To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

inne części stanu - chatka nad jeziorem

The Gifted - 2019-10-24, 19:04
Temat postu: chatka nad jeziorem

tytuł





Scott D'Amico - 2019-10-24, 23:25

Od samego rana Scott był w świetnym humorze. Wielkimi krokami zbliżała się ta ich mała wycieczka - na dwa, może trzy dni mieli wyjechać z miasta, by móc pobyć ze sobą, odpocząć od wszystkiego i wszystkich.
Spakowali się już wcześniej, więc już przed południem Scott władował wszystkie rzeczy do samochodu i ruszyli w drogę.
Wymijając kolejne samochody Pan D'Amico pomyślał, że wreszcie czuje się... Jak ktoś normalny. Po prostu wynajął jakiś domek na odludziu i zabiera tam swoją dziewczynę - czy nie tak robią normalni faceci? Można chyba nawet śmiało stwierdzić, że to dość romantyczne, huh?
Czas w samochodzie minął im na luźnych pogawędkach, po drodze zatrzymali się na obiad i późnym popołudniem dotarli na miejsce.
Scott celowo wybrał drogę tak, by przejeżdżali jak najmniej uczęszczanymi drogami, sam wybór miejsca również był przemyślany, choć jej o tym nie mówił. Przecież... Wciąż ktoś mógł go szukać.
Miał tylko nadzieję, że nie zwróci na to uwagi - tak jak i na to, że zaparkował spory kawałek od domku i ukrył samochód w lesie nieopodal. Wytłumaczył jej to chęcią drobnego spaceru.
Dotarli na miejsce - za pomocą kluczy otworzył domek by wpuścić ją do środka.
Sam cofnął się po resztę rzeczy, których nie dał rady wziąć ze sobą 'na raz'.
Wrócił po niespełna dziesięciu minutach i rzucił torby na podłogę.
Uśmiechnął się do niej szeroko i odwrócił plecami, by oprzeć się o framugę otwartych drzwi.
Rozejrzał się po okolicy i głęboko wciągnął powietrze do płuc.
- Mógłbym tu zostać na zawsze, wiesz? - powiedział, po czym odwrócił się do niej i złapał ją za dłoń.
- Chodź. Później się rozpakujemy. - na całe szczęście nie mieli tego wiele... No dobra, on nie miał wiele. Caroline była jaka była, ale wciąż pozostawała kobietą, więc ilość rzeczy, które ze sobą zabrała, huh... Nie zamierzał tego jednak komentować mając świadomość tego, że wkraczając na takie tematy stąpa po bardzo cienkim lodzie.
Wyciągnął ją na zewnątrz i poprowadził w kierunku jeziora. Stanęli na jego brzegu, a Scott po prostu objął ją w pasie i złożył pocałunek na jej ustach.
Czuł się... Szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy - był w pięknym miejscu z najwspanialszą kobietą na świecie, zupełnie jakby znalazł się w raju i słowo daje - biada temu kto spróbuje im przeszkodzić w tej sielance...

Caroline McCoy - 2019-10-26, 23:48

// koniec kwietnia


Dałam się porwać.
Nie raz przecież rozmawialiśmy o wizji spędzenia swojego życia na kompletnym odludziu, z dala od niebezpieczeństw i wojny, z dala od wszystkiego, co było złe. Czy więc bardzo grzeszyłam, tak ciesząc się na ten wyjazd?
To mógł być przedsmak tego, co mogło na nas czekać. Znaczy... Jasne, nie wynajęliśmy najpiękniejszej willi przy najbardziej obleganych jeziorach - co z resztą było praktycznie niemożliwe w naszym stanie przy obecnej sytuacji politycznej. Na dobrą sprawę - to miejsce nawet nie było wynajęte legalnie. Ale przez ten krótki czas... Mogło być nasze.
Dałam się porwać. Wsiadłam z nim w samochód, odjeżdżając w nieznane. Na dobrą sprawę nawet nie wiedziałam, jak daleko zamierzamy odjechać, ale wizja ucieczki była teraz tak kusząca...
Powietrze niosło za sobą zapach drzew i mchu, miękka trawa rosnąca pod naszymi nogami dawała dziwną ulgę. Ulgę, której naprawdę potrzebowałam po wszystkich minionych wydarzeniach.
Gdy Scott cofnął się po nasze torby - ja zajęłam się przyglądaniu temu miejscu. Nie było tu wielu pokoi, kamienne ściany i drewniana, skrzypiąca podłoga nadawała temu miejscu rustykalnego wyglądu, a kominek tylko czekał, aż napalimy w nim chłodnym wieczorem. Co prawda - nie mogliśmy tu liczyć na wielkie okno z widokiem na jezioro, ale chyba... Chyba czułam się dzięki temu nieco bezpieczniej.
Zawieszając swój wzrok na starych obrazkach wiszących na ścianach kompletnie ominęłam moment, w którym mężczyzna tu wrócił. Wzdrygnęłam się, słysząc, jak torby upadają na ziemię, a jego głos niesie się po pomieszczeniu.
- Po małym remoncie... Czemu nie. - Stwierdziłam z uśmiechem na ustach, chyba odrobinę się z nim drocząc - choć co musiałam przyznać, nas własny domek wyobrażałam sobie mimo wszystko inaczej.
Nie zamierzałam jednak mu się stawiać. Dałam się pociągnąć za rękę - w swoim własnym, nieco spowolnionym tempie, wdychając na nowo powietrze do płuc. To było tutaj bardzo specyficzne - nieco wilgotne, o delikatnym zapachu rosnących nieopodal krzewów i stojącej wody. Czego nie mogłam odmówić - okolica była tu piękna i wydawała się być... Kompletnie zapomniana. Jakby wojna nigdy tu nie dotarła. Budziło to we mnie miłe wspomnienia, które przez tak wiele lat były wyparte z mojej świadomości, a to sprawiało, że byłam.... Szczęśliwa.
Z całą pewnością oddawała to moja postawa, jak i mimika. Śmiały się nie tylko moje usta, ale i oczy czy nos. Specyficzne zmarszczki zaczęły zdobić moją skórę, chyba dodając mi pewnego uroku, gdy nasze stopy przystanęły na brzegu, ledwie unikając ochlapania przez lekko poruszającą się wodę.
- Zupełnie, jakby to miejsce było oderwane od rzeczywistości... - Skomentowałam krótko, nim jego dłonie mnie objęły, a moje wargi mogły się zająć czymś innym, niż mówienie. Odwzajemniłam jego pocałunek, wtulając się w niego jeszcze bardziej. Mogłam się całkowicie oddać tej chwili i takiemu życiu - bo właśnie o takiej baśni od zawsze pragnęłam...

Scott D'Amico - 2019-10-27, 01:31

I on też. On też dał się ponieść temu wszystkiemu, pozwolił sobie zapomnieć o wszystkich problemach, postanowił się skupić tylko i wyłącznie na niej.
Domek, który udało mu się znaleźć być może nie należał do cudów architektury, nie był też pierwszej nowości, ale... Ale taki w zupełności wystarczył. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest przytulnym miejscem - nawet w takim Scott mógłby odnaleźć spokój. Przecież nie chodziło o to gdzie, a z kim, prawda?
Nawet oddychało się tutaj kompletnie inaczej, nie czuć było tego... Tego całego syfu wiszącego w powietrzu. Cisza, spokój, najwspanialsza kobieta pod słońcem... Czego chcieć więcej?
Poczuł się przez chwilę jak w raju - po prostu jak w niebie, a było to cholernie niebezpieczne, ponieważ oboje dobrze pamiętali co się wydarzyło ostatnim razem, gdy stracił czujność. Nie zamierzał popełnić takiego błędu drugi raz, więc mimo tego, że trochę 'wyluzował' - gdzieś tam z tyłu głowy wiedział, że trzeba uważać.
Wywrócił teatralnie oczami słysząc o remoncie.
- Pewnie, kupimy Ci gips, farbę i wszystko co potrzebne... - mruknął tylko cicho zanim wyciągnął ją z pomieszczenia, a potem to już przestało być ważne - wszystko przestało być, gdy ich usta się zetknęły. Zabawne - to nie był ich pierwszy pocałunek, a mimo wszystko jej wargi za każdym razem smakowały jeszcze lepiej - a przynajmniej takie odnosił wrażenie.
Trwali tak przez chwilę, aż wreszcie odsunął się od niej odrobinę i uśmiechnął się lekko.
Teraz przypominała Julie - z każdym dniem coraz bardziej ją przypominała. Uśmiechała się inaczej niż kilka dni wcześniej, jej włosy, sposób mówienia... Miała w sobie coś z nich obu.
Sięgnął do jej twarzy, by zaczesać za ucho jeden niesforny kosmyk i przyjrzał się jej dokładnie - a w jego oczach można było dostrzec... Troskę, uczucie. Nigdy nie patrzył tak na nikogo.
- Cieszę się, że wtedy przyszłaś do tego głupiego baru.

Caroline McCoy - 2019-10-27, 02:27

Spojrzałam na niego z wyraźnym niedowierzaniem. Że niby co, że ja bym miała to wszystko sama zrobić?
- O nie, nie, nie. Ktoś musiałby mi pomóc w malowaniu sufitów i kładzeniu gładzi. Nie mówiąc już o dźwiganiu tych wszystkich rzeczy! - Stwierdziłam bez chwili zastanowienia, wyliczając wszystko na własnych palcach, by w końcu spojrzeć na nieco z nieco zadziornym uśmiechem na ustach. - A do tego wszystkiego idealnie byś się nadawał! - Dodałam po chwili, pukając go moim palcem wskazującym prosto w czubek nosa, nim oboje uciekliśmy do podziwiania odbijającego się światła na tafli jeziora.
Czy... Czy sama byłam w stanie dostrzec w sobie te zmiany? Ja.. Rzeczywiście, zmieniłam nieco zawartość mojej szafy, przestałam ścinać włosy i chyba... Chyba nieco częściej przemawiała przeze mnie ta nieokrzesana nastolatka, którą niegdyś byłam.
Bo czy inaczej zgodziłabym się na wyjazd z kryminalistą do kompletnej głuszy na środku niczego, gdzie nikt nie usłyszy moich krzyków?
Ekhm. Cóż, z tym to chyba za bardzo odleciałam.
Gdy tylko nasze wargi się rozłączyły - nie mogłam przestać się w niego wpatrywać. W jego oczach widziałam blask, który tak często gdzieś mi umykał. A tu - był. Był i trwał. I czułam, jak i moje serce napawa się tym ciepłem, który ze sobą niósł.
- Ja się cieszyłam już tamtej nocy. - Odpowiedziałam, bez mrugnięcia okiem. - A dzisiaj... Cieszę się chyba jeszcze bardziej. Jeśli to nie litościwy los, to... Nie wiem, co. - Dodałam po chwili, biorąc głębszy wdech. Wierzyłam, że wszystko musi mieć jakąś przyczynę, wszystko dzieje się dla jakiegoś celu. W końcu... Gdyby nie tamten wypadek, nigdy nie wyrwano by mnie z rąk mojego ojca. Gdyby nie tamta noc w barze, nigdy nie poznalibyśmy się na nowo. Gdyby nie tamto porwanie... Może nigdy bym nie zawróciła mu tak w głowie i już po kilku spotkaniach stwierdzilibyśmy, że to nie dla nas? Gdyby nie nieszczęsna szkatułka... Nigdy nie przypomniałabym sobie, kim byłam i co nas łączyło.
Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. I ten wyjazd na pewno nie był wyjątkiem.

Scott D'Amico - 2019-10-27, 03:10

No tak. Oczywiście, że tak, cały ten remont spadłby na jego barki - taka właśnie była pomocna!
No, a tak poważnie... Wcale by mu to nie przeszkadzało.
Mógłby wyremontować tysiąc takich domków, byleby tylko móc zamieszkać z nią - z dala od wszystkiego, sami.
To jednak nie takie proste. Ta paskudna przeszłość, to wszystko co trzymało ich w tym brudnym mieście i nie pozwalało im odejść - zanim uda im się osiągnąć cel na pewno minie jeszcze sporo czasu.
Mimo wszystko... Aż chciało się wierzyć w to, że się uda.
Widział w niej wszystkie te zmiany, nawet te najsubtelniejsze mu nie umykały. Cały czas była osobą, którą pokochał niedawno, ale powoli również stawała się tą, którą pokochał tak wiele lat temu.
Cechy Caroline i Julie mieszały się, zupełnie, jakby te dwie postacie zamieszkały w jednym ciele i idealnie się uzupełniały.
I on również się zmieniał. Ten - jak to ktoś pięknie ujął wyżej - kryminalista zaszywał się coraz głębiej w nim, a Duch powoli znikał, chociaż wciąż tam był - miał coraz mniej do powiedzenia.
Wydobywała z niego te najlepsze cechy, dla niej po prostu chciał być najlepszy.
- To... Od zawsze tak miało być. Odkąd zobaczyłem Cię pierwszy raz. - wydusił z siebie drapiąc się nieco zakłopotany po głowie. Jeszcze nie do końca potrafił wyrazić w prostych słowach to co czuł - nie zawsze rozmowa była dla niego czymś łatwym.
Wypuścił ją ze swoich objęć i ponownie złapał za dłoń. Najpierw uniósł ją do ust i ucałował jej wierzch, po czym wolno ruszył przed siebie - wzdłuż brzegu jeziora.
Czuł się jak zakochany nastolatek. I był szczęśliwy. Po prostu.
Wbił spojrzenie w taflę wody.
- Chciałbym z Tobą o czymś porozmawiać, tylko nie wiem... Nie wiem czy to odpowiedni moment. Wiesz, nie chcę psuć chwili i w ogóle... - rzucił zamyślony i przystanął na moment, by złapać z nią kontakt wzrokowy. Wciągnął głębiej powietrze do płuc.
- Uważam, że powinnaś... Powinnaś umieć sama się obronić. I tu mógłbym pomóc. Wiesz, parę podstawowych rzeczy, może powinnaś zacząć nosić... broń... - ostatnie słowo wyrzucił z siebie pół - szeptem odwracając wzrok. Nie wiedział jak na to zareaguje - możliwe, że spanikuje, albo... Powie mu, że chyba zwariował. Jedno i drugie nie będzie zbyt przyjemne.

Caroline McCoy - 2019-10-27, 03:39

Oboje chyba mieliśmy problem z wyrażaniem swoich emocji - on, przez tak długie ich ukrywanie, gdzieś w swoim wnętrzu - ja, przez liczne lęki, które rosły w mojej głowie. Bałam się połowy uczuć, które powinny być dla mnie całkowicie normalne, ale teraz... Teraz mogłam je poznawać. Teraz mogłam walczyć z demonami swojej przeszłości - gdy w końcu potrafiłam je zrozumieć.
Moje serce zaczęło szybciej bić, gdy tylko usłyszałam jego słowa, gdy sama zacisnęłam swoje palce wokół jego dłoni. Lubiłam jego dotyk - nawet, jeśli jego skóra wydawała się nieraz tak gruba i szorstka - ale przecież była mi aż nazbyt znajoma.
- Pierwszy raz jako Caroline, czy pierwszy raz jako Jules? - Zapytałam, unosząc jedną brew. - Bo jeśli to drugie, to o rajciu... - Dodałam w końcu, gdy próbowałam sobie przypomnieć, jak przebiegało nasze pierwsze spotkanie. Ale to... To było niemal niemożliwe. Miałam wrażenie, że Scott był w moim życiu od samego początku - gdy bawiliśmy się na podwórku, podjadaliśmy sobie chipsy czy uciekaliśmy do pobliskiego parku po szkole, byle jak najpóźniej zjawić się w domu.
Jednego byłam pewna - nawet, jeśli całe moje dzieciństwo nie należało do normalnych... Julie miała olbrzymie szczęście, że miała tak oddanego przyjaciela.
Gdy jednak zaczęło robić się tak poważnie - sama zwątpiłam. Uśmiech szybko opuścił moją twarz, gdy próbowałam przeanalizować, o co mu właściwie chodzi. McCoy przejmowała tu kontrolę - wpadając w lekką panikę. Bo przecież "przymus rozmowy" nigdy nie niesie za sobą niczego dobrego, prawda?
- C-co się... Stało? - Zapytałam, z wymalowanym zwątpieniem na twarzy, by już po chwili - wszystkie nerwy zeszły ze mnie jak z nieszczelnej opony. Opuściłam swoją głowę, przymykając swoje oczy i opierając jedną ze swoich dłoni na jego klatce piersiowej.
- RanyboskieScottczyśTyoszalał... - Wyrzuciłam z siebie niemal na jednym wdechu, nim podniosłam swoje spojrzenie, znowu radośnie się uśmiechając.
- Nie odmówię Ci tego, że... Chyba powinnam. Masz rację. - Stwierdziłam, jeśli chodziło o samą kwestię obrony. W końcu dobrze pamiętałam jak kończyły się dla mnie ostatnie miesiące. - Nie jestem za to pewna co do tej... Broni. - Dodałam po chwili, biorąc już głębszy wdech. Ja... Ja nie byłam pewna, czy potrafiłabym pociągnąć za spust, to wydawało się takie irracjonalne i nieodpowiedzialne. Poza tym - kto by niby dał mi w ogóle licencję na broń?
No, w końcu tak łatwo było zapomnieć, że przed sobą mam już nie tylko legalne media.
- Scott, nie odwracaj ode mnie swojego wzroku. Całkowicie rozumiem Twoje zwątpienie, ale też... Wiem, na jakie życie się zdecydowałam. Nie pomaga mi ani fakt, że pracowałam dla Rządu, ani Twoja była pozycja, ale... Pokonamy to wszystko. - Zacisnęłam ponownie swoje palce, łapiąc jego dłonie. Trwała wojna, obierała zupełnie zły kierunek. A jak to mówią - cel uświęca środki.
Tym razem... Potrzebowałam jego pomocy.

Scott D'Amico - 2019-10-27, 03:54

To fakt - oboje nie byli w tym najlepsi, chociaż z dwóch różnych powodów. Wyrażanie emocji okazało się o wiele trudniejsze dla Scotta niż na przykład obicie kogoś, lub najzwyklejsze pociągnięcie za spust - choć mogłoby się wydawać, że powinno być na odwrót.
Ale taki właśnie się stał. Stał się człowiekiem, któremu skrzywdzenie kogoś innego wydaje się prostsze od powiedzenia dwóch słów kobiecie dla której jest się gotowym poświęcić wszystko. No, na szczęście czyny też odgrywały dużą rolę - przynajmniej w ten sposób mógł jej pokazać jak wiele dla niego znaczy. Dopóki nie nauczy się gadać o tym co czuje i przestanie się zachowywać jak emocjonalny niedorozwój.
- Myślę, że oba pierwsze razy były ważne. Dwa razy oszalałem na Twoim punkcie. - rzucił trochę rozbawiony, pół-żartem, pół-serio.
Tak było po prostu łatwiej - obrócić w żart pewne kwestie, by przeszły przez gardło.
Ich pierwsze spotkanie, cóż... Wszystko wydarzyło się tak szybko - momentalnie stracił dla niej głowę i myślę, że już wtedy wiedział, iż ich losy są połączone, związane. Od samego począku - odkąd poznał Caroline jakiś głos podpowiadał mu, że nie pojawiła się w jego życiu przez przypadek. To, że weszła akurat do tego baru, a nie innego. To, że zwróciła na niego uwagę... To wszystko miało jakiś cel.
Tak jak podejrzewał - na początku dziewczyna trochę się zdenerwowała, być może nawet ogarnęła ją lekka panika, na szczęście zniknęła tak szybko jak się pojawiła.
Odetchnął z ulgą słysząc jej słowa - okej, podzielała jego zdanie. To dobrze, bo szczerze mówiąc nie miał siły na przekonywanie jej do tego. Wiedział doskonale, że ich wspólne życie może okazać się bardzo burzliwe, więc... Kilka lekcji samoobrony w stylu Ducha Scotta nie zaszkodzi.
- Tamta sytuacja na diabelskim młynie, Ci ludzie... Nie mogę Ci zagwarantować, że to ostatni raz. Mogę zrobić wszystko co w mojej mocy, by tego uniknąć, ale... Zawsze znajdzie się ktoś kto będzie chciał odebrać mi szczęście. I... Nie chcę się tak strasznie o Ciebie martwić, przede wszystkim nie chce... Nie chcę Cię stracić. - powiesdział i wreszcie podniósł na nią wzrok - tak jak kazała, oczywiście miała rację - nie mógł wiecznie odwracać spojrzenia, uciekać przed nią. Musiał zrozumieć, że Caroline jest dla niego, musiał jej zaufać. Tak w stu procentach.
- Nauczę Cię kilku rzeczy. A broń... Słuchaj, lepiej ją mieć i nigdy jej nie użyć, niż potem żałować, że się jej przy sobie nie ma.

Caroline McCoy - 2019-10-28, 00:58

Może tak rzeczywiście było lepiej?
Czy jeśli oboje niekomfortowo czuliśmy się, jeśli chodziło o mówienie na głos o naszych uczuciach, to naprawdę było takie złe? Rozumieliśmy się dzięki temu - bez żadnych słów. Wiedzieliśmy że czyny i gesty z drugiej strony oddadzą wszystko dużo lepiej, niż strzępienie języka. A przynajmniej... Mogliśmy to sobie wmawiać, dopóki oboje nie dojrzeliśmy do mówienia sobie o wszystkim.
- Scott... - Mruknęłam jedynie, gdy moje policzki mocno się zaokrągliły przez ten szeroki uśmiech na moich ustach. Zabawne - nawet zaczęłam z łatwością przyjmować tak proste komplementy - bo czy inaczej można było określić jego słowa? Co prawda... Wciąż nie byłam w stanie zapanować nad tą buraczaną czerwienią oblewającą moją twarz, ale przynajmniej... Przestałam wpadać w dziwny zastój i panikę. A to z pewnością... Coś.
Już po chwili jednak przyszło mi spoważnieć. Miał rację... Nie mógł zagwarantować, że już nic złego się nie stanie. Nawet... Nawet, jeśli z jego strony w jakikolwiek, dziwny sposób mógł czekać nas spokój... Czy mogłam to samo powiedzieć o swoich problemach?
Dobrze pamiętałam słowa blondyna. Pamiętałam tę małą, która nie cofała się przed niczym. Pamiętałam szał w który wpadał Vincent. I pamiętałam, jak przed niczym nie potrafiłam się obronić.
- Rozumiem. - Wyrzuciłam z siebie w końcu, z ciężkim westchnieniem, na chwilę opuszczając swój wzrok. Mimo wszystko... To nie była dla mnie łatwa decyzja, nigdy nie chciałam trzymać w ręku prawdziwej dłoni. Dotąd wychodziłam z założenia, że mój umysł był moim największym atutem i sposobem na obronę. Ale czy wciąż mogłam w to wierzyć, skoro nawet do końca nie wiedziałam, kim byłam?
- Najpierw podstawy, potem broń. - Stwierdziłam w końcu z determinacją, patrząc z dołu prosto w jego ślepia. - Naucz mnie, jak mogę się wyrwać i uciec. Wtedy będziemy mogli porozmawiać o bardziej... Bezpośrednich metodach.

Scott D'Amico - 2019-10-28, 01:26

Nawet milcząc można przekazać wszystkie uczucia. Wystarczy jedno spojrzenie, jeden prosty ruch. To, jak na nią patrzył rano, to, że nie mógł powstrzymać się przed przytuleniem jej do siebie, gdy tylko przechodziła obok. Najprostsze miłe gesty, jak przyniesienie jej śniadania do łóżka, otwieranie przed nią drzwi, lub podawanie dłoni, gdy wysiada z samochodu, z autobusu.
Traktował ją jak księżniczkę - a przynajmniej starał się to robić i wcale nie było to zachowanie wyuczone, to po prostu przychodziło naturalnie. Dlatego słowa czasem bywały zbędne.
Po raz kolejny otrzymał największą nagrodę - dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, a on odpowiedział dokładnie tym samym.
Oczywiście jego uwadze nie umknęło to, że już nie panikuje za każdym razem, gdy powie jej coś miłego. To dobrze, przynajmniej ten etap mieli za sobą i wreszcie mógł od czasu do czasu rzucić jakimś komplementem - bez zasypywania ją nimi, no bo hej... Małymi krokami, nie?
Przyjemniejsze tematy jednak dość szybko odeszły w zapomnienie, by na moment nasza kochana parka wróciła do szarej rzeczywistości.
Żyli w niebezpiecznych czasach - oboje doskonale o tym wiedzieli, niestety oboje wciąż byli zagrożeni. Jeśli chodzi o Caroline... Cóż, jej przeszłość mogła zagwarantować jej moc atrakcji, a i to, że związała się akurat z nim mogło postawić ją w różnych sytuacjach.
Dlatego tak - po prostu musiała wiedzieć jak o siebie zadbać, a to była jego rola.
Chciałby być przy niej zawsze - jasne, że tak, jego obowiązkiem było ją bronić przed wszystkim i przed wszystkimi, ale jeśli okazałoby się, że akurat nie ma go obok... Lekcje, których zamierzał jej udzielić z pewnością się przydadzą.
- No dobrze. Po pierwsze... Najważniejsze jest to, co dzieje się w głowie. - mówiąc o tym popukał się palcem wskazującym dwa razy w skroń. Przyjrzał jej się dokładnie, w głowie już analizował w jaki sposób najlepiej mogłaby się obronić przed - na pewno w większości przypadków właśnie na takich trafi - większymi od siebie.
- Nie możesz panikować. Przez to tlen nie dociera do mózgu i opadasz z sił. Kilka głębokich oddechów powinno unormować Twój stan i sprawić, że dasz radę. W miarę możliwości postaraj się zachować spokój. - powiedział zbliżając się do niej, po czym złapał ją za dłoń i obrócił plecami do siebie. Nagle mocno owinął swoje ręce wokół niej unieruchamiając dziewczynę.
- Najniebezpieczniejsza pozycja to właśnie taka. Gdy ktoś próbuje złapać Cię w ten sposób. I tutaj masz dwa wyjścia. Ja jestem od Ciebie dużo wyższy, dlatego najlepiej będzie wykorzystać mój środek ciężkości. Robisz gwałtowny skłon i łapiesz mnie za kostkę nogi, która jest wykroczną. Możesz też mocno nadepnąć na stopę przeciwnika, a jeśli to nie sprawi, że się odsunie najlepiej poprawić łokciem w splot słoneczny. - prosto, szybko i przyjemnie.

Caroline McCoy - 2019-10-28, 01:53

A mi wcale nie przeszkadzało, gdy byłam traktowana jak księżniczka.
Przynajmniej nie, jeśli kończyło się na gestach i miłych uczynkach, które mogłam docenić, zamiast nazywania mnie królewną, w ten... Obrzydliwy sposób.
Z łatwością więc przyjmowałam postawę mężczyzny - gdzie po prostu czułam się wyjątkowa, jednocześnie - nie będąc zmuszaną do niczego.
"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą." Miałam wrażenie, że i u nas się to sprawdzało - choć przecież nigdy wprost nie powiedzieliśmy sobie, co nas łączy. Ale chyba mimo tego... Dobrze to wiedzieliśmy.
Mimo wszystko jednak - przyglądałam mu się z uwagą i już na tym etapie... Wiedziałam, że to będzie trudniejsze, niż mi się wydaje.
- Łatwo Ci powiedzieć. - Skomentowałam to krótko, nieco naburmuszona. Przecież doskonale wiedział, jak radzę sobie z atakami paniki - czyli wcale. Nie zdążyłam się jednak tym wystarczająco przejąć, bo już wtedy mnie złapał - w ten mało przyjemny, i chyba... Nieco bolesny sposób? Pisnęłam mimowolnie, gdy gwałtownie mnie obrócił, niemal uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. Co najgorsze - chyba naprawdę zaczęłam panikować.
Mój oddech nieco przyspieszył i stanęłam na palcach - jakby to miało mi jakkolwiek pomóc. Sam jednak fakt, że znalazłam się właśnie z D'Amico w tej sytuacji, jak i to, że widziałam, iż czeka na jakąkolwiek reakcję z mojej strony pomogło mi zastosować się do jego wskazówek.
Jeden, dwa, trzy...
Liczyłam powoli, starając się opanować swój oddech, a gdy w końcu mi się to udało...
Schyliłam się, tak jak sam mi nakazał. Nie było to wcale tak łatwe, jak mogło się wydawać, mimo, że prawdopodobnie nie wkładał w to całej swojej siły. Ale z drugiej strony... Ja też nie byłam w pełni swoich sił, a uszkodzona noga skutecznie utrzymywała mnie w trzeźwości, ilekroć za mocno opierałam na niej swój ciężar.
Tylko... Czy to w sumie cokolwiek dało?

Scott D'Amico - 2019-10-28, 02:07

Oczywiście, że nie - nigdy w życiu nie zamierzał jej do niczego zmuszać, jak mógłby to zrobić?
Nie miał pojęcia co tak naprawdę działo się w jej domu, kiedy był mały nie rozumiał tego wszystkiego, ale... Dorósł. W tej chwili był dojrzałym facetem i naprawdę nie jedno w swoim życiu widział. Mógł się domyślać co robił jej ojciec, chociaż nie spodziewał się do jakiego stopnia się posunął.
Wiedział jednak na pewno, że za każdym razem, gdy dostawał zlecenie na człowieka, który źle traktował swoje dzieci jakaś część jego duszy... Radowała się. Zupełnie jakby za każdym razem mścił się na ojcu Julie - i między innymi w ten sposób coraz bardziej zatracał się w mroku.
To prawda - nigdy nie powiedzieli sobie co do siebie czują, te słowa nigdy nie zostały wypowiedziane, ale oboje wiedzieli. Po prostu wiedzieli.
Kochał ją jak nigdy nikogo wcześniej, przy niej jego serce wariowało, miało ochotę wyrwać się z piersi.
Przy niej dopiero odnajdywał prawdziwego siebie i z pewnością kiedyś zbierze odwagę na to, by jej o tym wszystkim powiedzieć - kiedyś na pewno.
Ten uchwyt w którym się znalazła taki właśnie miał być - mało przyjemny, brutalny, gwałtowny.
Napastnik przecież zachowa się dokładnie w taki sam sposób, chociaż... Nie, nawet gorzej - on mimo wszystko nie potrafił wobec niej wykorzystać całej swojej siły, choć pewnie powinien, by pokazać jej jak może być źle. Oby to wystarczyło.
Och, no pewnie, że to coś dało.
Scott wyrżnął jak długi za jej plecami... Dając jej czas na ucieczkę.
Parsknął krótkim śmiechem, gdy tak na nią patrzył z dołu. Rozbawiła go cała ta sytuacja, nie spodziewał się, że kiedykolwiek Caroline posunie się do czegoś takiego. Nawet jeśli to tylko drobny trening, czy jak to tam nazwać.
- Dobrze. Świetnie. Tylko, że już powinnaś być ode mnie dużo dalej, bo inaczej zdążę... - nie dokończył nawet zdania, sięgnął ją swoją nogą powyżej kolana i pociągnął w taki sposób, że przewróciła się prosto... Na niego.
Zaśmiał się cicho i tak trochę nawet przytulił ją do siebie.
- No, oczywiście napastnik raczej nie zachowa się w taki sposób, bo oni raczej nie pałają do Ciebie... No... Takim, ehm. Uczuci... No, nie traktują Cię tak jak ja... - i pierwszy raz przy niej to on zrobił się czerwony jak cegła, ale równie szybko jak ten kolorek pojawił się na jego twarzy - tak szybko zniknął.

Caroline McCoy - 2019-10-28, 02:39

Czy ja się podejrzewałam o to, że kiedykolwiek coś takiego zrobię?
Nie...
Ale też nigdy nie sądziłam, że moje życie będzie mogło wisieć na włosku. Nie sądziłam, że mogę stać się celem, że komuś może zależeć na zrobieniu mi krzywdy. A przecież... Przecież dopiero w takich chwilach człowiek odkrywa, do czego jest naprawdę zdolny. Ja przez te miesiące zdążyłam poznać tę mroczną wersję siebie - gdzie pragnęłam śmierci, nie tylko swojej, ale i... Mutantów.
A jednak - ze Scottem było inaczej. Mimo mojej niechęci do całego tego gatunku nadludzi - nie potrafiłam go znienawidzić, choć tak często w nim widziałam prosty łup dla swej dalszej kariery. Ale... Chyba nawet nie byłam w stanie zrobić tego, co siedziało gdzieś na dnie mojej podświadomości.
Nie jemu.
Mimo więc, że mogło się to kłócić z tym, w co wierzyłam do tej pory - on miał rację. Musiałam przejść tę granicę i znaleźć w sobie siłę, by umieć się obronić. No, a przy okazji - miałam całkiem niezłego nauczyciela.
Mimo, że cała ta sytuacja była pod jego kontrolą i zapewne potoczyła się dokładnie tak, jak on to sobie wyobrażał - ja spanikowałam, gdy tylko usłyszałam huk upadania jego ciała na trawę. Niemal jednym ruchem się odwróciłam, podnosząc swoje dłonie do ust, nie mogąc powstrzymać szoku.
- Rany, Scott, ja przepraszam! - Zaczęłam, nim ten rozpoczął swój monolog, przez co... Stałam się dla niego wyjątkowo łatwym celem. - Dalej? - Zapytałam jeszcze bardziej zdezorientowana, już zabierając palce sprzed własnego nosa i marszcząc brwi na swoim czole, gdy... To ja poczułam następny cios.
- Aaa! - Wrzasnęłam jak głupia, czując, jak nogi się przede mną uginają, a ciało zaczęło niekontrolowanie opadać - głównie z tego powodu, że nie miałam gdzie postawić nogi, by samej utrzymać równowagę, jednocześnie nie depcząc po brunecie. Już po chwili wylądowałam całym swoim ciężarem na jego ciele, czując już nie agresywne, a zwykłe, ciepłe objęcia, broniące mnie przez paskudnymi plamami z trawy na mojej jasnej bluzie.
Chwilę mi zajęło, nim otworzyłam oczy, sprawdzając, czy mój nos nie zmienił nieco położenia, a jego zęby są wciąż na miejscu - nie wybite przez moje czoło. Słysząc jednak ten śmiech a po chwili - jakby nie patrzeć - czułe słowa... Nie mogłam nie szukać jego spojrzenia.
Wiedziałam, co chciał powiedzieć, ale sama... Też nie mogłam w sobie znaleźć wystarczająco odwagi, by go w tym wyręczyć. Zamiast tego sama zaczęłam się uśmiechać jak trzpiotka, również zalewając się gorącą czerwienią na twarzy.
- Dobrze więc, że dzisiaj to Ty mnie porwałeś. - Stwierdziłam pół żartem, choć nie byłam do końca pewna, czy to był odpowiedni do tego temat. Ale mimo wszystko... Byliśmy przecież teraz na tej cienkiej granicy, gdzie każdy niebezpieczny temat mógł wydać się... Całkiem w porządku. - Tylko następnym razem daruj mojej nodze, hm? - Zaproponowałam, unosząc jedną brew. Wiedziałam, że chciał dobrze, ale... Mógłby chociaż dostosować, ekhem, trening do mojej aktualnej sytuacji psychofizycznej.
Ale może... Mogłam to jeszcze wykorzystać?

Scott D'Amico - 2019-10-30, 01:32

Hmm. Zabawne, jak z sekundy na sekundę wszystko potrafi się popsuć, co?
Jeszcze nie dawno wszystko w jej życiu było... No, po prostu było normalnie - miała ciepłą rządową posadkę, kroiła ludzi ku chwale rządu, a teraz? Teraz na nią polowali, spotykała się z kryminalistą, dowiedziała się, że tak naprawdę jest inną osobą... Cholera, dość sporo jak na taką małą główkę.
A jednak potrafiła się jakoś odnaleźć w tym wszystkim i nie utraciła tego... Tego dobra, które w niej tkwiło.
I to właśnie Scott uwielbiał. Spokój, który przy niej czuł.
Najważniejsze, że zrozumiała, iż te kilka lekcji samoobrony naprawdę może jej się przydać.
Obawiał się tylko, że przy jakiejkolwiek sytuacji zagrożenia życia Caroline może po prostu... No, spanikować. Musiał w jakiś sposób nauczyć ją jak opanować nerwy, zachować zimną krew...
Huh. Tylko, że sam nie potrafił jej zachować, gdy tak na nim leżała.
Mimo tego, że od jakiegoś czasu tak naprawdę zachowywali się jak rasowa para... Rzadko bywali aż tak blisko siebie.
Scott wiedział, że to drażliwy temat, więc nic jej nie narzucał - był cierpliwy, cholera... Wiedział o tym, co robił jej ojciec. A przynajmniej o części i... Nie chciał, by kiedykolwiek poczuła do niego wstręt.
- Mogę Cię porywać częściej? - odparł puszczając jej oczko i zaśmiał się cicho.
O matko, jak on by tego chciał - porywać ją często, zabierać z daleka od miasta w którym mieszkali i mieć ją tylko i wyłącznie dla siebie. Najlepiej w takich właśnie miejscach - pozbawionych tłumów, zgiełku, tego całego syfu.
Szkoda tylko, że to nie takie proste.
- Hmm. Przemyślę to. Z drugiej strony... Przeciwnik może pozbawić Cię wszystkiego. Wzroku, słuchu, rąk, nóg... A Ty i tak musisz być w stanie dalej walczyć. I wygrać. - powiedział i trochę spoważniał.
On właśnie tak się uczył - kiedyś usłyszał od kogoś dokładnie te same słowa.
Przytulił ją mocniej do siebie.
- Ja... Nie chciałbym, żeby te lekcje kiedykolwiek Ci się przydały. - powiedział po chwili zastanowienia cichym głosem.
To takie 'martwię się o Ciebie' w wydaniu Scotta.

Caroline McCoy - 2019-10-31, 00:57

Jak dobrze, że to pozory kształtują nasz obraz w głowach innych ludzi.
Czy potrafiłam się odnaleźć w swojej obecnej sytuacji? Nie, nie powiedziałabym. Brakowało mi pracy, ale byłam świadoma, że... Nie byłabym w stanie jej wykonywać, nie w moim obecnym stanie. I bynajmniej chodziło tu o stan psychiczny.
Czy się dobrze trzymałam?
Nie. I Scott też doskonale to wiedział - widząc każdą z moich reakcji, po koszmarach, które nawiedzały mnie każdej nocy. Wydaje mi się, że chyba... Chyba mógł przez nie wiedzieć nawet więcej, niż bym chciała, niż byłam gotowa omówić.
Ja... Po prostu miewałam dobre dni. A o te było duże łatwiej, gdy miał kto Ci zaprzątać myśli przez większość godzin - swoją osobą, swoją innością, swoim... Byciem.
Za dnia potrafiłam patrzeć na świat inaczej, jakbym znów zyskała te dziecięce oczy, których tak brutalnie byłam pozbawiona. Mogłam na nowo odnaleźć radość w prostych, codziennych zajęciach - właśnie dlatego, że w końcu wiedziałam, kim kiedyś byłam. Kto mnie ukształtował.
W końcu znalazłam brakujące elementy układanki, które... Pozwalały mi na nowo się pokochać.
- Tylko pod warunkiem, że zaklepiesz sobie termin z tygodniowym wyprzedzeniem. Wiesz, mam taki napięty grafik... - Próbowałam przez chwilę utrzymać pełną powagę na twarzy (w końcu rzeczywiście nie znosiłam niespodzianek, i wolałam mieć wszystko z góry zaplanowane), ale w końcu... I mnie dopadł ten niekontrolowany chichot. Co ciekawe... Zdawało się, jakbym teraz, w tej krótkiej chwili całkowicie zignorowała sytuację, w której się znaleźliśmy. To wszystko... Wydawało się dziwnie naturalne.
No a poza tym - nie miałam zamiaru brudzić swojej bluzy tymi paskudnymi, niespieralnymi plamami po trawie!
Słysząc jednak jego olejne słowa, przechyliłam lekko swoją głowę, jednocześnie posyłając mu spojrzenie pt. "chyba sobie koleś żartujesz".
- Z trzeciej strony, gdy jestem nie w pełni sprawna, i tak nie będę w stanie całkowicie wyćwiczyć wszystkiego, co chciałbyś mi pokazać. Tym bardziej - jednego dnia. - Stwierdziłam już z wyczuwalną powagą w głosie. Rozumiałam jego stanowisko. Wiedziałam, że się martwi. Ale... Przecież on nie mógł stać się powodem, przez który jeszcze dłużej będę skazana na stabilizator, prawda?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group