The Gifted - 2020-03-01, 22:20 Temat postu: Sala chorych #2
Pomieszczenie w którym przebywają chorzy lub poszkodowani w misjach zlecanych przez przełożonego organizacji. W pokoju tym znajdują się cztery łóżka, umiejscowione po dwa pod ścianą na przeciw siebie. Każde ma przy sobie szafkę nocną oraz krzesełko do siedzenia.
Mistrz Gry - 2020-03-02, 23:06 / 10 maja 2019
Pierwszego do sali przyprowadzono Bradleya. Zabandażowane miał ciało wokół miejsca rany na plecach, oraz ramię mimo iż było zadrapanie. Ubrano go w szpitalną odzież i nakazano położenie się by odpoczął. Tym samym podłączono go do kroplówki i krwi. Miał wołać, jeżeli cokolwiek będzie się działo.
Tuż po Bradleyu, w sali także pojawił się młody chłopak, którego ulokowano na łóżku po przeciwnej stronie. Nakazano odpoczywać i wołać, gdyby czegoś potrzebował. Podobnie jak poprzedni pacjent, także został przebrany w odzienie szpitalne.
Jakąś godzinę, jeżeli nie dwie, przewieziono Vincenta i położono w odzieniu szpitalnym dla pacjentów na sąsiednim łóżku. Jako że był po operacji, mógł spać czy być nieprzytomnym. Również i on był podłączony do kroplówki i krwi, by uzupełnić zapasy organizmu. Miał na sobie więcej bandaży, niż jego sąsiad.Bradley Grey - 2020-03-02, 23:28 Nie protestował gdy medycy wokół niego skakali. Opatrzyli mu porządnie rany, zabandażowali i generalnie się nim zajęli.
Gdy przenieśli go do drugiej sali był już przebrany w typowe szpitalne wdzianko, po czym zgodnie z zaleceniem położył się na jednym z łóżek i podłączono go do kroplówki i krwi. Miał teraz wypoczywać, a że był bardzo zmęczony to zwyczajnie przymknął oczy i zasnął.
Obudził się dopiero, gdy w pomieszczeniu zaczęło się coś dziać. Nie wiedział ile minęło, ale zobaczył, że przywieźli Vincenta. Był nieprzytomny, więc pewnie miał operację. Brad postanowił dać mu spokój dopóki ten sam się nie odezwie.
Dopiero po chwili zorientował się, że w sali jest też ten cały Joker. Też został opatrzony i aktualnie leżał na przeciwko. Nie miał pojęcia jak się zachować, bo miał w stosunku do niego mieszane uczucia. Postrzelił go w plecy i generalnie chciał go zabić, a potem nagle zaczął go słuchać i być potulny jak baranek. Coś mu tu nie grało i miał wrażenie, że to jakaś gra pozorów, przez którą kolejna kulka trafi prosto w serce.
- Gdzie jest Colleen? Chcę ją zobaczyć - zapytał pielęgniarki, która wychodziła po odstawieniu Vincenta.
Bez względu na to czy uzyskał odpowiedź, jego wzrok spoczął na młodym chłopaku naprzeciwko.
- Co miałeś na myśli wcześniej? "Żyję by słuchać i ochraniać opiekuna"? - dobrze zapamiętał te słowa, bo był w niemałym szoku, gdy je usłyszał. Może teraz dowie się czegoś więcej, o co chodzi temu chłopakowi i jakie są jego prawdziwe plany?Michael Shugart - 2020-03-02, 23:46 Młody z przyzwyczajenia starał się nie uzewnętrzniać bólu jak robiłaby to większość ludzi. Nie odzywał się też do lekarzy, ale dał się opatrzeć. Trzeba było wyciągnąć mu kulę z łydki i najlepiej zaszyć zarówno tą ranę, jak i znajdującą się na udzie. Krew ze skroni wystarczyło przetrzeć i może opatrzyć jakimś plastrem jeśli w ogóle. Rana ta, mimo że na początku krwawiła dość obficie, nie była rozległa ani jakoś specjalnie groźna. Na stan jego żeber już nie było żadnej rady poza po prostu odpoczynkiem i nie nadwyrężaniem ich zbytnio. Następnie dano mu jakiś szpitalny trykot, w który się przebrał i zaprowadzono do sali gdzie znajdował się już Brad.
Zerknąwszy na opiekuna, który najwyraźniej nic od niego nie chciał położył się we wskazanym miejscu. Nie ruszał się zbytnio, milczał i generalnie raczej nie wydawał dźwięków więc łatwo było zapomnieć o jego obecności. Lub pomylić go z meblem jak już nieraz robił to doktor Shugart. Dla niego chłopak był już jak element wyposażenia wnętrz. Gdy przyniesiono Vincenta otworzył oczy i usiadł prosto. Ocenił stan Edamsa jako stabilny. Otaczający sprzęt najwyraźniej miał mu pomóc. Gdy tak przypatrywał mu się usłyszał głos Brada, a dokładniej skierowane do niego pytanie. Przeniósł wzrok na niego.
-Byłem uczony posłuszeństwa względem opiekuna. Doktor Shugart nie żyje więc znalazłem innego.- jego wzrok zabłądził w kierunku Vincenta -Innych.-poprawił się, po czym wrócił spojrzeniem do Brada próbując ocenić czy taka odpowiedź go satysfakcjonuje. Absolutnie nie wyglądał żeby kłamał ani tym bardziej żeby robił sobie jaja.
-Byliście pierwszymi, którzy wydali mi wtedy polecenie.Imari Blanc - 2020-03-03, 19:01 /początek
Wparowała na miejsce tak szybko, jak tylko mogła, ale niestety zajęło jej to ładną chwilę. Tak czy siak, była tutaj teraz i to było dla niej najważniejsze. Wpadła do pomieszczenia jak burza, ale zatrzymała się tuż za drzwiami. Wyglądała na trochę zagubioną gdy gorączkowo rozglądała się po sali, szukając spojrzeniem jednej, bardzo konkretnej osoby. I tak okropnie bała się, że jej nie zobaczy.
Ale nie, jest!
W całej tej wewnętrznej panice nie zauwazyła nawet Bradleya.
Ruszył;a do łóżka Vincenta, przesunęła po nim spojrzeniem, jakby bojąc się, że jednak nie przeżył i odetchnęła głęboko, choć wydawało się, że zaraz się popłacze.
Usiadła na skraju łóżka, przygarbiła się i tak czekała, chyba nie chcąc go budzić.Vincent Edams - 2020-03-03, 19:25 Vincent nie był pogrążony w śnie zbyt długo. Samą operację zniósł dobrze, a kroplówki z krwią i innymi substancjami, powoli go przewracały do względnej używalności. Gdy świadomość wróciła, a wraz z nią ból, skrzywił się nieznacznie. Miał wysoką tolerancję ma tego typu doznania.
Uniósł ciężkie powieki i zobaczył przygarbioną Imari. Zrobiło mu się jakoś dziwnie... ciepło. W środku. To było miłe uczucie. Powoli uniósł dłoń w której tkwił wenflon i musnął opuszkami palców jej policzek
- Hej - powiedział cicho - Mówiłem, że wrócęImari Blanc - 2020-03-03, 19:31 Prawie podskoczyła, jakby się tego nie spodziewała. Podniosła na niego wzrok, oczy jej się zaszkliły, mimo, że się uśmiechała.
- Mówiłeś - przyznała. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, westchnęła po raz któryś z kolei pewnie.
- ...jak poszło? - najchętniej obejrzała by go całego, żeby sprawdzić czy ma wszystkie kawałki na miejscu, ale nie wypadało. Poza tym widać było, że najwyraźniej go boli.Vincent Edams - 2020-03-03, 20:07 Wtedy i on się uśmiechnął. Zmęczony, niemrawy, ale był to jednak uśmiech.
- Wygraliśmy. - odpowiedział cicho - Uratowaliśmy mutantów, wybiliśmy resztę, budynek spaliliśmy...a Brad dodatkowo go wysadził - stwierdził z przekąsem, bo czym byłby Brad bez granata za pazuchą?
- To koniec. Nie ma już ani Dolores Crow, ani AlterGenetics. - powiedział to na głos, jakby musiał to sam przyswoić.
Poczuł...jak ogromny ciężar spada z jego ramion. Nareszcie...po tylu latach.... Mimo bólu, czuł taką ulgę! Nie byłby w stanie tego opisać słowami. Nareszcie się od tego uwolnił!
Nie rozumiał więc dlaczego gardło miał dziwnie ściśnięte, a kąciki oczu go dziwnie pieką. Co się z nim działo?Bradley Grey - 2020-03-03, 23:42 Przez dłuższy moment trawił słowa Jokera, które szczerze mówiąc go totalnie zaskoczyły. Gdyby to była kreskówka to pewnie szczęka opadłaby mu podłogi, a oczy wyszły z orbit. Niestety rzeczywistość to nie je bajka. Sytuacja była bardziej rodem z horroru, aż na powrót zaczęła go głowa boleć. I po jakiego wała cokolwiek się do niego odzywał? Teraz nie miałby problemu, żeby być jakimś opiekunem. Co to w ogóle znaczy?
Przez chwilę Brad patrzył na chłopaka, próbując analizować czy ten sobie przypadkiem nie żartuje albo nie nabiera go w jakimś innym celu. Jednak ton i mina o niczym takim nie sugerowały.
- Jak mam się do ciebie zwracać? - zapytał, bo nawet nie wiedział jak się nazywa. Pamiętał, że Vincent na akcji rzucił hasło Joker, ale to chyba nie było jego prawdziwe imię, prawda?
- Chcesz powiedzieć, że najpierw strzeliłeś mi w plecy, żeby mnie zabić, a teraz jestem twoim OPIEKUNEM? Co to w ogóle znaczy? Co mam niby robić jako ten opiekun? - zadawał pytania, bo chciał sobie to jakoś poukładać, a w obecnej sytuacji było to bardzo ciężkie. Zwłaszcza, że wszystko było grubo popieprzone. Ten młody chłopak miał wyprany mózg i już nawet nie mógł go nienawidzić za ten strzał w plecy, który sprawił, że chciał go zabić. W sumie dalej to rozważał, ale póki co nie miał mocy.
Potem do sali wparował ktoś jeszcze i Brad z początku myślał, że to pielęgniarka, ale nie. To Imari. Która nawet go nie zauważyła tylko od razu usiadła na łóżku Vincenta. Nie wiedział jaką relację mieli między sobą, ale halo, przecież się znali, a ona się nawet nie przywitała. No szczyt chamstwa! Potem zaczęło się ćwierkanie papużek i Brad w pewnym momencie nie wytrzymał.
- O IMARI! JAK DOBRZE CIĘ WIDZIEĆ! - zagrzmiał na całe pomieszczenie, by zwróciła na niego uwagę. - Co u mnie? No wiesz, dopiero wróciliśmy z misji, jestem ledwo żywy i jeszcze ta mutazyna. Chyba jakaś eksperymentalna, wiesz? Chociaż nie wiadomo tak naprawdę, dzięki że pytasz. Ale mów co u ciebie! Miło, że przyszłaś NAS odwiedzić.
W jego tonie było tyle ironii, że była wyczuwalna chyba nawet w drugiej sali. Świdrował ją wzrokiem, bo szczerze poczuł się urażony jej zignorowaniem. I dobrze, że nie usłyszał marudzenia o wysadzaniu, bo dopiero wtedy by zaczął tyradę!Michael Shugart - 2020-03-04, 00:28 -Jak sam chcesz, Panie Brad. Dotąd zwracano się do mnie obiekt 54, Joker, obiekt RS12.- wymienił mechanicznie spytany o to jak się do niego zwracać. Ostatnie ze wspomnianych miał nawet na zewnętrznej, dobrze widocznej części lewego nadgarstka. Czarne “RS12”, które wytatuowano chłopcu jeszcze zanim nauczył się mówić. -To są wszystkie moje imiona od najnowszego do najstarszego.- dodał dla porządku. Spodziewał się, że tutaj dostanie nowe, nawet jeżeli “Joker” lubił najbardziej. Jednak to nie jego rzecz. Nie on tutaj wybierał.
-Opiekun nie ma względem podmiotu żadnych zobowiązań oprócz brania odpowiedzialności za wydane mu polecenia. Podmiot winien jest ochraniać opiekuna oraz słuchać go w każdym względzie, niezależnie od własnego komfortu i bezpieczeństwa.- wyrecytował bardzo starą formułkę wbitą mu do łba za młodu. To jak bardzo przedmiotowo o sobie mówił i jak łatwo mu to przychodziło… aż miało się wrażenie, że temperatura w pomieszczeniu spada. Biorąc pod uwagę jego historię w żadnym razie to nie dziwiło. Od zawsze miał mówione, że nie może posiadać większych aspiracji niż posłuszeństwo. Tego Brad nie wiedział, ale nietrudno było zauważyć, że ktokolwiek wyprał chłopakowi mózg odwalił kawał co prawda chorej i zwynaturzonej, ale jednak skutecznej roboty. Ktokolwiek był za to odpowiedzialny, nie można było mu odmówić geniuszu, nawet jeśli oznaczało to choć skrawek podziwu dla takiego potwora.
Wtem ktoś zjawił się w pomieszczeniu. Joker spojrzał w kierunku wchodzącej kobiety. Gdy zobaczył, że zbliża się do łóżka Vincenta zgiął lekko nogi i napiął niektóre mięśnie jakby zamierzał wstać. Jednak dwójka zaczęła rozmawiać spokojnie więc najwidoczniej blondynka nie była wrogiem. W ogóle Joker uznał, że skoro opiekunowie są tu tak spokojni jak doktor Shugart w laboratorium to jest to bezpieczne miejsce i lepiej nie sprzedawać nikomu gonga w twarz dopóki sam nie zaatakuje. Lub póki nie dostanie takiego rozkazu. To dość oczywiste.Imari Blanc - 2020-03-05, 21:23 - To do.. - nie dokończyła, choć też w sumie nie była pewna czy "to dobrze" było odpowiednią odpowiedzią na to, co mówił jej właśnie, bo nie była zadowolona z tego, co się stało.. Zresztą, co się bedzie powtarzać, Vincent o tym wiedział przecież.
Tak czy siak, nie dokończyla, bo podskoczyła na łóżku przestraszona i obróciła się przodem do krzyczącego.. Bradleya. Bradleya, którego wcześniej nie zauwazyła i jeszcze jednego chłopaka. Chyba w wieku podobnym do Vincenta? Nie była pewna, zawsze wyglądali na starszych przez to jak się zachowywali.
- Oh, Brad.. - splotła ręce na piersi, wydająć się wyraźnie zagubiona i chyba trochę wystraszona jego wybuchem - Ja.. nie zauważyłam. Przepraszam. - standardowe zagranie Imari, przepraszanie za to, że żyje.
No chyba, że coś ją ostro wkurwi, ale to inna sprawa. Przesunęła po nim wzrokiem, jakby chciała sprawdzić w jakim stanie jest. Może miała rentgen w oczach? Kto ją atm wie.Bradley Grey - 2020-03-05, 22:50 - Panie Brad? - powtórzył z wytrzeszczonymi oczami. Dłuższą chwilę trawił jego słowa, a na jego twarzy były wypisane 3 litery: WTF. Jak do tego doszło? Nie wiem. Brad nagle stał się czyimś opiekunem, a to wszystko przyprawiało go o zawrót głowy. Nie miał nawet pojęcia jak się do tego odnieść, więc przez chwilę milczał do moment aż zebrał myśli.
- Po pierwsze, nazywaj mnie po prostu Brad, ok? Po drugie te nazwy są raczej rodem z więzienia. Jak masz na imię i nazwisko? - zapytał, bo poprzednia odpowiedź go nie satysfakcjonowała. Z tych wszystkich i tak najbardziej przystępne był Joker, bo nie wyobrażał sobie nazywać kogoś "obiektem". No po prostu nie.
- Tutaj nie jesteś żadnym obiektem, jesteś mutantem na równi z każdym innym - "w teorii", pomyślał. Nie miał pojęcia jak Nicholas będzie się zapatrywał na takiego członka rebelii, ale wiedział jedno, na pewno nie będzie traktowany jak obiekt jakichś badań.
- Litości... czy ty słyszysz co mówisz i zdajesz sobie sprawę jak bardzo jest to popieprzone? - zapytał jeszcze, nie rozumiejąc jak mogli aż tak bardzo wyprać mózg temu chłopakowi. Był jak zdalnie sterowany, co było trochę godne podziwu, ale jednocześnie godne potępienia.
No ale później jego wybuch do Imari przytłumił jego zdezorientowanie i zaskoczenie sytuacją z Jokerem. I faktycznie był zły na dziewczynę, przynajmniej do czasu aż nie zobaczył jak się peszy i jaka jest wystraszona i zagubiona. Wywrócił oczami na jej przeprosiny.
- No już, chodź się przywitaj - wyciągnął ramiona, by mogli się uściskać na powitanie. Miał w sobie tyle leków, że nie czuł nic, nawet bólu. Co wydawało się dobrą opcją.
- Jestem trochę naćpany lekami, moje reakcje mogą być przesadzone - powiedział nieco bardziej trzeźwo. Spojrzał na Vincenta i zobaczył, że ten też już nie śpi.
- Witamy wśród żywych! Vincent Edams - 2020-03-06, 01:27 Tą intymną, pełną emocji dla Edamsa chwilę przerwał Brad, przyprawiając go niemal o zawał. Może w sumie i dobrze, bo uczucia, które nim w tym momencie owładnęły, były mu obce i czuł się z nimi dziwnie. Zamrugał nerwowo oczyma, odganiając to tajemnicze coś.
A więc Imari znała się z Bradem. W sumie oboje byli z Bractwa. Na uwagę Greya, westchnął cicho. Nie chciał by Blanc się dodatkowo zamartwiała, myśląc, że umierał czy coś.
- Nic mi wielkiego nie było, Nich jak zwykle przesadza, - stwierdził, chcąc bardziej uspokoić kobietę. Kiepski argument, będąc obandażowanym jak mumia. No, może pół mumii.
By zmienić temat, wtrącił się w dyskusję.
- On nie zna swojego imienia. Tak, jak każdy "Obiekt" w Alter Genetics. Pierwsze co, to nas pozbawiali tożsamości, łatwiej podporządkować sobie kogoś, kto jest zrównany do podczłowieka. - stwierdził ponuro. Teczka Jokera leżała gdzieś obok, bo odebrał ją wcześniej od Chloe. Zaraz miał zresztą zamiar do niej zajrzeć.
- Szczęśliwie mamy akta Alter Genetics, więc się dowiemy, kto się jak nazywa. - ułożył się nieco wygodniej. Był obolały, ale leki łagodziły ból.Nicholas Grenville - 2020-03-06, 21:07 Dostając informację o możliwości odwiedzin chłopaków, którzy bardziej ucierpieli na misji, Nicholas postanowił przerwać swoją pracę w barze chociażby na te paręnaście minut, by porozmawiać z chłopakami. Pendrive'a nie przeglądał, ale zrobił kopię zapasową na wszelki wypadek. Urządzenie mając przy sobie. Będzie miał więcej czasu, przejrzy te dane.
Opuścił swoje stanowisko przy ladzie i zszedł na dół, kierując się do części szpitalnej w piwnicach, skręcając do odpowiedniego pomieszczenia. Najpewniej trafiając na Colleen, która także dostała pozwolenie na odwiedziny. Wpuścił ją pierwszą i wszedł do środka za nią. Rozejrzał się, zauważając już wszystkich przytomnych, w tym siedzącą Imari przy Vincencie. Westchnął, zastanawiając się czy miała jakąś lepszą przepustkę na odwiedzanie chorych. Ale cóż. Kobiety często martwiły się o facetów, którzy idą na wojnę. Szkoda, że w jego przypadku było odwrotnie. A swoją kobietę zmuszony był trzymać w areszcie.
- Jak zdrowie Panowie?
Zapytał ogólnie spojrzenie przenosząc od Bradleya po nieznanego chłopaka, kończąc na Vincencie. Chyba tym który najbardziej ucierpiał, ale przeżył. To było najważniejsze. Że nie mieli ofiar.Colleen Marie - 2020-03-06, 21:56 Och, Boże, jak ja okropnie się nudziłam. Fakt, Nicholas zostawił otwarte drzwi do Sali, w której miałam czekać, ale to wcale jakoś bardzo nie poprawiło mojej sytuacji. Czułam się lepiej, bo nie byłam w zamknięciu, ale no wciąż… Nienawidziłam siedzenia w jednym miejscu, bez celu i powodu. Bradley gdzieś był ze mną w jednym budynku, a ja nawet nie mogłam go zobaczyć, i dotknąć, i sprawdzić, czy wszystko z nim okej, bo musiałam czekać, a pielęgniarka da mi znać, jak będę mogła odwiedzić Grey’a. Kurwa mać, no, od kiedy ja tak bardzo przestrzegałam zasad?
Nie podobało mi się to czekanie, ale przynajmniej dostałam świeże ubrania i możliwość wzięcia długiego, ciepłego prysznica. Moje spodnie z dziurą po kuli i bluza bez rękawa zostały wyrzucone, ale odzyskałam czarną koszulkę na ramiączka i znaleziono dla mnie spodnie w tym samym kolorze, trochę za duże, bo na mnie to ostatnio prawie wszystko było za duże, ale pasek wszystko naprawiał.
Odmówiłam leków przeciwbólowych, ale pozwoliłam na kolejną zmianę opatrunku i jakoś to wszystko musiało zająć mi dużo czasu, bo zdążyłam jedynie przeczytać dwie gazety, które wcześniej podrzuciła mi pielęgniarka, gdy w końcu dostałam informację, że mogę odwiedzić Bradley’a. W korytarzu wpadłam na Nicholasa, którego obdarzyłam trochę szczerszym uśmiechem niż podczas naszej poprzedniej rozmowy i już po chwili oboje byliśmy w Sali, w której znajdował się Brad, Vincent, ten cały Joker i jakaś blond typiarka. No jasne, kurwa, co jest? Ona mogła ich odwiedzać, a ja musiałam czekać na specjalne pozwolenie?
Ignorując całą resztę zgromadzonych, najzwyczajniej w świecie podeszłam do łóżka Grey’a, mocą sobie nawet krzesło przysuwając i siadając na nim, mężczyznę łapiąc za jedną z dłoni, splatając nasze palce ze sobą.
- Hej. – powiedziałam cicho, a na mojej twarzy malował się delikatny uśmiech – Jak się czujesz? – spytałam, przyglądając mu się badawczo. Wyglądał lepiej, znacznie lepiej, ale wciąż był blady, a te wszystkie bandaże to tylko potęgowały wrażenie, że Grey nie był w swojej najlepszej, życiowej kondycji, choć przecież kiedyś widziałam go w jeszcze gorszym stanie…