To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

T. Verhoeven - #1 |20.01.2019|

Maysilee Griffith - 2019-03-09, 22:32
Temat postu: #1 |20.01.2019|
|20.01.2019, późny wieczór

Być może ktoś wyjątkowo inteligentny i obyty w świecie spojrzałby na nią z politowaniem, w zażenowaniu wywracając przy tym oczami, by już po chwili stwierdzić, że przecież należało się tego spodziewać, ale... Cóż, tak się składało, że nie miała okazji, by odbyć teraz podobną rozmowę. Nie pierwszą i nie ostatnią zresztą, odkąd zaczęła zadawać się z ludźmi, którzy zdawali się być ekspertami w jej życiu. Najwyraźniej większymi od samej Maysilee, która raz po raz przyłapywała się na popełnianiu nowych, uaktualnionych wersji dokładnie tych samych błędów, o jakich przysięgała sobie pamiętać.
Tym razem było dokładnie tak samo, choć... Może jednak odrobinę gorzej? Nie miała w końcu przy sobie nikogo, kto zaciągnąłby ją do pierwszego z brzegu magazynu, wyważając przy tym drzwi kopniakiem i sprawiając wrażenie, jakby totalnie go to nie obeszło. Nie miała kogoś, kto przypomniałby jej o głębokim oddychaniu, powstrzymując ją jakoś przed hyperwentylacją. Kogoś, kto może sam nie miał się zbyt dobrze, ale nawet dzięki twardemu, zdecydowanemu wyglądowi pokrętnie kojarzył się z bezpieczeństwem.
I nawet jeśli należała do tego niepoprawnego rodzaju ludzi, którzy byli w stanie wmówić sobie nawet największe bujdy, byleby tylko znaleźć w życiu jakiś pozytyw... Nie sądziła, by tym razem mogła ponownie natrafić na Dale'a. Prawdopodobnie już zbyt mocno wykorzystała przydziałowy pakiet szczęścia, raz po raz wychodząc z kolejnych tarapatów, w które stanowczo zbyt łatwo się pakowała. A przecież naprawdę uważała!
Przynajmniej do czasu, gdy wyjątkowo niepożądany widok zbliżającego się patrolu D.O.G.S. nie sprowadził Maisie na ziemię. Choć gdzieniegdzie wciąż funkcjonowały dłużej działające sklepiki, których właściciele raz po raz narażali się na kolejne nieprzyjemności, rząd nadal utrzymywał godzinę policyjną, wręcz nasilając swoje działania po wydarzeniach w getcie.
Dwudziesta druga minęła niespełna pół godziny temu, zaś ona nadal znajdowała się na zewnątrz, kompletnie zapominając o zegarku, który przecież wisiał na łańcuszku na jej szyi. O ironio, tak bardzo starając się zadbać o wszystko dookoła, pominęła jedną z najważniejszych rzeczy... Mając zaledwie cień szansy, by usunąć się z widoku, ale wręcz spektakularnie ją marnując, gdy jedna z jej toreb przypadkowo uderzyła o gigantyczny, metalowy kontener na śmieci.
Maysilee zwyczajnie spanikowała... W jednej chwili po prostu przestała myśleć, posyłając przelotne spojrzenie w kierunku nieco oddalonych mężczyzn w mundurach, a następnie puszczając torby z zakupami na ziemię i rzucając się pędem w przeciwnym kierunku.
Oczywiście, że zwrócili na nią uwagę...
Oczywiście, że podjęli pościg...
Oczywiście, że teoretycznie mieli większe szanse...

Ale to był jej teren, nawet jeśli nie bywała tu już zbyt często. Wciąż znała większość zakamarków, mając też w pamięci jeden szczególny budynek, w którym - jak dobrze kojarzyła - mogła się skryć. Teoretycznie widywała go głównie z zewnątrz, tylko raz czy dwa będąc w środku, jednak nie miało to większego znaczenia. Nie w takiej sytuacji.
Sama nie do końca wiedziała, kiedy dopadła do drzwi wejściowych - całe szczęście - uchylonych przez źle ułożoną gumową wycieraczkę. Z sercem i płucami w gardle, skopała ją gdzieś na bok, byleby tylko nie ułatwić rządowcom wtargnięcia do środka. Być może byłoby to nawet przyzwoitym przejawem powrotu zdrowego rozsądku, gdyby nie fakt, iż panika nadal nią władała, a ona w żadnym wypadku nie była w stanie powiedzieć, gdzie powinna teraz pójść.
Pierwsze, drugie czy trzecie przypadkowe drzwi pchnięte ręką nic nie dały. Kolejne wysokie schody wyglądały zdecydowanie mniej kusząco, nawet jeśli mogłaby pomyśleć o dachu z kominami. Wiedziała, że nie miała zbyt wiele czasu, więc po prostu wybrała. Najwyżej miała tego potem pożałować...
Pukając do pierwszego z brzegu mieszkania, odczekała chwilę, nasłuchując i licząc na to, że być może ktoś miły postanowi zwyczajnie jej otworzyć. Do jej uszu nie dotarł jednak nawet najcichszy szmer, więc... Cóż, postanowiła zrobić sobie tę przyjemność, z nieznacznym zawahaniem dopuszczając się wtargnięcia. To była jedyna możliwa opcja, a ona niespecjalnie jej żałowała. Przynajmniej do czasu usłyszenia charakterystycznego kliknięcia w zamku i pchnięcia drzwi, za którymi powitała ją ciemność...
Nic nie mogło być gorsze od D.O.G.S., tak? Na pewno nie jak najcichsze wsunięcie się do pustego mieszkania i wyjrzenie na korytarz przez pozostawioną szparę. Zawsze mogła zostać tu tylko przez chwilkę, zaledwie momencik...

Theseus Verhoeven - 2019-03-09, 23:37

Półmrok przesłaniający pokój był wyjątkowo kojący dla jego oczu, o ile można tak nazwać również wpatrywanie się w monitor komputera ósmą godzinę z rzędu, bez chociażby jednej, małej przerwy na siku. O ile jego ekrany były ustawione na jak najlepsze wyświetlanie w trakcie mrocznych, wieczornych posiedzeń, tak na pewno taki okres przesiadywania niczym zombie przed wyświetlaczem nie było dobre dla jego gałek. Niejednokrotnie mógłby otrzymywać upomnienia pokroju kup sobie okulary, nawet zerówki, ale nie dostawał. Bo nie miał od kogo. To był plus jego obecnego życia. Cisza, spokój i brak jakichkolwiek ingerencji w jego jestestwo. Nie było nikogo kto by nad nim ślęczał, ściągał mu sen z powiek czy też stwarzał poczucie zagrożenia. Od tygodnia nie wychodził z domu i doskonale sobie radził, a to nie był nawet jego rekord. W końcu w dobie wszechobecnego wokół Internetu nie było problemem załatwić różnorakich spraw nie ruszając nawet tyłka z siedzenia wygodnego krzesła za kupę dolarów. Nawet jedzenie dostarczane było przez bardzo sympatyczną doręczycielkę z tej samej knajpy, każdego dnia. O ile pamiętał, aby odebrać je z wycieraczki, nie mówiąc już o zjedzeniu.
Całe to jego przesiadywanie w jednym miejscu i nieodrywanie się od sprzętu wcale nie oznaczało, że w mieszkaniu panował nieład czy też jak to określa się trywialnie – bałagan. Wręcz przeciwnie, wszędzie było aż zadziwiająco czysto, a dopatrzeć się można było jedynie gdzieniegdzie opadającej warstwy kurzu, którą zapomniał oczyścić. Jak miałby być szczery, to połowa sprzętu w kuchni nawet nie wymagała jakiegokolwiek czyszczenia, bo nigdy go nie używał. Stał, bo stał, bo taka opcja była dostępna w obecnym wynajmie. Sam Ver nie potrafił przecież gotować, nawet zrobienie sobie herbaty wymagało od niego skupienia uwagi i próby niezapomnienia o tym, że w ogóle wstawił wodę w czajniku. Dał sobie spokój z umiejętnościami gastronomicznymi jakieś dziesięć lat temu, gdy kolejny garnek chcąc nie chcąc, spalony do cna wylądował w kontenerze na śmieci w asyście próby wyłączenia alarmu przeciwpożarowego. Taka historia. Poza tym mało jadł. Ekonomia przede wszystkim.
Wpatrywanie się w ekran komputera i pisanie kolejnych linijek kodu dla jego najnowszego klienta wcale nie oznaczało, że nie był czujny. Bynajmniej. Taka ignorancja sprowadziłaby na niego śmierć szybciej niż zdołałby się przedstawić z prawdziwego imienia i nazwiska. A może nawet i samego imienia. Nie słyszał delikatnego, z kobiecej ręki pukania, ale czerwony monit zwrócił jego uwagę natychmiast po niespodziewanym otwarciu się drzwi jego mieszkania. Zwróciło to jego uwagę natychmiast i całkowicie, głównie z racji tego, że ostatnim razem zdarzyło się… nigdy. Zacisnął zęby czując dziwne, wręcz głupie podekscytowanie w okolicach żołądka i począł się zastanawiać, czy sam w swoim nieokrzesaniu nie pozostawił otwartych drzwi, kiedy ostatnio wychodził, a teraz pchnął je chociażby przeciąg. Niemożliwe. W dobie dzisiejszych wydarzeń po takim błędzie wolałby się sam zabić. Podniósł się z miejsca czując jak przy oderwaniu od fotela przez jego dłonie przeszła niespodziewana fala prądu, spowodowana najwyraźniej nagłą zmianą jego ukrytego rozemocjonowania.
Długie palce delikatnie przemknęły po płaskich przyciskach klawiatury drugiego komputera, wdrażając kolejne linijki w system, odpalając czy zamykając różne programy, a także wysadzając z siebie dziwne komunikaty wymagające potwierdzenia. Wszystko robione było niezwykle delikatnie i sprawnie, jakby co najmniej obchodził się z żywą kobietą. Nie musiał nawet koncentrować na klawiaturze swojego wzroku. Teraz tylko i wyłącznie obserwowały one drzwi do pomieszczenia w jakim aktualnie się znajdował.
Bordel de merde.
Ostatnie kliknięcie klawisza enter natychmiast wygasiło wszystko co elektroniczne w tym nie tyle co pomieszczeniu, co całym mieszkaniu. Jeżeli ktoś wcześniej uznał obecny światłocień za półmrok, tak teraz dopiero tak naprawdę spełniało to prawdziwą definicję tego słowa. Widać było tyle, na ile naturalne światło próbowało oddać poprzez grube i ciemne zasłony. Co więcej drzwi za intruzem, samoistnie zaczęły domykać się i zamknęły na cztery spusty, mocnymi, tytanowymi zamkami, nie pozwalając, aby ktokolwiek wszedł, mógł cało stąd wyjść. A jeśli już ktoś tu się znalazł, to raczej nie miał normalnych zamiarów, więc dostępne opcje nie pozwalały mu na inne posunięcia.
Z jednej strony chciał z całym możliwym bezpieczeństwem badać teren, z drugiej… miał ochotę naprawdę szybko pozbyć się marudera z tego domu. Powolnym krokiem przemierzał więc korytarz dzielący go od kolejnego pomieszczenia i widoku na drzwi wejściowe, a z każdym kolejnym haustem powietrza czuł jak wali mu serce. Sam nie był pewien czy z ekscytacji, czy ze zdenerwowania, koniec końców jednak w ostatecznym rozrachunku fala nagłego rozemocjonowania raczej nie powstrzymywała niewielkich wyładowań wydostających się z jego ciała i mknących przez siebie do prezentacji ogólnej właściciela tego przybytku.

Maysilee Griffith - 2019-03-10, 01:36

Maysilee, Sally, Lee, June... Kimkolwiek kiedykolwiek była, jakąkolwiek pozę czy maskę przyjmowała wraz z kolejnym imieniem, następną tymczasową tożsamością, w głębi duszy wiedziała jedno - nieistotne, co by zrobiła i jakie decyzje zamierzałaby podjąć, wszystko zawsze kończyło się dokładnie tak samo. Ucieczką.
Raz za razem wplątywała się w coś, co prowadziło do pozornie prostego wyboru pomiędzy konfrontacją a podjęciem próby zniknięcia z cudzych oczu. Nieistotne, czy chodziło o wroga, o przyjaciela, czy o całkowicie przypadkową osobę, która miała okazję zarejestrować coś, co nie powinno się zdarzyć. W pewnych chwilach Maisie po prostu czuła, że musi odejść, a gdy było to wręcz palące... Robiła to bez większego zastanowienia, zwłaszcza jeśli dotyczyło to wyłącznie jej samej, nie krzywdząc specjalnie innych ludzi.
O ironio, bowiem zaczęło się przecież od czegoś zupełnie przeciwnego. Zamiast ucieczki na własną rękę, swoją szaloną podróż rozpoczęła z aż dwójką towarzyszy. Wtedy także nie zastanawiała się nad konsekwencjami tej decyzji. Po prostu nie chciała być całkowicie samotna, potrzebując wsparcia przyjaciół prawie na równi ze swobodnym oddychaniem. Gdyby tylko wiedziała w tamtej chwili, jak paskudny krąg wtedy rozpoczęła... Z trójki przechodząc z dwójkę, by ponownie stać się trójką - inną, niepełną, ale wciąż trójką - zaledwie mgnienie oka później po raz kolejny tracąc jedną z osób... Aż wreszcie i tak pozostała zdana na siebie. Najwyraźniej dokładnie tak jak miało być od początku.
I chociaż brzmiało to niczym brutalna prawda, w rzeczywistości wcale się z tym nie pogodziła. Przeciwnie - było to niechętnie uświadamianym powodem, dla którego raz po raz znowu pakowała się w niezdrowe, niepewne relacje z innymi ludźmi. Czy to w Bractwie, czy to poza nim. Jak to wielokrotnie słyszała, usiłowała być kimś na kształt Matki Teresy. Tak naprawdę jednak nie zawsze umiała dalej to robić. To właśnie wtedy znowu zaczynała uciekać.
Czasami chodziło o metaforyczną ucieczkę, podczas której jej myśli znajdowały się w zupełnie innym miejscu niż ciało. Czasem stosowała uniki, wymówki, dzięki którym mogła nawet na chwilę opuścić miejsce i ludzi, z którymi nie chciała przebywać. Zdarzały się jednak chwile, w których dosłownie wyrywała do przodu, nie zastanawiając się nad tym, co robiła. Oddalała się, nie patrząc za siebie, byleby tylko uniknąć konsekwencji.
Jak na ironię, tego konkretnego wieczoru łączyła wszystkie te sposoby zniknięcia. O jeszcze większa ironio, miało to także związek z jej skłonnością do wręcz przesadnego interesowania się życiem innych ludzi. Bądź co bądź, nawet jeśli nie mieszkała na stałe w Seattle, wpuściła Thomasa do własnego mieszkania, oferując mu dach nad głową i pełne wsparcie. Doskonale wiedziała, jak potrafił się zachowywać, bo wielokrotnie wcześniej nagle zamieniał się w tego suchego, nieprzyjemnego, momentami wręcz nieprzyjaznego człowieka.
Tak też było wspomnianego popołudnia. Wpierw usiłowała ignorować jego zmienne nastroje, tworząc w głowie listę potrzebnych rzeczy, które mogli razem kupić, by uzupełnić wszelkie braki - w końcu nie wyniósł nic z getta. Kiedy zaś to także nie spełniło swojej roli, postanowiła działać na własną rękę, zostawiając go samemu sobie i wychodząc na zakupy. Te, które tak nierozsądnie się przedłużyły... Doprowadzając do dosłownego wiania przed niebezpieczeństwem.
Nawet w najgorszych przewidywaniach - a, przyznajmy szczerze, nie miała do nich raczej skłonności - nie wpadłaby na taki scenariusz. Nie pomyślałaby też, że gdy już znajdzie trochę bardziej bezpieczny azyl, wystarczy delikatne wypuszczenie klamki z rąk, by zaledwie moment później drzwi samoistnie zatrzasnęły się z głuchym, wręcz upiornym trzaskiem... Całkowicie pozbawiając ją resztek światła, przez co praktycznie od razu poczuła się ślepa.
I chyba naprawdę wolałaby taka pozostać, bowiem gdy wreszcie coś dostrzegła, zdecydowanie nie napełniło jej to ulgą. Słuch Maysilee, który wyostrzył się w zadziwiająco krótkiej chwili, nie mógł nie wyłapać ludzkich dźwięków, a oczy - rozbłysków w pewnym stopniu przypominających jej naelektryzowane ubrania ocierające się o wnętrze koca. Z tą różnicą, że nawet ona nie sądziła, by miała do czynienia z jakiegoś rodzaju kocowym potworem. Wciąż nikogo nie dostrzegała, jednak instynkt nakazał jej wycofać się jeszcze bardziej w kierunku drzwi, uderzając w plecami w twardą powierzchnię i z coraz większą paniką usiłując chociaż je uchylić.
Być może jednak wolała D.O.G.S., to wszystko wydawało się zbyt nienaturalne. Za bardzo...
- Kuźwakuźwakuźwa... - Przerażające...

Theseus Verhoeven - 2019-03-10, 23:35

Narastająca w nim ekstaza coraz bardziej pobudzała jego organizm do niekontrolowanych ruchów, mimo, że starał się powstrzymywać w najlepszym tego słowa znaczeniu. Od miesięcy w swoim spokojnym przytułku nie miał sytuacji, aż tak bardzo zagrażającej ogólnemu spokojowi jaki do tej pory mu towarzyszył, a przecież każde wyłamanie się z pewnością nie zwiastowało niczego dobrego. Szczególnie jeśli nie było zaaranżowane przez niego samego. Oddychał powoli, niby spokojnie, a jednak momentami dość płytko, wodząc oczami po ciemnym korytarzu i chwytając się źrenicami każdego, najmniejszego źródła światła jakie towarzyszyło tej wędrówce. Światełka elma pomagały mu nieco, ale jego ogólna znajomość rozkładu pomieszczeń odgrywała w tej całej para-gonitwie największą rolę, bo przecież intruz stałym bywalcem nie jest… momentami nie doceniał swoich wrogów, to było pewne.
Zatrzymał się.
Niczym dzikie zwierzę nasłuchiwał, jakby co najmniej jego uszy pozwalały mu na dosłyszenie niczego albo posiadał echolokację. To nie ta bajka. I choć prawie połowa z jego zmysłów nie działała to nie zauważył, aby miało to jakikolwiek wpływ na pozostałe z nich, a już na pewno nie na słuch. We wszechogarniającej ciemności jedynie jego oczy mogły się do niej w jakiś sposób przyzwyczaić, ale to też nie było coś, co zadowalałoby go w jakimkolwiek stopniu. Stał więc przez chwilę, próbując pomyśleć co w zasadzie chce zrobić, ale jego mózg najwyraźniej był równie zaskoczony co właściciel tą niecodzienną sytuacją, a im więcej czasu miał na zastanowienie się, tym gorsze pomysły przychodziły mu do głowy.
Zacisnął zęby.
Złapał się na tym, że rozważał to wszystko o kilkanaście sekund zbyt długo, wpatrując się we własne dłonie. I choć widział jedynie ich kontury, to już po chwili na ich końcówkach zaczęły pojawiać się kolejne elektrody rozświetlające to pomieszczenie bardziej. Ścisnęło go w żołądku, ale co miał do stracenia?
Postąpił krok.
Drugi.
Trzeci.
Zbliżał się do miejsca, gdzie siedział intruz. Miał szczerą nadzieję, że jakimś cudem przybyszowi udało się w ostatniej chwili przecisnąć się przez zamykające się drzwi i że nie zastanie go w pomieszczeniu, do którego zmierzał. Albo, że było to urojenie i jego maszyny pomyliły się w kalkulacjach, a poruszenie wejścia było dziełem przypadku, względnie przeciągu, tak często dudniącego na korytarzach starej kamienicy w Chinatown. Nie odzywał się ani słowem, poruszał w zasadzie bezszelestnie, a im bardziej zbliżał się do kresu swojej jakże ambitnej wędrówki, tym mocniej powietrze wokół zaczynało gęstnieć z jego woli. Musiał się zabezpieczyć, przecież nie wystawi się pod celownik, niczym głupie kaczki w pewnej dawnej strzelance na pegasusa.
Powietrze zagęszczało się coraz bardziej, a i jego naelektryzowanie nie pozostawało dłużne. Samopoczucie jednostek, które w jego mniemaniu znajdowały się jakieś siedem metrów przed nim zapewne robiło się coraz gorsze, ale na tę chwilę nie przesadzał z tym uzewnętrznianiem się, bo te nagłe zmiany działały również na niego. Pojedyncze rozbłyski przemykały po jego ciele, emitując delikatne świszczenie niczym przy wystrzale pomniejszego fajerwerka.
Prosty włącznik światła smagnięty jego palcami rozświetlił na wpół jego salon.
Jego ciemne oczy wpatrywały się w intruza z całym chłodem jaki w sobie od wielu miesięcy posiadał i z jeszcze większą zawiścią niż można było sobie po nim wyobrażać. A jednak coś w jego twarzy zaczęło się zmieniać. Z pierwszej myśli o uderzeniu mocą i schwytaniu włamywacza, teraz nie wiedział co miał zrobić. Czuł, jak wali mu serce, ale nie było to już spowodowane ekscytacją, a przeradzało się powoli w dziwne zmieszanie i być może odrobinę strachu, bowiem nie wiedział, czy ma już zwidy od zbyt długiego przesiadywania wśród maszyn, czy po prostu los robił sobie z niego żarty.
Przed nim stała May. Jego May.
Dziewczyna, którą przed tyle czasu traktował niczym młodszą siostrę, a później wszystko się popsuło. Nie wiedział z czyjej winy, ale w pewien sposób przed dłuższy czas miał jej to za złe. Zapewne tak jak ona jemu. Teraz nie wiedział co ma myśleć. Nadal jednak w pełni swojej powagi przypatrywał się jej, jakby nie wierzył, iż naprawdę przed nim stała. Nie musiał się upewniać, że to ona, w najmniejszym stopniu. Przecież nie widział jej jedynie, a może i aż rok, a ona sama nie zmieniła się od tego czasu zbyt wiele, w zasadzie… prawie nic.
Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował z tego pomysłu. Zaciskał nerwowo zęby i nie opuszczał rąk, nadal będąc przygotowanym na ewentualny atak. Wiele mogło się od tamtego czasu zmienić, zarówno on jak i ona nie musieli być już przyjaciółmi, mogli działać po przeciwnych stronach barykady i znaleźć się naprzeciw siebie tylko po to, aby jedno zginęło. Nie mógłby jej – co prawda – zrobić nic gorszego niż ogłuszenie… zresztą, to nie było chyba teraz aż tak ważne. Był kompletnie zagubiony.

Maysilee Griffith - 2019-03-11, 01:19

Prawdę mówiąc, sama nie wiedziała, ile dokładnie scenariuszy zdążyło przelecieć przez jej głowę w przeciągu tych paru chwil, jakie minęły od zatrzaśnięcia drzwi do stanięcia oko w oko z kimś - a może czymś? - znajdującym się wewnątrz zaciemnionego mieszkania. Każdy kolejny z pewnością był jednak coraz mniej logiczny, choć jednocześnie niezmiernie barwny i... Interesujący. Na jej nieszczęście, zapewne również dosyć prawdopodobny, bowiem w tym świecie niewiele już mogło prawdziwie kogoś zaskoczyć.
W końcu na co dzień mierzyła się z tym, co jeszcze za czasów szkoły średniej uznałaby za zwykłą bajeczkę, miłą dla ucha bujdę o istnieniu tajemniczych sił, w które - o ironio - naprawdę chciała wtedy wierzyć. Praktycznie nie odróżniając się przy tym od przeciętnej nastolatki, zresztą - przecież dokładnie taka była, fascynowała się wszelką nadnaturalnością.
Z błyszczącymi oczami wysłuchiwała historii o Wielkiej Stopie widzianej w pobliskim lesie, chodziła nad rzekomo nawiedzone jezioro i zaczytywała się w książkach. Czy to typowych paranormalnych romansach - nadal pamiętała uczucie towarzyszące wypiekom na policzkach - czy tych bardziej naukowych wypocinach dotyczących Trójkąta Bermudzkiego, UFO na Alasce czy innych, równie potwierdzonych miejsc i zjawisk.
Jak na ironię, swego rodzaju niebezpieczna ekscytacja, która w tamtym okresie wywoływała gęsią skórkę na jej ciele i przyspieszała bicie serca... Cóż, najwyraźniej wcale nie ustąpiła. I choć tym razem Maysilee z pewnością nie uroiła sobie zagrożenia, realnie stając z nim... No, może nie oko w oko, bo ciemność skutecznie to uniemożliwiała, ale z pewnością oddech w oddech... Gdzieś tam głęboko nadal czuła pewne podekscytowanie. Przebijało się przez warstwę lęku, przez wrażenie spadania i coraz bardziej postępujące spanikowanie, powodując, że na krótką chwilę jej ręka znowu zawisła nad klamką, ale nie poruszyła się w dół ani nie spróbowała pchnąć drzwi.
Maisie zamarła, wpatrzona w te malutkie iskierki, które z każdą sekundą coraz bardziej zbliżały się w jej kierunku. Były... Na swój sposób fascynujące, nawet jeśli zdecydowanie czuła, jak atmosfera w pomieszczeniu zgęstniała, a ją samą zaczął oblewać zimny pot. Nie mogła jednak zbyt wiele poradzić na to, że poczuła się zupełnie niczym nastoletnia poszukiwaczka przerażających przygód, która dobrowolnie pchała się w najmniej pożądane miejsca, jakie większość ludzi omijała szerokim łukiem.
Cóż, z tą różnicą, że tym razem wepchała się nie do opuszczonej szopy na narzędzia, a do obcego mieszkania, jakie najwyraźniej zostało już przez kogoś zajęte. Ba, zdecydowanie ktoś je już zamieszkiwał, a ona była tu po prostu intruzem. Nikim innym, jak niepożądanym, zestresowanym, coraz bardziej spanikowanym intruzem, który marzył wyłącznie o tym, by ta przeklęta klamka wreszcie ustąpiła.
W normalnych okolicznościach z pewnością przeniosłaby na nią spojrzenie, usiłując rozgryźć potencjalną blokadę, jednak w tej chwili nie była tego w stanie zrobić. Nie chodziło nawet o otaczający ją mrok, a o fakt, iż źródło prądu zdecydowanie bardziej przyciągało jej wzrok. Prawdę mówiąc, naprawdę mocno go wytężała, usiłując dostrzec wyraźniejsze kontury wszystkiego, co znajdowało się przed nią, ale raczej z dosyć marnym skutkiem.
No, przynajmniej do chwili, w której usłyszała dosyć charakterystyczne pstryknięcie, a zdecydowanie zbyt mocne - przynajmniej takie odnosiła wrażenie - światło dosłownie ją oślepiło. Co prawda, wyłącznie na kilka sekund, ale serce Maysilee zdążyło w tym momencie wywinąć kolejnego koziołka w jej gardle. Griffith instynktownie spróbowała także jeszcze bardziej się cofnąć, jednak twarda powierzchnia drzwi tuż za jej plecami raczej dosyć skutecznie uniemożliwiała dalszy ruch.
Wystarczył zresztą ułamek sekundy, by Maya zmarszczyła brwi w konsternacji, powoli dochodząc do tego, co tak właściwie miało tutaj miejsce. Nawet jeśli nigdy wcześniej nie znalazła się w tym mieszkaniu, to wciąż był zatrważająco znajomy widok. Wciąż wywoływał w niej silne, niezrozumiałe emocje, ale także zwiększoną chęć wycofania się. Nie musiała nawet być całkowicie świadoma tego, przed kim się znalazła, by poczuć pragnienie wzięcia nóg za pas. Jej ciało, jej oczy, jej wszystko - prócz umysłu pełnego poplątanych myśli - reagowały całkowicie mechanicznie, najwyraźniej usiłując oszczędzić Maisie poczucia zażenowania i innych, równie przyjemnych doznań, a także...
Niebezpieczeństwa?
Nigdy, przenigdy nie sądziła, że zobaczy aż tak nienawistny chłód bijący z twarzy kogoś, kogo przez długi czas miała za przyjaciela. Nie chciała tego, walcząc z chęcią odwrócenia spojrzenia, bo przecież... Przecież tak naprawdę wszystko się zmieniło. To była wojna, to był praktycznie rok, podczas którego dosłownie cały świat mógł wywrócić się do góry nogami. Sama wyjątkowo dobrze o tym wiedziała, w tym momencie automatycznie jeszcze bardziej się spinając.
Jeszcze dwa miesiące temu nie zareagowałaby w ten sposób. Dwa miesiące temu była w stanie rzucić się na szyję człowiekowi, którego kompletnie nie znała, myląc go z jednym ze swoich przyjaciół. Dwa miesiące temu być może zareagowałaby bardziej pozytywnymi emocjami, byłaby nierozsądna, podekscytowana, nawet jeśli wciąż czuła się wyjątkowo źle z sytuacją, jaka doprowadziła do jej rozłąki z Theseusem. Zadziwiające, jak bardzo wszystko mogło się zmienić i jak szybko, zamiast zwyczajowej, towarzyskiej paplaniny pełnej mniej lub bardziej potrzebnych wyjaśnień, wydusiła z siebie wyłącznie nieco drżące:
- Chcę stąd wyjść. - Jej ręka ponownie dotknęła klamki, a z ust nie wydostało się zapomniane powitanie. Naprawdę chciała stąd wyjść.

Theseus Verhoeven - 2019-03-11, 01:56

Nie był emocjonalnym człowiekiem, w każdym razie nie uzewnętrzniał swoich rewelacji. Czuł jednak, że jego serce wali tak mocno, że najprawdopodobniej nie tyle co słychać, co widać te uderzenia na zewnątrz w postaci ruszającej się nierównomiernie klatki piersiowej, a to mu się nie podobało. Oczywiście był to tylko i wyłącznie jego chory wymysł i nic takiego nie miało miejsca, a jego serce – choć bijąc szybciej – na pewno utrzymywało jakieś normy względności uderzeń na minutę. Mimowolnie spojrzał jednak na ułamki sekund na swoją klatkę piersiową, upewniając się, że nie robi z siebie kompletnego głupca i nie zdradza się ruchem swojego torsu, jakby co najmniej wyobrażał sobie, że nastąpi tu zaraz kardiologiczny twerking.
Czarne oczy wbijały się w jej sylwetkę, lustrując ją uważnie, choć skupiając się w gruncie rzeczy na jej twarzy – równie niewzruszonej co jego. Patrzyli na siebie jak wrogowie, miast rzucić się sobie w objęcia po tak długiej i w pierwszych miesiącach – na pewno dla niego – bolesnej rozłące. Był przecież jak lis z Małego Księcia – raz stworzone więzy miały pozostać z nim na zawsze, był oswojony w tej całej swojej oschłości i aspołeczności, a mimo wszystko najpierw rozerwały je nagłe wydarzenia w postaci śmierci Alexis, a później kolejna część została bezczelnie odcięta właśnie przez Maysilee. Teraz nie miał już nikogo, więc zdziczał ponownie, a oswoić go po raz drugi będzie dużo trudniej. Można pokusić się o stwierdzenie, że niemożliwe.
Jego łuki zębowe ocierały się o siebie coraz mocniej, a mięśnie wokół żuchwy napinały się i rozluźniały w nerwowym tiku, tak dobrze zapewne znanym dziewczynie. Zawsze lepsze to niż gryzienie paznokci. Nie miał pojęcia co powinien teraz zrobić, był całkowicie zagubiony, jak mały chłopiec którego zaprowadzono do kąta i kazano tam stać, mimo że nic złego nie zrobił. Nie wiedział w jakich zamiarach tu przybyła, a nie był w stanie uwierzyć w aż taki zbieg okoliczności i parszywy chichot losu, choć jakby nie patrzeć powinien się był już przyzwyczaić. Nadal był gotów się bronić, zaatakować ją jeśli ona rzuci w jego stronę ofensywą. Nie wiedział jak wyglądała jej moc przez ostatni rok. Czy w ogóle ją posiadała?
Kubeł zimnej wody w postaci jej monologu jeszcze bardziej wybił go z rytmu. Chcę stąd wyjść. Chcę stąd wyjść, chcę stąd wyjść. – rozbijało się w jego głowie jak populistyczna mantra, którą powinien sobie powtarzać za każdym razem, kiedy nie może podnieść się z własnego łóżka. Spuścił na chwilę wzrok i opuścił ręce wzdłuż ciała, nieco rozluźniając swoją sylwetkę. Nabrał większy haust powietrza do płuc i wypuścił go powoli, zastanawiając się nad tym jak powinien zareagować, co teraz zrobić, jak to rozwiązać. Skup się człowieku.
- Znasz moje położenie z nieznanej mi przyczyny i mam Cię, ot tak, wypuścić? – bynajmniej nie myślał tu w kontekście ich znajomości, to na pewno, a jego głos był nieco bardziej lodowaty niż zamierzał wytonować. Można było się nawet doszukać w nim dozy jakiegoś… wyrzutu? A i warkot niedowierzania mógł się otrzeć, niczym kot, o tę wypowiedź. Nadal nie wiedział jednak jakie miała zamiary, nie wiedział po co tu przyszła, kto ją przysłał, skąd się tu wzięła, jak to się stało. Tyle pytań, tak mało odpowiedzi, tak mało logicznych odpowiedzi. Z drugiej strony nawet jeśli miałaby tu wpływ ich wcześniejsza relacja, to i tak by tego nie zrobił, po prostu. Czy musi być ku temu logiczne wyjaśnienie? Powinno, ale nie mógł go na tę chwilę znaleźć.
Podniósł na nią spojrzenie czarnych oczu, aby znów odbić je gdzieś indziej. Zbyt dużo myśli kołatało się w jego głowie, walczył sam ze sobą z tym co powinien zrobić. Z jednej strony chciał się jej stąd pozbyć, a po drodze wymazać pamięć, co by jego lokalizacja nadal pozostawała tajemnicą. Niech nie wie nikt. Z drugiej strony gdzieś wewnątrz, bardzo głęboko, naprawdę skrycie miał ochotę ją powitać, przytulić, dać się choć raz od dłuższego czasu ponieść tym i tak zapewne dość chłodnym z jego strony emocjom – ale jednak. Poczuć znów tę przyjaźń. Nie. Nie wolno Ci .
Spojrzał na nią ponownie, wbił wzrok niczym sokół polujący na mysz.
No dalej, podaj mi choć jeden powód, dla którego chcesz wyjść.
Czy może ten, dla którego mnie zostawiłaś?

Maysilee Griffith - 2019-03-11, 13:39

Oczywiście, że były takie chwile, kiedy wyobrażała sobie ten moment. No, być może nie dokładnie w takiej wersji, w jakiej odbywał się naprawdę, ale z pewnością o nim myślała. Nie była w stanie temu zaprzeczyć, nawet jeśli oznaczało to, że w pewnym sensie wciąż była słaba. Póki jednak dobrowolnie dręczyła się czymś, co ją raniło, nie czuła... Tego wszystkiego. Zbyt wielu myśli kotłujących się w głowie, podenerwowania - o zgrozo - na poziomie wyższym niż jeszcze przed chwilą, gdy miała przed sobą prawdziwie morderczych ludzi, jednoczesnego przeładowania emocjami i emocjonalnej pustki. Do tej pory nawet nie sądziła, że było to możliwe.
A jednak... Jednocześnie zdecydowanie zbyt wiele myślała i kompletnie nie wiedziała, co powinna myśleć. Czuła się jak dzikie zwierzę zapędzone w potrzask - spłoszone, spanikowane, bezwładnie miotające się w pułapce. Dokładnie tak jak w swoistej walce, jaką nadal toczyła z klamką, szarpiąc za nią na oślep, choć w głębi duszy wiedziała, że było to całkowicie niepotrzebne. Drzwi nie zamierzały ustąpić. Nie, jeśli wyłącznie ona tego chciała, nawet jeśli w tym momencie miała wrażenie, że mogłaby giąć metal przy pomocy samego spojrzenia.
Tak bardzo chciałaby wycofać się z tego miejsca, z tej sytuacji. Tak bardzo chciałaby, by okazało się to wyłącznie bardzo złym snem, a ona sama obudziłaby się zlana potem na niewygodnym, przesadnie twardym łóżku w Bractwie. Teoretycznie było jej gorąco. Na przemian lodowato i nazbyt ciepło, więc... Nie, nie sądziła, by było to urojenie. To był koszmar, ale dział się naprawdę, a ona musiała reagować.
- Możesz mnie też zamordować i rozpuścić zwłoki w kwasie, tylko pamiętaj, żeby nie robić tego w wannie. - Odparła hardo bez większego zastanowienia, uderzając przy tym językiem o podniebienie i wzruszając przy tym ramionami. Nie spodziewała się po nim takich słów. Ten lodowaty ton głosu całkowicie wybijał ją z jakiegokolwiek rytmu, ale naprawdę mocno usiłowała tego nie okazywać. Teoretycznie nigdy nie była bardzo dobrą aktorką, praktycznie nie umiała zachować całkowicie kamiennej twarzy, gdy coś głęboko ją dotykało, a teraz... Teraz czuła się wręcz fatalnie. O ile było to możliwe, jeszcze gorzej niż przed tymi słowami, jakie do niej wypowiedział.
W porządku... Przynajmniej wiedziała, że do końca pozbyli się jakichkolwiek cieplejszych relacji. Gdyby jeszcze zaakceptowanie tego mogło przyjść równie łatwo, co zauważenie...
- Jest już po dwudziestej drugiej... - Zauważyła, przelotnie spoglądając przy tym na noszony zegarek. Mimo tego szaleńczego biegu, jakimś cudem wciąż wisiał na tym cieniutkim łańcuszku, dyndając się obok szalika Maysilee. - Jeśli planowałabym tę wizytę, raczej nie zrezygnowałabym z niej dla spotkania z D.O.G.S., nie uważasz? - O ironio, w tym momencie wolała jednak swój znajomy patrol, który zapewne wciąż jeszcze nie odpuścił pościgu i przeszukiwania pobliskich ulic. Prawdę mówiąc, wszystko było lepsze od tego wymuszonego utrzymywania kontaktu wzrokowego - w tym momencie odrobinę przypominającego walkę o to, kto dłużej wytrzyma bez mrugania - tej całej ciężkiej, nerwowej atmosfery i kompletnej sieczki, jaką zdawała się mieć w mózgu.
- Chcę... Stąd... Wyjść... - Powtórzyła, jakoś powstrzymując się od ciężkiego westchnienia, zamiast którego zaakcentowała niezbyt przekonujące. - Teraz. - Z gulą w gardle, przesadnie zadarła podbródek, starając się ignorować zbyt mocne łomotanie serca. Nie miała pojęcia, kiedy nagle stali się wrogami i gdzie tkwiła ta szpila, która to spowodowała, ale... Musiała spróbować jakoś to zrozumieć. Byleby jak najdalej stąd...

Theseus Verhoeven - 2019-03-13, 00:29

Jeśli chodziło o niego to sam nie wiedział, czy jego wyobrażenia na temat tej chwili były realne, czy jedynie teraz miał wrażenie, iż coś takiego miało miejsce w jego głowie. Coś w stylu deja vu, ale nie jestem pewien czy w istocie faktycznie to deja vu miało miejsce. Mimo wszystko, jeśli miałby już mieć jakiś pogląd na tę sytuację, to na pewno byłoby to coś bardziej emocjonalnego, zarysowanego pozytywnymi odczuciami, masą przytuleń i płaczu – oczywiście ze strony May, bo on niet – a także innych dziwnych rzeczy, których on zwykle nie robi, ale być może by zaczął. Było jednak całkowicie inaczej i koniec końców niespecjalnie go to zdziwiło. Gdyby faktycznie wszystko poszło gładko i sprawnie, to później przez najbliższych pół roku miałby wrażenie, że coś zrobił nie tak, że postąpił źle. Nie według zasad, nielogicznie… że mogło się to inaczej skończyć i że May mogłaby być zdrajcą. Ale czy faktycznie? Być może oceniał ją nieco zbyt surowo, ale w końcu przezorny zawsze ubezpieczony. I to powiedzenie akurat zawsze miało sens.
- Nie mam wanny. – nadal pozostając w tym samym miejscu, nie drgając ciałem choćby na milimetry, odpowiedział jej tonem nieco mniej oschłym niż jeszcze chwilę temu, ale niekoniecznie musiał być to dobry znak. W końcu po Verze jedyne czego można było się spodziewać, to niespodziewanego, szczególnie w chwilach dla niego tak stresujących, tak bardzo istotnych i tak bardzo prostych do spieprzenia. Niby powinien się skupić, pomyśleć, przybrać jakąś taktykę, ale był obecnie w tak potężnym stanie zaskoczenia i rozchwiania emocjonalnego, że przemyślenie choćby kolejnego kroku w przód zajęloby mu całe wieki, nie mówiąc już o jakichś normalnych krokach i strategiach w jego bezemocjonalności. Bo tak naprawdę nie chciał jej skrzywdzić, nie śmiałby, chyba ze ona skrzywdziłaby jego. W każdym razie inaczej niż psychicznie.
I patrzył tak, tu, teraz, na nią. Wystraszoną, roztrzęsioną i zdezorientowaną. Nigdy nie potrafiła ukrywać swoich emocji, a teraz choć zapewne myślała, że jej to całkiem nieźle idzie, to w istocie wychodziło gorzej niż zwykle. Mężczyzna westchnął, przechylając głowę i wpatrując się w nią coraz bardziej intensywnie, jakby co najmniej mógł dopatrzyć się jej duszy i wyszukać wszystko to, co go w tej chwili interesowało.
- Nie umiesz zmyślać. – mruknięcie wydobyło się z jego ust, a on sam w końcu się poruszył. Postąpił krok w przód, jeden, niepewny, jakby zastanawiał się nad jego sensem ostatnich dziesięć minut i jakby ten krok miał coś oznaczać. Po kolejnym jednak zatrzymał się, jakby nie chciał jej spłoszyć, wyglądać jakby miał zamiar zaatakować. W sumie, jego ręce znajdowały się nisko, rozluźnione, nie mające zamiaru raczej zmienić swojego położenia. Coś go tknęło, kiedy ta nerwowo zerknęła na zegarek, uspokoiło jego nerwy, wprawiło w stan dziwnego spokoju. Nie udawała.
- Tupnij nogą, może Ci to pomoże. - kąciki jego ust delikatnie drgnęły, nie miał pojęcia czy to dostrzegła, a jeśli tak, czy to w jakiś sposób zdradzało, że jego wewnętrzne odczucia są całkowicie inne, niż te które okazywał na zewnątrz. Zależało mu, to na pewno.. – Nie wypuszczę Cię stąd w łapy D.O.G.S. - romantyczne wyobrażenia - Bo musiałbym Cię później ratować. - szlag jasny trafił..
Włożył dłonie w kieszenie spodni, chyba już całkowicie oznajmiając, że się poddaje w kwestii ofensywnych działań. Powietrze zaczęło natychmiastowo wracać do normy. – Rozgość się, bo do co najmniej szóstej nikt stąd nie wyjdzie, a już na pewno nie będziesz to Ty. – nie, żeby mu to przeszkadzało, bo i tak nie miał takiego zamiaru, a czy ona… to już go teraz niespecjalnie obchodziło. Ostatnie czego mu teraz brakowało, to rozpierducha imitująca Wielki Wybuch w jego mieszkaniu, kiedy jedyne na czym mu zależało teraz to święty spokój.
I choć nie zdawała sobie jeszcze z tego sprawy, to tak bardzo zaburzony przez jej pojawienie się.

Maysilee Griffith - 2019-03-13, 01:31

- Basenu też najwyraźniej nie. - Odmruknęła, wciąż spinając ciało i przyciągając ramiona bliżej korpusu - z ręką na nieruchomej, zimnej klamce. Sama nie wiedziała, skąd jej się to wzięło, jednak była święcie przekonana, że ktoś taki jak on nie pozostałby w Seattle bez większego powodu. Przeciwnie, najpewniej błyskawicznie by się z niego wyniósł, znajdując sobie jakieś bardziej prywatne, mniej groźne miejsce. Tymczasem... Tymczasem czuła się jeszcze bardziej skonsternowana, ostrożnie, wręcz spłoszenie rozglądając się po pomieszczeniu, w którym stali.
Na etapie życia, w którym się spotkali i spędzili razem trochę - no, dosyć dużo - czasu, nie była w stanie dokładnie określić tego, jak wyglądałoby jego lokum. Nawet sobie tego nie wyobrażała, przynajmniej nie w jakiś głębszy sposób. To nie był ten czas, kiedy którekolwiek z nich mogłoby pozwolić sobie na własne mieszkanie, na coś przed Bractwem, co nie byłoby motelową klitką... Czy poza Bractwem, co nie byłoby trochę obskurnym, niezbyt ciepłym pokoikiem w domku kempingowym. Tymczasem teraz... Los wiedział, gdzie się znaleźli. Najwyraźniej miała znowu poczuć się zaskoczona, czując, że jeszcze bardziej nie znała Theseusa. Zdecydowanie nie tak widziałaby chociażby tę małą cząstkę czegoś jego.
Chociaż niewątpliwie całkiem pasowała do tego wizerunku, jaki jej teraz prezentował. Zimnego, zdystansowanego, nieprzyjaznego, jeszcze bardziej poważnego niż kiedykolwiek... Nieznajomego, co chyba najmocniej ją bolało. Nawet przy tym, jak zdradzona i przybita się czuła, gdzieś tam podświadomie nadal chciała poczuć jego przyjaźń, te nadmiernie maskowane ciepło, coś naprawdę ludzkiego. Tymczasem stali naprzeciwko siebie, obdarzając się nieprzystępnymi spojrzeniami, które naprawdę ją raniły. Znacznie bardziej niż powinny. Chciała tego uniknąć, ewakuować się stąd i nigdy więcej nie wrócić, pamiętając ten moment. Czy tak ciężko było dać jej to zrobić? Dla dobra wszystkich?
Słysząc coś, co miało być... Zwykłym zagajeniem? A może podważeniem jej wcześniejszych słów? Albo czymś jeszcze innym? Cóż, słysząc te słowa, instynktownie otworzyła usta, by wyrazić sprzeciw. Nawet w plątaninie myśli i uczuć, nie zamierzała potulnie się z nim zgadzać. Zwłaszcza jeśli miałaby to robić wyłącznie przez to, że była na jego terenie. Nie wzięła jednak pod uwagę jednej, bardzo istotnej rzeczy - po raz kolejny zamotała się na tyle, by sądzić, że ich rozmowa będzie przebiegać dokładnie w tym samym układzie, w jakim dotąd się odbywała. Ona nie zamierzała przecież ruszać się ze swojego miejsca...Ona nie... Ale nie tylko ona tu była.
Wciągając powietrze w płuca i tym samym uspokajając trochę ruch piersi, przełknęła ślinę. Jej usta - otwarte przez zdecydowanie zbyt długą chwilę - zamknęły się, a spomiędzy warg wydusiła wyłącznie coś na kształt roztargnionego mhm. Zastygła w miejscu, kompletnie nie wiedząc, co powinna zrobić. Nie mogła jeszcze bardziej się odsunąć, ale nie zamierzała także ulec chęci podejścia bliżej. Od tego byłoby zdecydowanie zbyt łatwo do starych nawyków. Do uścisków, przytuleń i innych rzeczy, jakie natrętnie nękały teraz myśli Maysilee. Nie, nie zamierzała znowu popełnić tego błędu.
- Tupnęłabym, gdyby mnie nie bolały. - Zezując na własne stopy, nieznacznie wzruszyła ramionami. - Spróbuj kiedyś przebiec się na obcasach, a potem okazywać gniew. - Owszem, to brzmiało dosyć absurdalnie, nie tylko przez wzgląd na to, że mówiła do dorosłego, nadmiernie poważnego faceta. Chodziło też o to, że nawet na obcasach - choć w tym momencie raczej niedużych - musiała dosyć solidnie zadzierać podbródek, by nie czuć się aż tak niska. Gdyby jeszcze dorzuciła mu szpilki, prawdopodobnie musiałaby także wnieść o dodatkowe oświetlenie sygnalizujące samolotom, jak nisko mogły zejść, zanim zaczepią o czubek głowy Theseusa. Nieduże, migające światełka i baner reklamujący picie mleka...
Jak na złość, Maya doskonale pamiętała, że myślała tak praktycznie od zawsze. Nieważne, ile minęło, odkąd tak naprawdę mieli ze sobą styczność, ta jedna rzecz zdecydowanie się nie zmieniła. To ją... Rozczulało. Serio? To ją po prostu rozczulało, nawet w tej całej nieznośnej, gniewnej atmosferze, która raczej nie sprzyjała powrotom do przeszłości. W tym momencie była na siebie zresztą zła za te wszystkie wewnętrzne wspominki. Doskonale wiedziała przecież, czemu ich unikała i dlaczego wolałaby już spędzić najbliższe godziny pod schodami na korytarzu niż w tym mieszkaniu. Zwyczajnie wierciło jej to bolesną dziurę w brzuchu.
- Czemu wszyscy zawsze zakładają, że nie jestem w stanie poradzić sobie na własną rękę? - Spytała, tym razem już nie powstrzymując ciężkiego, niezbyt zadowolonego westchnięcia. Tak naprawdę wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Prawdopodobnie nawet zbyt dobrze znała przyczynę takiego a nie innego traktowania. W końcu nie urodziła się wczoraj - nawet jeśli niektórzy najwyraźniej sądzili inaczej - i praktycznie od zawsze mierzyła się z dokładnie takim samym traktowaniem, nawet jeśli nie wyglądała już na pięciolatkę.
- Przyznaj, sprawia ci to satysfakcję. - Unosząc jedną brew, pokręciła głową z politowaniem, unosząc kącik ust w uśmiechu, którego nie potrafiła już zbytnio powstrzymać. Być może od ich ostatniej interakcji upłynęło już naprawdę dużo czasu, jednak w tym momencie nie sądziła już, że zbyt wiele uległo zmianie. Wręcz przeciwnie, być może tylko wyglądał jeszcze bardziej jak zombie, całkowicie pozbywając się tęczówek, które w tym świetle... Cóż, nie istniały. W połączeniu z cieniami pod oczami i skórą, która raczej od dłuższego czasu nie widziała prawdziwych - nie tych wpadających przez okno - promieni słonecznych, był jak malowany Dracula. Brakowało tylko, by zaczął wgapiać się w jej szyję, choć i tego byli prawdopodobnie dosyć blisko, bo wciąż zdawał się świdrować ją wzrokiem.
- Masz chociaż ciasto albo kawę? - Spytała, zasysając dolną wargę, zbyt rozkojarzona, żeby myśleć o szmince na zębach. Nawet jeśli ta ciężka, upiorna atmosfera w znacznym stopniu zelżała, Maisie wciąż odczuwała tę specyficzną gęstość w powietrzu. A przecież minęło tyle czasu.

Theseus Verhoeven - 2019-03-13, 23:07

Im dłużej przyglądał się jej manierze i zachowaniu, to tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że faktycznie trafiła tu przypadkiem, a los pogrywał sobie z ich żywotów, jak to zwykle miał w zwyczaju, odkąd się poznali. Szczerze mówiąc dziwił się, że mogło mu przejść przez myśl podejrzewanie jej o dołączenie do D.O.G.S., ale w dzisiejszych czasach nie był pewien samego siebie, a co dopiero człowieka, którego nie widział stricte prawie rok. Mimo wszystko – nawet wierząc, że nie miała złych zamiarów - jakoś nie mógł się rozluźnić, poczuć tego odprężenia, zarówno psychicznego, jak i fizycznego, tak więc wciąż pozostając z nią naprzeciw, był spięty nie mniej niż ona. Naprawdę nie chciał jej straszyć, wywoływać w niej jeszcze większego poczucia niepokoju niż robił to sam fakt ich spotkania, ale jakoś mu nie wychodziło. Jego emocjonalność nie potrafiła wrzucić innego biegu i zamiast ładnie ruszyć na jedyneczce, ciągle na skrzyni biegów widniało głupie R. Cholerny wsteczny, zawsze wskakuje wtedy, gdy nie trzeba.
Chciał jej odpyskować, dorzucić swoje trzy grosze na temat złośliwości odnośnie jego lokum, odpowiedzieć jej czymś pokroju „skąd wiesz, skoro nie widziałaś piwnicy”, ale w ostateczności ugryzł się w język, pozostawiając jej wypowiedź bez – jak pomyślał – zbędnego komentarza. Z chęcią by się z nią poprzedrzeźniał, ale to nie był odpowiedni moment na sugestie dotyczące posiadania ukrytych pomieszczeń, w których może zastać kości jego poprzednich ofiar. A przynajmniej tak to zapewne by sobie wyobraziła, patrząc na jej obecny stan.
To była ciężka chwila dla ich obojga, a on nawet nie śmiał ukrywać, że cała neutralność, a może nawet wrogość wychodziła z jego inicjatywy. O ile wystarczająco dobrze znał May, to wiedział, że gdy tylko ustąpiłby na choćby milimetr w swoim tym całym pokazie niezależności, to ta zaraz zawiesiłaby mu się na szyi i nie puściła, dopóki nie uznałaby tego za wystarczające. A on nie chciał się spoufalać, nie tak szybko i mimo że im dłużej patrzył na jej twarz, tym bardziej dochodził do wniosku, że naprawdę za nią tęsknił, to jednak… no jakoś coś go powstrzymywało. On na pewno nie zrobi pierwszego kroku w celu odbudowania tej przyjaźni.
Taktyczne zerknięcie na jej botki – w każdym razie dla niego – nie było jego najlepszym posunięciem tego wieczoru, bowiem w dziwny sposób wywołały na jego twarzy mniej skontrolowany uśmiech. Złapał się palcami za podbródek, imitując pozę zastanowienia i przechylając głowę zmarszczył brwi.
- Właśnie dlatego. - i choć wcześniejszą jej wypowiedź przemilczał – gdyż zapewne nie chciał, żeby wyszło że z obcasami miał do czynienia – tak teraz skwitowanie tego wszystkiego wyszło mu doskonale. Kto normalny w środku zimy biegał na kilkucentymetrowych obcasach? Pół biedy, że były to jakieś botki czy inne babskie nazewnictwo, ale wciąż pozostawała kwestia uciekania w takich butach. Sprint w zupełności odpadał, chyba że chciałaby wpaść w poślizg i pobić rekord na 400 metrów w saneczkarstwie bez sanek, w ostateczności i tak zatrzymując się na słupie. Wracając jednak do kwestii jej pytania, co prawda retorycznego, to w tym wszystkim nie omieszkał odpowiedzieć sobie w myślach.
Bo im zależy, tak jak najwyraźniej wciąż zależy mi.
Z udawanym wyrzutem spojrzał na nią, podkreślając całość palcem wskazującym wbitym we własny tors. Jemu? Satysfakcję, a skąd. Musiał jednak przyznać się sam przed sobą, że jej uśmiech nieco go uspokoił.
- Muszę Ci się do czegoś przyznać. Od zawsze marzyłem, żeby zabarykadować Cię we własnym mieszkaniu wbrew Twojej woli, a jak nie będziesz krzyczeć, to dostaniesz ciasteczko. – ironia wylewająca się z tego zdania była tak ogromna, że Niagara przy tym była niewielkim strumyczkiem. Nieco cieplejsze spojrzenie powędrowało w jej kierunku, a on sam splótł ręce na piersi, kiedy mówił te słowa. Niby krok do przodu, ale poza wciąż sprawnie zatrzymująca wszelkie czułości. Zdecyduj się Ty pantofelku emocjonalny.
Spojrzenie ciemnych tęczówek w istocie świdrowało ją wzrokiem, choć nie wiadomo czy z czystej grzeczności – czy innego powodu – nie śmiał zbyt długo patrzeć na inne partie ciała niż jej oczy. Te cholerne, niebieskie oczy. Masz kawę?
Zamrugał kilkukrotnie oczami, wybudzając się z dziwnego transu i rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby owy produkt miałby się cudownie zmaterializować gdzieś obok niego. Niczym zombie bez słowa ruszył do wewnątrz mieszkania, a zanim zniknął za framugą prowadzącą do kuchni, posłał jej ostatnie spojrzenie, mówiące wyraźnie a tylko pociągniesz tę klamkę jeszcze raz.
Generalnie każdy normalny człowiek zapewne mniej więcej pamiętałby co ma w lodówce, ale to z pewnością nie był ten typ człowieka. Szedł tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie rozwinęła się tam jakaś obca cywilizacja na otwartym produkcie spożywczym, o którym zdążył zapomnieć. Bo jeśli chodziło o kawę – to można było wierzyć bądź nie – ale najważniejszym sprzętem w tym domu był ekspres i dwadzieścia worków skitranych po szufladach. Do tej pory dziwił się, że nie spożywa kofeiny w formie dożylnej, siedząc przy komputerze i nie ćpajac 24h/7, ale z drugiej strony ten napój był jedynym sensem jego podnoszenia się z krzesła, zaraz po szeroko-pojętym korzystaniu z toalety.
- Nie mam ciasta, wymagasz zbyt wiele. – szczerze mówiąc to nawet nie przepadał za żadnymi wypiekami. Z drugiej strony jak miał to robić, skoro przecież nie czuł smaku i było u naprawdę wszystko jedno co je. Odwrócił się w kierunku wejścia, coraz bardziej obawiając się momentu pokroju usiądź, zrobię naszą ulubioną kawę i wszystko mi opowiesz. I nie, żeby mu na tym zależało, bo zdecydowanie nie był typem człowieka, który do pewnych rzeczy lubił wracać, tak więc najlepszą taktyką byłoby zostawienie jej samej w kuchni #szowinista, a samemu wrócić do tego, czym zajmował się wcześniej. Z drugiej strony danie jej wolnej ręki we własnym mieszkaniu mogłoby doprowadzić do wzięcia noża i próby ucieczki.
Z trzeciej strony najpierw w domu trzeba posiadać nóż.

Maysilee Griffith - 2019-03-14, 00:00

Jeżeli spojrzałaby na to wszystko z boku, zapewne dosyć szybko zorientowałaby się, jak absurdalnie wyglądała ta cała sytuacja. Tyle niepotrzebnego stresu, tyle oschłości czy jawnej wrogości, które - nawet po tak długim czasie - po prostu tu nie pasowały, zdecydowanie nie przy tego typu relacji. Sama Griffith nakręcała się jednak w dostatecznie mocny sposób, by całkowicie pomijać te kwestie. Skupiona na tym, jak paskudnie czuła się podczas tego uroczego reunionu, praktycznie nie dbała o całą resztę. Pamiętała wyłącznie, jak dobrze było kiedyś, zestawiając to z fatalnym teraz. Mimo to, cóż, wciąż zauważała pewne szczegóły. Zdecydowanie zbyt mocno wgapiała się w swojego gospodarza, by tego nie robić.
- Czy ty właśnie ukradkowo mnie oceniłeś? - Cóż, nieważne, jak bardzo spięta czy zestresowana czuła się w tym momencie. Nie mogła nie zareagować na to tym niedowierzającym parsknięciem i uniesieniem wzroku ku sufitowi. Czyżby rozłąka naprawdę na tyle ich zmieniła, że Ver zaczynał zamieniać się w przesadnie chudą, zołzowatą, tlenioną blondynę, która była uzależniona od żucia gumy i bezgłośnego krytykowania wyglądu innych ludzi? Być może potencjalne jaśniejsze pasmo czy pojedynczy włosek w jego fryzurze nie były efektem upływu czasu, a transformacji? Jeśli jednak faktycznie przeistaczał się w aroganckie coś, zapewne już wkrótce miał na własną nogę przekonać się, jak to było uciekać na obcasach.
Wbrew pozorom, gdyby nie aktualny ból nóg - szczególnie odczuwalny w podeszwach stóp - nie narzekałaby na to zbytnio. Prawdę mówiąc, w podobnych butach miała przynajmniej większego kopa, gnając po prostu siłą rozpędu. Plus przynajmniej nie czuła się aż taka bezbronna, zyskując chociaż kilka centymetrów wzrostu, co przy spotkaniu z kimś szczególnie wysokim zawsze odrobinę się przydawało. Oczywiście, jeśli tylko nie był aż tak wysoki, jak w tym przypadku, bo tutaj najpewniej nie było miejsca na mam pięć centymetrów więcej, prawie dmucham w twoje gardło.
- A więc uważasz, że...? - Nie kończąc, zmrużyła oczy, poszukując jakiejś dobrej odpowiedzi. Jak na złość, nawet jeśli w jej czaszce nadal panował solidny mętlik, a kolejne myśli przelatywały w tempie błyskawicy, plącząc się ze sobą i doprowadzając Maysilee do bólu głowy, wciąż niezmiernie trudno było jej formułować racjonalne odpowiedzi. Bądźmy szczerzy, nawet w normalnych okolicznościach niespecjalnie jej to wychodziło. Znacznie łatwiej było przecież powiedzieć coś nielogicznego, ale pasującego do sytuacji.
- Mam pięć lat albo jestem małym, szczekliwym pieskiem? Jedno z dwóch? - Spytała ostatecznie, przesuwając językiem po zębach i kręcąc głową. Oczywiście, niewątpliwie czuła się tak, jakby ktoś wrzucił ją do typowego koszmaru, ale nie oznaczało to, że miała zachowywać się jak byle bohaterka taniego horroru. Od panicznego piszczenia zazwyczaj bolało ją gardło, poza tym wciąż nie wyleczyła się po praktycznie tygodniowym pobycie w lodowatym mieszkaniu w getcie. Wciąż miała chrypkę. Z dwojga złego, chyba wolała włożyć praktycznie całą energię w urywanie klamki w drzwiach wejściowych.
- Czyli ciastek też nie będzie? Mam zacząć krzyczeć czy mogę zrobić to później? - Spytała, o ironio, praktycznie za nim zakrzykując, gdy częściowo zniknął jej z oczu. I choć jakaś jej cząstka - no, może znacznie więcej niż cząstka - instynktownie chciała za nim podążyć, Maya złapała się na tym w połowie kroku. Zawieszając nogę nad ziemią, przez chwilę patrzyła w kierunku wnętrza mieszkania, by ostatecznie potrząsnąć głową.
Nie, nie mogła, nie chciała, nie planowała i nie powinna bawić się w nadmierną gościnę. W ostatnim czasie wielokrotnie słyszała, że nieustannie robiła te same rzeczy, kompletnie ignorując fakt, że nie uczyła się na swoich błędach. Nieważne, czego teraz chciała jej emocjonalna strona. Zbyt wiele razy pozwoliła sobie na ulegnięcie uczuciom, które zdecydowanie nie powinny nią kierować. Sparzyła się raz, drugi, trzeci czy piętnasty, nie chciała tego zrobić po raz n-ty, gdy miała już dostatecznie dużo problemów na głowie. Musiała być racjonalna, nawet jeśli to oznaczało, że czuła się kiepsko.
Po raz kolejny zaciskając dłonie tak, że dosłownie wbiła sobie paznokcie w ich wnętrza - już zresztą noszące czerwone ślady po wcześniejszych takich chwilach - przełknęła ślinę, znowu sięgając do klamki. Tym razem jednak ciszej i ostrożniej, zerkając wcześniej w wiadomym kierunku, jakby miała nadzieję, że setna próba przyniesie pożądany efekt. Tak się jednak nie stało, a ona - zamiast podążyć w stronę kuchni, zachowując się jak człowiek - bezradnie osunęła się plecami po drzwiach, siadając na wewnętrznej wycieraczce. To była najlepsza najgorsza opcja, tak przynajmniej podpowiadał jej rozsądek.

Theseus Verhoeven - 2019-03-19, 23:12

W typowej dla siebie ciszy wciąż opierał dłonie na blacie, wpatrując się niemo w przeciwległą ścianę oddzielającą go od przypadkowego gościa, który pojawił się już jakieś piętnaście minut temu. Nadal nie wiedział co ma z nim począć bynajmniej nie dziecko, możliwe, że stał za tym brak czasu, aby móc porządnie się nad tym zastanowić. Ta chwila, teraz, wydawała się idealna, aby móc zebrać rozbiegane myśli i spróbować przemyśleć wszystko od początku do końca, złapać głębszy wdech i być może uznać, że źle to wszystko razem zaczęli. Wszystko to spowodowane szokiem, niedowierzaniem i na pewno zaskoczeniem, nie mogło zakończyć się dobrze, skoro od razu nie wskoczyli sobie w ramiona po tym jakże długiej – przynajmniej w jego mniemaniu – rozłące.
Opuszki jego palców przesuwały się delikatnie po teksturze gładkiego blatu, jakby zaczęły nudzić się nad tą bezczynnością i w celu uniknięcia odrętwienia miały ochotę robić coś innego niż bezczynnie się o nań opierać.
Oczy w kolorze gorzkiej czekolady równie gorzko przyglądały się niewielkim pęknięciom, jakby zarysowaniom na ścianie, którego wcześniej w jakiś sposób nie dostrzegał. Śledzenie cieniutkiej linii było jego zaczepem do zebrania myśli, którego tak bardzo potrzebował. Tak więc wpatrywał się w nią z całą intensywnością, dopóki ta nie zakończyła się nagle jak za gładkim pociągnięciem pędzla - niknąc w dalszej, nieskazitelnej ścianie. Westchnął.
Otrząsnął się z tego dziwnego transu i zerknął na zegarek, który przez cały ten czas znajdował swoje miejsce na jego prawym nadgarstku. Trzy minuty. Tyle zajęło mu rozmyślanie nad tym wszystkim i szukanie rozwiązania. Sam nie wiedział czy je znalazł, ale był święcie przekonany, że to dziwne uczucie w żołądku nie znaczyło nic przyjemnego dla jego martwej emocjonalności, która nawet w takich chwilach nie chciała powstać z martwych i okazać choć niewielkiej dozy zainteresowania, wystawić łba ze swojej ciemnej i głębokiej jaskini.
Przełknięcie śliny było pewnym bodźcem do postawienia pierwszego kroku, a drugi i każdy kolejny jakoś sam z siebie wyszedł. Czuł coraz większe zdenerwowanie, a to niepokojące uczucie piętrzyło się w nim coraz mocniej, preferując obranie całkowicie innej drogi niż sobie postanowił. Ale był uparty. Uparty jak stado osłów i jak coś postanowił, i zaczął realizować, to raczej nie poddawał się tak łatwo. Choć tu naprawdę mózg krzyczał zawracaj, zawracaj!
- Chyba troszkę źle to wszystko zaczęliśmy. – szybko mogła zorientować się, że kucał przed nią, jak gdyby nigdy nic, na wprost, wpatrując się w jej oczy i w żadnej z dostępnych sekund nie mrugając. I choć na jego twarzy nadal nie było uśmiechu, to jednak niewielkie mimiczne zmarszczki zdradzały fakt, że jego nastawienie nieco się odmieniło. Z pewnością na lepsze.
Dwa kubki, po jednym w każdej z dłoni, z których unosiła się parująca ciecz, znajdowały się w odległości wystarczającej, aby jeden z nich mogła pochwycić. Miał jedynie nadzieję, że nie postanowi wylać zawartości żadnego z nich na jego ciało, bo wtedy autentycznie przerzuciłby ją przez kolano i jej wpieprzył jak małemu dziecku.
- To co, jeszcze raz?

Maysilee Griffith - 2019-03-20, 00:21

Mimo upływu czasu, nadal nie miała bladego pojęcia, co powinna o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony było to niezaprzeczalnym wynikiem jej własnego zachowania, tego zadziwiająco naiwnego braku pomyślenia przed rozpoczęciem jakiegokolwiek działania, jednak z drugiej... Skąd mogła wiedzieć, jaki obrót będzie mieć cała ta sytuacja? Nawet z niezmiernie rozbudowaną wyobraźnią, ba!, nawet z nadmierną skłonnością do przewidywania tysiąca scenariuszy, jakie mogły mieć miejsce... Cóż, zdecydowanie nie pomyślałaby o tym. To było jak gigantyczny pstryczek w nos prosto z ręki wrednego losu, który ostatnio chyba lubił obserwować jej miotanie się z kąta w kąt, z miejsca na miejsce. Do tego stopnia, że zaczynała czuć się jak ta biała myszka, która usiłowała znaleźć drogę w poplątanym, niemożliwym do ogarnięcia labiryncie. I chyba tylko łut szczęścia mógł ją z niego wyprowadzić.
Nie to, że nie lubiła zwierząt. Nie piszczała na widok myszy - podczas swojej wyprawy zdecydowanie przyzwyczaiła się do ich widoku - jednak zdecydowanie nie chciała być jak jedna z nich. Nigdy nie planowała zachowywać się jak tchórz. Wręcz przeciwnie, ale... Ale po prostu jakoś tak wychodziło. Co gorsza, praktycznie za każdym razem, gdy już tak się działo, konsekwencje tego były jeszcze bardziej nieprzyjemne i gorsze do przełknięcia niż samo inne, potencjalnie bardziej odważne rozwiązanie sprawy. Choć zatem nie wiedziała, co powinna zrobić, czuła, że... No, niewątpliwie powinna coś zrobić, a siedzenie na wycieraczce najprawdopodobniej się do tego nie zaliczało.
Rozprostowując palce dłoni i rozmasowując knykcie, ostrożnie podniosła się z miejsca, jeszcze przez dłuższą chwilę stojąc w nim jednak bez ruchu. Okej, teoretycznie to nie powinno być trudne. Przecież ludzie raz po raz przychodzili do kogoś w odwiedziny, siadali na kanapie, wypijali filiżankę kawy czy herbaty, rozmawiali o mijającym dniu, bieżących wydarzeniach czy wspólnych znajomych... Zachowywali się normalnie. Z tą drobną różnicą, że to nie była po prostu jedna z tych zwyczajnych, normalnych sytuacji. Maysilee śmiałaby nawet stwierdził, że ta wizyta była tak daleka od zwykłej, jak tylko było to możliwe... A Griffith naprawdę stresowała wizja jakiegokolwiek small talku.
Oczywiście, znali się, a nawet byli sobie bliscy, jednakże od tamtego czasu minął już praktycznie rok. Rok żalu, rok braku jakichkolwiek rozmów, rok bez kontaktu, rok życia swoim własnym życiem. Nawet nie wyobrażała sobie, jak miałoby to teraz wyglądać. Gdyby atmosfera między nimi wygląda chociaż trochę inaczej... Być może byłoby łatwiej, ale cała ta sztuczność i mrukliwość wraz z wcześniejszą nieprzystępnością - to nie wyglądało obiecująco, a ona nie miała nastroju, by próbować zamaskować to paplaniną. Kiedyś tak, ale nie teraz. Najwyraźniej ten rok zmienił więcej niż mogliby myśleć.
Zresztą... Co miałaby powiedzieć?
Instynktownie znowu zsuwając się w dół, nim wykonała choć malutki kroczek, pokręciła głową. Miałaby spytać o tę... Jak jej było? Heather? Helen? Heidi? Hester? No, dobrze. Doskonale pamiętała, że to była Hailee czy tam Haylee, ale przynajmniej mogła udawać, że tego nie wie, tym samym zaznaczając swoją pokrętną wyższość. Nie, żeby robiła to zbyt często, ale w tym konkretnym przypadku po prostu nie mogła się powstrzymać. I nie, napraaaaawdę nie chciała znać odpowiedzi. Nie chciała wiedzieć, co stało się z tą kobietą. Dla własnego dobra. Dostatecznie mocno ją to zabolało.
Jak na złość, nie pamiętała, żeby zapomnieć o skupianiu się na tym. Paradoksalne, prawda? Nie chciała o tym myśleć, mówiła sobie, że nie powinna, ale wciąż wciągnęło ją to na tyle, iż dopiero kubek podstawiony praktycznie pod nos sprawił, że uniosła wzrok, mrugając kilka razy i pozwalając słowom dotrzeć do uszu. Unosząc kącik ust, jedną ręką poklepała kawałek podłogi obok siebie, dopiero po tym wyciągając dłoń po gorący napój. Cóż, jeśli mieli rozmawiać, równie dobrze mógł zniżyć się do jej poziomu. No, chociaż trochę.
- Powinnam się teraz przedstawić, czy zaczniemy trochę dalej? - Spytała, przyglądając się jego twarzy, ale wciąż odwracając wzrok, gdy napotkała spojrzenie. To było takie... Po prostu nie chciała. - Myślałam, że Seattle to nie miejsce dla przesadnie ostrożnych ludzi. - Dodając, nieco bardziej się uśmiechnęła. - Bardziej pasowałaby Alaska albo okolice Machu Picchu.

Theseus Verhoeven - 2019-03-22, 00:01

Czy zaczniemy trochę dalej?
Nie wiedział, dlaczego w jego odczuciu zabrzmiało to jak zdobywanie kolejnej bazy w nieokreślonym dla niego celu, ale owszem, tak właśnie te słowa odebrał. Mimowolnie kąciki jego ust uniosły się do góry w typowym dla niego, finezyjnym i tajemniczym uśmiechu, ale swoich myśli oczywiście nie zdradził, bo wtedy byłoby to wszystko zbyt proste. Przyglądał się jej uważnie swoimi węgielnymi oczami i nie spuszczał wzroku nawet wtedy, kiedy jej spojrzenie uciekało gdzieś w bok. Nieświadomie przechylił nawet głowę, próbując złapać choć odrobinę tego wzroku, ale w żadnym stopniu nie było to proste. Parsknął. Była urocza jak zawsze i mógł z całą pewnością powiedzieć, że nie zmieniła się ani trochę. No, może odrobinkę, ale było to na tyle niezauważalne, że nie zwrócił na to większej uwagi. W każdym razie tak to wyglądało na pierwszy rzut oka.
- Powinnaś. - siedzenie w kuckach nie było dla niego szczególnie wygodne, a jakoś nie miał ochoty na to, aby swoimi niedawno upranymi spodniami czyścić podłogę, tak jak to ona właśnie robiła z jego wycieraczką. Co prawda mało używaną i dość schludną, no ale jednak wycieraczką. Wciąż w lewej dłoni trzymając kubek, wyciągnął w jej kierunku dłoń – wcześniej upijając nieco kofeinowej cieczy, co by jej nie wylać – aby mogła się jej pochwycić i wstać, bo chyba nie miała zamiaru spędzić tych kilku godzin jak bezdomna pod jego drzwiami, z tym, że od strony wewnętrznej.
- Przesadnie ostrożnych? – mielił te dwa słowa na języku, jakby brzmiały dla niego w jakiś sposób abstrakcyjnie. – Siedzenie w jednym miejscu to nie jest przesadna ostrożność... – poprawił ją i ruszył w kierunku okna, po drodze popijając czarną kawę. – …to po prostu siedzenie w jednym miejscu. – podsumował elokwentnie, bo jego limit słów na dzisiaj wyczerpał się już trzykrotnie.
Alaska albo okolice Machu Picchu.
Zmarszczył brwi przerywając patrzenie spomiędzy zasłon na niezbyt zatłoczoną o tej porze ulicę i przeniósł wzrok przez ramię na jej sylwetkę. A przynajmniej miejsce, gdzie zakładał, że stała, bo przez chwilę nie zerkał na nią bezpośrednio.
- To już wolałbym coś w Kanadzie. - odezwał się patriota. No ale taka była prawda, jakby już gdzieś miał wyemigrować, to najpewniej do swojej ojczyzny, choć jak wiadomo byłby z tym niemały problem przy odprawie. Dopiero po chwili dotarło do niego, że miało to być chyba coś w rodzaju żartu, ale nie miał zamiaru się tłumaczyć, bo wyszłoby jeszcze gorzej. Człowiek beton.
- W jakiś sposób mi tu dobrze. Nikt mi nie jojczy nad głową… - zaczął, jakby zastanawiając się czy aby na pewno nie mija się to z prawdą . – …poza chcącym żreć od czasu do czasu kotem. Robię swoje i mam spokój. - kolejny łyk szóstej czy siódmej już dzisiaj kawy popłynął przez jego gardło rozgrzewając cały przełyk. Koniec końców spojrzał na nią ponownie, jakby spodziewając się, że powie również coś od siebie. O sobie. Nie, żeby nalegał, bo nie nalegał, no ale…

Maysilee Griffith - 2019-03-22, 01:07

Nie mogła powiedzieć, że było jej tu specjalnie wygodnie, jednak jak na podłogę... Było całkiem miękko. Paradoksalnie, czując także charakterystyczny chłód pod rękami, jaki bił od podłogi, miała także większe wrażenie realności tej sytuacji. Bądź co bądź, to wszystko równie dobrze mogło brzmieć i wyglądać jak bardzo kiepski, zawiły i niepożądany sen... Ale nim nie było. Ilekroć potrzebowała to poczuć, nie szczypała się w przedramię, tylko po raz kolejny sunęła palcami po twardym, szorstkim obrysie wycieraczki, przejeżdżając nimi po zimnej podłodze... Ten krótki okres spędzony na podłodze w mieszkaniu w DOMu chyba nigdy nie miał do końca jej opuścić, objawiając się na różne, nierzadko niezbyt logiczne sposoby...
Ale nie zamierzała o tym mówić. Przyjmując kubek kawy, zaciągnęła się jej aromatem, spoglądając do wnętrza kubka - zupełnie tak, jakby mogła zobaczyć tam jakiś wzór niczym w filiżance z fusami po herbacie. Utrzymywanie kontaktu wzrokowego z rozmówcą było być może istotą kulturalnego zachowania, ale nie sądziła, by potrafiła zbyt długo to zrobić. W tym konkretnym przypadku najprawdopodobniej już wykorzystała zasoby swoich możliwości.
- Może się mylę, ale siedzenie w jednym miejscu z tytanowymi, automatycznymi, zaczarowanymi zamkami raczej zalicza się do tej przesadnej ostrożności, nie uważasz? - Uśmiechając się pod nosem, gdy dosłownie wcięła mu się w połowę zdania, częściowo skapitulowała. Potrząsnęła tylko lekko głową, odstawiając swój kubek na podłogę, by przyjąć wyciągniętą ku niej dłoń, mamrocząc przy tym coś, co brzmiało jak typowa formułka wykorzystywana przy przedstawianiu się komuś. W końcu kazał jej to zrobić, co nie?
Podniosła się jednak z tą drobną pomocą, pochylając się ku kubkowi i praktycznie nie zauważając, że została - no, przynajmniej częściowo i w pewnym sensie - sama, dopóki nie dosłyszała drugiej części przerwanej wypowiedzi, która zabrzmiała już odrobinę odlegle - nie tak blisko jak wcześniej.
- Myślisz, że ten wasz cudowny darmowy system leczenia tyczy się także obrażeń doznanych przy próbie przejścia przez granicę? - Odparła, parskając przy tym cicho. Oczywiście, Kanada - czego innego można byłoby się spodziewać, prawda? Napotykając przy tym niepożądane spojrzenie, nieznacznie wzruszyła ramionami, jakby chciała strzepnąć z siebie wrażenie towarzyszące temu kontaktowi. Niestety, przeniesienie wzroku na kubek z kawą niewiele dało, bo... Cholera, jeśli miałaby do czegoś porównać kolor tęczówek tego człowieka, to prawdopodobnie właśnie do kawy. Czy nie mogła chociaż na chwilę poczuć się mniej osaczona? I fizycznie, i psychicznie?
Dopiero cisza, jaka zapadła po zakończeniu wypowiedzi Theseusa, sprawiła, że Maysilee powróciła myślami do bieżącej chwili, otrząsając się na tyle, by podłapać pierwszą z brzegu rzecz, jaka nie byłaby powiązana z mówieniem o samej sobie. W przeciwieństwie do skłonności do gadulstwa i paplaniny na praktycznie każdy możliwy temat, to było coś, czego nie lubiła - mówienie o samej sobie. I szczerze? Naprawdę wolała tego uniknąć, zwłaszcza przy obecnych odczuciach.
- A więc masz... - ...kota? Nie dziewczynę, tylko kota? Zaczęła, marszcząc przy tym brwi i nieco przymykając oczy, żeby spojrzeć na niego badawczo, ale wciąż powstrzymała słowa cisnące jej się na usta. Cóż, ludziom nie wychodziło. To bywało raczej zwyczajne, naturalne. Nie zaliczało się do niczego niezwykłego, prawda. Ludzie odchodzili i nie wracali na dźwięk otwieranej lodówki. Coś o tym wiedziała, to byłoby zdecydowanie zbyt proste. Nie chcąc jednak napędzać tej karuzeli niezręczności i dłużej karmić ciszy, odchrząknęła, zaczynając po raz kolejny.
- A więc masz drugiego kota? Takiego, którego trzeba karmić czymś więcej niż kofeiną i dzienną porcją nieprzystępności? - Mówiąc to, mimowolnie spojrzała pod nogi, jakby spodziewała się zobaczyć wspomniane stworzenie. Kiedy jednak tak się nie stało, obróciła się wokół własnej osi, spoglądając dookoła, żeby dostrzec... Cóż, nic. Na tym etapie była skłonna stwierdzić, że chodziło po prostu o towarzystwo dla tamtego kota z głowy Vera, o jeszcze większe szaleństwo. Prawdę mówiąc, to całkiem pasowałoby do tamtej wcześniejszej chęci zamordowania jej i utopienia zwłok w basenie...



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group