dzielnica ochrony mutantów - Biblioteka
The Gifted - 2018-10-02, 17:19 Temat postu: Biblioteka
Levi Morrison - 2018-11-14, 17:01
|10 listopada
Na ogół to była wyjątkowo prosta sprawa. No, przynajmniej dla niego, ponieważ inni - ci, którzy dla niego robili - w większości nie mieli aż tak łatwo. Sam Levi zajmował się jednak tylko i wyłącznie początkowymi etapami dystrybucji nielegalnych środków czy też zapewniania jeszcze mniej dozwolonych usług. Jeśli chodziło zaś o getto... Tam starał się robić to w jeszcze mniejszym stopniu. Miał swoich ludzi, którzy mieli swoich ludzi, którzy mieli ludzi i tak dalej... To była całkiem zgrana, dobrze naoliwiona maszyna. Cóż, przynajmniej do czasu, kiedy nie zaczęła się psuć.
Zadziwiające, jak niewiele wystarczyło, żeby doprowadzić to do stopniowego upadku. Być może zwierzchnicy Morrisona jeszcze nie mieli pojęcia o tym, co się działo, jednak sam mężczyzna stosunkowo szybko dostrzegł narastający problem. Nie mógł mu jednak w żadnym stopniu zaradzić, ostrożnie rozważając wycofanie się z tego całego interesu. Z zaburzonym działaniem sieci kontaktów, niepełnym zespołem i coraz częstszymi potknięciami, to przestawał być opłacalny interes. Każdy, nawet najmniejszy, najbardziej pozbawiony rozsądku samozachowawczego ćpun to wiedział. Jeśli nie wiązało się to z dodatkowymi profitami, na co mu było?
Zwłaszcza że nagle musiał odwalać także najbardziej ryzykowną część roboty - dostawy do Dzielnicy Ochrony Mutantów. Nigdy tego nie robił, nigdy się na to nie pisał i nigdy nie miało to należeć do jego obowiązków. A jednak tego dnia przemycił do środka całkiem sporą część towaru, pojawiając się w opuszczonej bibliotece - jednym z miejsc zrzutu - na tyle wcześnie, aby uniknąć spotkań z kimkolwiek, kto miał po nią wpaść. Od dłuższego czasu działało to w ten sposób. Pierwsi dostawcy nie widywali odbiorców - a także jednoczesnych rozprowadzaczy - i vice versa. Totalna, kompletna anonimowość, nawet pod względem wyglądu, nie tylko danych personalnych. I tak miało być...
Toby Jensen - 2018-11-23, 20:33
Thomas za bardzo nie wnikał w te wszystkie mechanizmy, koneksje, powiązania… Nie bardzo go to interesowało. Nie, póki dostawał to co mu obiecano. Chciał się odciąć od swojej mocy, chciał ją w sobie stłumić. Chciał, by mutazyna to wszystko od niego zabrała. Nieważne jak cenił sobie przyjaźń z umarlakami, nieważne, że nie potrafił już funkcjonować w świecie żywych. Po prostu chciał, by to wszystko się skończyło. Był zmęczony, miał już tego wszystkiego dosyć…
Interes w jaki przyszło mu się wplątać był strzałem w dziesiątkę. Ryzykownym, skutkującym naprawdę nieprzyjemnymi konsekwencjami, ale… ale był idealny. Za niewielki wysiłek. Za wtopienie się w tłum (co opanował wręcz do perfekcji) udawało mu się uzyskać jedyną rzecz jakiej właściwie potrzebował do przetrwania w tym miejscu. Jedzenie nie miało dla niego aż tak dużego znaczenia jak zbawienna mutazyna.
Tego dnia miał znowu odebrać przesyłkę. Wszystko działało dokładnie w ten sam sposób. Szedł we wskazane miejsce, zabierał towar, potem dzielił na działki i rozprowadzał po najgorszych możliwych zakamarkach getta. Umowa zawierała całkowitą anonimowość co właściwie było mu bardzo na rękę. Nie potrzebował się widywać ze swoim przełożonym. Nie potrzebował jakichś bliższych relacji. Starał się więc robić wszystko niesamowicie punktualnie, by na nikogo się nie natknąć. Dzisiaj… sam nie potrafił stwierdzić, czy wyszedł szybciej. Zegarek całkowicie odmówił mu posłuszeństwa, a znajomy trup przekonywał go do tego, że już jest właściwa pora. Thomas nie zamierzał się z tym kłócić. Nie, kiedy jego intuicja tak bardzo kulała. Udał się wiec do tej biblioteki, chcąc odebrać swoją przesyłkę, kiedy zobaczył… no właśnie. Kiedy zobaczył coś czego nie chciał zobaczyć. Thomas przystanął w miejscu, nie wiedząc co właściwie ze sobą zrobić. Z włożonymi rękoma do bluzy, próbował odwrócić spojrzenie od mężczyzny, ale nie było to takie najprostsze. Nie chciał zapamiętywać jego twarzy, nie chciał zwracać na siebie uwagi, nie chciał zostać zauważony…
Levi Morrison - 2018-11-23, 22:25
Ze wszystkich niematerialnych dóbr, z jakich mógł korzystać, Levi w pierwszej kolejności wcale nie cenił wolności, miłości, braterstwa czy też innych dupereli, o których co poniektórzy bredzili dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. O nie. Nie cenił także kontaktów, układów czy układzików. Nie były to również pieniądze, papiery wartościowe ani nawet informacje, jakie w tym świecie zdawały się być czasem cenniejsze od złota. O nie, Levi Morrison w pierwszej mierze hołdował prywatności.
Małej, dużej, szeroko i wąsko pojętej... Własnej, niekoniecznie zaś cudzej... Bezpiecznej prywatności, prywatnej prywatności, której nie należało zaburzać. W żadnej mierze, przynajmniej nie w jego przypadku, bowiem wtedy...
Wtedy przestawało być miło, nawet jeśli już wcześniej nie było najlepiej.
Pomimo okoliczności, Levi wymarzył sobie stosunkowo prostą robotę. W końcu przeszedł już przez jej najgorszą część - zdecydowanie najgorszą - zatem teraz nie powinno być aż tak źle. Owszem, nadal nie cieszył się ze swojej sytuacji, aczkolwiek nie miał także ochoty powystrzelać wszystkich obecnych w getcie. Ot, był poirytowany, ale nie skrajnie wściekły. Przynajmniej do czasu.
Nie wiedział, co tak właściwie przyciągnęło jego uwagę. Czy to był dźwięk dochodzący z ulicy, czy może jakiś odgłos wydany przez nieoczekiwanego, nieproszonego gościa. Najważniejsze, iż wreszcie go dostrzegł. Wcale nie tak małego, ale z pewnością licho wyglądającego gościa w starej, podniszczonej bluzie, który wpatrywał się w niego niczym dziecko w witrynę sklepu z lizakami. Morrison nie musiał długo omiatać go spojrzeniem, aby dojść do dosyć jednoznacznych wniosków. Mimo to, nie zamierzał stosować żadnej taryfy ulgowej, a w jego ręce błyskawicznie znalazła się broń. Prosty, nieduży pistolet... Wycelowany w nieproszonego typa...
Nic nie mówił. To nie on musiał się tłumaczyć, to nie on musiał się wysilać, to nie jego życie było teraz zagrożone. On tylko stał...
Toby Jensen - 2018-11-24, 19:48
Thomas z całą pewnością nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Nie miał pojęcia, że mężczyzna go zauważy. Przecież robił wszystko, by nie rzucać się w oczy. Właściwie to robił nawet wszystko, by samemu ignorować tego gościa. Nie potrzebował znać jego imienia, twarzy, ani czegokolwiek. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego. To jak to wszystko się odbywało niesamowicie mu pasowało. Nie czuł potrzeby, by tego zmieniać. A dzisiaj… to po prostu się stało i z jakiegoś powodu stał naprzeciwko swojego szefa? Chociaż kto wie, może on sam był tylko kolejnym pionkiem? To chyba również nie miało dla Thomasa znaczenia. I doprawdy, wolałby uniknąć tej sytuacji. A jednak nie było to możliwe. To się po prostu stało.
… i skończył z wycelowaną w siebie bronią. Walker niemal od razu zaczął kręcić głową, jakby chcąc dać do zrozumienia mężczyźnie, że nie zamierzał sprawić problemów. W zasadzie nawet lekko wzniósł ręce do góry. Nie był groźny, był prawdopodobnie najbardziej mizerną istotą w getcie i nie stanowił żadnego zagrożenia. Wystarczyło, by Morrison na niego spojrzał.
– Zepsuł mi się zegarek – wyrzucił po prostu na swoje usprawiedliwienie. Co innego miał niby dodać? Jego sytuacja i tak była już kiepska. Jeśli zaraz nie oberwie kuli to chyba wydarzy się jakiś cud.
Levi Morrison - 2018-11-24, 23:12
Czasami naprawdę korzystnie było mieć metaforyczne oczy z tyłu głowy, zwłaszcza jeśli wychowało się w rodzinie podobnej do tej, jaką miał Levi. Być może nie było to środowisko, które sprzyjało jakiemukolwiek dziecięcemu rozwojowi, jednakże - jak to mówią - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pomimo ryzykanckiego trybu życia, jakimś wybitnie zadziwiającym cudem, Morrison nie otrzymał jeszcze ani jednej kulki i zdecydowanie nie zamierzał tego zmieniać.
Nie był w stanie zliczyć, ile razy próbowano zadać mu cios prosto w plecy. Ile razy ktoś usiłował niepostrzeżenie się do niego podkraść i wywalczyć sobie pewnego rodzaju pozycję idącą za ukatrupieniem go. Naprawdę wiele osób chciało zająć jego miejsce. Typowym płotkom zdawało się czasem, iż życie kogoś takiego było pełne pieniędzy, whisky i kobiet. Owszem, Levi nie mógł temu zaprzeczyć, jednak czasem... Czasem było dokładnie tak jak teraz - musiał osobiście uwalić sobie ręce po łokcie w gównie, żeby tylko nie dopuścić do zawalenia całej sprawy.
Dlatego był tak uwrażliwiony - a może wręcz nadwrażliwy - na wszelkie zmiany sytuacji. Na te ciche, prawie niedostrzegalne znaki, iż coś mogło być nie tak. Nie potrzebował dodatkowych problemów, jeśli te już się jednak pojawiły... Miał wyjątkowo banalny i skuteczny sposób na pozbycie się ich. Wystarczył prosty pistolet z tłumikiem, którym teraz celował w nieproszonego gościa. Chudego, mizernego, okrutnie paskudnego człowieczka o pieruńsko słabych manierach i cholernie kiepskim wyczuciu czasu.
I nawet jeśli do uszu Morrisona dotarł przekaz nieproszonego gościa, mężczyzna i tak zamierzał zrobić swoje. Po prostu pokręcił głową, naciskając spust... I posyłając kulkę w sufit nad głową gettowicza.
- Zacznij od przedstawienia się. - Warknął. - A potem powiedz, kurwa, czemu cię nie stać na pierdolony zegarek... - W końcu na tym biznesie dało się zarobić tyle, żeby móc poznać chrzanioną godzinę. To była naprawdę kiepska wymówka.
Toby Jensen - 2018-12-04, 19:46
Thomas nie spodziewał się, że brunet postanowi pociągnąć za spust. W pewnym sensie był wręcz pewny, że swoim wytłumaczeniem kupił tego gościa, ale… tak nie było. Nie ruszył się z miejsca nawet na krok. Po prostu zamknął oczy, zakładając ręce na głowę, by ochronić się przed ewentualnym osunięciem się sufitu. Posypał się gruz, opadł kawałek tynku… Walker poczuł tępy ból z tyłu głowy. Właściwie był niemal pewny, że jakaś ciepła maź zaczęła wypływać z jego potylicy. Ale się nie odsunął. Podniósł wzrok na Morrisona, uciskając świeżą ranę.
– Thomas Walker, mutazynista – to chyba wszystko wyjaśniało, nie? Nie robił tego dla pieniędzy. Nie stać go było na zegarek bo całe wynagrodzenie było wstrzykiwane do jego żył. Z zegarka nie było przecież takie pożytku. Walker przełknął ślinę, wznosząc wzrok na sufit, po czym pokręcił głową.
– Zwróciłeś na siebie uwagę – powiadomił go neutralnym, zupełnie obojętnym tonem głosu. Ale… zwrócił uwagę. Pojawią się psy, dowiedzą się, że ktoś tutaj miał pistolet. Jeśli on im ucieknie, będą szukać innej ofiary. Prawdopodobnie kogoś zamordują. Walker zacisnął mocno zęby. – Będę cię szukać.
Levi Morrison - 2018-12-05, 00:41
Taaak... Kiedy bardziej przyglądał się rozmówcy, zdecydowanie dostrzegał wszelkie oznaki tego, o czym ten mówił. Nie oznaczało to jednak, iż zamierzał dawać Thomasowi jakąkolwiek taryfę ulgową. Walker sam władował się w pierwsze bagno - uzależnienie - potem zapewne trafiając do getta, bowiem tutaj ciężko było uzależnić się od czegoś, czego kupno wymagało olbrzymich pieniędzy lub znajomości... A teraz przyłażąc zbyt wcześnie tam, gdzie nie powinno go być przed następną godziną. Sam sobie zawinił, a teraz najwyraźniej zamierzał o tym dyskutować.
- Grozisz mi? - Nie, nie używał mrocznego tonu głosu ani nie okazywał większej irytacji niż przed słowami Thomasa. Po prostu patrzył w kierunku mężczyzny, prawie niedostrzegalnie unosząc lewą brew i zastanawiając się, do jakiego stopnia powinien być teraz przerażony. No, teoretycznie przerażony, ponieważ nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, co do tego, jak wyglądałoby ewentualne starcie.
Po prostu by go zastrzelił... Ot, co. Nieważne, jak zdesperowany był człowiek, który stał przed Levim. Morrisona nie interesowało nawet to, do czego ten mógł się posunąć, bo wiedział... Zwyczajnie wiedział, iż miał do czynienia z kimś słabym. Z kimś, z kim niezmiernie łatwo byłoby sobie poradzić. Wiedział także, że najpewniej nikt nie tęskniłby za Walkerem, a rządowcy nie zaprzątaliby sobie głowy szukaniem kogoś, kto go załatwił. Takie były realia DOMu, stety czy niestety.
Patrząc jednak na potencjalną ofiarę postrzału, nie miał jednak ochoty robić sobie więcej niepotrzebnych problemów. Poza tym, jeśli ten mówił prawdę, Morrison kojarzył zarówno jego imię, jak i nazwisko. Nie było mu spieszno szukać kogoś, kto zająłby miejsce nieudolnego pracownika, zwłaszcza że było to jedyne - choć z pewnością poważne - zarejestrowane przez Leviego potknięcie. Pytanie, jaką miał otrzymać odpowiedź. Nie zamierzał przecież tolerować gróźb, dlatego odchrząknął głośno, spojrzeniem poganiając mutazynistę do odpowiedzi.
- Nie marnuj mojego czasu. Grozisz mi czy nie? - Warknął.
|
|
|