To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

downtown seattle - Dworzec autobusowy

The Gifted - 2017-11-23, 12:19
Temat postu: Dworzec autobusowy



Cassandra Gardner - 2018-04-22, 19:17

#11

Siedząc na jednej z zadaszonych ławeczek dworca w Seattle, wielokrotnie łapała się na spoglądaniu w przestrzeń i nasłuchiwaniu dźwięków padającego deszczu, który nieustannie bębnił o chodnik. Wcale nie planowała aż tak bardzo się zamyślać - ba, było to cholernie niebezpieczne, przynajmniej w jej sytuacji - jednak wydarzenia z ostatnich dni zdecydowanie temu sprzyjały. Niewiele potrafiła poradzić na własny nastrój, zaś ten udzielał jej się na wielu różnych płaszczyznach, także w uwadze skupianej na złych rzeczach.
Czuła się fatalnie. Nigdy, nawet w najgorszych chwilach nie sądziła, że przyjdzie jej odczuwać tak intensywnie druzgocące emocje. Nie chodziło tylko o sam marsz, choć ten - o zgrozo - odbił się na niej znacznie bardziej, niżeli sama potrafiłaby powiedzieć. Po prostu... Wszystko zwaliło się na nią niczym grom z jasnego nieba... Zupełnie jak ta burza, której dźwięki nadal jeszcze rozbrzmiewały pośród cichego szumu przejeżdżających samochodów... I była z tym całkowicie sama.
Z własnym posępnym nastrojem. Z samotnością. Z ciężarem w piersi już na samą myśl, jaką decyzję podjęła. Z chwilą, w której musiała wcielić postanowienie w życie, robiąc ten niezmiernie trudny krok... A nawet, o losie, z paskudną pogodą, która sprawiała, że jej włosy - pomalowane na miodowy blond i zakręcone w nieułożone fale - zdecydowanie nie wyglądały tak, jak powinny wyglądać.
Wbrew pozorom, to ostatnie także miało swoje znaczenie. Po ostatnich zdarzeniach, Cassandra obawiała się złapania, w tym momencie usiłując wyglądać jak najmniej podobnie do tamtej kobiety, którą była podczas marszu pokojowego. Nie miała już butów na wysokim obcasie, a stare, zdecydowanie za duże trampki. Obszerną, luźną bluzę, najzwyklejsze spodnie, praktycznie pusty turystyczny plecak... Wszystko, by jeszcze mniej wyglądać na własny wiek, udając jedną z tych rządnych przygód osób podróżujących po całym kraju.
Szkoda tylko, że wcale nie miała aż tak wielkich ambicji, czekając tylko na autobus do Portland, skąd zamierzała dostać się dalej w stronę Albuquerque. Choć przysięgła sobie, że tego nie zrobi, już teraz podkulała ogon, ściskając w ręce pomięty druk rezerwacji na ostatni nocny przejazd. Odniosła porażkę. Należało się z tym pogodzić, póki jeszcze w ogóle oddychała.

Matilde Wallace - 2018-04-22, 19:58

/W nocy z 4 na 5 marca, kilka godzin po spotkaniu z Hopperem

Nie miała pojęcia, jakim cudem w ogóle wylądowała w Seattle. Właściwie to przez dobrą godzinę próbowała rozgryźć, gdzie tak właściwie się znajdowała. Pamiętała jedynie, że po rozmowie z dilerem poszła w jedno z najobskurniejszych miejsc w całej Olympii, by w spokoju zrobić to co do niej należało. W zaułku jakiejś ciemniejszej ulicy, zacisnęła pasek na ręce, ugotowała heroinę na metalowej łyżeczce, a potem po prostu wstrzyknęła sobie substancję w żyłę na lewym przedramieniu.
Teraz jednak… znajdowała się w zupełnie obcym miejscu wśród obcych, nieznanych jej dotąd ludzi. Czuła się zagubiona, a w głowie wciąż jej nieco wirowało. Z trudem wygrzebała się ze starej, poniszczonej kanapy, obrzucając wzrokiem cały ten syf. Nigdy nie spodziewała się, że znowu wyląduje w tego typu miejscu. Melina. Skupisko zwykłych, naćpanych dzieciaków, których życie było zbyt nudne i za wszelką cenę szukali nowych wrażeń. I w tym wszystkim.. w tym wszystkim była ona. Istota łudząco przypominająca śmierć, której życie nie miało już żadnego sensu. Choć heroina na dobre nie opuściła jej ciała, odczuwała dużą różnicę. Przede wszystkim… ból znowu się nasilał. Nie chciała go. Nie chciała tego czuć. Chciała się od tego uwolnić. Chciała wstrzyknąć sobie kolejną dawkę brunatnej substancji. I z całą pewnością miała zamiar to zrobić. Teraz jednak.. chciała stąd uciec. I mówiąc stąd, nie miała tylko na myśli obozowiska dla bezdomnych. Miała na myśli to miasto i ten stan. Chciała po prostu wrócić do domu.
I kiedy tylko udało jej się ustalić, że znajduje się w Seattle.. ruszyła tam, gdzie nakazywało jej serce. Prosto na dworzec autobusowy, z którego najłatwiej było dostać się tam, gdzie przecież zmierzała. Ucieczka nigdy nie wydawała jej się lepszym pomysłem. Nie było sensu dalej walczyć. Po prostu chciała pozwolić swojemu życiu zatoczyć ten beznadziejny krąg i pogrążyć się w heroinowych doznaniach. Kupiła więc bilet do Portland i ruszyła na odpowiednią platformę, by przeczekać tam na swój autobus. Drapiąc się po ramieniu, usiadła obok blondwłosej Cassandry. Poznała ją, oczywiście, że ją poznała. Były przyjaciółkami, prawda? Problemem Wallace było jednak określenie, czy Gardner rzeczywiście tu była. Być może heroina działała znacznie słabiej, ale jednak.. wciąż działała. Matilde nie wiedziała na ile Cass była wytworem jej wyobraźni, a na ile prawdziwą sobą. W końcu.. jak wytłumaczyć to, że się tutaj znalazła? W tym samym czasie co Matilde? I w dodatku w tym dziwnym stroju i dziwnych, sztucznych włosach? To nie trzymało się kupy. A jednak… mimo wszystko Wallace wyrzuciła z siebie ciche, łamiące się:
– Cass? Wracasz do domu?

Cassandra Gardner - 2018-04-22, 20:48

Kiedy jeszcze mieszkała w Seattle, cóż, zapewne za nic w świecie nie chciałaby zamienić tego miejsca na żadne inne. Lubiła pęd dużego miasta, światła nocą, wszelkie neony i migoczące latarnie, prawie jednostajny szum samochodów pędzących ulicami nawet w po północy, odgłosy deszczu bębniącego o chodniki, barierki i auta... Lubiła ryzyko, jakie podejmowała czasem, wracając do domu przez ciemny park, w którym grały świerszcze i rechotały żaby. Miała tu namiastkę natury i pełną wersję betonowej dżungli. Lubiła Seattle...
Gdy jej życie było poukładane...
W tamtym czasie była tak żałośnie pewna, że nie może stać się nic złego. Nawet przekazując informacje Bractwu, szczerze wierzyła w to, iż z czasem przestanie jej to dotyczyć. Nie chciała w końcu mieszać się w cały ten spór. Robiła to, co uważała za słuszne, ale nigdy nie obiecywała nikomu, że będzie tak wiecznie. Upewniając się, co do własnej stabilizacji, zaczęła snuć marzenia o całkowicie normalnym życiu. Bez wpływu mutacji, bez zastanawiania się, jak ryzykowny będzie następny dzień... A potem to wszystko rozsypało się niczym domek z piasku.
I skończyła właśnie tutaj. Znacznie gorzej niż z Bractwem, które przynajmniej dawało jej jakieś złudzenie chwilowego bezpieczeństwa. Bez własnego mieszkania, do którego z taką radością wybierała meble i zasłonki. Bez pieniędzy, bez pracy, bez znajomych, bez przyjaciół... Całkowicie sama, wdychając zadziwiająco czyste i rześkie powietrze, nasłuchując coraz bardziej oddalających się grzmotów burzy i stałego, miarowego bębnienia deszczu, który też niedługo miał pewnie zmienić się we wcześniejszą mżawkę lub całkowicie zniknąć.
Miała jeszcze prawie dziesięć minut do planowego przyjazdu autobusu, dwadzieścia do całkowitego opuszczenia miasta i pozostawienia tego rozdziału jak najdalej za sobą. Nie zamierzała jednak nad tym rozpaczać ani żegnać się z przeszłością. Odkąd na stałe opuściła Albuquerque, przeżyła wiele gorszych i lepszych chwil. Ostatnie miesiące przyniosły jednak zbyt wiele złego, by mogła jeszcze wspominać to w tęczowych kolorach. Kiedy przyjeżdżała do Seattle, była pełna ideałów. Miała plany na przyszłość, marzenia, cały zestaw oczekiwań wobec siebie i swojego życia.
Nigdy nie spodziewałaby się, że wyjedzie tak bardzo złamana. Chcąc tylko oprzeć się o autobusową szybę i przymknąć oczy, raz na kilka godzin zmieniając środek transportu na kolejny autokar, bo samolot - choć znacznie szybszy - był zbyt niebezpieczną opcją. Nie wiedziała jeszcze, co zamierzała powiedzieć ojcu. To także planowała pozostawić na drogę, mając nawet aż nazbyt wiele czasu, by zebrać słowa, których i tak zapewne nigdy nie miała powiedzieć. Za dobrze wiedziała, jak to będzie wyglądać. To zaś dobijało ją jeszcze bardziej.
Zatopiona w myślach - bo co innego miałaby teraz robić? - wpatrywała się w kałużę, w której migotały światła samochodów przejeżdżających pobliską ulicą. I choć dworzec o tej porze był dosyć wyludniony, Cass nie od razu zwróciła uwagę na osobę, która usiadła tuż obok niej. Przesuwając jakiś kamyczek czubkiem buta, milczała z pochyloną głową, bo póki nikt jej niczym nie groził ani nie próbował zabić, póty wcale nie zamierzała się socjalizować. Dopiero dźwięk niezwykle znajomego głosu wyrwał ją z tego połowicznego letargu.
- Nie... - Odburknęła równie cichym głosem, mając przez chwilę wrażenie, że po prostu się przesłyszała. Nie brzmiała na zdziwioną obecnością Tildy, nawet jeśli zdecydowanie musiała unieść wzrok, by upewnić się, że ta faktycznie tutaj była. Mimo to, cóż, nie zadała tego kluczowego pytania, nie przestając toczyć kamyczka po chodniku. - Myślałam, że pojechałaś z Hop i Fay.

Matilde Wallace - 2018-04-25, 17:30

Kiedy tajemnicza postać, łudząco przypominająca Cassandrę się odezwała, Matilde z dziwnego powodu odetchnęła z ulgą. Tak naprawdę to nie była nawet pewna, czy Gardner w ogóle tutaj siedziała. Ba! Matilde nie była pewna, czy ktokolwiek tutaj siedział. Być może była tutaj całkiem sama, być może była to tylko zjawa, być może to rzeczywiście był jakiś człowiek, a być może.. być może była to Cassie.
Nie zastanawiała się jednak nad tym, nie rozważała możliwych opcji. Bo czy był w tym jakiś sens? Była naćpana, czuła się koszmarnie i w gruncie rzeczy po prostu chciała, by to była ona. Potrzebowała Cassandry. Potrzebowała chociaż jednej przychylnej osoby. Poczucie samotności powoli ją zabijało, a Tilda nie była w stanie ani tego znieść, ani dalej walczyć. Ba, w tym momencie Wallace chyba by nawet nie przeżyła kolejnego zawodu. Więc jeśli to jej zmącony narkotykami umysł postanowił płatać jej figla.. nie broniła się przed tym.
– Nasz dom jest tutaj – wyszeptała na to ciche „nie”. Ale nie zabrzmiało to jak upomnienie, czy dawanie rady, nie. Zabrzmiało to raczej jak odkrycie. W końcu ona też tu przyszła z myślą ucieczki, a teraz? Dopadło ją to dziwne uczucie, że Albuquerqe było jej już kompletnie obce. Zamknięty rozdział w jej życiu. Rozdział, do którego nie powinna wracać. I gdy ponownie uniosła wzrok na tablicę, wyświetlającą godzinę i rozkład jazdy… zaczęła się zastanawiać, czy ucieczka do Nowego Meksyku jest dobrym pomysłem. Powinna wybrać zupełnie inny cel podróży. Ale na to też nie była w stanie poświęcić zbyt dużo myśli.
Drapiąc się po skórze, która teraz tak cholernie ją swędziała – zawsze ją to tak bardzo irytowała w braniu heroiny, ale teraz to uczucie wydawało się dziwnie zbawienne – spuściła wzrok na swoje buty. Nie była w stanie nawet skupić się na tej cholernej tablicy, bo powieki co chwilę jej się zamykały, a obraz totalnie rozmywał. W tym momencie cieszyła się, że było tak ciemno, bo przecież Cassandra nie miała żadnych podstaw, by podejrzewać ją o to co zrobiła. Wstydziła się tego, to fakt. Ale w głównej mierze tylko dlatego, że wciąż nie pozbyła się swojego odwykowego krążka, przypominającego o tylu miesiącach czystości. Kiedy tylko zatopi go na dnie jeziora… będzie mogła spokojnie pogrążyć się w jedynej miłości, która do tej pory nią nie wzgardziła... I gdy usłyszała pytanie Cassandry, zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo sama wzmianka o Hopperze sprawiała jej ból. Czy miało już być tak zawsze? Czy tak jak w przypadku Aarona miała umierać za każdym razem, gdy tylko ktoś wypowie jego imię? Czy w ogóle istniał jakiś próg bólu? Jeśli tak, to jak blisko niego się znajdowała? Kiedy to miało się wszystko skończyć? I choć łzy nie napływały już do jej oczu, bo po prostu nie miała nawet czym płakać, Wallace zamknęła powieki, czując się chyba jeszcze gorzej niż kilka godzin temu. A potem po prostu wyrzuciła z siebie:
– On.. nie żyje.
I grymas bólu oszpecił jej twarz, a przez całe ciało przeszedł silny spazm. Powinna się przyzwyczajać do tej myśli. Powinna zacząć potrafić o tym mówić. Być może Hopper jeszcze tego nie zrobił, być może wciąż oddychał i miał robić to przez kolejnych kilka tygodni, ale ona nie miała już się o tym przekonać. Nie miała już go przecież nigdy więcej zobaczyć. On już nie żył. I sama ta świadomość.. ponownie ją zniszczyła. Dlaczego to tak bolało?! To był tylko dowód na to, jak bardzo potrzebowała kolejnej dawki heroiny. Matilde się skuliła, jednocześnie chowając twarz w dłoniach, a potem wykrztusiła w kierunku Cassandry błagalne:
– Proszę wróć.

Cassandra Gardner - 2018-04-25, 19:38

Kątem oka przyglądając się siedzącej obok kobiecie, Cassandra pokręciła głową.
- Już nie. Nie mój. - Jej dom nie był ani w Seattle, ani w Olympii. Ani w obozie, ani poza nim. Tilda powinna być tego całkowicie świadoma, bo - bądź co bądź - to właśnie ona odebrała jej jego namiastkę. Oczywiście, ich okropny, rozpadający się domek letniskowy, w którym zimą bywało stanowczo zbyt zimno, a latem słońce nagrzewało dach i ściany wręcz do czerwoności, nie był wymarzonym miejscem zamieszkania. Tak samo jak ogólnie tereny dookoła niego - niezbyt przyjemnie wyglądające lasy, puste pola, po których hulał wiatr, resztki opuszczonej fabryki... Był jednak czymś, do czego mogła wracać, gdy już przyszło jej wyrwać się z uwięzi nałożonej na nią przez rolę sanitariuszki i ogółem przez organizację.
Potrzebowała naprawdę dużo czasu, by przyzwyczaić się do zmiany otoczenia oraz zupełnie nowych okoliczności. Prawdę mówiąc, do tej pory nie do końca zaakceptowała wydarzenia, jakie miały miejsce już prawie dwa lata temu. Włożyła masę wysiłku w to, aby w ogóle zmotywować się do ponownego działania, nie nienawidząc Bractwa, mimo że bezpośrednio przyczyniło się ono do jej pierwszego tak druzgocącego upadku. Tymczasem Wallace... Wallace zniszczyła to wszystko dosłownie w ułamek minuty, kilkanaście sekund i kilka wypowiedzianych słów. Odebrała jej szansę powrotu w jedyne miejsce, w którym nie czuła się do końca samotna. A teraz nazywała je ich domem. To było zupełnie niczym kopniak prosto w twarz, nawet jeśli niezamierzony.
- Autobusy do Olympii odjeżdżają z innego stanowiska. - Dodała, choć towarzyszka przecież doskonale to wiedziała, musząc jakoś się poruszać, gdy nie miała własnego samochodu, a podwózka była niemożliwa. Mimo to, Cass i tak wypowiedziała te słowa, posyłając Tilly pierwsze dłuższe spojrzenie, nawet jeśli ta na nią nie patrzyła.
Przyglądając się młodszej brunetce i temu, jak ta drapie się po bladej skórze, jakby sztywno naciągniętej na chudych dłoniach, Cassie wzdrygnęła się mimowolnie. Nie chodziło o Tildę, nie, jednak ten widok zbyt mocno przypominał Cassandrze jeden z tych niesamowicie realistycznych wizerunków Śmierci. Blada kobieta o długich, ciemnych włosach opadających na kościste policzki... Cienie pod oczami, napięta, niesamowicie jasna skóra na chudym ciele, ciemne ubrania... I sam środek burzowej, deszczowej nocy... I tylko one dwie czekające na autobus do Portland... Później, kto wie? Może... Donikąd, może gdzieś jeszcze dalej.
A potem te słowa opuściły usta jej towarzyszki, powodując, że Gardner poczuła jeszcze większy chłód ogarniający jej ciało. To była do tego stopnia nierzeczywista, w pewnym sensie może nawet narkotyczna sytuacja, że Cass przemknęło przez myśl pytanie, czy przypadkiem nie śniła. Bo tak właśnie się czuła. Zupełnie niczym w jednym wielkim koszmarze, z którego nie umiała sama się wybudzić.
Jakby chcąc się upewnić, co do realności tej sytuacji - choć nie był to raczej ani standardowy, ani skuteczny sposób - przysunęła się bliżej Tildy, wyciągając ramiona w jej stronę, gdy tylko ta zaczęła wyglądać, jakby zaraz miała zsunąć się z ławki i upaść na chodnik. Potrzebowała upewnić się, że Wallace była rzeczywista, że mogła poczuć ciepło jej skóry, mimo otaczającego ich chłodu deszczowej nocy. O dziwo, nawet po tym wszystkim, nie umiała być też do końca obojętna. Nawet jeśli miała ochotę cichutko parsknąć na prośbę powrotu.
- Nie wrócę. - Była zdrajcą, co gorsza, w pewnych chwilach łapała się na tym, że nadal chciałaby nim być... I nawet jeśli zaraz po tym przychodziło opamiętanie, wciąż nim była. Matilde jej o tym przypomniała.

Matilde Wallace - 2018-04-25, 20:57

Była w zbyt złym stanie, by wyłapać prawdziwe znaczenie słów Cassandry. Otępienie jakie nią zawładnęło, spowodowało, że między brwiami Matilde pojawiła się delikatna, pionowa zmarszczka. Nie jej dom? I co miała z tym wspólnego Olympia? Matilde westchnęła ciężko, zawieszając spojrzenie na odbiciu księżyca w brunatnej kałuży. Coś w sposobie w jaki świecił, w ciemniejszych partiach prawie idealnie pełnej kuli i w jego chropowatości sprawiło, że usta Matilde rozchyliły się w dziwnym zachwycie. Był piękny, był tak niedoskonale piękny, a jednocześnie zdawał się taki… taki samotny. Bardziej samotny niż ktokolwiek sobie zdawał sprawę. Niż pewnie on sam sobie zdawał sprawę. I do tego taki smutny, uwięziony w tafli brudnej wody – niemal zaklęty! – i tak bardzo niedoceniony przez innych. Przypominał jej o kimś. W każdym calu swojej wątpliwie pięknej powłoce przypominał jej o kimś, a to bolało. Na samą myśl o tym, w gardle Wallace powstawała nieprzyjemna gula.
– Nie wybieram się do Olympii. Jeszcze nie zdecydowałam gdzie jadę – odparła cichym, niemal sennym tonem głosu. Jeśli w słowach Cassandry była jakaś złośliwość, czy może ukryte znaczenie to Wallace była zbyt zmęczona, zbyt rozbita, by to wyłapać. A tym bardziej, by odpowiedzieć czymś na poziomie. Jeśli mam być szczera, nie miała nawet siły do kolejnego oddechu. Gdyby nie było to tak banalnie proste i mimowolne, z pewnością po prostu by przestała. Cassandra nie myliła się za bardzo. Wallace była uosobieniem śmierci. A przynajmniej po ciosie, jaki zadał jej William. Wciąż przed oczami miała ten sam obraz. Wciąż czuła zapach jego perfum i słyszała bicie serca, gdy tak przyciskała policzek do jego klatki piersiowej, błagając o więcej czasu. Wciąż czuła jak jego ramiona nawet nie drgają. I słyszała słowa, tak obojętne i chłodne… zupełnie obce powinnaś pójść. Kolejna fala bólu ugodziła ją w klatkę piersiową i Wallace skuliła się jeszcze bardziej, wręcz wpadając w ramiona Cassandry. Nie było to zwykłe przytulenie się do koleżanki. Przypominało to bardziej utratę przytomności, utratę równowagi. Ból po prostu przejmował kontrolę nad jej całym ciałem, a ona chciała tylko przestać czuć.
– Nie ma już obozu dla nas – wyszeptała, opierając policzek o ramię Cass. Zmiana tematu, mówienie czegokolwiek, co mogło tylko odsunąć jej myśli od wydarzeń z tego dnia wydawało się być… dobrym rozwiązaniem. Choć jej głos co chwilę się załamywał i zdawał się słabnąć z każdą sekundą, to po prostu dalej mówiła. Wyrzucała z siebie słowa, robiąc coraz to dłuższe przerwy przez co mogła sprawiać wrażenie, jakby w każdej chwili mogła po prostu zasnąć.
– Colleen… ona nic nie zrobiła po marszu… i Fay i kilku innych.. on.. on się nazywa.. Aaron i Ronnie… i Leon… oni chcieli coś zrobić… ona ich wyrzuciła. Colleen… wyrzuciła z obozu… nie ma Fay… nie ma ciebie… ja… ja też nie chcę tam być. Już nie, Cassie… – i powieki Wallace opadły, ale nie odpłynęła. Po prostu.. była zmęczona tym wszystkim. I heroina chyba jednak wciąż działała. Nie zabierała bólu, ale działała. Matilde przełknęła cicho ślinę.
– Ty, ja i Fay… Musimy… się trzymać.. razem.

Cassandra Gardner - 2018-04-25, 22:40

Nocne spotkanie w tak dużym mieście, akurat w tym miejscu i o tej godzinie, było czymś naprawdę abstrakcyjnym. Ze wszystkich dworców znajdujących się pomiędzy Seattle, a Olympią, obie wybrały właśnie ten. W jednym czasie trafiając na siebie nawzajem, choć tyle autobusów zdążyło opuścić już swoje stanowiska... I tyloma z nich można było się stąd wydostać... Czy to do Albuquerque, czy gdziekolwiek.
- Tu staje Portland. - Zakomunikowała bez głębszego zastanowienia, zwyczajnie stwierdzając fakt. Cóż, tu faktycznie stawał autobus dojeżdżający do Oregonu, choć niekoniecznie był on celem podróży którejkolwiek z nich. Dla Cass miał być wyłącznie miejscem przesiadki. Dla Tildy? Skoro nie zdecydowała, gdzie zamierzała jechać, równie dobrze mógł być wszystkim i niczym. Cassandra nie zamierzała w to specjalnie wnikać, zwłaszcza że ogólna atmosfera panująca między nimi - w przeciwieństwie do tej obecnej senności i ulotności - nie była przecież dobra. Znały się od naprawdę długiego czasu, jednak Tilly sama to przekreśliła, rozpowszechniając tajemnicę, która została jej powierzona w chwili słabości, i robiąc to w najgorszy z możliwych sposobów - nakierowany na oczerniające niedopowiedzenia.
A jednak Gardner nie odsunęła się od towarzyszki, nie zmieniła też ławki ani nie powiedziała nic w tym tonie, jakiego można byłoby się po niej spodziewać. Choć zdecydowanie nie miała dobrego humoru, jej nastrój był bliższy depresyjnej ospałości niż chęci kłócenia się czy wyjaśniania sporów, które przy rychłym wyjeździe i tak nie miały aż takiego znaczenia. Jakby tego było mało, wrażenie, jakie sprawiała teraz jej przyjaciółka także sprawiało, że Cassie nie potrafiła być całkowicie obojętna. Popełniając praktycznie ten sam błąd, co w przypadku innych osób, które wiele dla niej znaczyły przed zdradzeniem jej zaufania, wdała się w rozmowę z Tildą, instynktownie służąc jej oparciem. Najwyraźniej potrzebnym, bo sposób, w jaki brunetka opadła w ramiona Gardner, był wprost upiornie niepokojący. Tak samo jak kolejne słowa.
- Nie ma? - Spytała, coraz mniej rozumiejąc. W końcu - i to dosłownie jeszcze przed chwilą - Matilde zakomunikowała jej, że tam był ich dom, moment później usiłując przekonać ją do powrotu, a teraz... Teraz obozu nie było? Nie dla nich? Dostrzegała zmęczenie przyjaciółki, widziała to, jak senna zdawała się być Tilda, samej coraz bardziej biorąc to wszystko za jakiś pokraczny, niesamowicie nieskładny sen. Bardzo realistyczny, aczkolwiek jednocześnie dosyć absurdalny. Cóż, przynajmniej nie był kolejnym koszmarem, nie w pełni definicji tego słowa. Dalej się w nim zatem pogrążała, wzdychając i bezmyślnie odgarniając towarzyszce włosy z czoła. Niby już się nie przyjaźniły, jednak odruchy nadal pozostały. Lepsze czy gorsze. Wciąż nie potrafiła tak po prostu być oschła, zwłaszcza widząc Tilly w takim stanie.
Nie musiała nawet słyszeć tego, co ta miała jej do powiedzenia. Wystarczyło bowiem wytężyć wzrok w półmroku, by dostrzec, że musiało zdarzyć się coś naprawdę złego. I choć Cassandra miała ochotę spytać, czy cała ta sprawa, którą wyrzucała z siebie teraz Wallace w postaci urwanych, przepełnionych emocjami zdań, miała także związek ze śmiercią Hoppera... Nie zrobiła tego. Przeczuwając, że to dodatkowo wszystko by pogorszyło, nie spytała o to ani nie zaczęła dopytywać o szczegóły całej akcji. Wzdychając cicho, przymknęła oczy, zastanawiając się nad tym, co tak właściwie powinna powiedzieć. Nie była dobra w te klocki. Nic więc dziwnego, że nim otworzyła usta, w oczy zaświeciły jej światła podjeżdżającego autobusu.
- Kupiłam bilet... - Mruknęła z wyraźnym wahaniem, nie ruszając się jednak z miejsca ani nie puszczając Tildy, którą od dłuższej chwili obejmowała. Być może Wallace miała rację. Być może faktycznie wszystkie trzy powinny dalej trzymać się razem, jednak Fay tu nie było. A sama Matilde, choć zdawała się tego nie pamiętać, zdradziła zaufanie Gardner.

Matilde Wallace - 2018-04-26, 19:32

Matilde odruchowo pokiwała głową. Portland. Tak, tak… wiedziała to przecież. Znała ten dworzec jak własną kieszeń, a mimo to, gdy te słowa wydobyły się z ust Cassandry, Matilde przez króciutką chwilę poczuła się, jakby coś po prostu ją oświeciło. Zabawne, jak z pozoru nic nieznaczące słowa, robiły dla niej teraz taką różnicę. Czy Portland mogło dla niej nieść jakąś nadzieję? Czy powinna się tam w takim razie udać? Kupiła bilet, miała go nawet w kieszeni. Była tego pewna. Z kolei jeszcze kilka minut temu dałaby sobie nawet głowę uciąć, że był to bilet właśnie do wspomnianego Portland. Teraz jednak? Nie była co do tego przekonana.
Zupełnie jakby wraz z wypowiedzianymi przez Cassandrę słowami, Wallace dostała amnezji. I gdyby nie fakt, że była tak cholernie słaba… z pewnością sięgnęłaby do kieszeni kurtki, by sprawdzić dokąd właściwie miała zamiar się udać. Nie zrobiła tego. Właściwie to oprócz osunięcia się w ramiona przyjaciółki… nie zrobiła niczego. Była odrętwiała, wręcz sparaliżowana bólem.
– Nie ma.. – odparła cichutko, chyba podświadomie nawet zdając sobie sprawę, że Gardner nie oczekiwała odpowiedzi. Czy ona tutaj w ogóle była? Matilde czuła ciepło bijące od drugiego człowieka, czuła czyjś dotyk i to jak ktoś gładził ją po włosach. Słyszała też rytmiczne bicie serca, a do jej nozdrzy dochodził kobiecy zapach. A mimo tego wszystkiego… nie była przekonana, że ktoś tu w ogóle był. Nie była nawet przekonana, że ona tutaj była. Gdyby następnego ranka obudziła się w zupełnie innym miejscu, całkiem samotnie.. chyba nie byłaby zdziwiona. A może… może jednak by była? Ale z pewnością z nieco innego powodu niż nieobecność Gardner. Chyba po prostu byłaby bardziej zdziwiona, że sama jeszcze żyła. Ten ból, to cierpienie.. to ją niszczyło, zabijało. I jeśli wcześniej przypominało jej to o życiu, teraz miała wrażenie, że znalazła się w emocjonalnym piekle. Chciała tylko uciec.. to wszystko.
– Zwrócimy je – mówiła jeszcze ciszej, jeszcze słabiej, a jej oddech był wyjątkowo płytki. Postanowiła jednak całkowicie poddać się myśli, że być może nie była do końca skazana tylko na siebie. Samotność ją niszczyła. I jeśli Cass była tylko powietrzem, wytworem jej chorej wyobraźni.. to Matilde chciała tkwić w tym złudzeniu jak najdłużej.
– Jestem tak bardzo zmęczona, Cassie – wyrzuciła jeszcze, przymykając powoli oczy. Jeśli nie miała zamiaru z nią nigdzie iść.. to nie szkodzi. Po prostu.. niech tylko poczeka jeszcze chwilkę. Niech poczeka aż Matilde odpłynie. Niech tylko nie zostawia jej samej. Nie przez kilka kolejnych minut. Niech przeciągnie tą złudną świadomość, że faktycznie był tu ktoś dla niej.

Cassandra Gardner - 2018-04-26, 20:23

Ze wszystkich miast i miejsc na Ziemi, jakie mogła wybrać osoba chcąca uciec, Portland najprawdopodobniej nie było zbyt dobrym wyborem. Prawdę mówiąc, cokolwiek znajdującego się w Stanach nim nie było, ponieważ sytuacja w tym kraju z dnia na dzień coraz bardziej wymykała się spod czyjejkolwiek kontroli. Rząd nie radził sobie z mutantami, mutanci z rządem, gdzieś pomiędzy to wszystko wmieszały się także inne organizacje... Roszcząc sobie prawa do decydowania o cudzym losie i życiu albo po prostu usiłując zbić jak największe pieniądze przy jak najmniejszym nakładzie własnej pracy, niekiedy zwalając skutki swoich potknięć na zmutowanych nieszczęśników. Czy tego właśnie oczekiwano po Ameryce - rzekomej krainie spełnionych marzeń i urzeczywistniających się snów?
Cóż, przynajmniej jedna z tych dwóch rzeczy faktycznie mogła być prawdziwa. Większość koszmarów, jakie ostatnio przyśniły się Cassandrze, już zdążyła odnaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Wszelkie te paskudne myśli, które nachodziły ją nocami. Zatrważająca liczba złych snów. Większość obaw skrywanych gdzieś tam głęboko w sercu... Kiedy zawaliła się jedna z tych rzeczy, reszta poszła za nią wręcz lawinowo. Portland czy nie, powrót do ojca czy pozostanie poza rodzinnym domem, Cassie czuła się tak, jakby wszędzie miała zabrać ze sobą cały ten bagaż, jakby nie mogła się od niego uwolnić. Przynajmniej nie w tej rzeczywistości, w której bycie mutantem oznaczało nieustanne oglądanie się za siebie.
Tego wieczoru złamała swoje zasady. Praktycznie ani razu nie obejrzała się przez ramię, nie śledząc wzrokiem tego, co działo się dookoła niej. Gdyby nie nadejście Tildy, Cass prawdopodobnie nadal siedziałaby ze spojrzeniem wbitym gdzieś w odległy punkt lub w kałużę na styku chodnika z ulicą. Czuła się wręcz obojętna na potencjalne zagrożenie, jakie nawet teraz wisiało im nad głową. Była stanowczo zbyt mocno oderwana od rzeczywistości - a przynajmniej takie miała wrażenie - aby zwracać uwagę na podobne rzeczy. Zresztą... Nawet jej mało inspirujące odpowiedzi wskazywały na to, jak bardzo pochłaniały ją całkowicie inne myśli.
Mimo to, odpowiedziała nadzwyczaj racjonalnie, parokrotnie mrugając przedtem oczami, by przyzwyczaić je do rażącego światła.
- Nie oddadzą nam nic za kurs, który same pominęłyśmy. - Mruknęła, choć pieniądze nie miały przecież aż takiego znaczenia. Potrzebowała ich wyłącznie po to, by dojechać do domu. Tam nigdy nie musiała się o nie martwić... W przeciwieństwie do niepokojenia się o ojca i jego otoczenie, które dzień w dzień narażało się dla zdobycia jeszcze większej góry kasy. Nie mogła powiedzieć, że nigdy tego nie rozumiała, bo było wręcz przeciwnie, ale w tej chwili - prawdopodobnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej - pragnęła poczuć się po prostu bezpiecznie. Miejsce, w gruncie rzeczy, nie było aż tak ważne. Przynajmniej nie w tym momencie, gdy ona także czuła się wyczerpana.
- Nie wiem, gdzie chcesz jechać... - Odezwała się cicho, poprawiając ułożenie kosmyków włosów przysypiającej Tildy. - Sama nie wiesz, gdzie powinnaś zniknąć... - To mówiąc, westchnęła, przypatrując się jednocześnie autobusowi, do którego już dawno powinna była się udać, ale ostatecznie nadal do niego nie wsiadając. I choć podniosła się na nogi, jednocześnie kołysząc się pod dodatkowym ciężarem i sycząc mimowolnie, gdy jej dosyć świeża rana znowu dała o sobie dać... Podźwignęła tylko Wallace, wolną ręką wpychając sobie ten nieszczęsny wydruk do kieszeni kurtki.
- Ale nie możesz zrobić tego w takim stanie. - Nie wiedziała, czemu to akurat ona musiała mieć tak żałośnie miękkie serce, ale - jak na złość - nadal nie wyrobiła sobie przy tym dostatecznie twardej dupy. To była wyłącznie kwestia czasu, kiedy miała znowu ją sobie obić. Czuła to całą sobą, mimo wszystko ruszając w kierunku przeciwnym do tego, w jakim z początku planowała iść. Do miasta, nie z miasta, dodatkowo podtrzymując przy tym ospałą Matildę.

[z/t dla obu]



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group