The Gifted - 2018-12-09, 00:03 Temat postu: Klatka schodowa
Maysilee Griffith - 2018-12-09, 00:43 | 4 grudnia
Miała sobie naprawdę wiele do wyrzucenia i nie można było stwierdzić, iż w jakikolwiek sposób się przy tym wybielała. Prawdę mówiąc, ostatni tydzień - tak! dokładnie tak! tydzień! siedem upiornych dni! - był dla niej istnym koszmarem. Nawet w chwilach, w których usiłowała skupić się na jakichkolwiek innych zajęciach, myślami nadal powracała do ponurego, lodowatego getta i murów tej konkretnej kamienicy.
Gdyby tylko wiedziała, że nie dane jej będzie wrócić tu przed rozpoczęciem okresu listopadowo-grudniowej kwarantanny, najprawdopodobniej nigdy w życiu nie zdecydowałaby się na jakiekolwiek wyjście. Nawet jeśli leki, które miała teraz przy sobie, były jej niesamowicie potrzebne, zawsze mogłaby znaleźć jakieś zamienniki, zastosować inne, bardziej domowe sposoby, wykorzystać posiadane rzeczy...
Co z tego, iż miała przy sobie to wszystko, co mogło wystarczyć jej na naprawdę długą i poważną kurację, jeśli tak naprawdę czuła, że zawiodła? Przecież obiecała, że wróci jeszcze tego samego dnia, najpóźniej kolejnego nad ranem... Tymczasem dopiero dzisiaj przekroczyła bramy getta, czując, jak żołądek ściska jej się w niesamowicie ciasny supeł i podchodzi wprost do gardła. Bała się, naprawdę bała się co zastanie, kiedy wreszcie przekroczy próg mieszkania.
Mimo wszystko, po stokroć wolałaby jednak otrzymać ostrą, nienawistną reprymendę, niżeli spotkać się z upiorną ciszą, jaka zapanowała na korytarzu. Mimo głośnego zastukania do drzwi Thomasa, odpowiedź nie nadeszła. Nie zastanawiając się zbyt wiele, Maysilee postanowiła nacisnąć klamkę, tu także napotykając opór. Drzwi były zamknięte. Całkowicie... Kompletnie... Na amen... Momentalnie poczuła, jak oblewa ją zimny pot...
A przecież nigdy, przenigdy nie była negatywnym człowiekiem, czyż nie? Nie myślała w ten sposób, jednakże tym razem... Tym razem miała przeczucie. Ono zaś sprawiało, że trzęsły jej się nogi, a serce łomotało zawzięcie.Maria Ortega - 2018-12-09, 14:53 Chłodny poranek najchętniej spędziłaby w łóżku. Szaro bura pogoda za oknem nie skłaniała do wyjścia spod cienkiej kołdry. Dzień jak co dzień, różnił się jedynie ilością obowiązków. Dziś Maria nie myślała, że musi wstać, by zajrzeć do sąsiada. Rola opiekunki chorego nie była najlepszym zajęciem, ale nie marudziła i nie broniła się przed zajęciem.
Obserwowanie jak wszystkich wokół rozkłada choroba, nie należało do najprzyjemniejszych. Maria tylko odliczała dni i kolejne osoby, które nie potrafiły wyjść z łóżka. Obawiała się o swoje własne zdrowie, ale nie łamała obietnic danych innym. Póki mogła.
Każdego dnia szukała u siebie pierwszych oznak choroby. Ale codziennie wstawała zdrowa i pełna sił, by z bólem w sercu patrzeć jak inni chorują. Na głos,wraz z innymi, zastanawiała się co było przyczyną choroby. Plotkowano o rządzie, który chciał wykończyć mutanty i czekano na swoją kolej. Kolej, która w przypadku Marii nadal nie nadeszła.
Gdy inni znikali, wynoszeni na badania, Ortega musiała przywitać kolejny dzień w znienawidzonym gettcie. Z niepokojem myślała, jak liczba mieszkańców się zmniejsza. Nikt już nie odwiedzał kamienicy i Maria mogła tylko przypuszczać co się stało.
Z mieszkania wyciągnęło ją pukanie, roznoszące się po klatce. Mieszkania tonęły w ciszy i od kilku dni niewiele się tu działo. Musiała sprawdzić kto pojawił się przed drzwiami sąsiada.
- Zabrali go. - Odezwała się, gdy stanęła przed Maysilee. Rękawy swetra naciągnęła na dłonie, wciśnięte pod ramiona, skrzyżowane na piersi. Rzadko miała okazję do przekazywania złych wieści. Spojrzała na drzwi do mieszkania, nieprzyzwyczajona do takich rozmów. Długo samotnie mierząc się ze światem, nadal nie wiedziała jak reagować na strach i rozpacz innych osób. Tym bardziej, gdy czuła się winna, że mimo obietnicy nie zdołała utrzymać mężczyzny przy życiu.Maysilee Griffith - 2018-12-09, 19:31 Pomimo przeczucia, jakie przecież ogarnęło ją już na długo, nim w ogóle zbliżyła się w okolice wysokiego, zimnego budynku, potrzebowała czasu, by pojąć to, co się właśnie działo. Stukot obcasów jej zimowych kozaków zgrywał się z coraz głośniejszym, coraz bardziej intensywnym stukaniem do drzwi, które nadal pozostawały tak głucho zamknięte jak na samym początku. Mimo to, wciąż nerwowo przestępując z nogi na nogę, nie przestawała pukać.
Przecież doskonale pamiętała, jak to było na samym początku, gdy pojawili się w tym mieszkaniu. Nawet po tych paru dniach wzmożonego odpoczynku, zdarzało się, iż Thomasa tak naprawdę wcale nie było z nią. Owszem, przykładała mu okłady do czoła, starając się nieustannie go o coś zagadywać, by nie odlatywał zbyt często, jednak i tak znacznie częściej uciekał gdzieś świadomością, niż prowadził z nią całkowicie świadomy dialog.
Być może była naiwna i głupia, być może za bardzo tego chciała, ale również w tej chwili liczyła na to, że zwyczajnie odpłynął w sen, a ona miała go z niego obudzić. Zamknięte drzwi przecież o niczym nie świadczyły, prawda? Były nawet całkiem dobrym znakiem, ponieważ zapewniały pewnego rodzaju bezpieczeństwo, z jakim było niezmiernie krucho w tym miejscu.
Starając się zignorować swoją narastającą nerwowość - której upust nadal dawała w podreptywaniu w miejscu i coraz bardziej czerwonych, szczypiących od stukania w drzwi knykciach - mimowolnie usiłowała tłumaczyć sobie to wszystko w taki sposób, by nie poddać się najczarniejszym myślom. Najzwyczajniej w świecie trafiła na chwilę odpoczynku, a chore osoby nie przebudzały się tak szybko. Znacznie wolniej podchodziły także do drzwi, zwłaszcza jeśli nie spodziewały się gości... Albo były na nich śmiertelnie obrażone za złamanie obietnicy.
Hałas, jaki sama robiła, sprawił, iż w pierwszej chwili nie usłyszała cudzych kroków. Dopiero w chwili, w której dostrzegła cień, jaki padał na drzwi przed nią, instynktownie drgnęła, cofając dłoń - już prawie dotykającą drewnianej powierzchni. Automatycznie obróciła się także w kierunku postaci, momentalnie ją rozpoznając. Nim jednak zdążyła uśmiechnąć się do niej czy ją przywitać, do jej uszu dotarły te słowa. Tu wystarczyły już tylko sekundy, by poczuła, że zaraz osunie się na ziemię, instynktownie łapiąc klamkę i mocno zaciskając na niej dłoń.
- Co masz na myśli, mówiąc zabrali...? - Wyszeptała przez drętwiejące wargi, nie spuszczając wzroku z twarzy Marii, a wręcz wbijając świdrujące spojrzenie w jej twarz.Maria Ortega - 2018-12-09, 20:25 Spojrzała w oczy Maysilee i odruchowo opuściła swoje. Była świadoma relacji, jaka łączyła ją z mężczyzną, którego zabrakło. Nie wiedziała jak wyrazić swoje współczucie i czy w ogóle mogła w jakiś sposób pocieszyć sanitariuszkę. Najbardziej się bała, że Mays zaraz się rozklei, wybuchnie płaczem, albo co gorsza wpadnie w panikę.
Nikt nie nauczył Marii co należało robić w takich sytuacjach. Pytanie jeszcze bardziej ją zestresowało. Jakby chwila była nie dość niekonfortowa. Chłód na klatce, przenikał przez cienki materiał swetra, wywołując gęsią skórkę, ale to reakcja Maysilee wywoływała dreszcze na plecach.
- Kilka dni temu pojawili się hmm chyba lekarze. Razem ze strażnikami, przetrząsnęli całą kamienicę, szukając chorych. Zabrali kilka osób. - Zaczęła opowiadać, powoli docierając do sedna tej rozmowy. Do Thomasa. - Wszystko działo się szybko, jakby wiedzieli które mieszkania sprawdzać. - Na chwilę spojrzała na Griffith, zaczynając pocierać ramiona. Denerwowała się rozmową, ale wiedziała, że jest nieunikniona.
- Thomasa wynieśli na noszach i... - Zacięła się przed stwierdzeniem, że mężczyzna wyglądał jak nieżywy. Gula stanęła jej w gardle i nie pozwoliła tego powiedzieć. Na moment zapadła cisza, nim Maria pokręciła głową i podniosła oczy - Przykro mi.
Nie wiedziała co mogłaby jeszcze dodać. Mówiła szczerze i nie chciała, żeby Mays się załamała. Nie wiedziała ile optymizmu w sobie nosi, ale nie chciała go podkopywać stwierdzeniami, że Thomas nie miał szans z tego wyjść. Nikt w DOGS nie leczyłby mutantów. Z takiego założenia wychodziła.Maysilee Griffith - 2018-12-09, 21:25 Kwarantanna...
Pamiętała, jak za pierwszym razem zareagowała na wieść o tym. Kiedy z końcem października oznajmiono, iż getto zostało przymusowo jeszcze bardziej odizolowane od reszty miasta, przyjęła to w miarę spokojnie. Owszem, w żadnym wypadku, nie była z tego zadowolona i nadal snuła się z kąta w kąt, jednakże względnie spokojnie doczekała momentu, w którym ponownie pozwolono na odwiedziny w DOMu.
Tym razem było jednak zdecydowanie inaczej, a ona sama nie wiedziała do końca, dlaczego. Dlaczego aż tak mocno przywiązała się do kogoś, kto przez większość czasu nie był dla niej nawet miły. Dlaczego na samą myśl o tym, że zawiodła, tak bardzo ściskały jej się wnętrzności. Dlaczego nadal czuła się kompletnie ogłupiała w związku z tym wszystkim, co doprowadziło ją do takiej a nie innej sytuacji. Przede wszystkim zaś - dlaczego w ogóle była tak głupia i wyszła z getta, skoro dostrzegała, iż okoliczni mutanci coraz częściej i coraz mocniej chorowali.
Podczas pierwszej kwarantanny nie było aż tak źle. No, przynajmniej jak na jej oko. W tamtym okresie nie miała nawet pojęcia o zachorowaniach, dopóki nie ujawniły ich media. Tym razem było zaś znacznie, znacznie gorzej. Niestety, już nie tylko w Dzielnicy - dosłownie w całym mieście, co pozwalało kwestionować logikę ponownego zamknięcia bram. Coś tu mocno nie grało. Nie miała bladego pojęcia, co, jednak nie była w stanie uwierzyć w to, iż rządowcom zależało wyłącznie na zdrowiu gości. Mimo tego wszystkiego, mogła jednak wyłącznie spekulować.
Przynajmniej do tego momentu. Coraz mocniej opierając się całym ciężarem ciała o nieszczęsną klamkę, której zimna, metalowa część boleśnie wciskała się we wnętrze dłoni Maysilee - o zgrozo, działając przy tym podobnie jak uszczypnięcie w ramię; to wszystko naprawdę się teraz działo, to nie był wyłącznie kolejny koszmar - jak i również o drzwi do... Do pustego mieszkania, słuchała tego, co koleżanka miała jej do powiedzenia.
O zgrozo, to wszystko rozjaśniało. Sprawiało, że czuła się zwyczajnie głupia. W końcu od zawsze wiedziała, czego chciał rząd. Do jakich rzeczy posuwali się ci ludzie, by zapewnić sobie przetrwanie. Skoro choroba dotknęła nie tylko mutantów w getcie, rozprzestrzeniając się także na normalnych ludzi z Seattle, okolic i całej reszty miejsc... Jak trudne byłoby poświęcenie tych, na których i tak już dawno postawiono krzyżyk? Dla D.O.G.S. mutanci z getta byli martwi z chwilą, w którym w ogóle się w nim znaleźli.
Nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Zupełnie tak, jakby ktoś nagle postanowił pozbawić ją wszystkich znajomo brzmiących słów, jakie dotąd pamiętała. W jej głowie pozostał tylko chaos i zamęt, a ciało coraz bardziej oddawało te wewnętrzne reakcje. Nawet nie dostrzegała tego, jak trzęsły jej się kolana. Jak dygotały ręce, jak pobladła twarz, a usta posiniały. Jak duże, ciemne i wilgotne zrobiły się jej oczy - zazwyczaj przecież jasnoniebieskie i błyszczące. Jak bardzo momentalnie się postarzała. Zupełnie tak, jakby ktoś w przeciągu kilkudziesięciu sekund dołożył co najmniej dekadę.
- Mi też. - Powiedziała, kompletnie nie skupiając się na brzmieniu tych słów, tylko powoli osuwając się po drzwiach - do momentu, gdy po prostu siedziała już na brudnych, lodowatych schodach. Patrząc przez chwilę na własne rozdygotane dłonie - które teraz zdawały się należeć do kogoś innego - ponownie uniosła wzrok, patrząc na Marię. Nie krzyczała, nie robiła scen, nie zanosiła się spazmatycznym płaczem. Była spokojna, wręcz otępiale.
- Muszę... - Zaczęła, najwyraźniej nie zamierzając zbyt szybko dokończyć zdania. Zamiast tego, sięgnęła do torby, przez stanowczo zbyt długą chwilę siłując się z zamkiem, jakby była na to zbyt niezdarna. Kiedy jednak już ją rozpięła, bez słowa wyciągnęła plastikową, przezroczystą butelkę bez jakichkolwiek napisów, odkręcając ją i pociągając naprawdę spory haust płynu. Zaśmierdziało mocnym, tanim spirytusem - przecież przyniosła go do odkażania, nie do jakiegokolwiek picia - a sama Maysilee momentalnie poczuła, jak płoną jej wnętrzności. Krztusząc się i dławiąc, bez słowa wyciągnęła butelkę w kierunku Marii.
Nie piła. Praktycznie nigdy. Ale teraz musiała.Maria Ortega - 2018-12-09, 22:40 Wystarczyło tylko jedno spojrzenie na wilgotne oczy Maysilee, by Maria poczuła strach o dalsze minuty tego spotkania. W jednej chwili pożałowała pojawienia się na klatce. Wolałaby schować się pod kołdrą i nie mierzyć się z żałobą kobiety.
Ale wyszła, bo nie była tchórzem. Wyszła, zobowiązana do tego, żeby osobiście wyjaśnić sytuacje. Najprawdopodobniej nie było nikogo innego, kto mógłby poinformować Mays o zniknięciu Thomasa. A jeśli nawet jeszcze ktoś był wtajemniczony w sytuację, sanitariuszka mogłaby czekać dłużej niż powinna. Maria już dawno zrozumiała, że niewiedza była cięższa niż najgorsza prawda. Zawieszenie między wyobrażeniami potrafiło bardzo szybko zniszczyć.
Ortega postawiła krok, oddaliła się od drzwi do swojego mieszkania i zbliżyła do zsuwającej się Maysilee. Ręce jej drgnęły, prawie wyciągnęła je do koleżanki, ale ostatecznie tylko opuściła.
Często uświadamiała sobie, że w relacjach z innymi jest najzwyczajniej upośledzona. Wiedziała, że powinna teraz zareagować lepiej niż tylko stojąc i się gapiąc, ale nie wiedziała jak.
Znowu spojrzała na drzwi mieszkania, do którego jeszcze kilka dni temu wchodziła. Zamknięte, posępnie odcinały się na tle szarych ścian. Pokoje za nimi, musiały być równie zimne co klatka. Świst wiatru na chwile przeciął ciszę i drzwi na dole zaskrzypiały, ale oprócz tego nie dało się usłyszeć nic więcej, oprócz szarpanej torby.
Maria spojrzała na swoje buty i znowu na Maysilee, gdy zaniosła się kaszlem. Z dziwnym pragnieniem zwróciła uwagę na butelkę. Zbyt długo nie miała w ustach nic mocniejszego, musiała się skusić. Podeszła jeszcze bliżej i złapała za butelkę. Od razu poszła za przykładem koleżanki i napiła się, zaraz też reagując jak ona.
Zakaszlała gwałtownie a moc alkoholu wycisnęła jej łzy z oczu. Maria odetchnęła i oddała butelkę, siadając obok Maysilee. Nie chciała pytać co właśnie wypiła. Rękawem przetarła oczy i usta.
- Co teraz zrobisz? - Zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy. Nie byłaby zdziwiona, gdyby Griffith przestała pojawiać się w gettcie. Liczba jej pacjentów stale się kurczyła a Maria była zdecydowanie zbyt zdrowa, żeby można było się nią przejmować. Według niej samej, oczywiście.Maysilee Griffith - 2018-12-09, 23:59 - Nie mam pojęcia... - Mruknęła, ponownie przystawiając butelkę do ust i siorbiąc mocny alkohol. Tym razem już zdecydowanie mniej łapczywie, ale jednak wciąż na tyle obficie, by poczuć, jak prawie przeżera jej gardło od środka. - Mimo choroby, getto nadal jest przeładowane i... - I chyba nie miała siły planować czegoś, czego już nawet nie czuła. Nie teraz, nie w takich okolicznościach i nie tak szybko. W tej chwili myślała wyłącznie o tych uczuciach, jakie tak bardzo wypełniały jej wnętrze. Nie wiedziała, czy w ogóle będzie w stanie jeszcze kiedyś je uspokoić.
Nienawidziła zawodzić. Nieistotne, czego to dotyczyło. Nienawidziła, gdy sytuacja do tego stopnia wymykała jej się z rąk, że zaczynała raz po raz ją zawalać. Nieważne, jak bardzo kochała przygodę. Ten rodzaj niepewności nigdy nie miał być czymś, co potrafiłaby kiedykolwiek zaakceptować. O zgrozo, zaczynał być jednak w pewien sposób bliski jej sercu. I za każdym pierdzielonym razem tak samo to bolało... No, przynajmniej do teraz. Teraz zwyczajnie ścięło ją to z nóg.
Prawdopodobnie spirytus także miał w tym swoją drobną rolę, ale nie zwracała na to większej uwagi. Ważne, że pozwalał chociaż na chwilę skupić na czymś uwagę i zająć usta, a także tłumaczył coraz bardziej wilgotne oczy i częstsze pociąganie nosem. Jeszcze całkowicie się nie rozkleiła. Wciąż jeszcze nie posypała się do końca, choć czuła, że była tego niezmiernie blisko. Znacznie bliżej niż przez wiele wcześniejszych lat.
W końcu nawet w najgorszych chwilach, jakie dotykały Bractwo i jej najbliższych z niego, zawsze widziała światełko w tunelu. Tym razem miała jednak wrażenie, że był to pociąg. I to nie byle jaki! Przeklęty Shanghai Maglev Train, który nieubłaganie pędził w jej kierunku. Ona zaś czuła się całkowicie bezradna wobec nadciągającego zagrożenia. Dlaczego? Przede wszystkim, nigdy, przenigdy nie sądziła, że tak bardzo zabraknie jej tego czasu. Najzwyklejszego czasu. Czegoś, czego powinna mieć pod dostatkiem. Ale to były milisekundy. Mgnienie oka i następująca po nim tragedia.
Co gorsza, lata temu obiecała sobie przecież, że nigdy więcej do tego nie dopuści. Tymczasem w tej chwili... W tej chwili historia zatoczyła jakiś dziwny, popaprany krąg. Może nie do końca idealny, ale dostatecznie druzgocący.
- Sama nie wiem, kiedy tak bardzo... - Zaczęła nagle, przerywając ciszę i po raz kolejny wymieniając się butelką z dosyć mocno ubywającym spirytusem. - Tak bardzo zaczęłam go lubić, wiesz? Ale ja nie mogę lubić facetów. Po prostu nie mogę. - Mimo wcześniejszego, dosyć cichego, wyznaniowego tonu, nagle parsknęła głośnym, gorzkim i niedowierzającym śmiechem. Alkohol zdecydowanie uderzał jej do głowy, ale jej to nie przeszkadzało, prawda? I tak było wybitnie źle, a te kręciołki wewnątrz czaszki przynajmniej załatwiały część sprawy.
- Najpierw był taki chłopak ze szkoły średniej. Daniel Garroway. Miły, cudowny, kochany... Futbolista? Wiesz, do czego zmierzam? Był typowym futbolistą. Oczywiście, że go polubiłam. A on... Raz-raz i mnie rzucił. Fred Jones ten odkrył powołanie zakonne. James O'Hara... Gej. Tim Russell Szkoda gadać. Miałam też przyjaciela. Takiego prawdziwego przyjaciela. Nic z tych rzeczy. Myślałam, że go zastrzelili. Przeze mnie. Do tej pory nie wiem, co się stało. Potem był... Ooo... Potem był ten gnojek. Nawet go nie lubiłam. Na samym początku. Potem złamał mi serce. Friendzone aż miło. I był jeszcze Hopper.William, skurkowaniec, Hopper. Ten zwiał. Co prawda, przynajmniej można powiedzieć, że odnowiliśmy kontakt, ale... UGH. - Jęknęła, ponownie przejmując butelkę od Marii. - No i Thomas Walker. Jeden pocałunek. Jeden pocałunek, rozumiesz, Ria? Jeden pocałunek i nie żyje. To moja wina. Klątwa. - Zakończyła, tym razem zdecydowanie płaczliwie.Maria Ortega - 2018-12-10, 11:18 Maria nie powinna pić. Na pewno nie na pusty żołądek. Nie zdążyła jeszcze nic zjeść a ostatni posiłek miała wczoraj. W gettcie nie było luksusów i szczytem możliwości było napełnienie żołądka do pełna. A co zjadła wczoraj? Trochę jajecznicy na wczesną kolację. Jej smak był już tylko wspomnieniem. Maria złapała za butelkę i spojrzała do jej środka. Nie zazdrościła Maysilee położenia, nawet jeśli ta była wolna. Mogła wyjść z getta kiedy chciała, mogła wrócić do własnego mieszkania. Nie musiała się przejmować cudzym nieszczęściem, zamkniętym za murami paskudnej dzielnicy.
Może byłoby dla niej lepiej, gdyby już tu więcej nie wróciła? Maria nie znała jej zbyt dobrze, ale po cichu podziwiała te oddanie sprawie. Za każdym razem dziwiła się, że sanitariuszka nadal tu przychodzi, ale z drugiej strony mogła tego pogratulować.
Bo co sama zrobiła, lądując na kilka dni w Bractwie? Z podkulonym ogonem uciekła, gdy tylko zrobiło się niebezpiecznie. Tak jak raz za razem, przez całe dziesięć lat. Czując niesmak w ustach, pociągnęła z gwinta i skrzywiła się, zakaszlała.
Obrzydliwe.
Pozwoliła Maysilee mówić, bo sama nie miała nic do powiedzenia. Czasem zastanawiała się, czy kiedykolwiek była inna. Elvira tak, ale Maria chyba zawsze trzymała się na dystans. Nie spodziewała się tego typu zwierzeń. Myślała, że Maysilee szybko zwinie się z klatki i pójdzie cierpieć poza murami getta.
- Co? - Zapytała z opóźnieniem i odwróciła się do koleżanki. Nie od razu wyłapała znajome nazwisko pośród tych wszystkich, które ją nawet nie interesowały. Zamrugała, wpatrzona w Mays. - Hooper? - W głowie jej się zakręciło, żołądek ścisnęło, jakby to była wina alkoholu. Ale nie. Wspomnienie chłopaka, o którym nigdy nie zapomniała, uderzyło ją nagle i skutecznie. Maria wyglądała jakby zobaczyła ducha. Nawet nie wiedziała, że kilka miesięcy temu była tak blisko niego. Gdyby nie atak na Bractwo, jej ostatnie tygodnie wyglądałyby zupełnie inaczej.
- William Hopper - Powtórzyła i położyła dłoń na piersi, na której pod swetrem, na długim łańcuszku nosiła jeden kolczyk. Zrobiło jej się gorąco i słabo jednocześnie. - On żyje? - Zapytała cicho. Przez tyle lat nie dowiedziała się o nim niczego. Tak długo, aż straciła nadzieję. Jej powrót był czymś dziwnym, nienaturalnym. - Znałam go. Kiedyś. - Nie umiała się zwierzać jak Maysille, ale od czego była butelka, pełna obrzydliwego alkoholu? Maria złapała za nią i znowu wlała spirytus do gardła.
- Dziesięć lat temu. Myślałam, że go zabili. - Niewiele wyjaśniła, ale lepszy rydz niż nic. Maria była w szoku. Nie potrafiła wylać z siebie tylu słów co jej koleżanka. Ale miały czas. Nie wiedziała, czy Will nadal ją pamięta. Szukał czy poddał się?Maysilee Griffith - 2018-12-10, 17:39 - William? - Powtórzyła powtórzone imię, nawet nie do końca się na tym skupiając. Nie miała do tego głowy, nie była na tyle przytomna, by wyrazić jakiekolwiek zdziwienie. Czy to faktem, iż Maria najwyraźniej na tyle dobrze znała Hoppera, by zainteresować się jego losami. Czy też tym, jak małe było prawdopodobieństwo tego, iż obie go znały. Po prostu przelotnie spojrzała na koleżankę, postukując przy tym palcami o drewnianą podłogę, na której tak wygodnie - o dobry losie! - jej się siedziało. Nie sądziła, by jakiekolwiek głębsze wspomnienie o Willu miało komukolwiek zaszkodzić, toteż chwilę później ponownie się odezwała. Dała tylko Marii dokończyć wypowiedź, w końcu sama i tak nie paliła się teraz do olbrzymich gadek... One po prostu jej wychodziły.
- Pełnią życia, jeśli można tak powiedzieć. Założył rodzinę, kilka dni temu urodziło mu się dziecko. Córka, jeśli dobrze kojarzę. - Cóż, niewątpliwie cieszyła się jego szczęściem. Nie była zawistnym człowiekiem skorym do długiego trzymania jakiejkolwiek urazy. Nawet jeśli niekoniecznie im wyszło, a ją - przynajmniej w tamtym okresie - dosyć mocno ugodziło jego zachowanie, cała ta nieoczekiwana ucieczka... Teraz nie było już tak źle. Na swój sposób autentycznie gratulowała mu ułożenia sobie życia, zwłaszcza w tak ekspresowym tempie i przy tylu jednocześnie rozgrywających się dramatach. Mimo to, w jej głosie rozbrzmiała lekko gorzkawa nuta. W końcu cholernie ciężko było mówić o czyichś radościach, kiedy własne życie zdawało się być ich pozbawione.
W tym momencie zwyczajnie cholernie ciężko było jej myśleć pozytywnie, pałając miłością do całego świata. Była zdecydowanie bardziej skłonna do wyciągania sobie własnych win i błędów, a także do tego naprawdę ostrego - ostrzejszego niż kiedykolwiek - buntu przeciwko tej rzeczywistości, jaki coraz bardziej rozpalał się wewnątrz jej piersi.
Jakim cudem to wszystko w ogóle się działo? Jakim cudem przechodziło, jeśli jeszcze kilka lat temu ludzie tak bardzo uważali na wszelkie przejawy rasizmu, maltretowania czy innych moralnie niegodnych rzeczy? Jakim prawem wystarczyła zaledwie chwila, jedna informacja, żeby nieetyczne stało się etyczne? I nikt, kompletnie nikt - przynajmniej nie wśród kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych - nie zachował przy tym ani odrobiny zdrowego rozsądku? Nawet najbardziej przyjazne mutantom programy polityczne były po prostu złe. Cały ten świat był tak potwornie popaprany...
Już teraz... I nie wyglądało, by przyszłość miała przynieść im coś znacznie lepszego. Maysilee po prostu czuła, że nie umiała już dłużej ukrywać tego, jak bardzo bała się tych kolejnych lat. Ci, którzy usprawiedliwiali się lękiem przed mutantami, tak naprawdę byli tymi, których należało się lękać. Raz po raz wpadali na nowszy, jeszcze bardziej brutalny pomysł, na sposób zniszczenia żyć ludzi takich jak chociażby Maria, Thomas, czy rodzina małej Clary, jaką opiekowała się jeszcze jakiś czas temu. Żadne z nich nie zasługiwało na coś takiego. Była tego stuprocentowo pewna, bo nikt na to nie zasługiwał.
- Przykro mi. - Mruknęła, mimowolnie wyciągając rękę w kierunku koleżanki, jakby miało to coś zmienić. - Doskonale wiem, jak to jest. - Tyle tylko, iż ona - po kilku latach myśli o śmierci przyjaciela - nie tak dawno dowiedziała się, że żył... Nie wiedziała tylko, jak i gdzie, i co właściwie się z nim stało. Być może również i w jej przypadku czekał na nią ktoś, kto to wiedział. Z pewnością żałowała, że nie mogła powiedzieć Marii zbyt wiele. Pomimo alkoholu, który niewątpliwie rozwiązywał jej język, pewnych rzeczy zwyczajnie się nie mówiło. No, przynajmniej jeszcze nie teraz... Sama nie wiedziała, co będzie, gdy więcej wypije. Mimo to, nadal przejmowała butelkę, opróżniając ją na równi z towarzyszką.Maria Ortega - 2018-12-10, 22:31 Od dawna nie wpatrywała się w nikogo tak intensywnie, jak teraz w Maysilee. Czy to wszystko co mówiła o Williamie było prawdą? Maria tak bardzo chciała, żeby tak rzeczywiście było, aż zapomniała gdzie właśnie siedzi i co robi. Piła spirytus, co było zainicjowane przez pogrążoną w żalu koleżankę. Piły, żeby pocieszyć się z powodu śmierci Thomasa, a Maria nie czuła teraz nic innego jak wielką ulgę i radość.
Powtarzała sobie słowa Griffith. William założył rodzinę, miał córeczkę. Maria mogła się tego spodziewać. W końcu każdy normalny człowiek, jeśli tylko miał ku temu okazję, zakładał rodzinę i cieszył się pełnią życia. Każdy normalny człowiek. Nawet jeśli był mutantem. Dlaczego ona tkwiła w miejscu? W jednej chwili z radości, którą zabłyszczały jej oczy, przeszła w stan żalu. Dlaczego sama nie potrafiła ułożyć sobie życia?
W odróżnieniu od William, nie radziła sobie z własną mutacją. Nie była zdolna jak Hopper. Nie wykorzystała szansy, jaką otrzymała i zamiast stanąc na nogi, rok w rok przecierała wszystkie kąty opuszczonych budynków. Kradła i omal nie skończyła gdzieś w rowie. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Odwróciła głowę, rozglądając się po brudnych, odrapanych ścianach.
Zaczęła się zastanawiać jak Hopperowi udało się żyć normalnie. Napiła się śmierdzącego alkoholu, wbita w zime schody klatki i własne zagubione myśli. Zazdrościła wszystkim, którzy mieli swój własny kąt. Zazdrościła Maysilee. Zazdrościła Hopperowi.
- Tylko on mógł wyjść z tego cało - Podsumowała z gorzkim uśmiechem, nie zdradzając z czego. Ale to była prawda. Will miał łeb na karku. Wiedział co powiedzieć i jak postąpić. A Maria miała tylko trochę szczęścia, że jeszcze mogła żywa stąpać po tej ziemi. O ile można było tak stwierdzić, bo czy szczęściem było trafienie w łapy DOGS?
- Nie dałby się zamknąć. Ty nie dałaś. - Lepiej, że mówiły o Hopperze a nie Thomasie? Maria spojrzała na koleżankę. Nie wiedziała co ta myśli i o czym chce rozmawiać. Jeszcze chwile temu Maria w ogóle nie chciała gadać. A teraz mówiła. Niewiele ale zawsze coś.
- Przepraszam, mówiłaś... - Właśnie, co Masilee mówiła? O klątwie. Maria powinna zaprzeczyć jej istnieniu. Posłużyć się tym utartym To nie twoja wina. Tak bardzo tego nie lubiła. Jak ktoś udzielał jej oklepanych rad, nic o niej nie wiedząc. Teraz ona nie wiedziała nic o swojej rozmówczyni.Maysilee Griffith - 2018-12-11, 01:00 - Czyli już wcześniej miał do tego talent? - Spytała, pociągając większego łyka z butelki. O dziwo, płyn nie palił jej gardła tak bardzo jak na samym początku. Mogła nawet stwierdzić, iż w pewnym stopniu przyzwyczaiła się już do tego pieczenia w gardle, ale przede wszystkim...
Przede wszystkim do pretekstu dla nieustannie łzawiących oczu i smętnego pociągania nosem. Mimo ogólnego instynktowego ujawniania swoich nastrojów poprzez słowa i ekspresje mimiczne, nie lubiła pokazywać tego, jak kiepsko się czuła. Mimowolnie wiedziała przecież, że inni - dokładnie tacy jak towarzysząca jej teraz Maria - mieli znacznie gorzej. I tak powinna cieszyć się szczęściem związanym z tą wolnością. Szkoda tylko, że było to tak potwornie ciężkie. Szczególnie w tej chwili.
- Czyli... Sugerujesz, że jestem mutantem? - Te słowa wypowiedziała już ciszej, choć nadal, cóż, w tym pijacko cichym tonie. Dla niej samej bliskim szeptu, realnie pewnie znacznie wyraźniejszym, ale...
Jaką to robiło różnicę? Spoglądając na towarzyszkę, przetarła oczy rękawem - tylko po to, by zaraz ponownie zrobiły się niebezpiecznie wilgotne i płaczliwe. Na jej policzkach także pojawiły się już zresztą charakterystyczne, czerwonawe plamki. Nie musiała zanosić się spazmami, by wciąż popłakiwać. Zazwyczaj robiła to w prawie kompletnej ciszy. W końcu nie chciała się nikomu narzucać.
- To, że nie jestem w tym miejscu... To tylko jakieś paradoksalne szczęście. Mimo to, nadal nie umiem usiedzieć na miejscu. - Odpowiedziała, opierając głowę o drzwi i spoglądając na popękany, sypiący się sufit, z którego co jakiś czas obsypywała się garstka pyłu.
Grzyb już także zaczął przeżerać go od wewnątrz, a szaro-żółtawe plamy świadczyły o częstych zalaniach. D.O.G.S. naprawdę idealnie wykorzystywało najpaskudniejszą, najbardziej psią część miasta. Nie wiedziała tylko, co stało się z jej wcześniejszymi mieszkańcami. Czy nadal tu byli? Przenieśli się gdzieś indziej? A może po prostu zniknęli zupełnie tak, jak wszyscy inni, którzy stawali na drodze rządu? Zupełnie tak jak chorzy mutanci? Zupełnie tak jak Thomas?
- Przyniosłam trochę rzeczy... - Stwierdziła nagle, nie do końca pamiętając, o czym mówiła, a więc zastępując to kolejnym wątkiem. Czuła, jak zaczyna jej się plątać język, jednak wciąż była stanowczo zbyt trzeźwa, za bardzo roztrzęsiona i winna. A poczucie winy było z tego wszystkiego zdecydowanie najtrudniejsze do zniesienia. Cholerne, potworne, tragiczne, ale przede wszystkim prawdziwe. Zasługiwała na to, by je mieć. I nieważne, co by zrobiła, nie miała się go pozbyć. Nawet przy tym, co miała teraz na myśli.
- To, co mogłam. Chciałam je podzielić, ale skoro Thomas... - Nie potrafiła tak po prostu powiedzieć tego na głos. Nie teraz. Drżącą dłonią wskazała tylko na torbę, dając Marii do zrozumienia, że mogła zatrzymać całą zawartość.
Nie było tego zbyt wiele. Kolejna butelka spirytusu do odkażania, leki przeciwgorączkowe, specyfiki na przeziębienie, jedna czy dwie sztuki męskich ubrań, środki higieniczne, wojskowe puszki i jedna, nieduża puszeczka słodkiego kajmaku, gorzka czekolada... Sądziła, że może tego potrzebować, ale teraz... Teraz to nie miało już takiego znaczenia. Nie wiedziała, co miała zrobić. Prócz tego, iż musiała jeszcze roznieść mutazynę z morfiną, skoro już udawała, że po to przychodziła do getta...
- Jaki on był? - Spytała nieoczekiwanie, spoglądając na Marię. - Jako człowiek, jako sąsiad? - Nie miała pojęcia, czemu o to pytała, skoro było to zupełnie niczym tortura, ale... Chciała to wiedzieć. Naprawdę chciała to wiedzieć, dodając po chwili. - Nie znaliśmy się aż tak dobrze. Momentami nawet mnie nie lubił... - Ale ona jego już tak...Maria Ortega - 2018-12-12, 18:08 - Był niesamowity. - Miło wspominała Hoopera sprzed dziesięciu lat. Pamiętała jak dzięki niemu rozwinęła skrzydła, co zrobiła u jego boku i jak się przy nim czuła. Wspaniale. Był to najpiękniejszy okres w jej życiu. Nigdy wcześniej i nigdy później tak się nie czuła.
Ale teraz to była przeszłość. Nawet jeśli mieliby jeszcze się spotkać, nie powróciliby do tamtych czasów. Przez ostatni czas Maria wątpiła, że uda jej się wyrwać z getta. Rozmowa o dawnym przyjacielu, chociaż krótka, zdążyła ją podekscytować na tyle, by znowu zaczęła myśleć o ucieczce. Nie byłoby to zbyt rozsądne, jeśli brało się pod uwagę szansę i konsekwencje, ale Maria sądziła, że cena jest warta ryzyka.
A może to przez spirytus?
- Co? Nie... nie wiem. - Zgubiła się w swoich myślach. Nie mogła stwierdzić, że Maysilee na pewno posiada gen X, ale coś jej mówiło, że zwykły człowiek tak bardzo nie przejmowałby się losem mutantów. Tak, miała szczęście, że nie musiała tu tkwić 24/7. Jak było na zewnątrz? Nie zapytała. Maysilee odwróciła jej uwagę torbą z rzeczami dla Thomasa. Ale Maria nie chciała w nich grzebać, bo prawie były częścią mężczyzny. Jak mogłaby je ruszać? Z drugiej strony może nie powinna zmuszać sanitariuszkę do targania tego jeszcze raz. Przechowa, przynajmniej na razie.
- Też nie znałam go dobrze... - Popatrzyła na torbę, żeby nie oglądać zaczerwienionych oczu Mai. Myślała co widziała w ciągu ostatnich dni. Maysilee zadręczała się myślą o braku sympatii, a Maria nie wiedziała co powiedzieć. - Chyba taki był. Zdystansowany. - Nie kłamała, żeby pocieszyć koleżankę. Nie wiedziała, czy jak powie więcej, nie będzie gorzej. - Lubił cię. Myślał, że to ty przychodzisz i chyba czuł się wtedy lepiej. - Więcej nie powinna mówić. To nie było potrzebne, ani jej, ani Maysilee. Maria napiła się jeszcze trochę rumu.
- Słyszałaś o ognisku? - Zapytała, chyba tylko po to, żeby zakończyć smutne tematy. Nie chciała iść, ale po spirytusie pomysł wydawał się świetny. Wstała, żeby go zrealizować. - Chodź. - Darowała sobie frazesy i podniosła torbę. Wrzuci ją do mieszkania i pójdą, bo i tak nie mają nic lepszego do roboty.
To tylko koszmar, to tylko koszmar, to tylko zwykły koszmar...
Och, jak bardzo chciałam w to wierzyć - wtulona w swój brudny i śmierdzący materac i nie chcąc otwierać zaklejonych od krwi powiek. Ostatni wieczór, nie... Cała noc, była dla mnie istnym koszmarem. Jeszcze nigdy nie czułam się tak osamotniona. Tak przerażona i tak... Bezradna. Zabawne - jak jeszcze ledwie kilka dni temu sama chciałam zakończyć swój żywot - a teraz tak panicznie bałam się śmierci. Teraz... Teraz nie chodziło tylko o mnie. Przeklinałam ten paskudny dzień mojej słabości - za to, co teraz się ze mną działo. Ile ta męczarnia byłaby prostsza, gdyby chodziło tylko i wyłącznie o tego nędznego alkoholika, którym byłam?
Może w końcu stałabym się godna odejścia...
Na razie musiałam się pogodzić z tym, że znowu o mnie zapomniano. A może specjalnie skazano mnie na taki los? Chciano mi dać nadzieję, by zniszczyć mnie jeszcze bardziej? Czy jednak mogło być prawdą, że Dale już współpracował z Rządem? Czy dlatego i Briana zabrakło - teraz, gdy najbardziej go potrzebowałam?
Otworzyłam w końcu swoje oczy. Brudne ściany nie zmieniły swojej barwy a światło nieśmiało próbowało przedrzeć się przez brudne szyby do wnętrza pomieszczenia. Mogło być tak normalnie. Mogło. Gdyby nie ten specyficzny zapach śmierci, który wciąż się nie ulotnił...
Odwróciłam się, ledwo powstrzymując wymioty. Ona tam dalej leżała - cała w szkarłacie, z przebijającą się zimną bladością spod brudu. Ledwie powstrzymałam wymioty, gdy poderwałam się z ziemi. Mimo braku sił, mimo bólu w każdej kończynie, każdym stawie, każdym mięśniu - nie mogłam tu zostać. Gdy tylko udało mi się opuścić mój pokój, dałam upust biednemu żołądkowi - podpierając się o ten sam zlew, o który dzień wcześniej podpierała się ta kobieta. Jej krew zdążyła jednak już dawno zaschnąć, pozostawiając jedynie czerwone ślady na zaniedbanej porcelanie...
Łzy same cisnęły mi się pod powieki, gdy zaczęła mnie ogarniać coraz większa panika. Nie mogłam tu zostać. Po prostu nie mogłam. Musiałam... Musiałam ratować siebie i to coś, co z jakiegoś powodu chciało we mnie rosnąć. Musiałam... Musiałam stąd uciec...
Zmęczone nogi nie poniosły mnie jednak daleko. Niemal z hukiem wypadłam na klatkę schodową, w końcu dając się ponieść emocjom, wydając z siebie żałosny wrzask rozpaczy i pozwalając sobie na płacz. Dopiero tu byłam w stanie wziąć głębszy oddech - wdychając jedynie stęchliznę, a nie zapach truchła.
Potrzebowałam chwili, a może czyjejś pomocy, by móc zrobić cokolwiek więcej...Maysilee Griffith - 2019-02-06, 20:41 #06.12
Nie miała bladego pojęcia, ile minut, godzin - a może jednak dni? - minęło od chwili, w której z bólu całkowicie straciła przytomność. Ba, nie wiedziała nawet, jakim cudem znalazła się na twardej podłodze w nieswoim, choć niewątpliwie znajomym, mieszkaniu, jednak nawet w chwili, w której doszła do siebie na tyle, by dostrzec, gdzie była... Nie sądziła, by to właściciel tego skrawka budynku ją tam przyprowadził. Prócz olbrzymiej ilości kurzu, jaki pokrywał wszystko dookoła, dostrzegła wyłącznie ślady jednej pary butów - najwidoczniej swoich własnych. Wystarczyło także wytężyć wzrok, by dostrzec, że zamek w głównych drzwiach był popsuty i zakrwawiony... Najwyraźniej dostała się tu sama, nawet jeśli nie było to dostatecznie satysfakcjonujące wyjaśnienie. Dostała się tu sama, a potem...
Potem najwyraźniej straciła świadomość, pogrążając się w tym stanie, jaki nawet w tej chwili, po upływie jakiegoś czasu, nadal sprawiał, że miała ochotę przycisnąć policzek do chłodnego podłoża i po prostu leżeć w miejscu. Każdy, nawet najdelikatniejszy, najbardziej ostrożny ruch przynosił jej ból. Świat przed oczami Maysilee po prostu wirował niczym jedna wielka karuzela, a w ustach zbierała się gęsta ślina pomieszana z kurzem, jaki najwyraźniej wciągnęła, gdy była nieprzytomna.
Potrzebowała naprawdę długiej chwili, by zrozumieć, co tak właściwie się z nią stało. Mgliście pamiętała wszystko to, co stało się... Cóż, któregoś dnia w przeszłości, począwszy od rozmowy z Marią, poprzez picie naprawdę marnego alkoholu, aż po paranoję ogarniającą ludzi na ognisku, na które tak nieostrożnie poszły. Reszta? Reszta była jednym wielkim chaosem. Wiedziała jednak, że musiało stać się z nią coś znacznie gorszego niż zwykłe odczuwanie kaca, bo jej ciało... Jej ciało nie wyglądało dobrze. Najgorsza była zaś dłoń, na którą Maya spojrzała wyłącznie przelotnie, moment później odnosząc wrażenie, że zaraz zwymiotuje... Co też automatycznie zrobiła, wcale nie czując się przez to lepiej.
Wiedziała, że musiała stąd wyjść. Po prostu musiała to zrobić. Teraz to ona potrzebowała pomocy, a w tym stanie nie było możliwości, by sama jej sobie udzieliła. Po wielu próbach, podniosła się wreszcie do pionu, pozostawiając krwawe ślady na ścianie i powoli przesuwając się w kierunku drzwi, które ostatecznie pchnęła czubkiem buta... Prawie wypadając na korytarz... Było źle, było naprawdę źle i... Chyba miała gorączkę, tak bardzo piekła ją twarz...