeba jest stanowczo zbyt często. - Nawet nie zmieniając tonu głosu, przeniosła wzrok na części broni, żeby - pozornie bez większego zaangażowania - wreszcie zakomunikować Tildzie to, czym teoretycznie już dawno powinna się z nią podzielić. - Tydzień temu postrzeliłam mojego byłego. - Być może nie było to równie delikatnym wyznaniem jak na przykład dwa dni temu jadłam zajebistą sałatkę na obiad i nie podzieliłam się nią z tobą, ale w ustach Cassandry dokładnie tak to zabrzmiało.
Chciała być niewzruszona, chciała nie pokazać, jak bardzo ją to tknęło, bo... Tak zdecydowanie było lepiej. Zwłaszcza że ona też nie wyszła z tego spotkania bez szwanku, czyż nie? Siniaki i otarcia męczyły ją szczególnie przez kilka pierwszych dni, teraz miała już natomiast tylko przepięknie żółto-zielone plecy. W porównaniu z połamanymi żebrami, cóż, było to jeszcze dosyć łagodne, nie? Tak czy siak, bronią można było zaszkodzić jednak na wiele sposobów. Nie tylko zabijając. Wszystko w pewnej części zależało od wprawy, w innej natomiast od zamierzeń... Jeszcze inna była dziełem przypadku.
- A skąd go niby weźmiesz? I odpowiednio duży pojemnik, który nie jest naszą wanną? W miejscu, gdzie momentami trudno znaleźć choćby słoik dżemu wiśniowego? - Obóz zdecydowanie nie był najlepiej wyposażony, zwłaszcza jeśli chodziło o elementy zestawu młodego mordercy-chemika.
Zniknięcie jakichkolwiek większych zapasów - wiedziała to, bo znikała te mniejsze, na przykład nieszczęsne słoiczki ulubionego dżemu - czegokolwiek z pewnością nie rozeszłoby się bez echa. Poza tym śmiała powątpiewać w to, iż Tilda była w stanie na gorąco zająć się zbrodnią idealną. Bez przesady, być może momentami zachowywała się niczym ostatnia niewzruszona menda, ale nie była taka. Zapewne wpadłaby po kilkunastu minutach. No, przynajmniej ta wersja Matilde, jaką znała, bo ostatnio... Było jakoś inaczej.
- Stąd, że zachowujesz się co najmniej dziwnie. - Odburknęła, poruszając brwią. - Jak podmieniec albo gorzej. A teraz prosisz mnie o złożenie broni i przyglądasz się temu jak dziecko cukierkom na choince. Totalnie nie wiem, co mam o tym sądzić. - W porządku... Tilly, którą znała, była może trochę psychotyczna, lecz z pewnością nie nadawała się na morderce. Ta natomiast mówiła, że nim nie była i że zwyczajnie chciała poczuć się bezpieczniej. To było dosyć ciężkie do całkowitego rozgryzienia, zwłaszcza że towarzyszka najpierw przyznała jej rację, potem zaś bez większego zawahania wymieniła imię, które było dla nich na cenzurowanym.
- Nie chcesz czegoś, no... Nie wiem, mniejszego? Zgrabniejszego? Do tych treningów? - Spytała ostatecznie, wzdychając głośno i układając elementy pistoletu tak, żeby Wallace jak najlepiej je widziała. - Chcesz, żebym po prostu to złożyła? Czy mam ci pokazać, jak to się robi? - Wbrew pozorom, to robiło kolosalną różnicę, choćby w ilości poświęconego czasu.