Spin-off Universe - But all that's dead and gone and passed tonight…
Maysilee Griffith - 2018-12-13, 19:11 Temat postu: But all that's dead and gone and passed tonight…
Miejsce akcji: Bretton Woods (Carroll), New Hampshire, Stany Zjednoczone
Data akcji: 14.02.2018 (walentynki)
Sytuacja fabularna: Sytuacja mutantów w USA jest wyjątkowo niepewna, jednak nie tragiczna. Rząd wstrzymuje się przed podjęciem brutalnych środków wpływu na Amerykanów z aktywnym genem X, na ten moment rozmawiając o tym z przedstawicielami krajów europejskich. Maysilee i Tobias nigdy nie zahaczyli o Boston ani nie postanowili się rozdzielić. Pomimo wiedzy o istnieniu Bractwa Mutantów, przez lata nie podjęli decyzji o dołączeniu do organizacji. Wobec ciągłego narażenia na stres i frustrację, ich relacja zaczęła znacząco się pogorszać.
Maysilee Griffith - 2018-12-13, 19:44
Kiedy pojawili się w białym, skąpanym w śniegu mieście, teoretycznie nie było nawet piętnastej, jednak na dworze panowała już dosyć mocna szarawka. Bez sarkastycznych pogaduszek z Alex, bez działającego radia i bez odtwarzacza płyt, z którego mogłaby grać świąteczna muzyka, podróż przebiegła im wyjątkowo cicho i...
Cóż, niekoniecznie błogo. Prawdopodobnie była to poniekąd jej własna wina, ponieważ - praktycznie przez cały miniony tydzień, odkąd Alexis postanowiła nie cieszyć się dłużej ich towarzystwem, tylko zostać w Utah ze swoim nowym chłopakiem - Maysilee milczała niczym zaklęta. Zupełnie tak, jakby ktoś odebrał jej nie tylko zdolność do żartowania czy roztaczania tej radosnej atmosfery, lecz także możliwość jakiejkolwiek komunikacji. A tej przecież tak bardzo im brakowało...
Czasami nawet za bardzo, tracąc jakiekolwiek tematy do rozmowy i woląc pogrążyć się w kompletnym, zdecydowanie niezręcznym milczeniu. I chociaż Griffith nie wiedziała, skąd tak właściwie wzięła się ta cała frustracja, jaką wyczuwała od strony Tobiasa, nie potrafiła tak po prostu go o to spytać. Wolała wybierać jakiekolwiek okrężne, ucieczkowe opcje, byleby tylko nie zadać mu tego jednego pytania. Bała się tego, co mógłby jej na nie odpowiedzieć. Bała się, że powie jej, iż to nie było to, na co się pisał.
Bo nie było. Zamiast szalonej przygody, ucieczki przed prawem, jednak zakończonej w bezpiecznym miejscu i przy w miarę stabilnej sytuacji życiowej, zafundowali sobie nieustanną podróż. Długie godziny jazdy, krótkie przerwy na to, by dorobić gdzieś na jedzenie czy paliwo, a następnie powrót do samochodu i ponowne podążanie gdziekolwiek, gdzie tylko prowadziła ich droga. To nie było coś, czego mogło chcieć którekolwiek z nich. To nie było coś, czego chciała Maya, ale los nie był dla nich przychylny.
W momencie, w którym myślała już, że uda im się zahaczyć w miłym mieszkanku w okolicach Salt Lake City, władowała się w kolejną, wyjątkowo niezdrową relację uczuciową z mieszkającym tam mutantem, a gdy przyszedł po niego rząd... Znowu musieli brać nogi za pas. Nie planowała tego wszystkiego i chociaż nie usłyszała ani jednego złego słowa na własną głupotę - nie od Jensena - wyraźnie czuła, co o tym myślał... Ale już jej o tym nie mówił... O niczym nie mówił... Od wielu długich miesięcy...
Okolice Mount Washington były jej pomysłem. To ona zaproponowała ten kierunek, mając nadzieję, że bardziej sielskie, cichsze, górskie otoczenie, pełne malowniczych widoków niczym z obrazka... Cóż, pozwolą im odetchnąć od problemów. Po cichu liczyła także, iż uda im się naprawić relacje, jakie powoli coraz bardziej się psuły. A kiedy zobaczyła to wszystko na żywo, wbijając wzrok w migające światełka miasteczka i przyciskając nos do lodowatej szyby auta... Naprawdę poczuła, że to mogło być to.
Niewielki, drewniany domek pośród ośnieżonych drzew także nie zawiódł jej oczekiwań. Z ogniem mile trzaskającym w kominku - najwyraźniej zawczasu przygotowanym przez właścicielkę, od której postanowiła go wynająć - świątecznymi dekoracjami i talerzem pierniczków zostawionym na okrągłym, drewnianym stole, wywołał szeroki uśmiech na jej twarzy. Tak samo zresztą jak podjęcie pierwszej wspólnej - no, przynajmniej pierwszej od tygodnia - decyzji o zejściu spacerem do miasta, by coś zjeść.
Domowy, ciepły zajazd był do tego idealny i - zaledwie pół godziny od przybycia do Bretton Woods, korzenny zapach grzanego wina przyjemnie wypełniał jej nozdrza. Spoglądając w okno, za którym robiło się coraz ciemniej, przesunęła menu w stronę Tobiasa, uśmiechając się do niego. Czuła, że może być dobrze. To była właściwa decyzja.
|
|
|