The Gifted - 2018-10-02, 17:06 Temat postu: Uliczka
Maysilee Griffith - 2018-10-02, 18:02 #1 (05.10.2018 roku)
Tak właściwie, praktycznie codzienne przemierzanie uliczek niedawno otwartego getta - kryjącego się pod piękną nazwą Dzielnicy Ochrony Mutantów, ale nadal pozostającego gettem - było już dla niej czymś na kształt bardzo pokrętnej normalności. Ot, robiła to przecież nie raz, być może na początku obawiając się kontroli i złapania... I wtrącenia tutaj na wieki, oczywiście... Ale i to zniknęło gdzieś pod napływem całkowicie innych doznań.
Czuła się potrzebna. Znacznie bardziej niż w Bractwie, znacznie bardziej niż komukolwiek przedtem, znacznie silniej, mocniej i bez cienia wątpliwości. Ktoś naprawdę potrzebował jej pomocy, a ona mogła chociaż spróbować zmienić cokolwiek w życiach tych, którym było jeszcze trudniej niż jej samej. Czy to nie było na swój sposób budujące? Zamiast siedzieć na tyłku, koczując w siedzibie mutantów, kręciła się pomiędzy tymi, którzy nie mieli tyle szczęścia. Jej życie wreszcie znowu miało jakiś sens, nawet jeśli utrata poprzedniego nadal bolała niczym nieustępliwie zadany policzek.
Bądźmy w końcu szczerzy, Bractwo na co dzień miało dużo lepszych sanitariuszy niż Maysilee. Nawet naprawdę mocno się starając, czuła ogromną przepaść pomiędzy tym, co robili wykwalifikowani medycy, a co umiała ona sama. Uzdrowiciele, ludzie pracujący z naturą i ziołami... To właśnie oni byli potrzebni na miejscu, tymczasem Griffith nie chciała już dłużej przyglądać się ich pracy, nawet jeśli mogła od czasu do czasu asystować im przy jakichś fascynujących działaniach. Do tego wystarczyły jej poprzednie miesiące - te sprzed impulsywnej ucieczki z dawnej siedziby organizacji.
Obecnie, choć dała się przekonać do częściowego powrotu - cóż, to nie było aż tak trudne, gdy miało się wrodzony dar przekonywania lub było kimś, na kim niewątpliwie jej zależało - nie zamierzała kryć się po kątach. Chciała działać, chciała być kimś, być może nie zbawicielskim aniołem, ale... Cóż, kiedy rozglądała się dookoła, to wszystko niewątpliwie mogło przypominać piekło. Potrzeba było chociaż trochę drobnych zapasów środków medycznych trzymanych przez nią w plecaku, na którego ramiączkach nieustannie zaciskały się jej chude, blade palce... Trochę pomocy, trochę wszystkiego, co można było oferować, żeby nieco podnieść na duchu mieszkańców Dzielnicy.
Tych, których liczba nieustannie się zwiększała, a których tego dnia - mimo wszystko - nie widziała aż tak wielu. Było, co prawda, już dosyć późno. Zbliżała się osiemnasta, a na dworze zaczynało zmierzchać. Chłodny wiatr zdawał się znajdować drogę pod materiałem jej cienkiego płaszcza, muskając nieosłonięte fragmenty skóry i powodując u Maysilee dosyć nieprzyjemny dreszcz. Mimo to, nic z tym nie robiła. Nie chciała i nie zamierzała ryzykować. Przyspieszyła tylko kroku, schodząc z głównej ulicy i skręcając w znacznie mniejszą, praktycznie opustoszałą uliczkę, która miała zaprowadzić ją wpierw do znajomego aptekarza, potem zaś ponownie na dworzec. Brzmiało jak łatwy plan, nie?Toby Jensen - 2018-10-02, 19:52 Thomas powoli przyzwyczajał się do swojej nowej rzeczywistości. Pojmował panujące tu zasady, rozumiał jak działał ten świat, wiedział co robić, by przetrwać. Chociaż właściwie minął dopiero miesiąc, kiedy go tu zamknęli jak jakieś niebezpieczne zwierzę, Walker tak bardzo wtopił się w to miejsce, że mógłby przysiąc, że poprzednie życie działo się w zupełnie innej galaktyce… Paradoksalnie, nie wyobrażał sobie już żadnej przyszłości poza murami DOMu. Cokolwiek działo się za tym wysokim ogrodzeniem – to jego nie dotyczyło. Sprawy ludzi go nie interesowały. Pogodził się z tym życiem, pogodził się z tym, co przyniósł mu los. Jedyne czego nie mógł znieść to świadomość, że w tym miejscu nigdy nie spotka dziewczyny ze snów. Że nigdy nie dowie się kim jest. Że nigdy nie pozna swojej przeszłości…
Z ciemnym kapturem na głowie przemierzał uliczkę. Robiło się ciemno, a co za tym idzie – niebezpiecznie. Jeśli nie zdąży załatwić wszystkich swoich spraw na czas, mogli go zamknąć w więzieniu. Co w sumie było dość komiczne, skoro właśnie przebywał w jednym wielkim więzieniu. Ale czy nazewnictwo miało jakiekolwiek znaczenie? Był głodny i musiał zdobyć cokolwiek, bo następna okazja na jedzenie – przy dobrych wiatrach – pojawi się dopiero następnego dnia. Thomas schował ręce do kieszeni i przyspieszył kroku, skręcając w kolejną uliczkę. Nawet do końca nie wiedział, kiedy to się wydarzyło. Był zmęczony i jedyne na czym potrafił się skupić to chęć znalezienia czegokolwiek, co będzie w stanie włożyć sobie do ust. Zachował się nieostrożnie i był nieuważny, a to mogło skończyć się dla niego tragicznie. Wszedł w kogoś. Tak po prostu w kogoś wszedł. Cholera. Jeśli to byłby agent DOGS, Walker straciłby życie na oczach tych wszystkich zgromadzonych ludzi. Albo nawet i gorzej. Bo czy w obecnej rzeczywistości śmierć, aby na pewno była najgorszym co go miało spotkać? Nieważne. Wszedł w kogoś. Thomas odruchowo złapał tę osobę za ramiona, pomagając utrzymać równowagę, ale mimo wszystko fizycznie nie był w stanie podnieść wzroku na swoją ofiarę. Burknął tylko coś pod nosem i wyminął dziewczynę (sądząc po butach), by ruszyć dalej w drogę.Maysilee Griffith - 2018-10-02, 20:53 Być może ani trochę jej to nie służyło. Bardziej niż prawdopodobnie miało sprawić, iż kiedyś gorzko tego pożałuje, jednak Maysilee miała to już do siebie, że dosyć często popadała w niezbyt samozachowawcze stany zamyślenia. Dokładnie tak jak teraz, kiedy - nadal zmierzając wąską uliczką przed siebie - pogrążyła się w myślach o tym, ile można byłoby zmienić, gdyby ktokolwiek tak naprawdę przestał myśleć wyłącznie o własnym zadowoleniu. Nie miała już nawet na myśli całkowitej rezygnacji z patrzenia na swoje dobro, ale chociaż drobnemu zerknięciu na to, co czuli inni.
To była naprawdę głupia wojna, całkowicie idiotyczna walka, ale mimo wszystko dawali ponieść się emocjom. Chcąc nie chcąc, ona także to robiła, nawet jeśli później szczerze tego żałowała. Zbiorowe szaleństwo - zapewne tak można było nazwać to, co obecnie działo się praktycznie we wszystkich zakątkach świata, a szczególnie w Ameryce. Kto wie... Być może astronauci w kosmosie też popadli w stan mutantomanii, tylko nikt o tym nie wiedział? Wtedy nawet w kosmosie panowałoby zdziczenie, wtedy nawet on nie byłby im przyjazny, ale... To była wyłącznie zbłąkana myśl, która równie szybko opuściła głowę Maysilee, co się w niej pojawiła.
W pewnym sensie, praktycznie z niej wytrącona nagłym wpadnięciem na coś, co zdecydowanie nie było ścianą, słupem czy czymś takim. Było na to zbyt miękkie, mimo wyraźnej kościstości wyczuwalnej nawet pod szorstkim materiałem ubrań. Maya nie mogła nic poradzić na to, iż w pierwszym odruchu chciała gwałtownie się cofnąć i rzucić do ucieczki. Jej serce zabiło znacznie szybciej, bardziej panicznie, gdy pomyślała, iż mogła trafić na patrol... Ba!, mogła wpaść na patrol, co byłoby prawdopodobnie jeszcze gorsze, bo oznaczałoby brak szacunku do D.O.G.S. Tego szacunku, którego i tak do nich nie miała, ale który musiała udawać, aby nie wpaść w kolejne tarapaty.
Jednak potencjalny D.O.G.S. najwyraźniej nie miał takich problemów jak ona, burcząc coś tylko niezrozumiale i nadal zakrywając się ciemnym, ciężkim kapturem, przez który trudno było chociażby dostrzec jego oczy. To zaś sprawiło, iż przeszedł ją dreszcz, a przepraszam zamarło na ustach. Jednocześnie poczuła też jednak coś całkowicie innego, coś na swój sposób znajomego, niepewnie tlącego się w jej umyśle. Nie potrafiła jednak określić, czym to było. Tak jak w przypadku kosmonautów, była to tylko luźna myśl, coś co zapewne potrzebowało czasu, by wykiełkować.
Ona go jednak nie miała. Spieszyła się, dokładnie tak samo jak nieznajomy, który wyminął ją bez słowa i ruszył dalej... Pozostawiając po sobie tylko spory kawałek ekskluzywnego towaru, jakim były tutaj buty. Dokładnie rzecz biorąc - część podeszwy, która pozostała smętnie na chodniku.
Maysilee sama nie wiedziała, czemu to zrobiła, jednak - obracając się na pięcie, by spojrzeć na plecy oddalającego się jegomościa - zakrzyknęła za nim:
- Hej! Zgubiłeś coś!Toby Jensen - 2018-10-03, 18:09 Czy był w ogóle sens przejmowaniem się czymkolwiek? Thomas przecież wiedział jaki go czeka los. Prędzej, czy później i tak miał umrzeć. Czy to z głodu, czy zabity przez DOGS a może nawet zabity przez jednego z mutantów. Tak czy siak, ta historia kończyła się tylko w jeden sposób, więc dlaczego w ogóle wysilał się, by przetrwać kolejny dzień w tym miejscu? Mógłby się po prostu poddać, a skutek byłby mniej więcej taki sam. A może nawet mniej bolesny, huh? I jakkolwiek, by to nie brzmiało, jedna jedyna myśl ciągle trzymała go przy życiu. Bo… co jeśli już nie żył? Ci wszyscy mutanci, których codziennie mijał na ulicach i w fabryce DOMu… oni wszyscy wyglądali, jakby już dawno temu umarli. Czy było więc możliwe, że on też opuścił tamten świat i po prostu trafił do piekła? Był złym człowiekiem. Właściwie to nawet nie był człowiekiem. Zasługiwał na piekło.
Nie miał siły się nad tym dłużej zastanawiać. Nie, dopóki nie znajdzie sobie czegoś do jedzenia. Nie umiał myśleć logicznie, kiedy był głodny. Nawet nie marzył już o frytkach. Chciałby po prostu cokolwiek. Dlatego zamierzał po prostu jak najszybciej ominąć swoją ofiarę i ruszyć dalej. Nie spodziewał się więc usłyszeć za sobą odważnego głosiku. Thomas zmarszczył brwi.
Skąd ona się właściwie urwała? Jeśli coś zgubił to powinna to wziąć i spieprzać, jak najdalej. W tym miejscu nie istniały uprzejmości. W tym miejscu każdy dbał o swój własny tyłek. Jeśli coś zgubił to był niezdarą, a ona mogła na tym skorzystać. Czy była więc tutaj nowa, skoro nie znała takich najprostszych zasad? W przeciągu tych trzech sekund przez myśli Thomasa przeszło naprawdę wiele pytań. Ostatecznie jednak ciekawość wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. Chłopak gwałtownie się zatrzymał i obrócił na pięcie, by natrafić wzrokiem na dziwaczkę. A wtedy… po prostu zamarł. Z nieodgadnionym wyrazem na twarzy po prostu mierzył wzrokiem tę znajomą buźkę i… nie potrafił wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Tyle razy myślał o spotkaniu z nieznajomą znajomą, miał tyle pytań! A teraz… teraz po prostu nie wiedział co powiedzieć. Po prostu milczał. W myślach zastanawiając się, jak wielkie były szanse, że była kolejnym duchem. Kątem oka zerknął na podeszwę, ale w tej sytuacji nie był w stanie zaprzątać sobie tym głowy.Maysilee Griffith - 2018-10-03, 18:49 Z początku sądziła, że nieznajomy całkowicie ją zignoruje. W końcu praktycznie zrobił to już wtedy, kiedy na siebie wpadli. Być może nawet powinna cieszyć się z tego powodu, ponieważ nie od wczoraj mówiono jej, jakie to było niebezpieczne. Cały DOM, mimo jakże rodzinnej nazwy, taki był. A ona nadal chciała tu przychodzić, teraz także mając nadzieję, że komuś pomoże. Choćby w odnalezieniu kawałka buta.
Kiedy mutant - bo chyba nim był, nie? - obrócił się w jej kierunku, mimowolnie uniosła kąciki ust, jednak spomiędzy jego własnych warg nie wydostało się ani jedno słowo. Wtedy zaś poczuła się... Dziwnie. Nie przywykła do kompletnej ciszy. Ba, nawet jej nie lubiła. Ze wszystkich rzeczy na świecie, to właśnie milczenie wprawiało ją w największy dyskomfort.
- Twoja... Podeszwa. - Przez wyraz jego wychudzonej twarzy i sposób, w jaki wbijał w nią wzrok, nie potrafiła nie zabrzmieć trochę niepewnie. To było silniejsze od niej, choć jednocześnie nie mogła też tak po prostu odwrócić się i odejść, ostrożnie wyciągając przed siebie rękę, w której trzymała nieszczęsny fragment jego buta.
I chociaż logika nakazywała spojrzeć na obuwie, nie zrobiła tego, utrzymując ten dziwaczny kontakt wzrokowy - tak bardzo powodujący u niej wrażenie zmieszania, nawet jeśli musiała przyznać jedno. Pomimo wyraźnych oznak niedojadania, przeraźliwego wychudzenia, bladości skóry i szarych cieni na policzkach, a także wątpliwie utrzymywanej higieny osobistej - czemu się nie dziwiła; mydło zapewne musiało być tutaj naprawdę ekskluzywnym towarem, jeśli nawet zwykłe cytryny kosztowały krocie - w mężczyźnie... A może chłopaku? Nie była w stanie określić, ile mógł mieć lat, jednak było w nim coś takiego, wyjątkowo specyficznego. Miał ładne oczy. Jak... Jak... Świstak. Ciemne, niezgłębione, kryjące tajemnicę, prawdopodobnie zmęczone życiem, ale fascynujące. Nawet na tak krótką chwilę.
Tylko u jednej osoby, jaką znała swego czasu, widziała coś takiego. Lubiła wtedy tak po prostu siedzieć w kompletnej ciszy - choć to i tak nigdy nie kończyło się totalnym milczeniem; byli na to zbyt wielkimi śmieszkami - najzwyczajniej w świecie patrząc na znajomą twarz i delektując się spokojem. Nawet w najgorszych chwilach, to ją uspokajało, było lekiem na całe zło. Ale... To była zamierzchła historia, która nie miała wrócić. A Maysilee nie mogła już pozwolić sobie na kolejne chwile odlotu, nawet jeśli ciężko było jej spuścić wzrok i unieść kącik ust, kiedy chrząknęła cicho. Robiąc nieduży kroczek w bok, położyła podeszwę na najbliższym parapecie, ciągle zachowując otwartą i - jak miała nadzieję - nieszkodliwą postawę, by domniemany mutant nie poczuł się zagrożony.
- Uważaj na drugą. - Odezwała się w końcu pogodnym głosem, przerywając milczenie, po czym zrobiła to, co prawdopodobnie powinna zrobić już na samym początku. Nadal się uśmiechając, wycofała się jeszcze o kilka kroków, po czym odwróciła się do niego plecami, na powrót zaczynając zmierzać we wcześniejszym kierunku. To było... Nietypowe, a Maya nie mogła odgonić od siebie wrażenia, że była w tym jeszcze większa wyjątkowość, niż jej się to zdawało.Toby Jensen - 2018-10-03, 20:07 To wszystko było zbyt absurdalne, by działo się naprawdę. Thomas… Thomas po prostu osłupiał, nie będąc w stanie wybąkać z siebie ani jednego słowa. Duch. Czy mogła być duchem? Próbował prześwietlić ją spojrzeniem, by znaleźć jakiekolwiek ślady, które doprowadziłyby go do odpowiedzi, ale… był chujowy w korzystaniu ze swojej mocy. Martwi, którzy mu się pokazywali nie zawsze byli szkaradami wyrwanymi z jakiegoś kiepskiego horroru. Nie mieli ran, nie mieli żadnych śladów śmierci, nie mieli gnijącego ciała, nie byli obłąkani, byli… po prostu byli. Tak jak ta dziwnie znajoma dziewczyna, która zdawała się być nieco zmieszana jego osobą. Czy duchy były zmieszane, kiedy go spotykały?
Walker przełknął ślinę, obserwując jak ta zjawa schyla się po kawałek buta i po chwili kładzie go na parapecie. Nic z tego wszystkiego nie rozumiał. Czy miał omamy spowodowane niedożywieniem? Takie rzeczy już mu się zdarzały. Wtedy, kiedy był zamknięty w celi DOGS… Thomas rozchylił wargi, by wyrzucić z siebie jakiekolwiek słowo, ale nic nie wydobyło się z jego ust. Wyglądał jakby… jakby zobaczył ducha. Chociaż nie, wróć. Wyglądał jakby był osobą, która nie wiedziała nic o życiu pozaziemskim i zobaczyłaby ducha. Jakby to był jego pierwszy raz. Thomas wsadził dłonie do kieszeni szarej bluzy i zagubionym spojrzeniem obserwował jak dziewczyna stawia kilka kroków do tyłu, a następnie odwraca się do niego plecami. W tym momencie… w tym momencie poczuł narastającą panikę. Odchodziła? Dlaczego odchodziła? Dlaczego tutaj w ogóle przyszła i go nawiedzała? Gdzie odchodziła? Czy miał stracić jedyną szansę na uzyskanie odpowiedzi? Czy w ogóle chciał jeszcze jakichkolwiek odpowiedzi? Coś nie pozwalało Thomasowi tego tak po prostu zostawić. Nie zważając na buty, na cokolwiek, po prostu wyrzucił z siebie: – ej.
Ale nie zamierzał dłużej tkwić w tym samym miejscu. Cholera, już wystarczająco długo tkwił w tym samym miejscu i się nie odzywał. Thomas wykrzesał z siebie resztki energii i ruszył szybkim – właściwie to nawet biegł – krokiem, by zrównać się z dziewczyną.
– Zaczekaj – wycharczał, łapiąc ją za nadgarstek. Nie był tego typu człowiekiem, ale musiał wiedzieć czym właściwie była, albo czym nie była. Jedno było pewne, jej skóra miała odpowiednią temperaturę, żeby stwierdzić, że dziewczyna wcale nie była umarlakiem. I kiedy udało mu się ją zatrzymać, Walker wyrzucił z siebie na jednym wdechu: – potrzebujętwojejpomocy.Maysilee Griffith - 2018-10-03, 21:22 Nie zawsze można było dogadać się z mutantami z DOMu - co prawda, zrozumiała to dopiero stosunkowo niedawno, ale nie miała już co do tego wątpliwości. Nadal próbowała porozmawiać z tymi, którym usiłowała pomagać, jednak w tym wypadku musiała odpuścić, nawet jeśli coś kusiło ją, by spróbować jeszcze raz zagadać do nieznajomego. Nie mogła zostać tu na noc. Ba!, musiała wyjść jeszcze przed godziną policyjną - najlepiej jak najwcześniej, aby nie ryzykować bardziej, niż to robiła w tej chwili. Chcąc nie chcąc, postanowiła zatem odejść...
Zaledwie moment później słysząc znaczące ej za swoimi plecami i ulegając pokusie obrócenia głowy w kierunku dobiegającego do niej chłopaka. Nie spodziewała się tego, nie po jego wcześniejszym, dosyć nietypowym zachowaniu, ale... Być może był właśnie taką osobą. Nietypową. I całkiem dobrze biegał... Albo to ona kiepsko chodziła, cóż. Tak czy inaczej, wreszcie ją dopadł. I złapał za rękę...
Nawet - a może zwłaszcza? - takie osoby jak ona miały dosyć jasno określone granice przestrzeni osobistej, po których przekroczeniu momentalnie robiło się dosyć... Niewygodnie. I choć Maysilee nigdy specjalnie nie dbała o to wrażenie, zazwyczaj woląc przemilczeć sprawę naruszenia wspomnianego pola, tym razem wyjątkowo mocno odczuła fakt, iż nieznajomy postanowił otwarcie złapać ją za nadgarstek.
Bądźmy szczerzy, dookoła było już dosyć ciemno, a po uliczce nie kręcił się już tak naprawdę nikt, prócz ich dwójki. Nawet jeśli chłopak nie sprawiał wrażenia groźnego czy niebezpiecznego, coś w jego oczach niewątpliwie powodowało w niej ten dziwny rodzaj niepewności, którego istoty nie potrafiła obecnie określić. Nie wiedziała nawet, czy jej własny niepokój miał większy związek z czymś złym, czy może jednak z czymś dobrym. Już naprawdę od dawna nie czuła się w ten sposób i... Nie przepadała za tym wrażeniem, jeśli miała być ze sobą całkowicie szczera.
Nie wiedziała, kiedy tak właściwie jej nogi zaczęły poruszać się wolniej i wolniej, by wreszcie zatrzymać się w miejscu - zgodnie z prośbą czy raczej życzeniem Świstakookiego. Nadal nie była jednak całkowicie pewna, czy powinna to robić. Owszem, przyszła tutaj po to, by pomagać ludziom, ale on nie zabrał podeszwy, na którą zwróciła mu uwagę. Nie widziała jej w jego rękach. Najwyraźniej za to on zwrócił uwagę na nią, a ona nie miała pojęcia co planował z tym zrobić. Przynajmniej przez kilka sekund, po których do jej uszu dotarły jego pospieszne słowa. Wtedy momentalnie uaktywnił się w niej tryb Matki Teresy.
- Co się stało? - Tak, to było prawdopodobnie podstawowe pytanie w takiej sytuacji. Tak samo jak rozejrzenie się dookoła, by dostrzec ewentualne niebezpieczeństwo, po którego braku nieco odetchnęła. Wszystko w porządku? Cóż, być może nie było odpowiednim pytaniem, dlatego go nie zadała, przestając także zwracać większą uwagę na to, że ją trzymał.
- Potrzebujesz leków? Jedzenia? Kanapki z indykiem, mrożonej herbaty i pomarańczy? - Dla pomarańczy chyba nikt nikogo tu nie zabijał, prawda?Toby Jensen - 2018-10-04, 19:39 Thomas kompletnie nie spodziewał się po sobie łapania kompletnie obcych ludzi za nadgarstki. Nieważne jaką miał motywację, nieważne jak bardzo był zdesperowany – to nie było w jego stylu. Nie było... prawda?!
Sęk w tym, że nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nie miał zielonego pojęcia co było w jego stylu, a co w jego stylu nie było. Właściwie nie wiedział czego się po sobie spodziewać, a każdy kolejny wykonywany ruch, każde wypowiadane słowo było dla niego taką samą nowością jak dla dziewczyny stojącej naprzeciwko. W pewnym sensie Walker miał nawet wrażenie, że ktoś przejął kontrolę nad jego ciałem, że ktoś wkładał mu słowa w usta, a on po prostu nie miał wystarczająco samozaparcia, by się temu wszystkiemu postawić. Teraz przecież też tak było.
Jakimś cudem dogonił dziewczynę. Jakimś cudem zmusił, by się zatrzymała. Jakimś cudem sprawił, że zaczęła zadawać te wszystkie pytania na które nie wiedział jak odpowiedzieć. Ba! Przez chwilę głos ponownie uwiązł mu w gardle, a żadne odpowiednie słowa nie przychodziły mu do głowy. Ale… ale tak rozpaczliwie nie chciał, by sobie poszła. Walker przełknął ślinę, ostatecznie po prostu kręcąc przecząco głową.
– Tak, ale… – ale nie o to chodziło. Do tej pory nawet nie przyszło mu do głowy, by poprosić dziewczynę o jedzenie. Ale czy to nie byłby dobry pomysł? Czy mogła mieć coś czego potrzebował? Nie, nie o to tutaj chodziło. Walker znowu pokręcił głową.
– Ty… ja… po prostu… – zaczynał się denerwować. Sam nie wiedział dlaczego, ale nie potrafił znaleźć właściwych słów, a to niesamowicie go wkurzało. Do tego stopnia, że chłopak nerwowo zaczął zaciskać pięści. – Sądzę, że się znamy i masz odpowiedzi na moje pytania, a ja bardzo chciałbym wiedzieć, czy aby na pewno należysz do tego świata. Twoja temperatura ciała nie wskazuje na to byś umarła, ale być może po prostu zdarzyło się to kilka minut temu, więc to by wyjaśniało dlaczego mnie nawiedzasz dopiero teraz i… – urwał nagle, natarczywie wbijając swoje zagubione spojrzenie w jej niesamowicie ładne oczy. W tym momencie nieco przypominał dzikie zwierzę. Choć mówił płynnie i sensownie, jego wzrok co chwilę uciekał, a głowa obracała się na wszystkie strony. W pewnym sensie wydawał się być naprawdę nieprzewidywalny i zdolny do wielu dziwnych rzeczy. I jakby tego było mało dorzucił jeszcze do tej wypowiedzi nieco szaleńcze i zdecydowanie skierowane bardziej do siebie samego niż do Mayi: – Widziałem cię.Maysilee Griffith - 2018-10-04, 20:47 Ale nie brzmiało dobrze. Ktoś jej kiedyś powiedział, że teoretycznie nie liczyła się część zdania przed ale, bo to ono zwiastowało coś znacznie bardziej szczerego i poważnego. Mimo to, ręka Griffith odruchowo sięgnęła w kierunku plecaka, z którego dziewczyna chciała wyjąć chociaż jedną ze wspomnianych rzeczy. Nie zaatakował jej na samo wspomnienie o jedzeniu, piciu czy lekach, a to - przynajmniej jak dla niej - całkowicie wystarczyło, żeby zaufała mu w sprawie powierzenia dóbr. Ostatecznie zatrzymała się jednak w pół gestu, spoglądając na niego ze zmrużonymi oczami i zmarszczonymi brwiami.
- Czemu sugerujesz, że nie żyję? Jak chcesz, możesz mnie uszczypnąć... Albo siebie. Nie wiem, jak to powinno dokładnie działać. - Nic z tego nie rozumiała, a przynajmniej tak jej się na początku zdawało. Im więcej jednak mówił i im dłużej na niego patrzyła, próbując pojąć... Cóż, cokolwiek, tym więcej szczegółów dostrzegała. Dotąd tak bardzo rozsypana i wymieszana, układanka zaczynała zyskiwać kolejne elementy, które dosłownie wskakiwały na swoje właściwe miejsce. A Maya? Maya czuła, że kręci jej się w głowie.
- O. Mój. Boże. - Wyszeptała, momentalnie blednąc niczym prześcieradło. Zupełnie tak, jakby... Cóż, zobaczyła ducha, choć to on sugerował, że mogła być jedną ze zjaw. Nawet nie wiedział, jak bardzo nie mylił się w tym, iż jedno z nich umarło. Z tą różnicą, że to nie była ona... Nie, to zdecydowanie nie była ona. Jej za to na stanowczo zbyt długo odebrało oddech, przez co już po kilkunastu sekundach całkowitego milczenia, dostrzegła mroczki przed oczami. A to było nic w porównaniu do salta, jakie wywinął żołądek zdezorientowanej i zagubionej Maysilee.
Czy to naprawdę mogło się dziać? Czy nie majaczyła, nie śniła i nie wariowała? Czy były w ogóle jakieś szanse, by taki scenariusz miał miejsce? Czy tamtego wieczoru myliła się, fałszywie myśląc, że go straciła? Czy zostawiła najlepszego przyjaciela na pastwę losu? Czy była aż tak złym człowiekiem?
Ale...
Nie dostrzegła tego od razu. Nawet pomimo myśli o jego oczach i o tym, że widziała je wyłącznie u jednej jedynej osoby, u tej osoby, którą niechybnie był. Wystarczyło jednak, że odezwał się przez dłuższą chwilę, by usłyszała specyficzną nutę w jego głosie, praktycznie nie zwracając nawet uwagi na słowa. Zwróciła uwagę na sposób zaciskania dłoni, na ułożenie ust, ruch warg, postawę ciała, która - choć nieogarnięta i nieco szaleńcza - świadczyła o jednym...
- Toby? - To nie było ciche i spokojne pytanie, a nawet wręcz przeciwnie. Zresztą, już zaledwie moment później z jej ust wydostał się przyciszony, ale jednak dosyć instynktowny okrzyk. - Tobey! - Wraz z nim, dosłownie rzuciła mu się na szyję, nie myśląc o tym, jak mógł zareagować. Po prostu chciała go dotknąć, uściskać, poczuć w ramionach, jednocześnie nie mogąc nic poradzić na to, że jej oczy zalały się łzami. Tym razem jednak naprawdę szczęśliwymi.Toby Jensen - 2018-10-05, 19:33 – Świeżo upieczeni martwi… – Thomas mimowolnie się skrzywił. To źle brzmiało i zdawał sobie z tego sprawę. Ale jak inaczej miał jej to wytłumaczyć? Chłopak potrząsnął głową. Nie, szczypanie, oblewanie zimną wodą, czy cokolwiek innego… to nie miało w żadnym stopniu pomóc zidentyfikować ducha. – …oni nie do końca są pogodzeni ze swoim losem i cóż… – wziął głęboki oddech, przez krótką chwilę bijąc się ze sobą w myślach, czy aby powinien dokańczać zdanie. Ale czy był sens nagłego urywania wypowiedzi? Czy był sens udawania, że jednak mówił o czymś kompletnie innym? Nie, nie było żadnego sensu. Jeśli rzeczywiście była duchem to musiał się po prostu liczyć z tym, że zaraz zacznie zgrywać Jęczącą Martę niesamowicie urażonego i wkurzonego ducha i go zaatakuje.
– Sądzę, że to właśnie spotkało ciebie – dokończył w końcu, spuszczając nieco wzrok. Nie lubił informować martwych o ich śmierci. To nigdy nie było przyjemne… Dlatego tym bardziej nie mógł dostrzec zawodu w spojrzeniu tej konkretnej dziewczyny. O wiele łatwiej było więc nie patrzeć w jej oczy i zgrywać równie rozczarowanego co ona.
I cóż… Walker zdecydowanie nie spodziewał się tego co przyszło później. Chciał dać jej trochę czasu na oswojenie się ze swoją śmiercią, na przetrawienie tematu, by później po prostu skorzystać z okazji i wyciągnąć od niej kilka istotnych informacji. Ale ona… zaczęła nazywać go tym dziwnym imieniem. A może po prostu nagle zmieniła język, a to całe toby znaczyło coś konkretnego? Czy powinien wiedzieć co to znaczy? Czy było to kluczem do odzyskania pamięci? Nie miał zbyt dużo czasu się nad tym zastanawiać. Otworzył usta, by poprawić ją cichym i stanowczym: Thomas.
I z pewnością dodałby do tego coś jeszcze. Przecież to wydawało się być w jego stylu, prawda? Ale wtedy ona rzuciła się na niego, a Thomasa momentalnie wryło w ziemię. Chłopak zacisnął mocno zęby, czując narastającą wściekłość. Dlaczego ona to robiła, dlaczego go dotykała? Nienawidził, gdy go dotykała. Nienawidził, gdy ktokolwiek go dotykał. Serce zaczęło mu bić stanowczo za szybo, a cała twarz posiniała ze złości. Nie wiedzieć kiedy, stracił nad sobą panowanie i odepchnął dziewczynę z całej siły, posyłając ją na najbliższą ścianę.
– Nie. Rób. Tak. Więcej. – wycedził przez zaciśnięte zęby, drżąc ze wściekłości. Starał się uspokoić, ale to nie było najłatwiejsze. W przeciągu jednej krótkiej sekundy całe jego nastawienie całkowicie się zmieniło. Z łagodnego, przyjemnego chłopaka stał się dzikim zwierzęciem, gotowym do kolejnego ataku…Maysilee Griffith - 2018-10-05, 20:07 - Świeżo upieczeni? - Unosząc brew, spojrzała na niego w niezbyt poważny sposób. Nawet jeśli się nie znali, nie mogła nie pokazać mu, że jego dobór słownictwa nie był zbyt dobry. Poza tym... Naprawdę nie czuła się martwa, a jego próby przekonania jej nie robiły na niej wrażenia. Jeśli była czegoś pewna, to tego, że nadal żyła i oddychała.
- Hipotetycznie zakładając, jeśli jestem martwa, to jak umarłam? - Chciała mu to udowodnić, skoro był taki mądry... Czemu nie miał powiedzieć, jak rzekomo wykitowała? Najwyraźniej znał się bowiem na tych sprawach albo próbował zgrywać mądralińskiego, zaczepiając obce dziewczyny na ulicy i to w dodatku poprzez wpadnięcie na nie, a następnie próbując jakichś manipulacji.
Działających lepiej niż ktokolwiek się spodziewał, gdyż już chwilę później totalnie nie wiedziała, co się działo. Była jednak... Szczęśliwa. Podekscytowana chociaż przez krótką chwilę, jaka minęła pomiędzy rozpoznaniem rozmówcy i dostrzeżeniem w nim Toby'ego, a tym, jak gwałtownie odepchnął ją od siebie. Do tego stopnia, iż na moment straciła równowagę, balansując na stopach po odbiciu się od muru.
- Tobias... - Wyszeptała praktycznie bez oddechu, wbijając w niego zszokowane i pełne braku zrozumienia spojrzenie. Jej źrenice rozszerzyły się, a usta pozostawały uchylone, prawa dłoń spoczęła zaś na samym brzegu cienkiego, brunatnego płaszcza - teraz przybrudzonego i leciutko naderwanego przez ostry kawałek cegły, na którą wpadła, gdy chłopak tak gwałtownie ją odepchnął.
Dopiero teraz, dopiero po paru chwilach od całego zajścia, poczuła nieprzyjemne szczypanie w boku, dostrzegając kilka ciemniejszych kropel na brudnozielonej bluzce. Nie musiała nawet sprawdzać stanu skóry pod nią, by wiedzieć, że musiała ją sobie obetrzeć, gdy na chwilę straciła równowagę, lecąc na mocno chropowatą ścianę. Plecy też ją bolały, a na końcówkach włosów osiadł ceglany pył, który nimi zgarnęła.
To wszystko nie miało jednak znaczenia wobec tego, że... Nic nie rozumiała. Po prostu nic nie rozumiała. Począwszy od Thomasa, poprzez nagłe zachowanie człowieka, który stał przed nią. Jeśli jeszcze chwilę wcześniej była prawie pewna, że wiedziała, kim był, teraz już aż tak bardzo go nie poznawała. W końcu jej Toby by tego nie zrobił. Nawet w najgorszych sytuacjach, praktycznie nigdy nie był gwałtowny czy wybuchowy, nie patrzył na nią z furią, która - prawdę mówiąc - zaczynała ją przerażać.
- Prze-przepraszam? - Nie była pewna, czy to właśnie chciał teraz od niej usłyszeć, jednak uniosła przy tym ręce do góry, jakby chciała pokazać, że nie trzymała w nich niczego... Groźnego? Niebezpiecznego? Morderczego?
Kim on był? Czy to jej własny umysł robił Maysilee takie żarty? Może tylko widziała to, co chciała widzieć?Toby Jensen - 2018-10-06, 21:24 – Skąd mam niby to wiedzieć? – mruknął ze zdziwieniem. Skąd u licha miałby wiedzieć w jaki sposób odeszła z tego świata, jeśli nie miało to związku z jakimś dramatycznym wydarzeniem i nie obejmowało ran postrzałowych, kłutych, czy wielkiego gigantycznego pryszcza na twarzy? Walker wzruszył lekko ramionami.
– Biorąc pod uwagę twój stan, musiało to być wynikiem jakiejś choroby – dodał niechętnie. Nie lubił tego typu zgadywanek bo były bezcelowe. Ale w wypadku dziewczyny mógł już wykluczyć parę rzeczy. Nie zginęła ani w wypadku samochodowym, lotniczym, nie została postrzelona, nie została wybuchnięta, nie spalono jej na stosie, ani nie była topielcem. Ale wciąż pozostało niesamowicie wiele scenariuszy jej śmierci, więc o wiele łatwiej byłoby, gdyby sama to uściśliła.
Thomas nie do końca wiedział co w niego wstąpiło. Nie chciał jej robić krzywdy – to na pewno. Chciał jedynie porozmawiać. Ale kiedy ona zawiesiła się na jego szyi… to było silniejsze od niego. Całkowicie stracił kontrolę nad swoim ciałem i pozwolił tej wściekłości nad sobą zapanować. A teraz… teraz obserwował cierpienie na jej twarzy, widział jak bardzo była zszokowana i sam do końca nie wiedział co poczuł. Choć cała ta złość i nieufność nie ustąpiły, zrobiło mu się niezwykle głupio.
– Thomas. Nazywam się Thomas. – wycharczał nerwowym tonem głosu, bijąc się ze swoimi myślami co powinien w tej sytuacji zrobić. Najłatwiej było po prostu uciec, ale kiedy tak obracał głowę przez ramię i co chwilę zaciskał pięści, zrozumiał, że to miała być tylko jedna taka okazja. Wciąż drżał ze złości, to na pewno, ale jakoś nie potrafił nie zrobić kroku w jej kierunku.
– Jesteś ranna? – z jego ust wydobyły się ciche i nieco chłodne słowa. Zdawał sobie sprawę z tego, że musiał teraz brzmieć jak szaleniec, ale to naprawdę było niesamowicie skomplikowane. I kiedy zaczęła przepraszać… Walker potrząsnął głową. Nie. To on tutaj powinien przepraszać.
– Nie chciałem, naprawdę nie chciałem, po prostu… zaskoczyłaś mnie i… I… Wiem jak to teraz zabrzmi, ale ja naprawdę nie jestem groźny – całkiem niezłe wyczucie, zważając na to co wydarzyło się kilka sekund temu. Chłopak westchnął, przypatrując się uważnie brunetce. I choć wyciągnął dłoń w jej kierunku, by jej pomóc, ostatecznie zawiesił rękę w powietrzu. – Porozmawiasz ze mną? – jego głos ponownie stał się łagodny i spokojny.Maysilee Griffith - 2018-10-06, 22:15 - A skąd wiesz, że umarłam? - Cała jej postawa, choć wcale nie zezłoszczona czy poirytowana, wyrażała jedno wielkie huh?, przez które Maysilee chciała mu pokazać, że nie był aż taki mądry. Chyba lepiej wiedziała, że wcale nie była martwa, co nie? Zdecydowanie nie czuła się sztywna, choć pewnie nawet po śmierci nie byłaby typową sztywniarą. Za bardzo lubiła życie. Nieważne, jakie by ono nie było. - Sugerujesz, że jestem... Byłam chora? Jesteś jakimś trupim lekarzem czy coś w tym rodzaju? Zwłokotystą? Trupologiem? Martwoznawcą? Zmarynarzem? - No, dobrze... Mimo że nie powinno tak być, niewątpliwie ją teraz bawił. Nie potrzebowała zbyt wiele, by zacząć się uśmiechać, a on bez dwóch zdań wywoływał ten uśmiech na jej ustach. Nigdy, przenigdy nie sądziła przecież, że będzie się z kimś kłócić o własne życie po śmierci tudzież śmierć po życiu...
Szkoda tylko, że tak szybko zdecydowanie przestało jej być do śmiechu. Nie chodziło już nawet o to, iż ją od siebie odepchnął. To powodowało szok, niedowierzanie i konsternację, ale zdecydowanie bardziej przytłoczyły ją zawiedzione nadzieje. Tak bardzo upierał się przy tym, że nie nazywał się Tobias, był w tym wyjątkowo uparty, no i nie zachowywał się już niczym jej dawny najlepszy przyjaciel. Do tego stopnia, że chyba faktycznie nim nie był. Słysząc pytanie dotyczące zranienia, machnęła tylko ręką, próbując powstrzymać nagłą zmianę nastroju. Aktualna pogoda ani trochę jej w tym nie pomagała, ale przecież zawsze jakoś sobie radziła, nie? Teraz też miała.
- Powiedziałeś, że się znamy, a ja nie znam żadnego Thomasa, który mógłby wyglądać chociaż trochę podobnie do ciebie. Nawet z widzenia, więc... - Zaczęła, starając się zabrzmieć spokojnie i logicznie, choć zawód powoli przebijał się przez całą resztę uczuć, jakie teraz odczuwała. Zaczynał zajmować pierwsze miejsce pośród niezrozumienia i topniejącej radości. Najwidoczniej dała sobie zasugerować coś, czego przecież tak mocno chciała. Uległa cichej sugestii, że skoro on ją znał, to ona musiała znać jego, a skoro te oczy widziała u jednej jedynej osoby... Momentalnie dopasowała do tego także całą resztę - zarówno pod względem wizualnym, jak i związaną z jego zachowaniem.
Prawda była taka, iż zdecydowanie wolałaby być winna pozostawienia najlepszego przyjaciela na pastwę losu - nieważne, jak źle i brutalnie by to nie brzmiało, to się aż tak bardzo nie liczyło - niż świadoma tego, że Toby był już wtedy całkowicie i niezaprzeczalnie martwy. Z łatwością przełknęłaby własny błąd, mogąc nawet na kolanach błagać chłopaka o wybaczenie, byleby tylko żył. Nie sądziła jednak, że doprowadzi to do takich sytuacji. Najwidoczniej zbyt mocno dała pofolgować swoim uczuciom i rozwiniętej, nadmiernie rozbudowanej wyobraźni. Umiała poznać, kiedy ktoś żartował, zwłaszcza ktoś tak jej bliski, a kiedy mówił z niezmąconą pewnością.
To był jakiś Thomas. Przypadkowy, napadnięty przez nią Thomas, który miał prawo zirytować się niechcianym uściskiem i który być może też uległ jakiemuś dziwacznemu złudzeniu. Oczywiście, istniała też opcja, że należał do jednej z sekt formujących się na terenie DOMu, które w ten dziwny sposób przyciągały do siebie ludzi. A ona chyba nie była dobrym materiałem na sekciarę. Była tylko trochę... Głupia, że tak ściskała obcych ludzi. Niejedna osoba prawdopodobnie ochrzaniłaby ją teraz za nieuwagę.
- Chyba oboje się z kimś pomyliliśmy. - Kończąc urwane wcześniej zdanie, uśmiechnęła się do niego w delikatny, łagodny, ale też nadal nieco przepraszający sposób. Naprawdę chciałaby powiedzieć, że była tym, kogo potrzebował, ale najprawdopodobniej nastąpiła tylko odrobinę przykra pomyłka. - To nic dziwnego, bo jest ciemno, światło nie jest zbyt wyraźne... - Nie miała zbyt dużej skłonności do racjonalizowania pewnych rzeczy, ale w tym momencie było to najprawdopodobniej najlepszym, co mogła zrobić, by uniknąć jeszcze bardziej nieprzyjemnej sytuacji. Wolała, gdy wszystko było... No, choć trochę przyjemniejsze. Na tyle, na ile mogło być.
- Posłuchaj. Wiem, że musisz być... Miłym kimś... I że naprawdę nie chciałeś się złościć, ale... To była moja wina, za co naprawdę mocno cię przepraszam i mam nadzieję, że nie będziesz na mnie dłużej zły, ale... - Jak miała mu powiedzieć, że było już naprawdę późno, a ona nie mogła tu zostać? Musiała zająć się tym, po co tu przyszła, żeby powrócić do pokoju i zjeść olbrzymią paczkę frytek popijanych gorącą czekoladą i przegryzanych suszonymi śliwkami. I żeby zamknąć się w sobie na kilka cichych godzin, nie dając nikomu znać, że... Tęskniła... Za Kansas, ale przede wszystkim - za Tobym i Alex, za ich nieodpowiedzialną, niebezpieczną, niepewną, jednak na swój sposób szczęśliwą podróżą. Teraz znowu poczuła się tak, jakby musiała ich pochować. Zakopać to, co jeszcze jej po nich zostało, zamiast ciał w pustym grobie.
- Może przejdziemy w jakieś bardziej zaciszne miejsce? Obiecałam ci w końcu coś do jedzenia i do picia. - Zaproponowała w końcu po krótkim milczeniu, ponownie się do niego uśmiechając, chociaż tym razem robiąc to bardziej... Pocieszająco? - A potem muszę iść. - I wreszcie cichutko to dodała.Toby Jensen - 2018-10-08, 22:16 Skąd wiedział? Kim ona właściwie była, by podważać jego autorytet w tej sprawie? Thomas posłał jej dość znaczące spojrzenie, które wręcz mówiło: po prostu, duh. I szczerze? Nie mogłaby się bardziej mylić bo właściwie był tym wszystkim. Ale w kwestii swojej mocy nie wykazywał się arogancją. Być może miało to coś wspólnego z faktem, że nienawidził swojego daru?
– Nie ma innej opcji – upierał się, nie zamierzając wnikać w te jej niedowierzania. Mogła sobie właściwie myśleć co tam chciała. Była tylko duchem martwej dziewczyny, nie? Tak naprawdę to jego zdanie się tutaj liczyło. Walker wzruszył lekko ramionami. – Widuję cię prawie codziennie, więc tak. To, że teraz stoisz przede mną jest równoznaczne z twoją śmiercią.
Czy mogła wreszcie to pojąć? Im dłużej się upierała przy swoim, im dłużej odmawiała śmierci, tym gorszym duchem się stawała. A na to ani ona, ani on nie mieli czasu. Znaczy… co tam jej czas. I tak była martwa, miała go mnóstwo. Niestety, potem wydarzyło się to i cała atmosfera się znacznie pokomplikowała. A Thomas… Thomas czuł jak bardzo jest mu z tym wszystkim głupio. Nie chciał, by odchodziła. Nie podobało mu się do czego prowadził ton jej głosu. Cholera. Wszystko zniszczył, nie? Walker potrząsnął głową.
– Nie jestem pewien zbyt wielu rzeczy, właściwie to nie pamiętam praktycznie nic oprócz… oprócz twojej twarzy. Wiem, jak to strasznie brzmi, ale my naprawdę się znamy. Może po prostu o mnie zapomniałaś? Zdarza się, ale… – urwał, wzdychając ciężko. Nie, nie pomylił się. Nie tym razem. On nie mógł się pomylić. Zbyt dużo czasu spędził, odbijając się od ślepych zaułków. Ta dziewczyna była kluczem do jego wspomnień. Czy jej się to podobało, czy nie. Walker nie zamierzał pogodzić się z porażką. Nie tym razem. Po prostu… chyba nie zniósłby, gdyby to okazało się zwykłym zbiegiem okoliczności, czy pomyłką. Dlatego pokręcił przecząco głową. Nieważne, co o tym wszystkim sądziła. On był pewien swego. I nie chciał słyszeć o żadnym kiepskim świetle, pogodzie, o niewłaściwym ułożeniu gwiazd, czy złych prądach morskich.
– Nie jestem… – zaczął niemal natychmiast, ale nie dokończył. Nie był zły. To ona powinna być na niego zła. Chcąc, nie chcąc ją skrzywdził i źle się z tym czuł. Ale nie zamierzał znowu przepraszać. Wyglądało po prostu na to, że dziewczyna i tak nie zamierzała przyjąć jego przeprosin i upierać się przy swoim, więc odpuścił. Tak po prostu odpuścił.
– Okay – to było więcej niż potrzebował, tak? Porozmawiać. To wszystko. Potem mogła sobie po prostu pójść. Walker przez moment sprawiał wrażenie, jakby uważnie się nad czymś zastanawiał, ale zdawał sobie sprawę z tego, że gonił go czas. Więc po prostu skinął głową i wzniósł wysoko brew.
– Możemy pójść do mojego pokoju… – zaczął, ale zdał sobie sprawę jak creepy i nieodpowiedzialnie mogło to zabrzmieć, więc odchrząknął i dodał: – albo gdzieś indziej, ale może to być nieco… uhm… ryzykowne.