To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

downtown - Ulica #3

The Gifted - 2017-11-21, 20:36
Temat postu: Ulica #3



Chris Jenkins - 2018-05-03, 11:49

1.03

Wielozadaniowość i podzielność uwagi przypisywano płci żeńskiej od momentu, gdy pierwsze emancypantki wywalczyły prawa kobiet. Według naukowych badań, był to mit, zwyczajowy stereotyp, wymyślony na potrzeby poniżenia mężczyzn, którzy wcale nie byli gorsi, a po prostu bardziej roztrzepani, choć w tej chwili przechodzący obok Chris mogliby nad tym debatować.
Prawie dwa razy weszła na słup sieci energetycznej i raz na przejściu pod koła nadjeżdżającego samochodu osobowego, który strąbił ją, nie otrzymując jednak oczekiwanej reakcji od kobiety, poza wymownym, środkowym palcem rzuconym naprędce w jego kierunku.
Była blisko przełomu w swojej pracy, więc odkąd opuściła pracownię uniwersytecką niespełna godzinę temu, szła z oczami przyklejonymi do dzisiejszych wyników w cieniutkim tablecie, dopisując nowe przemyślenia, przekształcając kolejne domysły i non-stop wracając do hipotezy, tkwiącej na pierwszej stronie, co w kolejce po zamówienie chińszczyzny na wynos zaowocowało nieświadomym nieporozumieniem z obsługującą ją, młodą dziewczyną (dostała cztery opakowania take away, zamiast dwóch, ale nawet tego nie zauważyła przy płaceniu kartą).
Dzień chylił się ku końcowi, zaczynało powoli zmierzchać, choć lampy uliczne nie zostały jeszcze włączone, tworząc dla idących klimat rodem z tych wszystkich filmów post-apokaliptycznych. Nadchodziła noc, wychodziły zombie czy inne głodne ludzkich wnętrzności stwory, należało jak najszybciej wrócić do kryjówki. Potencjalne zagrożenie nie istniało. Nie, dopóki któryś z tych mundurowych, co właśnie przeszli obok niej, śmiejąc z wczorajszego wyniku meczu futbolu, nie dowie się, że mają za plecami mutantkę. Słyszała ich, jak przez ścianę, wystukując energiczne kolejne formułki warte rozpatrzenia jutro, gdy zatrzymała się przed przejściem dla pieszych, przelotnie tylko zerkając na sygnalizację. Czerwone.
Mignęło. Nie, nie światło. Skonfundowana spojrzała przed siebie, mrugając kilkakrotnie oczami, święcie przekonana, że to po prostu zmęczony pracą umysł robi jej nieprzyjemny żart.
Ojciec.
Ciężko było go nie rozpoznać, gdy dzieliła ich tylko odległość wąskiej zebry ulicznej, a jednak wolałaby go nie widzieć. Od dłuższego czasu nosiła w sobie niespożytkowane pokłady wyraźnej niechęci, która teraz objawiła się w natychmiastowym obrocie przez ramię, przy czym siatki z chińszczyzną niebezpiecznie zaczęły się bujać przy prawym łokciu, bo tak było łatwiej je nieść z tabletem w dłoniach.
Zaklęła w duchu, bo widziała ten ruch głową, zanim sygnalizacja świetlna zmieniła się na zieloną dla pieszych. Zauważył ją. Danger! Danger! Ewakuacja! Wszyscy, w tył zwrot! To nie są ćwiczenia! Powtarzam! To nie są ćwiczenia! Do szczęścia dzisiaj potrzebowała już tylko przypadkowej rozmowy z Paulem, którego skutecznie ignorowała od jakiegoś już czasu i szczerze chciała ten stan rzeczy zachować. Żyć tak, jakby ojciec wcale gdzieś tam nie istniał, dlatego nieznacznie przyspieszyła, licząc na ten niewielki procent szans ominięcia rozmowy z nim, który już obliczyła w głowie, bazując na kiepskim oświetleniu, odległości ich dzielącej, teorii względności i całej masie fizycznego szajsu, nietłumaczącego kompletnie, jak działają rodzinne więzi. Jeden procent. Jeden – przecinek – siedem – o ile zacznie biec.

Paul Jenkins - 2018-05-03, 20:16

01.03

Paul nie mógł już dłużej tak bezczynnie siedzieć i czekać. Okej, może i przez większość życia nie był najlepszym ojcem, a wszystkie ich problemy wynikały z jego nastawienia do obowiązków i pochłaniającej czas pracy, ale ostatecznie wciąż był jej ojcem. I wciąż czegoś od niej wymagał. A nieodbieranie telefonów przez ponad tydzień? Ignorowanie jego obecności? Nie był głupi, doskonale sobie zdawał sprawę, że widziała te wszystkie nieodebrane połączenia. To wszystko mu się zdecydowanie nie podobało. Chris nie była już przecież małą dziewczynką. Powinna sobie zdawać sprawę z tego, że brakiem jakiegokolwiek znaku życia zmusi go do tego przed czym w tym momencie starała się tak bardzo uciec.
Jenkins nie miał zamiaru się patyczkować. Czekał tydzień. Siedem cholernych dni i nie miał zamiaru zwlekać ani jedną godzinę dłużej. Nie po tym co się wydarzyło na marszu pokojowym. Odkąd tylko sprawy zaczęły wyglądać tak paskudnie nie było chwili, by nie myślał o tym, czy z Chris było wszystko w porządku.
Regularnie sprawdzał wszelkie raporty, akta o pojmanych mutantach. Ba! Odwiedził nawet kilka szpitali, ale nigdzie nie było żadnego śladu. Z jednej strony to była dobra wiadomość. Nie została schwytana, nie trafiła też do szpitala. Więc czemu się martwił? Powinien przyjąć, że wszystko jest w porządku. Jednak przesłuchanie tej małej Shivali… wszystko mu komplikowało, a jego głowę wypełniały coraz czarniejsze myśli. To, że nie natrafił na żaden ślad nie musiał znaczyć, że wszystko było dobrze. Mogła zostać ranna, ale udało jej się uciec i teraz bez medycznej opieki wykrwawiała się gdzieś w ukryciu. Te myśli były tak niepokojące tylko dlatego, że wydawały się takie rzeczywiste.
Paul zdecydowanym krokiem kroczył w kierunku kamienicy, w której mieszkała jego córka. Był pod ścianą, a ona nie pozostawiła mu żadnego wyboru. Skoro nie odbierała telefonów, miał zamiar ją osobiście odwiedzić. I lepiej dla niej jeśli będzie miała naprawdę dobre usprawiedliwienie. To że nie był takim ojcem, jakiego potrzebowała przez większość życia, nie znaczyło, że teraz miał jej odpuścić. Nie. I kiedy tak wzniósł głowę do góry… ona mu mignęła po drugiej stronie ulicy. Jenkins zmrużył oczy przez chwilę obserwując, jak dziewczyna nagle przyspiesza. Ale on nie pozostał dłużny – również przyspieszył, z szybkością pokonując przejście dla pieszych i wyrzucając z siebie dość głośne:
– Chris!
Chyba nie było niespodzianką to, jak bardzo był w tym momencie wkurzony? W tym momencie niezwykle przypominał tych wszystkich stereotypowych ojców, którzy robili wstyd swoim dzieciom na ulicy. Nie dbał o to. Po prostu jak najszybciej zamierzył przemierzyć tę drogę i skonfrontować się z uciekinierką, do której przybliżał się coraz bardziej.

Chris Jenkins - 2018-05-14, 10:37

Istniały dwie opcje, aby wybrnąć z tej sytuacji niespostrzeżenie, o ile wmieszanie w czteroosobowy tłum przed nią gwarantowało całkowitą anonimowość. Jeden – ucieczka, po prostu dzida i trudno, niech się potem wszystko na nią wali; dwa – konfrontacja, choć usłyszawszy za sobą ten znaczący ton Paula, coś w niej wezbrało i najzwyczajniej w świecie odrzucało, według obranej już dawno sobie zasady „Cokolwiek ojciec powie jest be”. Nawet odbicie Chris w szybie mijanej kawiarni tak twierdziło, gdy kątem oka zerkała weń, dostrzegając fragment znajomej sylwetki, pędzący, niczym ekspresowy pociąg TGV. A żeby tak się wykoleił...
Zwolniła z szybkiego marszu do spokojnego kroku, w duchu już godząc się z konsekwencjami bycia „rozsądną”, a gdy przystanęła i starszy Jenkins znalazł się tuż za nią – w życiu nikt inny nie szedłby za nią tak głośno – odwróciła się z szerokim uśmiechem, przyciskając do siebie tablet, bo nie zdążyła wygasić ekranu.
- Och, tato! – zaświergotała sympatycznie. – Co za niespodzianka! Kompletnie się ciebie tutaj nie spodziewałam! – jeszcze szerszy uśmiech, ociekający sarkazmem wstąpił na jej twarz, gdy omiotła Paula od góry do dołu. – Świetnie się trzymasz – przytaknęła nawet konkretnie, stając ze skrzyżowanymi nogami, bo z powodów czysto nerwowych, jak i fizycznych, środek ciężkości, w zirytowaniu i ogólnie kobietom, łatwiej było utrzymać w taki sposób. Nie minęła sekunda, nie pozwoliła nawet ojcu zacząć, gdy tak ostentacyjnie uniesione kąciki opadły do niepocieszonego zgryzu, przy nachmurzonym czole, zwiastującym kłopoty, bo takim człowiekiem była...
Liczyłeś na coś takiego? – wybąkała, podpierając się ręką z chińszczyzną po boku. Nie zamierzała nic mu ułatwiać ani wchodzić w głębsze dysputy. Byle nie szedł za nią do mieszkania i już będzie sukces. – Czego chcesz? Jedzenie mi stygnie, nie pogardziłabym, gdybyś się streszczał.– poruszyła łokciem, a cztery opakowania take away poruszyły się w siatce ponaglająco. Była gotowa nawet skłamać, że nie ktoś na nią czekał, stąd tak pokaźna ilość na wynos, a nie przez jej nieopatrzność w trakcie zamawiania znad pracy zabranej do domu.

Paul Jenkins - 2018-05-20, 20:10

Paul od razu wyłapał ten fałszywie uprzejmy ton w głosie swojej córki. Znał ją zbyt długo, by uwierzyć w coś podobnego. Być może i nie zawsze między nimi było źle, ale nawet kiedy było całkiem przyzwoicie… tego typu słowa po prostu nie padały z jej ust. Najwyraźniej dziewczyna chciała mu dać coś do zrozumienia, ale Jenkins nie zamierzał się tym za bardzo przejmować, a tym bardziej wchodzić jej w słowo. Zamiast tego po prostu świdrował ją spojrzeniem, wysoko wznosząc brwi. To nie była już mała dziewczynka, więc dlaczego u licha zachowywała się jak ostatnia smarkula? Paul nie był zadowolony ze swoich relacji z córką, ale ona mu to wszystko jeszcze bardziej utrudniała. Nawet kiedy próbował wykrzesać z siebie cokolwiek… był po prostu bezradny. Do cholery, był żołnierzem, przysłużył się państwu, ludzie mieli go za bohatera. A jednak kiedy pojawiał się w zasięgu wzroku Chris, czuł się jakby był nikim. I coraz bardziej żałował, że po śmierci Eleny nie znalazł dla dziewczyny kogoś, kto by potrafił trzymać ją w ryzach. Na to niestety było za późno. Mężczyzna westchnął ciężko.
– Od dawna nie mam co do ciebie żadnych oczekiwań – wyrzucił spokojnym, beznamiętnym tonem głosu, jednocześnie masując sobie skronie. Może zasłużył, a może nie. Rozumiał, że chowała do niego jakąś urazę, ale minęło tyle lat… powinna zrozumieć, że jego praca nie polegała na siedzeniu w domu i pilnowaniu dziecka.
– Musimy porozmawiać – powiedział znacząco dość jasno dając jej do zrozumienia, że ta sprawa nie mogła być załatwiona w miejscu publicznym. I kiedy zatrzymał spojrzenie na torbach z jedzeniem, przez krótką chwilę się zawahał.
– W takim razie zjemy razem – zadecydował głosem nieznoszącym sprzeciwu, po czym wyciągnął rękę w jej kierunku, by odebrać od niej torebkę z jedzeniem.

Imari Blanc - 2018-09-03, 13:16

23.10

Imari przez swój standardowy sposób komunikowania się z klientami, pacjentami, zwał jak zwał -mutkami potrzebującymi jej pomocy dostała informację o jednej z takich osób. W wiadomości nie było nic niepokojącego, wszystko wyglądało jak zwykle. Oczywiście, dała informację w Bractwie, że wychodzi - zresztą tak obiecała Willowi, a nie zamierzała go kłamać albo zatajac czegoś. Doszli już przecież do wniosku, że takich rzeczy ukrywać nie mogą. Powiedziała więc, że wychodzi i ma wrócić dzisiaj. Nie wdawała się w szczegóły zapewne specjalnie. Ubrana wygodnie, jak zawsze, wiedziała, ze zapewne wracajac bedzie tak kosmicznie zmęczona, że bedzie przeklinać wszystkie ubrania, które wyglądają zamiast być wygodnymi.
Miała ze sobą lekką bluze, gdyby miało być zimno, jeansowe spodnie, wygodne buty i jakiś t-shirt. Zerknęła na telefon, sprawdzając godzinę - miała jeszcze chwilę, zdąży bez problemu.

Mistrz Gry - 2018-09-07, 11:45

Dzisiejszy dzień chyba nie mógł być piękniejszy - słonko dopisywało mimo dość wczesnej godziny, ciepłe powiewy wiatru wprawiały w dobry nastrój i nawet ludzie na ulicy zdawali się być dzisiaj milsi niż zwykle. Uśmiechy gościły na twarzach mijanych przez Ciebie osób, chyba utwierdzając Cię w przekonaniu, że "nie może być tak źle". Tak, z całą pewnością, ten dzień już teraz zapowiadał się milo, mimo, że przecież moc, a raczej jej używanie z pewnością wciąż dawało Ci się we znaki.

Minęłaś ulicę, szyld piekarni i ceglasty budynek. To chyba właśnie tutaj miałaś się spotkać z kimś, kogo kojarzyłaś jedynie z tajemniczego, nic nie mówiącego Ci nicku MH. Wiedziałaś, że masz się spotkać z tajemniczym jegomościem, który ponoć miał Cię zaprowadzić do tego, który serio potrzebował Twojej pomocy, ale ze względu na swoją moc, nie mógł pokazać się osobiście w tak zaludnionym miejscu. I rzeczywiście - tuż za ceglastym budynkiem stał bardzo szczupły brunecik, który z całą pewnością kogoś szukał wzrokiem. W jego oczach rysował się strach - to chyba kolejny argument przemawiający za tym, że to właśnie jego szukałaś...

Imari Blanc - 2018-09-07, 11:54

Robiła to już kilka razy, a zawsze się stresowała. Każdy jeden raz był wyzwaniem i każdy był równie niebezpieczny. Nie miała pojęcia co może się stać tym razem, ale sprawdziła wszystko jak zawsze i wydawało sie ok, a i przecież nie chciała odmówić komuś potrzebującemu, tak bardzo jak ten mutant, pomocy. Kim by była, gdyby odmowiła?
Wchodząc w alejkę ogarnęła ja całą wzrokiem, odruchowo i uśmiechnęła sie na końcu, skupiając spojrzenie na zestresowanym chłopaczku. Pewnie była nie mniej zeschizowana niż on, ale to nic.
- Hej. Obawiam się, ze to na mnie czekasz - podeszła do niego i poprawiła torebkę na ramieniu. Nie bawiła się w jakieś dziwne hasla, zawsze ją to denerwowalo...

Mistrz Gry - 2018-09-18, 19:35

Chłopaczek spojrzał na Ciebie, przełykając głośniej ślinę. Zaczął nerwowo mrugać a jego dolna warga zaczęła się trząść, jakby zaraz miał się rozpłakać. Wciąż był młody i niedoświadczony i było to po nim bardzo widać. Mimo tego jednak, wyciągnął w Twoim kierunku swoją chudą dłoń - mogłaś zauważyć, że jego skóra jest brudna, a pod paznokciami odznaczała się czarna linia. W sumie dopiero teraz Twoją uwagę mógł przykuć fakt, że młody był wyraźnie zaniedbany.
- T-t-tara? - Zapytał, z wyraźnym zająknięciem, po czym - jeśli tylko podałaś mu rękę, zaczął Cię ciągnąć wgłąb alejki, bądź też zaprosił Cię do niej krótkim gestem, samemu z niecierpliwością zmierzając w tamtym kierunku. - Nie możemy tu rozmawiać, za dużo psów. Mam uczulenie na psy... - Dodał po chwili, już nie gubiąc ani jednej literki w wypowiadanych słowach, choć dalej brzmiał bardzo nerwowo a po jego skroni spływały już krople potu. - Jesteś tu sama? Nikt Cię nie śledził? - Zapytał szeptem, wyraźnie zdenerwowany, w końcu odwracając się w Twoim kierunku.- Nie możemy ich doprowadzić do Yina. Yin nie zdoła się im postawić. - Stwierdził, marszcząc brwi. Nie byłaś w stanie wyczuć w jego słowach ani krzty kłamstwa, brzmiał tak szczerze, jakby serio się troszczył o tego nie znanego jeszcze Tobie Yina...

Imari Blanc - 2018-09-18, 19:48

Też się stresowała, nie można temu bylo zaprzeczyć. Fakt, że dośc dobrze to ukrywała, w końcu była profesjonalistką!
Skinęła głową i podała mu dłoń, ale ciągnąć się nie dała - poszła sama.
- Jasne, nikt mnie nie śledził. Wszystko będzie dobrze - zapewniła chłopaczka. Nierzadko mutanci czy też ludzie uciekający przed prawem lub rządem tak właśnie wyglądali - zaniedbani, brudni, trochę niedożywieni.
Szła za nim, rozglądając się oczywiście, ale przecież sprawdziła wszystko i wyglądało to tak, jak zawsze i tak jak powinno. Nic wtedy nie zwróciło jej uwagi, jak było teraz?
- To daleko stąd? - zapytała dzieciaka, bo wolała wiedzieć gdzie będzie się przemieszczać i w jakiej części miasta wylądują.

Mistrz Gry - 2018-09-19, 17:25

- Nie, to tylko przecznicę stąd... - Mruknął w Twoim kierunku chłopaczek, wciąż nie zwalniając tempa. I rzeczywiście - nie minęła chwila, gdy skręciliście w kolejną niewielką uliczkę, na której już nie można było dostrzec ani żadnego szyldu, ani tabunów ludzi. Dopiero tutaj nieznajomy zdawał się lekko uspokajać, choć wciąż oglądał się za swoje ramię.
- To tutaj. - Stwierdził w końcu, pokazując zaniedbane wejście na klatkę schodową, po chwili samemu się tam pakując. Drzwi otworzył na oścież, a Ciebie niemal natychmiast uderzył zapach stęchlizny, jak i sam widok wnętrza nie specjalnie zachęcał. Widać... Ten chłopak jak i Yin serio musieli sobie radzić w paskudnych warunkach. Czy nie było Ci ich szkoda?
- No chodź! - usłyszałaś dość donośny głos z wnętrza, w którego mroku zniknął ten chudzielec. Po chwili dało się też usłyszeć charakterystyczne skrzypnięcie, jakby wewnątrz otworzone stare drzwi do piwnicy.
Czy jednak odważysz się ruszyć za nim i pomóc jego przyjacielowi?

Imari Blanc - 2018-09-19, 18:11

Cóż, ktos w Bractwie miał pojęcie, że wyszła i mniej wiecej po co. Robiła to wcześniej. A mutanci obecnie zyli w bardzo, bardzo roznych warunkach, więc pewnie i w piwnicach jej się zdarzało pomagać nie raz. Poszła więc za mężczyzną, rozglądając się jeszcze, by wiedzieć gdzie jest.
W końcu już to robiła.
Zawsze się stresowaała, ale nie miała gorszych przeczuć niż normalnie przy takich akcjach. A im mniej osób wiedzialo tym bezpieczniej było.
- Idę - zapowiedziała, wchodząc....

Mistrz Gry - 2018-10-04, 22:23

Gdy tylko minęłaś próg klatki, drzwi za Tobą niemal natychmiast się zatrzasnęły, a tuż za Tobą pojawiła się nieznana Ci sylwetka. Bardzo silna sylwetka... Męska ręka niemal natychmiast chwyciła Cię w talii, uniemożliwiając jakikolwiek obrót i zbliżając Twoje ciało maksymalnie do swojego, przez co nie byłaś w stanie w żaden sposób zareagować. Jakakolwiek próba ataku kończyła się niepowodzeniem - nogami mogłaś co najwyżej nabić mu kilka siniaków, gdy dłonie zapewne niemal instynktownie kierowały się w kierunku twarzy, na której również poczułaś silny uścisk dłoni. Oddychanie zdawało się niemal niemożliwe, przez kawałek szmatki skutecznie zasłaniający zarówno Twoje usta jak i nos. To była kwestia sekund, krótkich chwil, zanim zorientowałaś się, co takiego tu się dzieje.
Chloroform...
Czułaś, jak opadasz z sił. Jak świat zaczyna niknąć w mroku. A ostatnie, co rzuciło Ci się w oczy, nim umysł w końcu się poddał, to tylko cwany uśmieszek tego zaniedbanego chłopaka, który do tej pory tak bardzo potrzebował pomocy...
_____________________________________

Głowa zdawała się eksplodować, jednocześnie będąc tak nieobecną. Szepty i głosy dochodziły gdzieś z daleka i wydawały się być takie... Nijakie. Ani jedno słowo nie miało sensu. Ani jedno słowo nie było zrozumiałe. Światło... Światło zdawało się palić Twoje biedne, zmęczone oczy. A było takie jaskrawe...
Było Ci zimno. Było też niewygodnie. Kark bolał niemiłosiernie, jak i przeguby nadgarstków i kostki. Byłaś przywiązana, spętana. Nie mogłaś się ruszyć. Nie mogłaś też nic powiedzieć, bo na Twoich ustach gościła tak dobrze znana wszystkim srebrna taśma. Spód stóp również Cię bolał - zapewne przez brak butów i metalowe posadzki, od których nie mogłaś oderwać ani centymatra skóry...
Ile czasu minęło? Nie byłaś w stanie określić. W tym niewielkim pomieszczeniu nie było ani jednego okna, za to panowała iście laboratoryjna atmosfera. Czyżbyś nie była wystarczająco ostrożna? Czy właśnie Cię złapali? Czy to oznaczało, że już nigdy nie ujrzysz światła dziennego, ale staniesz się za to wiernym kundlem Rządu? Nie, to nie miało sensu. Wiedziałaś, jak się przed tym bronić. Poza tym... Jaki mieliby w tym cel, gdy przecież powstały całe osobne dzielnice dla mutantów. Tu... Tu było coś znacznie gorszego....
Widziałaś wokół siebie masę sprzętu - od strzykawek z tajemniczą, fioletową iskrzącą substancją, przez skalpele, młotki, aż do prostych szpilek i sznurków... Tacki i wózek znajdujące się przed Tobą były przepełnione wszystkim, co tylko mogło uruchomić Twoją wyobraźnię. To wyglądało tak bardzo źle...
A przyglądając się własnym ubraniom, mogłaś być pewna jednego - nie miałaś przy sobie telefonu. Czy to Cię mogło skreślić jeszcze bardziej?

Imari Blanc - 2018-10-05, 11:33

Nie spodziewała sie tego, pewna, że to praca jak zwykle, a nie zastawiona na nią pułapka.. Bo nic nie wyglądało inaczej, niż zwykle. Ludzie zawsze byli zestresowani, każdy bał się wykrycia, każdy dbał o siebie jak mógł, a jej pomoc czasem była jedyną opcją na przeżycie. Dlatego też wciaż się w to 'bawiła', zajmowała sie i narażała siebie, jak widać..
Jej pisk szybko zdusiła chusteczka, Imari próbowała nabrać powietrza, głęboko, przy okazji zaciagneła się zapachem, od którego zakręciło jej sie w głowie, ale nie mogła nie oddychać, szamocząc się i próbując wyrwać więc szybko opadła z sił, widząc jeszcze tylko tego chłopaczka, który jeszcze przed chwilą wydawał się tak wystraszony i zagubiony.. jak ona teraz.

Próbowała.. ruszać się jak najmniej, wtedy wszystko jak najmniej bolało, przynajmniej tak próbowała sobie wmawiać, bo każda kość, miesień, ścięgno, staw.. eksplodowały bólem, chociaż nie wiedziała dlaczego. Nie rozumiała słów, jakby ktoś zabrał ją z domu do Europy, gdzieś, gdzie nie zrozumiałaby ani słowa z tego, co mówią ludzie naokoło, nic nie ma sensu, a dźwięki rozpływaja się w polowie bezsensownych zdań złożonych z kompletnie niezrozumiałych słów.
Zimno. Źle. Pociągnęła zasmarkanym nosem. Spróbowała poruszyć się tak, by dać odpocząć tym najbardziej obciążonym stawom i mięśniom, które wydawały się palić bólem. Rozejrzała się ostrożnie, powoli, starając się skupić wzrok, co też nie było wcale proste, chciała rozeznać się w rozkładzie pomieszczenia, jakby mając nadzieję, ze nagle znajdzie.. nie wiem. Magiczną różdżkę, która ją uwolni.
W końcu skupiła wzrok na tacach, wózku, ktory miała przed sobą. Strzykawki, skalpele, młotki, coś nieokreślonego, wolała nie wiedzieć do czego służy.. Jak pracownia dr Frankenstaina albo jakiegoś zwariowanego dentysty.. Mimo, że widok był przerażający, to nie potrafiła odwrócić wzroku.. W koncu jednak zebrała sie w sobie, spojrzała w dół, na siebie samą, na swoje ubrania.. Nie czuła nigdzie ciężaru telefonu, ale czy powinno ją to dziwić? Pewnie nie, skoro jest tu, gdzieś gdzie nie ma okien, związana jak prosie.. Pewnie i tak nie ma zasiegu.
Pociągnęła nosem po raz drugi, starajac się znaleźć wygodniejszą pozycję i nasłuchując tego, co dzialo się w okolicy.

Mistrz Gry - 2018-10-07, 21:25

Zza ściany wciąż było słychać rozmowy, choć zdawały się być tak odległe i niezrozumiałe. Nie byłaś już pewna, czy to zmęczenie Twojego umysłu, wyparcie, a może rzeczywiście posługiwali się innym językiem? Wiedziałaś jednak, że to nie wróży nic dobrego. Mogłabyś przysiąc, że chłód ścian i posadzki eskalował coraz bardziej, wpływając na temperaturę całego otoczenia. Tu... Tu robiło się coraz zimniej, coraz mroczniej...
Świetlówka na suficie wydawała ten dziwny, ciągły, irytujący dźwięk, który wprawiał Cię w jeszcze większą panikę. Próbowa wygodniejszego usadowienia się, też nie wychodziła najlepiej. Wszelkie wiązania zdawały się być tak mocne, i użyto do nich tak nieprzyjemnych materiałów, że miałaś wrażenie, jakby każdy kolejny ruch ranił Twoją skórę jeszcze mocniej...

Mijały tak kolejne minuty, doprowadzając Cię do coraz większej paranoi. Czy te głosy były bliżej? Czy to tylko urojenie? Czy to wszystko dzieje się naprawdę? A może to tylko kolejna iluzja, tak jak ta, sprzed kilku miesięcy? Twoja moc działała, czułaś to. Chociaż to się zgadzało...
Aż do chwili, gdy drzwi się otworzyły, a za nimi stanęło trzech mężczyzn - jeden, bardzo rosły i szpetny. Z całą pewnością nie chciałabyś go minąć na ulicy. Jeden, o przeciętnej budowie ciała, ale z widocznym zmęczeniem życiem. I ostatni - ten młody, zaniedbany chłopaczek, który w to wszystko Cię wpakował.
- O, nasza księżniczka się obudziła. - Mruknął zadowolony pierwszy z nieznajomych, w tym samym momencie podnosząc strzykawkę z tą dziwną, fioletową substancją. Czy... Czy ona się świeciła?
- Dobrze. Na nieprzytomnej nie będzie takiego efektu... - Dodał po chwili, gdy drugi z mężczyzn zrywał z Twoich ust srebrną taśmę. Auć. To bolało. Z Twojej dolnej wargi zaczęła cieknąć leniwie ciepła strużka krwi, ale przynajmniej... Mogłaś już cokolwiek powiedzieć. Jaka jednak szkoda, że wciąż nie mogłaś się ruszyć...



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group