downtown - Kościół
The Gifted - 2017-11-21, 20:45 Temat postu: Kościół
Gabriel Belmont - 2018-01-17, 13:47
Nie był i zapewne nigdy nie będzie wierzący. A jednak w kościołach zawsze było tak… spokojnie, panowała taka dziwna atmosfera, której nie był w stanie wyjaśnić, a która strasznie mu się podobała. No i jeszcze fakt, że kościoły zwykle były dziełami architektury, to również pozytywnie wpływało na odczucia z nimi związane. Jednak, jak było wcześniej wspomniane, osobą wierzącą nie był, w kościele również… nie bywał zbyt często. Nie znał zasad w nich panujących, a także niespecjalnie się zamierzał nimi przejmować.
Niemniej musiał wyjść z bazy, musiał na chwilę, chociaż opuścić siedzibę Bractwa. Czemu? Jakby wiedział, to zapewne nie szukałby odpowiedzi w barze, a potem zalany w sztok nie udałby się do kościoła.
Dziwna atmosfera tego miejsca zdecydowanie sprzyjała rozmyślaniom, a fakt, że w kościele nikogo nie było poza nim, to mógł sobie pozwolić na pewne rzeczy. Chociażby na głębokie przemyślenia na temat własnego istnienia połączone z wylegiwaniem się na jednej z ławek.
Leżał na plecach, z ręką na oczach. Wcześniej podziwiał fresk, ale kiedy postacie zaczęły się poruszać, doszedł do wniosku, że coś jest nie tak.
-There must be some kind of way outta here
Said the joker to the thief
There's too much confusion
I can't get no relief... – zawył śpiewnie, by potem spaść z ławy, na której się rozłożył. -Tu gdzieś muszą być organy – stwierdził odkrywczo, podnosząc się z ziemi. Rozejrzał się dookoła.
Bradley Grey - 2018-01-17, 23:31
Brad również nie był wierzący. Ciężko wielbić jakąś wyższą siłę, kiedy tyle zła jest na świecie. Jeśli Bóg istniałby naprawdę, to czy nie powinien jakoś dbać o swoje dzieci? Pielęgnować je albo chociaż nie pozwalać na tyle zła i tortury? Tyle nienawiści względem mutantów?
Jeśli tak jak mówią Bóg jest miłosierny, to na pewno nie siedziałby z założonymi rękoma patrząc na wszystkie te krzywdy. Dlatego śmiało można nazwać go ateistą. Ale nie z tych co to głośno narzekają i krytykują. Po prostu miał swoje zdanie, w rozmowie mógł się na ten temat wypowiedzieć, ale żeby jakoś nagminnie do tego wracać to nie. Dlatego też nie było dla niego większym problemem, żeby wejść do kościoła. A dlaczego to zrobił? Kto wie, może słyszał, że ktoś tam śpiewa? Może kogoś szukał albo po prostu szukał spokojnego miejsca, gdzie będzie mógł odpocząć. Wszedł do świątyni i jego oczom ukazał się kumpel - sanitariusz. Wiele razy uratował mu tyłek, więc uśmiechnął się na jego widok i wszedł głębiej do pomieszczenia.
- Siema Gabriel. Co ty tu robisz? - zapytał niepewny, przyglądając się koledze. Domyślił się już, że to on wydawał dźwięki, które potencjalnie mogły go tu sprowadzić. Rozejrzał się po kościele i musiał przyznać, że wnętrze było surowe, ale jakieś takie... no napawało pewnego rodzaju szacunkiem. Nie mógłby w tym miejscu zrobić coś złego albo obraźliwego dla tej religii. W końcu gdy idziesz w gości to nawet jak kogoś nie lubisz to nie robisz kupy na środku pokoju, prawda? Podobne zasady panują chyba tutaj.
Gabriel Belmont - 2018-01-18, 00:38
Bóg… dla każdego ma wymyślony jakiś plan. A także poddaje wiernych próbie, tak by w ten sposób sprawdzić, czy godni są oni zamieszkania w jego domu. Przynajmniej tak to całe okrucieństwo tłumaczyli księża i wszystkie inne osoby działające z „polecenia” Boga.
No na gospel to nie brzmiało, pieśń kościelną tym bardziej. Zresztą anielskie imię pana Belmonta nie miało nic wspólnego z jego charakterem, co więcej chyba mniej dziwnie by było, gdyby miał na imię Lucyfer, Abaddon albo chociażby Samuel tudzież Azazel. Te imiona znacznie lepiej oddawałyby jego charakter, a także dość upiorną naturę jego zdolności. Choć przyznać trzeba, że niezależnie od tego, jak upiorna była władza nad posoką krążącą w żyłach i tętnicach każdej żywej istoty, była ona w stanie zrobić wiele dobrego. W końcu niejedno życie za pomocą tej zdolności uratował.
Zbierając się – cokolwiek niezgrabnie – z podłogi nucił „Sinnermana” od Niny Simone. I chociaż nigdy się w tym nie szkolił, ani nawet nie pomyślał o obraniu takiej drogi rozwoju, to miewał takie momenty, gdy brzmiał jak profesjonalny śpiewak. Alkohol tylko mu w tym pomagał. Oparł się o ławę, wyciągając spod niej swoją torbę, a z niej butelkę bursztynowego alkoholu, zanim jednak pociągnął z niej łyka, usłyszał głos – cudem przebił się przez jego pomruko-śpiew.
Rozejrzał się i zobaczył Bradleya. Uśmiechnął się do niego wesoło.
-Dudley! – Rzucił wesoło. By potem zmarszczyć brwi. -Czy może… Bardd… ey? Cokolwiek, co robię? Organów szukam… ale nie tych z człowieka, tych wiesz – wykonał taki ruch, jedną ręką, jakby grał na fortepianie. -Jak je dopadnę, to zagram… właśnie co? O! Ten kawałek od Metallica. Wiesz… o niewybaczaniu czy jakoś tak. A może o grzeszniku – zakończył wywód pociągnięciem z butelki.
|
|
|