retrospekcje - Grateful is not equal to forgiveness
Scarlett Reynolds - 2018-11-10, 21:02 Temat postu: Grateful is not equal to forgiveness // wrzesień
kontynuacja retrospekcji http://thegifted-pbf.pl/topics85/1627,15.htm
Czy kiedykolwiek była w gorszych tarapatach? Chyba tak. Parę razy otarła się o śmierć, ale do tej pory zawsze jakoś udało się uciec przeznaczeniu. A może właśnie los decydował, że nie jest to jej czas i przysyłał kogoś na ratunek?
Tym razem naprawdę tak było. Jej brat przybył w odpowiednim momencie, bo jeszcze chwila i albo nie miałaby oczu albo całkiem by się wykrwawiła. I tak była ranna w wielu miejscach, miała połamane wszystkie palce. Ciężko jej się oddychało, bo jej płuca były zatrute gazem. Mutant miał wyjątkowo uciążliwe moce i niestety nie była w stanie określić jego tożsamości. Miał przez cały czas maskę, zmieniał głos i naprawdę uważał, żeby nie wyszło na jaw. Musiał być uciekinierem, ale biorąc pod uwagę jego aktywność to nic dziwnego.
Pod koniec zwyczajnie zemdlała, bo nie była w stanie znieść tego bólu. Nie wiedziała co się z nią dzieje, chociaż potem czuła jakąś zmianę. Trochę jakby trzęsło. Była niesiona przez kogoś. Czasem jej oczy jakby się otwierały na moment i wydawało jej się, że widzi swojego brata. Nie miała siły by odepchnąć od siebie tego zdrajcę i po chwili znów traciła przytomność.
Nie wiedziała ile czasu była nieprzytomna. Otworzyła oczy powoli i dopiero wszystko zaczynało do niej docierać - światło, zapachy, a przede wszystkim ból. Nieco przytłumiony lekami, ale nadal był odczuwalny. Potem zorientowała się, że do jej ciała podłączone są jakieś rurki, a odpowiednia aparatura monitorowała jej życie. Chwilę zajęło zanim zorientowała się w sytuacji i rozpoznała to miejsce. Szpital w GC. Jak tu trafiła i co się stało? Jej umysł pracował na najwyższych obrotach, jakie aktualnie były możliwe. Rozglądała się nieco zdezorientowana, kiedy dostrzegła brata. Śpiącego. Z głową na boku jej łóżka. Wzdrygnęła się na jego widok i mimowolnie zaczęła szukać czegoś ostrego do obrony. Próbowała się podnieść, ale wtedy poczuła gwałtowny ból. Uniosła ręce i spojrzała na swoje palce. Cała dłoń w gipsie.
- Co się stało... - zapytała samą siebie szeptem i próbowała sobie przypomnieć wszystko po kolei, ale ciężko jej to przychodziło. Była otępiała. Jak miała teraz funkcjonować z połamanymi palcami? Czy to jakiś żart?
James Reynolds - 2018-11-10, 21:28
Właściwie... Możliwe, że była w gorszych tarapatach, ale z tych prawdopodobnie ciężko byłoby jej się wydostać. James był wdzięczny opatrzności, że do niej dotarł. Gdyby spóźnił się choć chwilę... Cholera, to mogłoby się skończyć naprawdę źle.
Wydała mu się niesamowicie krucha, gdy trzymał ją na rękach. Zupełnie jakby znowu byli dziećmi, ale smutna prawda jest taka, że dawno już nimi nie byli. W tej chwili? Nienawidziła go, traktowała jak najgorszego wroga i prawdopodobnie gdyby była w stanie odrzuciłaby jego pomoc. Doskonale o tym wiedział, ale nie mógł jej zostawić. Dalej była jego siostrą, dalej żywił nadzieję, że wreszcie mu wybaczy.
Tamten mężczyzna, który jej to zrobił... Mimo tego, że będzie cholernie trudno - znajdzie go. Zrobi to nie tylko dla niej, ale również dla siebie. Obiecał to sobie i zamierzał dotrzymać słowa. Nie ważne jak wiele czasu to zajmie.
Tak, czy inaczej - wreszcie dotarli do szpitala. James nie opuszczał nawet na sekundę swojej siostry. No, może z jednym drobnym wyjątkiem - nie miał wstępu na salę operacyjną. Wtedy czekał jak pies po drzwiami przygryzając wargi aż do krwi. A jeśli coś się nie uda? Nie... Nie. Nie wolno tak myśleć. Wszystko będzie dobrze, nie może być inaczej.
Po paru godzinach wreszcie zakończyli operację. Jako najbliższa rodzina miał prawo do wszelkich informacji na temat stanu jej zdrowia... Aż dziwne, że jeszcze tego nie zastrzegła. No, oby na to nie wpadła.
Było stabilnie, chociaż nie najlepiej. Chyba tylko cud sprawił, że to wszystko przeżyła... Tak przynajmniej twierdził lekarz. James miał inną teorie. Scarlett to kawał silnej kobiety, nie tak łatwo ją zabić. To u nich chyba rodzinne.
Scarlett została położona w sali obserwacji, a on nie odchodził od niej na krok. Wiecznie siedział przy jej łóżku. Minął jeden długi dzień, a ona dalej się nie obudziła. Drugiego dnia to samo. Reynolds całkowicie olał wszelkie swoje obowiązki. Z resztą... O nic go nie prosili. Doskonale wiedzieli, że odciągnięcie go od siostry jest równoznaczne z samobójstwem.
W tej chwili? Liczyła się dla niego tylko ona. Pomimo tego co mu zrobiła i tego co on zrobił jej - pomimo wszystko był przy niej, trwał.
Niewiele spał przez te dwa dni, podobnie było tej nocy.
Siedział na chyboczącym się krzesełku przy jej łóżku. Bolały go plecy, bolało go wszystko, ale to nie było ważne. Wbił spojrzenie prosto w jej twarz. Była taka spokojna, gdy spała...
Wyciągnął dłoń w jej kierunku. Wiedział doskonale, że nie ma prawa już jej dotykać, ale... Nie mógł się powstrzymać. Delikatnie zacisnął palce na jej przedramieniu. Celowo wybrał takie miejsce. Tam nie miała żadnej rany.
- Obudź się... Proszę, obudź się. - wyszeptał cicho, chociaż chyba bardziej sam do siebie, niż do niej. Co prawda lekarze mówili, że powinna się wybudzić, ale.. Nie wiedzieli ile to zajmie czasu.
Wpatrywał się w nią jeszcze przez chwilę, aż opadł z sił. Usnął - nawet nie wiedział kiedy.
Ze snu wyrwał go jakiś ruch, czyjś głos. Przez chwilę wydawało mu się, że dalej śni. Podniósł głowę i machinalnie położył dłoń na karku. Bolało. To nie była zbyt wygodna pozycja do snu. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na Scarlett. I zupełnie jakby dostał jakiegoś kopa - otrzeźwiał w ciągu kilku sekund, jakby wcale nie spał.
- Chryste, tak się cieszę.. - rzucił na początku, ale chyba... Chyba trochę zbyt entuzjastycznie. Mina mu zrzedła, gdy przypomniał sobie, że przecież... Przecież nie ma prawa tak do niej mówić. Stracił je jakieś czas temu - mniej więcej w tym samym momencie w którym zyskał tą sporych rozmiarów bliznę na twarzy.
- Torturowano Cię. Nie mam pojęcia kto to był, ale na pewno się dowiem, Ty... Straciłaś mnóstwo krwi, wyniosłem Cię stamtąd i przyniosłem tutaj, lekarze mówili... Mówili, że nie wiadomo czy odzyskasz pełną sprawność. Spałaś trzy dni, ja... Wiem, że nie powinno mnie tu być. - wyrzucił z siebie, a zaraz po tych słowach odwrócił wzrok. Powinien się zmusić do podniesienia się, powinien ją zostawić samą, ale nie potrafił. Nie w takim stanie. Chociaż był prawie pewien, że tego właśnie oczekuje... W końcu w jej oczach był śmieciem, nic nie wartym zdrajcą. Jak to było?
"Nie masz już siostry."?
Scarlett Reynolds - 2018-11-10, 22:24
Cóż, nie mogła zastrzec mu prawa do informacji w takich miejscach, bo gdyby ludzie dowiedzieli się o ich negatywnych relacjach zaczęliby drążyć temat i mogłoby wyjść na jaw, że James zdradził GC. Wtedy miałby spore problemy. A jako, że nigdy nie okazywali sobie wielkiej miłości, a publicznie rzadko rozmawiali to jej unikanie Jamesa było odbierane przez resztę jako zachowanie w granicach normy.
I owszem, była twarda i mimo wszystko miała wolę życia. Dość podświadomie, bo teoretycznie podczas tortur chciała już to wszystko zakończyć, chciała umrzeć bo nie miała niczego i nikogo. Ale jakoś udało jej się przetrwać, a operacja chyba się powiodła, bo żyła i oddychała. Co prawda nieco drapało ją w klatce piersiowej, ale pewnie dlatego miała jeszcze jakąś rurkę przy nosie. Nie mogła jej ściągnąć, bo palce miała w gipsie. Nawet przyłożyła gips do twarzy, ale nic nie wskórała, więc poddała się i spojrzała na Jamesa.
Na jego entuzjazm podniosła lewą brew do góry. Nie pamiętała kiedy ostatnio się tak cieszył, ale to nie miało teraz znaczenia. Owszem, nie miał prawa już tak do niej mówić. Sama jego obecność była dla niej dodatkowo bolesna. Nie chciała go tutaj, nie po tym co zrobił. Akurat tego nie zapomniała. Jego blizna na twarzy doskonale o tym przypominała. Zrobiło jej się trochę przykro, że zostawiła mu taki trwały ślad, ale zaraz przytłumiła to uczucie wytłumaczeniem, że przecież sobie zasłużył. Właściwie kara powinna być zdecydowanie bardziej dotkliwa. Przez cały ten czas myślała, że w ogóle go nie obchodzi i jego mutantka jest ważniejsza od niej. Ale kiedy zaczął mówić i opowiadać, zaczęły wracać do niej wspomnienia.
Jej oczy się zaszkliły, gdy przypominała sobie te wszystkie okropności, które mutant jej robił. I jak po tym wszystkim mógł bronić mutantów? Jak mógł twierdzić, że nie są potworami?
- Uratowałeś mnie... - podsumowała cicho i pokręciła głową. Cholera, niedobrze. Nie chciała mieć u niego żadnego długu. Wolała już chyba się tam wykrwawić. - Nie musiałeś tego robić. Ale dziękuję.
Odwróciła głowę, nadal robiąc oględziny swojego stanu. Długo potrwa zanim wróci do pełnej sprawności. Złamania zawsze pozostawiają jakiś trwały uszczerbek, a rany na nogach tak szybko się nie zrosną. W tym czasie zdąży stracić mięśnie i wróci do punktu wyjścia. Może powinna odpuścić to całe GC? Nie wiedziała co teraz będzie, czy przerzucą ją do papierkowej roboty?
I owszem to wszystko się zgadzało. Nadal nie miał siostry i nadal była na niego cholernie zła, ale... uratował jej życie. Może jednak w jakimś stopniu mu na niej zależało? Może nie był obojętny? Sama nie wiedziała co o tym myśleć.
James Reynolds - 2018-11-11, 21:04
Tak, chyba masz rację. Ostatnie czego w tej chwili potrzebowali to plotki na temat ich relacji. I tak był jej wdzięczny za to, że postanowiła go nie wydać. Chociaż... Z drugiej strony gdyby to zrobiła - po prostu by odszedł. Co by mu zrobili? Jasne, spróbowaliby go zabić, ale przecież to nie było takie proste. Nie oddałby tanio swojej skóry i z pewnością jego przełożeni doskonale o tym wiedzą. Problem pojawiłby się tylko wtedy, gdyby w pościg za nim ruszyła Scarlett. Gdyby naprawdę chciała odebrać mu życie, cóż... Mógłby od razu zamówić dla siebie trumnę, ponieważ nigdy nie podniósłby na nią ręki. Zwyczajnie by nie umiał tego zrobić.
Scottie była twarda jak cholera, w wielu przypadkach o wiele twardsza niż on. Właściwie... Mimo tego, że przez kawał czasu to ona uważała go za autorytet... Chyba on powinien się od niej wiele nauczyć.
Reynolds obserwował przez chwilę jak jego siostra męczy się próbując wyjąć te cholerne rurki. W normalnym wypadku zaproponowałby jej pomóc, ale... Nie miał do tego prawa. Jak do wielu innych rzeczy i możesz wierzyć lub nie, ale to naprawdę cholernie bolało. Świadomość, że najważniejsza dla niego osoba dalej darzy go nienawiścią...
Nie potrafił jednak stąd odejść widząc ją w takim stanie - mimo tego, że powinien to zrobić.
Jeśli chodzi o bliznę na twarzy... Przywykł już do niej. Inna sprawa, że każdego dnia, gdy patrzył w lustro przypominało mu się to wszystko. Częściowo czuł się jak cholerny zdrajca, codziennie wspominał słowa Scottie. Tak strasznie ciężko było mu poradzić sobie z tym wszystkim, ale do tego też powoli się przyzwyczajał. W końcu czas przyzwyczaja do bólu, nie?
- Oczywiście, że musiałem. Po to jestem. Możesz mnie nienawidzić, ale zawsze zrobię wszystko, by wyciągnąć Cię z najgorszych opresji. - powiedział dość stanowczo, ale cicho. Widać było gołym okiem, że coś go gryzło, a ona doskonale wiedziała co to jest.
Przyglądał jej się, gdy tak obserwowała swoje ciało. Smutna prawda była taka, że... Zrobił jej straszną krzywdę. Jej ciało było w opłakanym stanie, nie miał pojęcia jak psychika, ponieważ tym na pewno się z nim nie podzieli. Widząc ją w takim stanie... Cholera, serce mu pękąło, ale przecież nie mógł jej o tym wszystkim powiedzieć. Stracił prawo do mówienia jej czegokolwiek - miał na to tyle lat, ale wtedy milczał. Teraz mógł tylko pluć sobie w brodę.
- Chciałem... - zaczął, ale zaciął się. Co miał jej powiedzieć? Że za nią tęskni? Że oddałby wszystko, żeby tylko mu wybaczyła? Nie potrafił ubierać w słów swoich emocji, to dalej było dla niego trudne.
Podniósł się z krzesła wzdychając i podszedł do okna. Otworzył je i wyciągnął papierosa. Rozpalił go i zaciągnął się kilka razy. Oczywiście stanął w takiej pozycji, by dym nie leciał na nią - raczej nie powinna go wdychać po tym całym trującym gazie i tym wszystkim...
Zamknął oczy i wypuścił powietrze z płuc.
- Przepraszam, że przez tyle lat byłem dla Ciebie taki. Wiem, że już za późno na to, by cokolwiek naprawić, ale... Ale wiedz, że tego żałuje. - było mu już wszystko jedno, czy po raz kolejny zrani go do głębi. Miał tylko tą jedyną szansę, by jej to powiedzieć. Więcej okazji może nie być. Ich drogi się rozejdą, a ona nigdy mu nie wybaczy. Powoli zaczął przyzwyczajać się do tej myśli, bo co mógł więcej zrobić?
Scarlett Reynolds - 2018-11-12, 01:27
No właśnie przemyślała to wszystko i ostatecznie stwierdziła, że nie dałaby rady go zabić. Ciężko było przyznać się do tej oczywistej słabości, ale nie potrafiłaby zabić swojego brata, który swojego czasu był dla niej wszystkim. Nienawidziła go, ale nawet w tym stanie nie była w stanie tego załatwić. A wiedziała, że jeśli to się wyda i zaczną go ścigać to ona również zostanie zmuszona do akcji. W końcu kto zna Jamesa lepiej niż ona. Zmusiliby ją tak czy inaczej, a wtedy i jej pozycja zostałaby przekreślona. A jej było akurat dobrze na swoim miejscu.
Może i była twarda w niektórych kwestiach, ale widać nie dość, skoro dała się podejść i doprowadzić do takiego stanu mutantowi. Pluła sobie teraz w brodę, że na coś takiego pozwoliła. Nie żeby specjalnie, ale mimo wszystko jej wyszkolenie powinno ją przygotować odpowiednio na takie okoliczności.
Jej uczucia prędko się nie zmienią, bo nie ma przebaczenia bez postanowienia poprawy. A on nie postanowi poprawy, bo to by oznaczało porzucenie mutantki. A oboje wiedzieli, że tego nie zrobi.
Gdzieś w głębi serca cieszyła się, że tu jest. A może bardziej z tego, że nie jest sama? Ale nawet do siebie tego nie przyjmowała, zaślepiając się nienawiścią.
Widząc jego bliznę na twarzy przypomniała sobie swoją.
- Teraz mamy podobne blizny. Ciekawe, czy to stara dobra karma mnie dopadła, czy jednak świadome działanie wroga - zaczęła się głośno zastanawiać, sugerując tym samym, że mutant był znajomym jego dziewczyny i to ona stała za tym atakiem. To nie byłoby dla niej dziwne. Widziała jak potraktowała James'a, więc chciała się zrewanżować. Kolejny powód do nienawiści, choć sama blizna na twarzy jej nie przerażała. Miała wiele blizn, a tą będzie mogła zakryć makijażem w razie potrzeby.
- Byłeś - poprawiła go. Bo po to był kiedyś, żeby ratować ją, gdy miała kłopoty. Teraz nie miał ku temu powodów. Miał kogoś innego do ratowania, więc powinien się na tym skupić. - I będziesz też pierwszym, który wbije mi nóż w plecy, gdy nie będę się tego spodziewać.
Nawiązała oczywiście do ich ostatniej relacji. Nie, nie zapomniała, nie wybaczyła, a złość nie zelżała. Może trochę, biorąc pod uwagę, że ją uratował.
I owszem, nie zamierzała się z nim dzielić stanem psychicznym. Właściwie zamierzała traumę zakopać głęboko w podświadomości.
Generalnie stracił prawo do wszystkiego co związane z jej osobą, a mimo to nadal tu był, nadal mówił i nadal ratował ją z trudnych sytuacji.
Nie skomentowała jego palenia, chociaż miała chęć jakoś mu dokopać. Nie miała obecnie możliwości fizycznie to chociaż słownie.
A tak naprawdę faza agresywnej wściekłości przeszła po tym ataku i drugi raz tego nie zrobi. Prędzej zaatakuje jego pannę.
- Akurat nie za to powinieneś przepraszać. Tamto zachowanie nauczyło mnie być twardą i bezwzględną, co przydaje mi się w życiu - szkoda, że nie pomyślał o tym wcześniej. W każdym razie widziała, że się poddaje. Było jej w jakimś stopniu przykro, ale to tylko utwierdzało ja w przekonaniu, że nic dla niego nie znaczyła. Miała przesłanki już wcześniej, np. gdy zostawił ją na pastwę losu ojca. Nie wytknie mu tego, ale teraz o wszystko go obwiniała.
- Idź do swojej... - nie dokończyła, ale ton głosu był wyraźnie zrezygnowany. W oczach pojawiły się łzy, a ona odwróciła głowę, przyciskając jej bok do poduszki. Chyba mocne leki osłabiły jej szorstką powłokę i już nie była taka twarda i "bez emocji".
James Reynolds - 2018-11-12, 13:43
No to byli właściwie w patowej sytuacji. Oboje nie potrafili przekroczyć tej granicy, mimo tego, że chyba któreś powinno wreszcie to zrobić. Czy nie byli w tej chwili wrogami? W końcu James był zdrajcą, którego Scottie powinna jak najszybciej wyeliminoawć. A jednak rozmawiali ze sobą. Być może przez to wszystko byli w stanie powiedzieć sobie więcej, niż kiedykolwiek wcześniej? Brunet nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wyznał jej tak wiele jak teraz. No, ale tak to jest. Docenia się coś dopiero jak się to traci.
To, że dała się podejść nie było jej winą. Nawet najlepiej wyszkolony żołnierz popełnia błędy, to zdarza się wszystkim. Całe szczęście, że jej pomyłka nie zakończyła się odejściem z tego świata. Co by właściwie wtedy zrobił James? Gdyby jej zabrakło? Nie mam pojęcia, ale z pewnością winił by siebie. Nie potrafiłby sobie tego wybaczyć, zupełnie jak wielu innych rzeczy. Dlatego dobrze, że wyszło tak, a nie inaczej.
W tej kwestii akurat masz rację - nie potrafił zostawić Shiv. Nie umiał wybrać między nimi, to po prostu nie było możliwe. Kochał je obie, choć w inny sposób. Dla każdej z nich był w stanie wiele zaryzykować, właściwie oddać wszystko. Scarlett nie powinna go zmuszać do takiego wyboru, ale... W takich żyli realiach. Trwała pieprzona wojna i nawet najbliższa Ci osoba w ciągu paru chwil może stać się Twoim najgorszym wrogiem, celem.
Przeniósł na nią wzrok, gdy wspomniała o bliznach.
- Podobne? Ja widzę między nimi różnicę. Tą, którą noszę ja zrobiła najbliższa mi osoba. Dla mnie jest przypomnieniem jak bardzo sam siebie nienawidzę, oraz pamiątką po dniu w którym straciłem coś kurewsko ważnego. Twoja...? Zrobił Ci ją jakiś nic nie warty śmieć. - wzruszył ramionami i odwrócił spojrzenie. Czy powinien mówić do niej w taki sposób? Chyba nie, ale jakie to miało teraz znaczenie? I tak nie mógł nic zmienić. Jego siostra była cholernie uparta. Nie było możliwości przemówienia jej do rozsądku.
- W Twoim mniemaniu może byłem. Nie ma to żadnego znaczenia. Jeśli wpakujesz się w kłopoty - będę tam. Mimo wszystko. Możesz tego nie chcieć, możesz mnie nienawidzić coraz bardziej, ale zawsze będę gdzieś w pobliżu gotów, by powyrywać serca tym, którzy zechcą Cię skrzywdzić. - zignorował całkowicie dalszą część jej wypowiedzi. Nie potrafiłby wbić jej noża w plecy. Prędzej sam zasłonił by ją swoim ciałem przed tym nożem. Szkoda, że to do niej nie docierało.
Oczywiście, że nadal tutaj był. Jak mógł ją zostawić w takiej chwili? Czy tak naprawdę miała kogokolwiek poza nim? Wątpię, bo leży tutaj od 3 dni i nie pojawił się absolutnie nikt, by sprawdzić jak się czuje.
- Mam za co przepraszać, ponieważ... Nie umiałem nigdy wcześniej powiedzieć Ci co czuje. Nigdy nie byłem dla Ciebie oparciem. Może i stałaś się przez to twarda, ale... Kurwa, nie wiem co ale... - zakończył cicho. Nie miał pojęcia co jeszcze powiedzieć, tak wiele chciałby jej przekazać, ale... Ale nie potrafił.
Wyrzucił papierosa przez okno i zamknął je. Słysząc jej następne słowa zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Oparł się o parapet - wciąż plecami do niej - i westchnął cicho. Przymknął oczy. Zwyczajnie zachciało mu się płakać, ale... Ale on nie płakał. Dlatego żadna łza nie pojawiła się na jego policzku, nawet oczy mu się nie zaszkliły. A szkoda, ponieważ może wraz z łzami odszedłby jego ból.
Odwrócił się do niej i sięgnął do kieszeni po portfel.
Wyciągnął z niego zdjęcie - chyba łatwo się domyślić kogo. Przedstawiało ono Scarlett. O wiele młodszą, a po samej fotografii widać było, że została dotknięta przez czas. Nosił ją od wielu lat.
Spojrzał na nie ostatni raz i rzucił na jej łóżko.
- Należy do Ciebie. Pewnie uważasz, że nie mam prawa go mieć. - rzucił krótko i ruszył w kierunku drzwi.
- Wiesz gdzie mnie szukać. - w głębi duszy tak strasznie chciał, by go zatrzymała. Żeby wyraziła chociaż chęć rozmowy, ale... Doskonale wiedział, że to niemożliwe.
||z/t (??)
Scarlett Reynolds - 2018-11-26, 23:39
Każde miało swoje powody, żeby nie przekraczać tej granicy. Chociaż jeśli już ktoś miałby to robić, to chyba powinna to być osoba, która niesamowicie zraniła (uczuciowo) drugą osobę. Bo to jak się przez niego poczuła było nie do opisania i doskonale wiedział, że jej reakcja nie była przesadzona. Poczuła się zdradzona i opuszczona. Sama.
Może jej reakcja była trochę zbyt agresywna, ale przecież to dziecko wojny. Zna tylko język przemocy. Czy można ją za to winić albo się na nią gniewać? Przecież to nie było tak, że wszystko było okej, a ona nagle z dupy zaczęła odpieprzać i się od niego odwracać. Przeciwnie, to on się od niej odwrócił w jej mniemaniu i stąd to wszystko. Ich załamanie.
W jej mniemaniu to wszystko było winą Jamesa. On zaczął spotykać się z mutantką, zdradził organizację i własną siostrę. I nawet nie potrafił tego porządnie wyjaśnić i poprosić o wybaczenie. A chyba najbardziej zabolało ją to, że mutantka usłyszała wyznanie miłości, choć jej własny brat nigdy nie powiedział tego swojej siostrze. Dla tych wszystkich powodów traktowała go jak obcego. Była bardzo zraniona, dlatego się go całkowicie wyparła - tak jak on jej, troszkę wcześniej.
- Nie. Moją zrobił mój wróg. Twoją zrobił twój wróg - poprawiła go twardo. Oczy nieco jej się zaszkliły na jego słowa. Po tylu lekach nie była aż taka twarda, więc jej emocje były bardziej widoczne niż zawsze. Poza tym przeszło jej też przez myśl, że skoro jej bliznę zrobił nic nie warty śmieć to pewnie tak samo myśli o niej. Może prawidłowo.
I faktycznie, była uparta. Ale nie tak jak on.
- Nie chcę twojej pomocy. Jak sobie nie poradzę to umrę i będzie spokój - normalnie wzruszyłaby ramionami, ale miała teraz ograniczone możliwości. Leżała nieruchomo, bo ból nie pozwalał jej na jakieś szaleństwa.
I może nie wbiłby jej praktycznie noża w plecy, ale zrobił już to raz, bardziej metaforycznie. Jeśli skupiał się tylko na tym co ona mu zrobiła to chyba kiepsko o nim świadczy.
Nie przeszkadzało jej, że nikt jej nie odwiedzał. Część znajomych nie była na miejscu, a część nie wiedziała. Zresztą nie było jej to szczęścia potrzebne.
- Nie umiałeś i nadal nie umiesz. Mutantce za to potrafisz powiedzieć co czujesz. To wszystko wyjaśnia - taka była prawda i bardzo ją to bolało. Przez moment nawet żałowała, że mutant jej tam nie wykończył.
- Dałam ci to, więc możesz z tym zrobić co chcesz. Podrzeć też, skoro tego nie chcesz - odparła, po czym przełknęła ślinę z bólem. To oddanie zdjęcia było takim kolejnym kopniakiem w żebra. I podobno nie mógłby wbić jej noża w plecy.
- James... - przywołała go jeszcze, bo właściwie nie chciała, żeby ją zostawił samą. Ale z drugiej strony miała taki żal, że nie wiedziała sama jak z nim rozmawiać. W tym stanie nie mogła się na niego rzucić, więc musiała jakoś znieść swoje emocje. Nie wiedziała co powiedzieć.
- Śpieszysz się? - zapytała nieco łagodniej, ale jej twarz była taka... biedna. Szklane oczy, łezka na policzku i ta cała otoczka szpitalna. Wyglądała jak siedem nieszczęść.
James Reynolds - 2018-11-30, 13:57
Jasne, że zdawał sobie sprawę z tego wszystkiego co zrobił. Nie miał na to żadnego wytłumaczenia. Dlaczego przez tyle lat był dla niej taki, a po kilku tygodniach spędzonych z Shivali nagle umiał wyrażać swoje uczucia? Nie znał odpowiedzi na to pytanie, wiedział na pewno, że to właśnie przez tą mutantkę w pewien sposób się odblokował. I właśnie przez nią dotarło do niego co zrobił Scottie. Gdyby był dla niej inny... Być może miała by lepsze życie niż on. Nigdy nie dał jej odczuć, że jest dla niej oparciem - zawsze był tylko gdzieś z tyłu, pojawiał się, gdy był potrzebny, ale nie był na stałe.
Sam czuł się jakby ją zdradził, nienawidził siebie za te wszystkie lata. Za te wszystkie słowa, które tyle razy miał na końcu języka, ale nie potrafił wydusić tego z siebie. A przecież to nie było takie trudne, wystarczyło ją po prostu czasami przytulić. Zaprosić na obiad, zapytać co u niej. Być choć trochę normalny w tym wszystkim, w tym całym bagnie w którym się znaleźli. Pokazać jej, że przede wszystkim jest jej bratem, jej rodziną - a nie tępym osiłkiem, który potrafi za nią zabić, lub pokazać jej, że lepiej uderza się w taki, a nie inny sposób.
Powinien być dla niej wzorem nie tylko jeśli chodzi o siłę fizyczną, o bezwzględność. Po prostu powinien być starszym bratem. A był nim chyba tylko i wyłącznie z nazwy.
Bardzo chciał, by mu wybaczyła, ale... Nie umiał o to poprosić, nie umiał się z tego wszystkiego wytłumaczyć. Nie mógł zostawić Shivali, a tego pewnie by od niego oczekiwała.
- Nigdy nie będziesz moim wrogiem... - odparł cicho. Nie chciał już w to brnąć, ile mógł jej to powtarzać? Nie potrafił traktować jej w taki sposób, nie była jego przeciwnikiem. Właściwie... Nawet ta blizna, którą mu zostawiła... To nie miało dla niego większego znaczenia. Od razu jej to wybaczył. Wtedy - gdy zaatakowała go u niego w mieszkaniu... Gdzieś tam w głębi czuł, że na to wszystko zasłużył.
- Wiem... Wiem, że jej nie chcesz. - każde następne jej słowo było jak ostrze wbijane prosto w jego serce. Ile jeszcze takich pchnięć wytrzyma? Jak wiele jest w stanie znieść? Cóż, myślę, że całkiem sporo. Dla niej? Dla niej był w stanie wytrzymać cholernie dużo, nawet, jeśli to właśnie ona zadawała kolejne ciosy.
Stał już w drzwiach, zamierzał zignorować wszystko co powiedziała i po prostu stąd wyjść. Opuścić ją, zostawić samą - zupełnie tak jak tego chciała, ale jej głos, to w jaki sposób to wszystko mówiła...
Jak mógłby to zrobić?
Jego dłoń znajdowała się na klamce, ale nie naciskał na nią. Nic również nie mówił.
- Ja... Nigdzie się nie śpieszę... - wyszeptał cicho i zamknął na moment oczy.
Cały czas stał plecami do niej. Jeśli Scottie teraz trochę dokładniej mu się przyjrzy dostrzeże, że jego ciało zaczęło delikatnie drżeć.
Odwrócił się do niej wreszcie.
W jego oczach również pojawiły się łzy. James poczuł się tak, jakby przed chwilą wypił sporą ilość alkoholu. Nie płakał... Kurwa, przecież on nie płakał, od tak wielu lat łzy nie gościły w jego oczach - zapomniał jak to jest.
Ale teraz zapłakał. Nad tym wszystkim co zrobił, nad samym sobą i nad ich relacją, którą wręcz koncertowo spierdolił.
I tak stał przez moment patrząc na nią - na swoją małą siostrzyczkę, która faktycznie wyglądała jak siedem nieszczęść. Podobnie jak on.
Chwiejnym krokiem podszedł do krzesła obok jej łóżka i opadł na nie. Ukrył twarz w dłoniach czując, że nie jest w stanie dalej hamować tego wszystkiego co siedzi w jego głowie i zwyczajnie pozwolił płynąć łzom.
I miał gdzieś co o nim teraz pomyśli Scarlett. Może go wziąć za kogoś słabego, to nie miało znaczenia, ponieważ... Właśnie teraz pokazywał jej jak wiele dla niego znaczy - te łzy były świadectwem tego, co do niej czuł.
- Przepraszam... - wybełkotał cicho, ale nie podniósł na nią wzroku. Nie potrafił.
Scarlett Reynolds - 2018-12-01, 01:00
Gdybanie teraz w niczym nie pomagało. Gdyby był dla niej inny to ona byłaby inna, ble ble ble. Jest jak jest, był jaki był, a ona jest jaka jest. Najprostsze podsumowanie. Jego mutantka mogła go odblokować jeśli chodzi o mówienie o uczuciach, ale nie znaczy to, że to samo działo się ze Scarlett. Ona nadal była zimną rybą i teraz oczekiwanie od niej nagłej zmiany zachowania było niedorzeczne. Dziwił się jej czynom? Sam je spowodował. Znał ją jak nikt inny, a mimo wszystko doprowadził ją do ostateczności. Był jedyną osobą, która mogła ją zranić i zrobił to dwa razy bardziej niż najgorszy wróg. Te wszystkie rany, które miała teraz były niczym w porównaniu do jej bólu psychicznego, jakiego doświadczyła przez niego.
Owszem zdradził ją, całą ideologię i organizację. To było gorsze niż nóż w plecy. Dodatkowo jego słowa o miłości do mutantki odtwarzała w głowie jak najgorszy koszmar, po którym ma się nudności.
Nie miała do niego pretensji o to jakim był dla niej bratem. Był najlepszym jakim potrafił. Może potrzebowała czegoś więcej, ale dostosowała się do tego co miała i między innymi ten czynnik uczynił ją niesamowicie silną osobą. Oczywiście nie pod względem fizycznym.
Prychnęła tylko na jego odpowiedź. Właśnie, że byli wrogami tylko James to wypierał. Stał się nim w momencie, gdy ją zdradził, to chyba oczywiste.
Biorąc pod uwagę jak bardzo on ją zranił, to jej ciosy słowne były niczym. Małą namiastką tego, co ona przeżyła. I naprawdę nie chciała jego pomocy, dobrze, że był tego świadomy.
Ale ostatecznie sama ze sobą przegrała i uległa, zatrzymując go tutaj. On sam chyba trochę się wahał czy zostać czy nie, ale ostatecznie cofnął się i usiadł na krześle obok. Patrzyła na jego oczy i gdy zobaczyła w nich łzy, bardzo się zdziwiła. Przecież on nie płakał. Jakie emocje musiały nim targać, że dał się ponieść łzom i nawet ich już nie krył? I o dziwo, nie odebrała tego jako słabości, a bardziej jak wyciągnięcie ręki w jej stronę. Gest szczerości, któremu była w stanie uwierzyć pomimo wszystkich kłamstw, jakimi ją karmił.
- Za co? Za kłamstwa, za zdradę czy za coś jeszcze? - zapytała jeszcze chłodno, ale pod koniec głos już jej się załamał. Gdy on płakał, sama nie potrafiła pozostać niewzruszona i z jej oczu również zaczęły płynąć łzy. W przypływie emocji pochyliła się gwałtownie do przodu, bo chciała go dosięgnąć ręką, a właściwie gipsem. Zapomniała jednak, że dosłownie wszystko ją boli mimo środków przeciwbólowych, więc wydała z siebie zduszony okrzyk i kolejna łza nie poleciała z żalu, a z fizycznego bólu.
James Reynolds - 2018-12-01, 14:08
Racja - gdybanie nie miało żadnego sensu, ale tak właśnie była skonstruowana większość ludzi, nie? Zastanawiali się czy gdyby postąpili inaczej mogliby coś zmienić, wiecznie układali w głowie inne scenariusze z minionych wydarzeń... I w tym James nie różnił się od wszystkich innych.
Czy tak naprawdę oczekiwał od niej zmiany swojego zachowania w ułamku sekundy? Być może przez to, że sam tak cholernie się zmienił miał nadzieję, że z nią stanie się to samo, ale muszę się z Tobą zgodzić. To nie jest takie hop - siup, to nie dzieje się tak po prostu. Do tego potrzeba czasu i często jakiegoś impulsu - tak, jak było w jego przypadku. Pojawił się ktoś, kto poruszył odpowiednie struny i sprawił, że jego spojrzenie na wiele spraw uległo zmianie. Oby w życiu Scarlett znalazła się taka osoba jeśli James nie jest w stanie tego zrobić.
Cholera... Reynolds przeżył naprawdę tak wiele rzeczy, był pieprzonym wojownikiem - osobą, której nikt nie mógł zranić, skrzywdzić. Nie ruszało go nic, stał się w pewnym momencie maszyną do zabijania. Kimś całkowicie pozbawionym uczuć, a w tej chwili? W tej chwili odczuwał wszystko podwójnie, proces odzyskiwania emocji okazał się niezwykle trudny... Ale chyba gdzieś w głębi duszy się z tego cieszył. Zupełnie jakby uczył się żyć na nowo, jakby zyskał od losu drugą szansę. Jeśli tylko uda mu się jeszcze naprawić to wszystko co zdązył popsuć... Jeszcze wszystko będzie dobrze. Wszystko się ułoży. Musi, prawda?
Kompletnie zignorował jej prychnięcie. Być może gdzieś w głowie Scarlett faktycznie byli wrogami, ale on widział to wszystko w zupełnie innych barwach. Dla niego była sojusznikiem. Przyjacielem. Rodziną. Osobą, którą zawsze chciał mieć za swoimi plecami, ponieważ tylko jej był absolutnie pewien. Nie ufał nikomu tak mocno jak jej, nawet sobie nie był w stanie tak zaufać. Nie ważne co między nimi zaszło... Po prostu wierzył w to, że w chwili próby jego siostra zachowa się tak jak trzeba. Nie potrafił się wyzbyć tych myśli i oby nie okazało się, że się mylił.
Dlaczego zawahał się przez tą krótką chwilę zanim odwrócił się i zajął miejsce obok szpitalnego łóżka? Ponieważ... Wiedział doskonale, że to jest moment w którym pęknie. Słysząc jej łamiący się głos, widząc jak wygląda zdał sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie dalej tłumić w sobie tego wszystkiego co czuł. I tak właśnie się stało.
Ostatni raz zapłakał widząc ciała wszystkich swoich przyjaciół - pozbawione kończyn, porozrywane na strzępy, podziurawione przez kule... I te otwarte oczy - puste spojrzenia, obojętne wyrazy twarzy. Ten dzień był wiele lat temu i obiecał sobie wtedy, że nie wyleje więcej żadnej łzy. Trzymał się tego postanowienia przez wiele lat, zapomniał co to znaczy płakać, jaką ulgę to przynosi. Trzymał wszystko w sobie, a Scottie doskonale o tym wiedziała.
Jednak... Nie dzisiaj.
Dzisiaj pozwolił tym słonym kroplom spływać po jego policzkach, nie zatrzymywał ich. Brakowało mu jej, tak strasznie mu jej brakowało. Nienawidził siebie za to co jej zrobił, nie tylko za tą całą zdradę, ale za całokształt. Był... Potworem. Nie tylko dla swoich wrogów, ale również dla tych najbliższych. I to doprowadziło go właśnie do ostateczności.
- Za... Za wszystko. Po prostu za wszystko... - wyszeptał cicho łamiącym się głosem. Kilka łez spadło na jej łóżko, a on powoli podniósł na nią wzrok, gdy spróbowała dosięgnąć go dłonią. No cóż, nie wyszło to najlepiej, ale hej... Spróbowała. Może jeszcze nie wszystko stracone?
Przysunął się do niej trochę bliżej i powoli wyciągnął rękę w jej stronę.
Nie pragnął niczego więcej niż po prostu potrzymać ją za dłoń, tylko tego w tej chwili potrzebował.
I jeśli... Jeśli tylko mu na to pozwoli, to delikatnie zaciśnie palce na jej dłoni.
Scarlett Reynolds - 2018-12-03, 21:55
Prawdę mówiąc, Scarlett również miała to do siebie, że układała w głowie różne scenariusze. Ale gdyby to co ułożyła byłoby prawdą to Jamesa już by tutaj nie było. A więc jej też by nie było, bo uratował ją z rąk psychopaty. Może nie byłoby to takie złe?
Tylko, że nie potrafiła go zabić. Pobić, skrzywdzić owszem, ale nigdy zabić. Chciała, ale nie mogła. Powiedziała mu, że nie ma już siostry, ale czy była to prawda? Nadal go kochała, mimo że tak bardzo ją zranił.
Ona miała uczucia i nigdy nie udawała, że ich nie ma. Była maszyną, która wykonywała rozkazy, ale nadal odczuwała. Czasem było jej szkoda tych cierpiących mutantów, ale potem czytała o ich zbrodniach i przypominała sobie ich matkę, a nienawiść powracała ze zdwojoną siłą. Była na niego wściekła i miała prawo.
Jeśli faktycznie tak było to pokładał w niej nadzieje, których nawet ona nie miała. Zastanawiała się, czy go nie wydać. Nie powinien być jej pewien, bo ona sama siebie nie była. Niemniej zobaczymy, czy będą mieli okazję się przekonać jak zachowa się Scarlett.
Nie wiedziała o jego przeszłości, bo o tym nie rozmawiali. W ogóle nie rozmawiali przez długi czas. A gdy już się zdarzyło to o treningach i pracy. Ona też nie była wylewna i nie mówiła mu o wielu sprawach, ale raczej nie mieli do siebie o to żalu. Wcześniej traktowała go jak brata i nie był dla niej potworem. Stał się nim dopiero, gdy dowiedziała się o mutantce.
- Jestem na ciebie wściekła, James - powiedziała, choć oczywiście już o tym wiedział. Pokazała mu dosadnie, kilkukrotnie. Trochę jej serce zmiękło, gdy zobaczyła jego łzy i przeprosił ją w końcu.
Jej dłoń była pokryta gipsem, więc jeśli położył rękę na gipsie to pozwoliła mu tak trzymać. Z jej oczu również popłynęły łzy i pokręciła głową. Nie chciała nad nim płakać. Nie zasłużył. Powinien odejść i więcej jej nie zawracać głowy. Ale zawsze gdzieś tam był. Jej brat. Najważniejsza osoba w jej życiu. Był jej autorytetem. Do czasu.
Obecnie czuła nienawiść pomieszana z miłością, której czuć nie chciała. Jednocześnie miała do siebie pretensje, że nie zauważyła problemu wcześniej. Ale teraz było za późno. Opadła na poduszki z cichym jęknięciem.
- Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie ci wybaczyć - westchnęła. Zepsuł na całej linii i miała do niego żal. - Okłamałeś mnie, zrobiłeś ze mnie kretynkę...
James Reynolds - 2018-12-19, 17:09
W gruncie rzeczy znalazłoby się sporo rzeczy, oraz cech, które ich łączyły. Jakby nie patrzeć - dalej pozostawali rodziną, nie? Poza tym ich życie potoczyło się w bardzo podobny sposób i nawet jeśli Scarlett na razie nie żałowała tego, że znalazła się w takim, a nie innym miejscu... Kiedyś zacznie. Przynajmniej tak właśnie myślał James.
Dobrze, że nie potrafiła go zabić. Kto by ją chronił, gdyby jego zabrakło? Czy znalazłaby się na tym świecie druga osoba, której tak strasznie by zależało na jej bezpieczeństwie, na niej samej? Mogli się kłócić, mogła chcieć go skrzywdzić, ale nic nie zmieni tego kim dla niego jest. I nawet jeśli każe mu się wynosić ze swojego życia... James nie będzie w stanie tego zrobić. Będzie - gdzieś w cieniu, poza jej wzrokiem, ale będzie. Obiecał to sobie jakiś czas temu i zamierzał dotrzymać słowa - mimo tego, że zdarzało mu się łamać przysięgi.
Jeśli chodzi o ich matkę... To prawda. Straciła życie przez mutantów, James pamiętał dlaczego w pewnym momencie ich wszystkich znienawidził i do tej pory pozostawał pewien niesmak, gdy myślał o przedstawicielach tego gatunku, ale... Pojawiła się Shivali. To ona udowodniła mu, że nie każdy z nich jest taki sam. Uświadomiła mu, że nie należy oceniać wszystkich jedną miarą. Jasne - gdyby miał możliwość dorwania tych gnojków, którzy odebrali mu matkę to skrzywdził by ich. Bardzo mocno by ich skrzywdził, zabrałby im wszystko, zniszczył ich cegla po cegle, ale dlaczego miał karać za to wszystkich innych? Zmienił się. Reynolds cholernie się zmienił, jego poglądy uległy zmianie już jakiś czas temu. Przez pewien czas to ukrywał, ale teraz wszystko wyszło na jaw. Już nie miał siły walczyć, po prostu nie miał siły. Z drugiej strony... Co mógł robić innego? Przecież tylko to potrafił, był do tego stworzony. Nie miał jeszcze pojęcia co dalej zrobić, ale... Chciał, żeby Scottie go w tym poparła. Chciał, żeby stanęła po jego stronie - nie ważne co wybierze. Chciał, by pozostała w jego życiu, nie wiedział tylko, czy jest to jeszcze możliwe po tym, co zrobił.
- Masz prawo być wściekła... Nie miałem prawa Cię okłamywać, nie Ciebie... - wyszeptał i oparł rękę na tym cholernym gipsie. Wysłuchał co ma do powiedzenia i kiwnął głową na znak zrozumienia.
Podniósł wolno dłoń do jej twarzy z zamiarem otarcia z niej łez - o ile oczywiście mu na to pozwoliła.
- Nie ma nic czego bardziej żałuję, uwierz mi. Gdybym mógł cofnąć czas zrobiłbym wszystko inaczej, ale nie mogę. Mogę tylko prosić o to, byś spróbowała mnie zrozumieć. Żebyś ze mną porozmawiała i żebyśmy doszli do jakiegoś porozumienia. Nigdy nie prosiłem Cię o szansę, ale teraz to właśnie robię. Być może zabrzmi to egoistycznie, ale... Potrzebuję Cię. Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie stojącej obok. - powiedział trochę spokojniejszym tonem, łzy przestały już płynąć z jego oczu, ale pozostawiły po sobie ślady na policzkach.
Nie wiedział już jak do niej dotrzeć. Nie wiedział co powinien powiedzieć, ale... Wszystko co powiedział było prawdziwe, w całym swoim życiu nie wyrzucił z siebie tak wielu... Mocnych słów.
Scarlett Reynolds - 2019-01-14, 22:53
Jeśli chodzi o więzy krwi to owszem, byli rodziną. Chociaż miała wrażenie, że to tylko oficjalny tytuł, który ma niewielkie odniesienie do rzeczywistości. Po tej sytuacji zaczęła myśleć szerzej o swoim życiu i tak naprawdę James wiele naniszczył. I szczerze przeszło jej przez myśl, czy nie byłoby jej lepiej, gdyby nie miała brata wcale. Oczywiście były to myśli pod wpływem wielkich, negatywnych emocji, które nią targały po ważnym odkryciu drugiej twarzy Jamesa. I nie sądziła, że będzie żałować swojego położenia, a mężczyzna przewidzieć tego nie jest w stanie. Może przypuszczać, ale takie gdybanie nie ma większego sensu.
Nie pamiętała obecnie, czy jakąkolwiek daną jej przysięgę otrzymał. Miała go teraz za skończonego kłamcę i zdrajcę niewartego zaufania. I nie wierzyła mu w ani jedno słowo, dlatego wiedziała też, że w pewnym momencie będzie zmuszony wybrać, czy pomóc własnej siostrze, czy własnej mutantce i wybierze tą drugą. Nie chciała poczuć tego zawodu, więc nie chciała go znać. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce było to bardzo ciężkie do zrobienia.
Widziała jego zmianę, ale zobaczyła ją o wiele za późno. Dokładnie w momencie, w którym uświadomiła sobie, że straciła brata. I to na rzecz znienawidzonych mutantów. Cios w plecy, ale o tym nie trzeba mówić, bo James doskonale zdawał sobie sprawę co zrobił, gdy postanowił to wszystko przez nią zataić. Już lepiej by było, gdyby sam jej to powiedział. Miałaby go za głupca i zdrajcę, ale przynajmniej nie kłamcę.
W tej określonej chwili nie stała po jego stronie i nie sądziła, żeby kiedykolwiek to zrobiła. Nigdy nie pogodzi się z tym co zrobił i nie poprze tego w żaden sposób.
- Nie miałeś - potwierdziła, bo owszem, kłamstwo w jego wykonaniu było słabe. I wiadomo, że nie oczekiwała od niego zwierzeń jakby byli licealnymi psiapsiółkami i nie oczekiwała, że będzie jej zdradzał szczegóły z misji. Ale TA sprawa wymagała omówienia i szczerości z jego strony, a tego zabrakło.
Gdy podniósł rękę z zamiarem otarcia jej łez, odwróciła głowę, żeby tego nie zrobił. Ale potem go wysłuchała i jej małe, drętwe serduszko zaczęło nieco topnieć. Uratował jej życie i faktycznie nigdy o nic jej nie prosił, więc gdy teraz potrzebował od niej szansy to nie mogła tak po prostu odmówić. Czuła się zobowiązana w jakimś stopniu.
- Czy cokolwiek z tego, co teraz mówisz jest prawdziwe? - zapytała z powątpiewaniem. Kolejna oznaka braku zaufania, na którą zasłużył. Miękła, a on doskonale ją znał i mógł to po niej zobaczyć. Ale czy kiedykolwiek zdoła odzyskać jej zaufanie?
James Reynolds - 2019-01-23, 12:02
Przecież w tym wszystkim nie chodziło o jakieś cholerne tytuły... Przez tak wiele lat miał tylko ją, byli we dwoje i od zawsze się wspierali - mimo wszystko. Może brakowało w ich relacji czułych słówek i tym podobnych rzeczy, ale James zawsze wiedział, że może na nią liczyć. W tej chwili wyglądało to trochę inaczej, zupełnie jakby mu uciekała, jakby nie mógł jej dogonić, zatrzymać - mimo rozpaczliwych prób.
Ta chyba miała być ostatnia, jeśli nie da mu teraz szansy... Być może już nigdy nie uda mu się jej odzyskać - był tego świadom.
Reynolds czasem również o tym myślał - lepiej by było, gdyby nie miała brata. Przynajmniej nie takiego jak on, zawalił tak wiele spraw, zniszczył tak dużo...
Nie dawał jej nigdy tego co powinien dawać. Niektórzy jednak twierdzą, że lepiej późno, niż wcale. Może jest w tym ziarenko prawdy?
Nie mam pojęcia co zrobiłby nasz żołnierz postawiony przed takim wyborem. Gdyby miał wybierać między Scottie, a Shivali. Co powinien zrobić w takiej sytuacji? Nie potrafił sobie nawet tego wyobrazić, nie chciał do tego dopuścić, widzieć tego - nawet w najgorszych koszmarach.
Jak to się stało, że Scarlett jest od niego lepsza pod każdym względem? Prawdopodobnie dzieli ją jeden zły dzień od zostania kimś takim jak on. I oby ten dzień nigdy nie nadszedł, oby nie zgubiła się w tym wszystkim tak mocno jak swojego czasu Reynolds.
Pewnie, że zdawał sobie sprawę z tego co robi, gdy ukrywał to wszystko przed siostrą. Odkładał z dnia na dzień powiedzenie jej o tym wszystkim, ponieważ po prostu nie miał pojęcia jak to zrobić. Czy to by coś zmieniło? Co, nienawidziła by go trochę mniej, gdyby się przyznał? Przecież nie było możliwości, by to wszystko zrozumiała, znał ją na tyle, by to wiedzieć. I może właśnie dlatego to ukrywał?
Dziewczyna cofnęła się przed jego dłonią, a on poczuł po raz kolejny, że spada coraz niżej, że przepaść między nimi się pogłębia.
- Wszystko co mówię w tej chwili jest prawdziwe. Potrzebuję Ciebie, ale potrzebuję również jej. Możesz myśleć co chcesz, ale ta dziewczyna wszystko zmieniła. Zmieniła mnie. Nauczyła mnie jak kochać. Nie zrezygnuję z niej. Z Ciebie też nie. Nie wiem co dalej, rozumiesz? - ukrył twarz w dłoniach i odetchnął głębiej. Już naprawdę nie miał pojęcia co może jej więcej powiedzieć, jak ją przekonać.
Po paru długich chwilach podniósł na nią wreszcie spojrzenie. Oczywiście - widział, że mięknie, ale znał ją na tyle, by wiedzieć, iż w ciągu paru sekund może zmienić się w tą twardą, oraz niewzruszoną Scottie.
|
|
|