Phil Neumann - 2018-07-12, 19:54 Temat postu: Ogródek z basenem
Matilde Wallace - 2019-02-05, 20:59 /4 stycznia
Miała wrażenie, jakby właśnie zatoczyła błędne koło. Cały ten rok, cała droga jaką przebyła… to wydawało się kompletnie nie mieć znaczenia. Znowu była w tym samym miejscu. Znowu traciła grunt pod nogami. Czuła się bezradna. Nic co by teraz zrobiła nie było wystarczające. I w tym momencie zdała sobie sprawę, że nie miała siły dłużej walczyć. Nie mogła się pogodzić z tym co szykował dla niej los, ale nie była w stanie zrobić nic więcej. Wciąż starała się udawać. Przed Willem, przed samą sobą. Wstawała z łóżka, uśmiechała się, starała się zachowywać jakby nic się nie zmieniło, ale to wszystko było jednym wielkim fałszem. Obłudą. W rzeczywistości, kiedy tylko zostawała sama… kładła się na zimnych kafelkach i myślała o śmierci. Myślała o tym, że jest tylko jedno wyjście, by zakończyć to cholerne pasmo nieszczęść i niepowodzeń, jakim było jej życie. Ale musiała się jakoś wziąć w garść. Musiała się podnieść z podłogi, by wrócić do udawania. By wrócić do optymistycznych wizji, w które już nawet przecież nie wierzyła. Jedna tabletka, druga, piąta… Nawet nie wiedziała, kiedy to właściwie się stało. Ale nie mogła bez nich funkcjonować. Pomagały jej zachować świeży umysł. Pomagały jej nie zasypiać. Pomagały jej podnieść głowę z poduszki. I znowu była w tym samym miejscu. Doskonale zdawała sobie sprawę ze swojego uzależnienia, ale musiała jakoś przetrwać do dnia operacji. Bez tych tabletek…? Bez tych tabletek nigdy nie opanowałaby ataków paniki, tych okropnych koszmarów i wiecznie towarzyszącego lęku. Już teraz wyglądała okropnie. Z tymi podkrążonymi oczami, nienaturalnie (nawet jak na nią) bladą skórą, zapadającymi policzkami i przeraźliwą szczupłością… Podobno ciężko było zrzucić wagę przybraną po ciąży. Cóż, wystarczyło mieć umierającego mężczyznę i żyć w okropnym stresie. Teraz Wallace przypominała cień siebie. A na to… na to niestety nie było żadnych tabletek. Po prostu umierała razem z Willem. Wyniszczała swój organizm, rozpadała się na kawałeczki. Ta operacja miała być zbawieniem zarówno dla niego, jak i dla niej…
I kiedy skończyły się tabletki, musiała zdobyć kolejne opakowanie. Nie chcąc zostawiać Josie pod opieką Willa, spakowała małą do samochodu i pojechała do Seattle. I kiedy miała już to po co przyjechała, zdała sobie sprawę z kolejnej rzeczy – nie mogła w tym stanie wrócić do domu. Tabletka nie pomagała. Kolejna też nie. Dlatego zatrzymała się pod domem kuzyna i po prostu, nie myśląc zbyt długo, wysiadła, by zapukać w te cholerne drzwi. Potrzebowała, by ktoś postawił ją na nogi, bo już nie dawała sobie rady. Potrzebowała, by ktoś jej powiedział, jak ma dalej żyć. Potrzebowała… potrzebowała się poczuć żywa.Phil Neumann - 2019-02-10, 15:38 | 4/01
Zapukała w drzwi albo raczej zadzwoniła w domofon pod bramą, bo sam osobiście, kiedy ujrzałem tę, a nie inną twarz przed kamerką, nie mogłem od tak po prostu otworzyć tej bramy. Za to powoli, jak gdybym był królem, a nie zwykłym człowiekiem czy tam mutantem, przeszedłem przez podjazd do tej samej bramy, pod którą stała Matylda „Córka Marnotrawna” Wallace. Uśmiechnąłem się umyślnie sztucznie i zapytałem:
- Czego tu chce?
Tylko, że kiedy przyjrzałem się jej uważnie – wyglądała gorzej niż menele-narkomani – przestałem mieć chęci na droczenie się i czym prędzej otworzyłem tę cholerną bramę. Matylda wyglądała gorzej niż siedem nieszczęść, niż szambonurkowie i przejechane walcem zwłoki. No, może z tym ostatnim przesadziłem, ale i tak… Najwyraźniej ostatni miesiąc zebrał sobie spore żniwa wśród wszystkich. Niecny.
- Rany, co się stało?! Właź – pospieszyłem ją przejęty. – Ktoś cię śledzi? Trzeba ukryć samochód? – zapytałem, bo w razie czego zawsze pewnie miało się znaleźć miejsce w moim garażu na kolejny samochód. Obejrzałem się nawet w lewo i w prawo, jak gdybym miał zamiar ujrzeć uzbrojone oddziały D.O.G.S. albo co. Może najazd jakiegoś bractwa? Albo akcję rodem z Szybkich i wściekłych.
- I masz dziecko ze sobą? Aaa… Dzieckooo – zapytałem i zaraz mnie olśniło, że jak ostatnio widziałem Wallace, to odstawiała ciężarną galeriankę.Matilde Wallace - 2019-02-10, 18:48 Głos Phila… Sama nie wiedziała czego tu szukała. Ale po prostu nie dawała sobie rady. Potrzebowała teraz towarzystw kogoś, kto był daleko od tych wszystkich dramatu. Potrzebowała kogoś kto nie musiał się przejmować wizją nadchodzącej śmierci. I poza tym… czy tego chciała, czy też nie – Phil był jej jedyną rodziną. Już otwierała usta, by odpowiedzieć cokolwiek, ale nie potrafiła znaleźć żadnych sensownych słów. Wtedy jednak, ta cholerna brama zaczęła się zbawiennie otwierać, więc Wallace po prostu porzuciła zamiar tłumaczenia się przez domofon i ruszyła przed siebie.
– Co? Nie, nie… Chyba nie – właściwie to już nie była taka pewna tego, czy ktoś rzeczywiście jej nie śledził. Obejrzała się wręcz przez ramię, ale nie zauważyła niczego nadzwyczajnego, więc wzruszyła lekko ramionami. Nie, nie wpadajmy w paranoję. Wszystko było w porządku. A właściwie to nic nie było w porządku, ale przynajmniej nikt nie deptał jej po piętach.
– Byłam w okolicy i pomyślałam, że… – kłamstwo, wcale nie była w okolicy. Ale to nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia. Wallace przełknęła ślinę, by dokończyć: – że zobaczę jak chujowo się urządziłeś – a potem wykrzywiła usta w niemrawym uśmiechu. Bolało. Każdy skrawek jej ciała tak cholernie bolał, ale to nie miało znaczenia. Po prostu weszła do środka.
– To Jocelyn, mówiłam ci o niej przez telefon – mruknęła, rzucając mu znaczące spojrzenia. Zupełnie jakby chciała mu przypomnieć o tej cudownej rozmowie, w której kompletnie nie zjebał. Chyba powinna wciąż być na niego zła. Za to co odwalił i jak prawie jej nie zdradził. Ale nie umiała być zła. Znaczy – umiała, ale była na to zmęczona. – Jesteś moją jedyną rodziną, więc czułam się zmuszona, by ci ją pokazać – dodała po chwili, jakby chcąc podkreślić, że wcale tego nie chciała i jak wielką to było dla niej torturą. Czyli kolejne kłamstwo. Co zresztą doskonale było po niej widać. Ledwo się trzymała na nogach, ale bycie złośliwą było idealnym mechanizmem obronnym.Phil Neumann - 2019-02-21, 12:29 Dla mnie bycie złośliwym najprawdopodobniej również było idealnym mechanizmem obronnym. Bo kiedy tylko usłyszałem imię Jocelyn, pyszczek wykrzywił mi się w kpiącym uśmieszku, zaś usta zaczęły mówić, bezcześcić ostatnie cząstki naszej uprzejmości do siebie.
- Jocelyn? Nie było lepszych imion?! Już chyba Grażynka brzmi lepiej – stwierdziłem, bo, niestety, nie mogłem się powstrzymać. Pewnie Matylda miała mnie zaraz zacząć kopać po kostkach, bo obrażałem jej zimorośl… Dlatego w ramach pokoju albo z czystego faktu, że mnie wszyscy uwielbiali, a dzieci to już w ogóle, bo takie przecież kochane ze mnie chłopie było, wyciągnąłem łapki po tę całą Jocelyn. Nie wiem, czy Mati mi ją da, ale jeśli da, to pewnie obiecuję małej szeptem, że wymyślimy jej OP ksywkę, która przyjmie się bardziej od jej prawdziwego imienia.
- Chodźmy stąd. Ktoś zaparkuje twoje auto na podjeździe. Mam napar z różnych ziółek. Fajna sprawa na te podłe, zimowe dzionki – stwierdziłem, kiwając głową w kierunku mojej posiadłości. Niby oficjalnie Lucasa była ta cała willa, ale w praktyce to moja i tyle. I tak Lucasa gdzieś wywiało… do jakiegoś DOM’u. Chyba powinienem go stamtąd wyciągnąć, bo już wystarczająco odpokutował zostawienie mnie – niemalże – na rzecz D.O.G.S. Tak myślę przynajmniej. – Zobaczysz, jak chujowo się urządziłem – dodałem jeszcze, bo a jak! Piękny, cieplutki domek. Jak Mati to zobaczy, to niechybnie stwierdzi, że na wieczność tam zostanie. Ja nie muszę pytać, ja to wiem!!! Tylko gorzej, bo jak ja wytrzymam z taką zrzędą na co dzień? Eee… Jakoś dam radę! To ta moja smarkata Wallace i jej mała… Grażynka! Mała Grażynka! Albo Dżesika!
- A co tam słychać w wielkim świecie? Co robisz w Seattle? To chyba daaalekooo od twojego domu. Czy nie? – zapytałem ciekawskim tonem. Zaraz ją złapię na czymś i wyduszę z niej najbardziej skrywane tajemnice, a co! I ciekawe, czy ja miałem jakieś kaszki dla bobo… Chyba robiłem z czegoś maseczki Lucasowi.Matilde Wallace - 2019-02-27, 20:39 – I mówi o tym gościu nazywający się Philip Ashley? – wzniosła wysoko brwi, by posłać mu dość wymowne spojrzenie. Był ostatnią osobą na świecie, która mogła cokolwiek krytykować. Poza tym był ciołkiem i się nie znał. Josie… to było naprawdę ładne imię. I naprawdę pasowało tej drobnej kruszynce, po którą Phil teraz wyciągał ręce. Wallace… nie wiedziała czy mogła mu na to pozwolić. Był najmniej odpowiedzialną osobą jaką znała. Neumann był wielkim dzieckiem, intelektualnie na podobnym poziomie co Jocelyn. Kto wie, czy zaraz nie postanowi nakarmić ją czekoladą, huh? Wallace przełknęła cicho ślinę, a potem… po stanowczo zbyt długiej chwili zastanawiania się skinęła głową i ostrożnie podała małą kuzynowi.
– Główka – upomniała go niemal od razu, krzywiąc się przy tym. Jakoś czuła się nieswojo kiedy inni ludzie ją trzymali. Nawet jeśli była to Imari, czy David. Wallace miała wrażenie, że tylko ona i Will są w stanie odpowiednio zająć się swoim dzieckiem. To było niesamowicie głupie, ale prawdziwe.
– Założę się, że kolorystycznie wszystko kuleje. Za bardzo próbujesz szpanować, a przez to cały twój styl jest dość tandetny – wyrzucała z siebie kolejne złośliwe uwagi. To nie tak, że koniecznie chciała mu wbić szpilkę. Po prostu bała się, że jeśli nie będzie grać roli zołzy, to kompletnie się rozpadnie na kawałki. Tak ciężko jej było się trzymać w kupie. I kiedy to wszystko pęknie… nie wiedziała, czy da radę powrotem się pozbierać. A musiała. Musiała jeszcze żyć w ten sposób przez kolejne osiem dni…
– Bliżej niż do Nowego Jorku – skwitowała wymijająco. Nie mogła poruszać tematu ani Bractwa, ani tym bardziej Willa. Musiała o tym pamiętać. Wallace na moment spuściła wzrok, po czym westchnęła ciężko: – musiałam wykupić receptę i… – nie, to nawet dla niej nie zabrzmiało przekonywująco. Tak nagle zrobiło jej się słabo. Wallace przytrzymała się najbliższego mebla, a potem… z jej ust tak niespodziewanie wydobyło się to żałosne: – ja już nie daję sobie rady.Phil Neumann - 2019-03-03, 13:15 - Gwoli ścisłości, to Phil Ashley! I tak! Ja nie wiem, co masz do moich imion… – stwierdziłem, opierając ciężar ciała na jednej nodze i trzepocząc intensywnie rzęsami. Och, że też Matylda tu podważała takie rzeczy! Najwyraźniej wolałem, by miała mnie za szczęśliwą transwestytkę niż normalnego, heteroseksualnego chłopa. Ja to też miałem pomysły… – A co ty powiesz o sobie, Matilde Jane? – rzuciłem, ale wraz z rzuceniem tego pytania, nie ma się za bardzo czego czepiać. Ewentualnie tego, że dżejn brzmiało zbyt łagodnie w zestawieniu z jej gburowatą twarzą. Wzruszyłem ostatecznie ramionami i tyle.
- Spokojna głowa. Z moim szczęściem, włos jej z głowy nie spadnie! – podsumowałem, ruszając w stronę domu. Może nazbyt pewnie? Cóż, pewnie Matylda właśnie przełykała głośno ślinę albo pluła sobie w brodę, że mi ją dała. Ale, halo, chyba byłem najbardziej odpowiedzialną osobą, jaką znała. Z pewnością zdawała sobie sprawę z tego, że… Karolka była ze mną najbezpieczniejsza. Zapewne to mi powierzyłaby pieczę nad nią, gdyby jedną nogą była nad grobem.
- Ej, i nie krytykuj, póki nie zobaczysz. Wynająłem dekoratorów. Piękne, rustykalne mieszkanko. Lucas ma w nim wypoczywać, a nie zastanawiać się, gdzie się znalazł – stwierdziłem. Pewnie jakiś dryblas otworzył nam drzwi, widząc, że mam zajęte ręce przez małą księżniczkę rodziny Neumannów. – Założę się, że ten twój opis bardziej pasuje do twojej norki. Nie musisz zdejmować butów. Gosposia narzeka na czystość i brak Mody na sukces na Netflixie – zaśmiałem się, robiąc małe ta-dam, kiedy przekroczyliśmy próg.
Mimowolnie jednak odwróciłem się w kierunku Matyldy, bo mało dżentelmeńsko nie puściłem jej przodem. Stała jeszcze bardziej rozbita niż normalnie. I jeszcze o tym mówiła wprost, bez przekrętów.
Skinąłem na karczka z ochrony, by jej pomógł aka wziął na rączki jak księżniczkę i zaniósł do salonu. DUUUŻEGO SALONU. Pewnie miał ją – niechcący – jeszcze bardziej przybić.
- Nalej nam, proszę, ziółek z dzbanka – rzuciłem jeszcze do niego i dupnąłem na stoliku z Jocelyn. Naprzeciwko Matyldy. – Co się dzieje, Matylda? Opowiadaj. Mogę jakoś pomóc? – zapytałem, tym razem nieroześmiany od ucha do ucha. Zachowywałem powagę. Tak naprawdę nie wiedziałem, co się dzieje, więc darowałem sobie uwagi typu, że nie daje sobie rady z matkowaniem czy coś.Phil Neumann - 2020-05-21, 21:08 | 24 maja 2019 roku, południe
Z cyklu życie Phila. Zasada pierwsza: nie bulwersuj się, kiedy plany się psują, bo zazwyczaj psują się dobrze. Tak też moja samotna eskapada na magazyny D.O.G.S., która zdawała się być nie do zaplanowania, przerodziła się w większy wypad… Nazywałem go kryptonimem Trzygłowy Pies, czyli w skrócie Cerber. Nie chwaliłem się tym nazewnictwem jeszcze moim dzielnym kamratom. Zresztą spotkanie, podczas którego mieliśmy obgadać szczegóły, chyba również się rozplanowiło… Ale dobrze, dobrze.
Przynajmniej popijaliśmy driny w samo południe, ciesząc się pięknym słoneczkiem, wiecznie zaciętą miną panienki Ross (?) i… czekaliśmy w sumie jeszcze na Wairuę. On niekiedy, cóż, po prostu musiał się spóźniać, nie mógł inaczej, jeśli gdzieś go tam przypadkiem powiało. Vincent nie miał go jeszcze okazji poznać, więc pewnie będzie zaskoczony, kiedy ujrzy laseczkę zamiast jakiegoś karka. Ale nic mu nie mówiłem, hihi. Wairuowi zresztą za wiele również jeszcze nie mówiłem. Życzył sobie krwawej jatki, więc mu po prostu zapowiedziałem, że coś się kroi.
A tymczasem załączyłem muzę z głośników, bo nam się impreza rozkręcała… Jeszcze kilka drinków i będziemy bajecznie pijani!
- Wairua… Uważajcie na niego, szczególnie jeśli zacznie mówić po rosyjsku. Nic nie rozumiem w tym języku, bo jest… Totalnie nienormalny, wiadomo. To jak zacznie mówić po rosyjsku... Po prostu od razu wiejcie. Ja tak robię – zapewniłem nieco poważnie, nieco rozbawiony. Sączyłem sobie pewnie jakąś margaritę przez słomkę, bawiąc się nią niemało, więc siorbałem jak rozwydrzony bachor. Kompletnie nie jak boss mafii ani też podboss mafii.
- A ty, Joe? Jakim rodzajem zabójcy jesteś? Mniemam, że skrytobójcą…? – zapytałem pomiędzy siorbaniem, tak właściwie sobie żartując, by też zagadać do laski i nieco ją otworzyć na świat, na wyznania albo żarty. Czasami po prostu było trzeba się otworzyć na ludzi… by skończyć tak, jak ja. O! W gronie różnokolorowych umysłowo osobistości. Ale fajnie. Wolałem żyć z ludźmi w zgodzie aniżeli niezgodzie, więc wolałem, kiedy się mnie słuchano w naszej kochanej organizacji przestępczej.Vincent Edams - 2020-05-21, 21:23 Vincent kiedyś by stwierdził, że prędzej zje łyżkę cynamonu, niż będzie współpracować z tym pajacem. A jednak życie pisze różne scenariusze i tak oto, zgodziwszy się na pomoc w jakieś tajnej operacji, wylegiwał się na leżaku jak legwan, w samych kąpielówkach, popijając bardzo męskie modżajto. W kontraście z siatką blizn na jego ciele, wyglądało to wręcz byczo.
Kto by pomyślał, że ich specyficzna przyjaźń zacznie się od kłótni, walki z DOGS i wysadzenia kamienicy.
Pewnie fakt, że spotkanie miało odbyć się właśnie tutaj, nieco mocniej go przekonało. Był w niewoli 7 lat, a potem trafił do Rebelii, gdzie też nie mógł zaszaleć. Zatem pierwszy raz od...ponad ośmiu lat, mógł przebywać na zewnątrz, w dzień! I to na basenie! Uwielbiał wodę, kochał pływać, więc czuł się jak w Osobisty Dzień Dziecka!
Zamruczał cichutko pod nosem zadowolony(!!!), tak że chyba tylko Joe to słyszała i upił łyk drinka, zasysając go przez słomkę.
- Ty z tym typem tak poważnie? Z tym Waiurą? - zapytał - Robisz sobie jaja tak często, że trudno mi ocenić czy mówisz serio - mruknął i zlazł z leżaka, by usiąść nad brzegiem basenu.
Trudno było mu wyczuć jakiegokolwiek emocje, a co dopiero te Neumannowe żarcikiInna Kulikov - 2020-05-21, 21:36 Krwawa jatka. Jak ja uwielbiałem krwawe jatki. Moja kochana Inna niekoniecznie, ale nie miała nic do gadania. Moje krwawe jatki zawsze są krwawe. Musiałem zabijać, aby żyć, a Inna musiała żyć, abym ja mógł zabijać, więc mimo że nie czułem bólu to uważałem, aby sobie nie robiła krzywdy. Znaczy, żeby jej ciało było całe. Trzy dni tkwiłem w jej umyśle, aby w końcu się z tego durnego letargu obudzić. Odpoczęła, zjadła, nabrała siły, więc mogłem szaleć. Ja nigdy nie miałem czasu na to, aby odpoczywać. Odpoczywanie było dla takich słabych mimoz jak Inna. Wciągnąłem na siebie jakąś suknie, aby się przypodobać Philowi i namieszać mu w główce. Wiem, że Inna mu się podobała. Zaśmiałem się mimo, że tego nie chciałem. Czasami miałem problemy z utrzymaniem kontroli nad odruchami. Tak samo nad chodzeniem. Wywracałem się czasami i nawet nie wiedziałem dlaczego. Błędnik. Wina błędnika jak nic. Kobiety.
Wiedziałem, że miał być jakiś ziomek, z którym tę akcję będziemy robić, ale nie bardzo mnie to interesowało. Wszedłem bez pukania do środka domostwa Phileusza i ruszyłem w dobrze znanym mi kierunku. Inna dosyć dużo czasu tu spędzała, że już rzygałem tym miejscem czasami. Moje nogi zatrzymały się przed szklanymi drzwiami na tyłu hacjendy, bo prawie wpadłem na szybę. Moje bystre oczko dostrzegło znaną mi postać i aż uśmiechnąłem się na sam widok tego dzieciaczka. Natychmiast zdjąłem z siebie tę szmatę zwaną suknią i wbiegłem półnago, bo zapomniałem założyć ten taki dziwny na cycki dla kobiet wskakując z rozpędu do wody. Podpłynąłem do chłopca, którego Inna poznała niedawno, a który gapił się w nią jak w obrazek. Dobrze, że go nie zabiłem, bo pewnie Phil by coś… nie, nie zrobi mi nic. W końcu Inna, nie?
— A my się znamy kochanieńki – powiedziałem do niego, a jasne włosy Inne spłynęły mi na tył pleców. Po twarzy spłynęły mi krople wody. Blade dłonie oparłem o krawędź basenu.Joe Ross - 2020-05-24, 11:46 //24 maja
Słońce, ciepło, betonowe płytki pod stopami ogrzane ciepłem dnia... To wszystko kiedyś mi było tak znajome, a dziś wydawało się tak nierealistyczne. Ostatnie lata w niewoli, ostatnie tygodnie spędzone w rebelii... Nie wiem, chyba przestawałam wierzyć w to, że będę mogła wolno się poruszać po świecie i doświadczać tych normalnych dla naszych rówieśników uciech. Niby z jednej strony w przeciwieństwie do Edamsa nie byłam poszukiwana, ale z drugiej strony... Bez niego czułam się całkowicie zagubiona w tym świecie, jak dziecko pozostawione w kolejce przed kasą przez swoją matkę, biegnącą dobrać zapomniane zapałki...
Chyba dlatego dałam się zaciągnąć na tę basenową imprezę mimo mojego lęku przed wodą. Nawet obecność tego żywiołu, w którym całkowicie nie potrafiłam się poruszać powodowała u mnie mniejszy stres niż myśl, że miałabym zostać sama w lagunie.
Wylegiwałam się na leżaczku, samej popijając jakiś soczek (czyżby z procentem?). Miałam na sobie dwuczęściowy, nieco mocniej zabudowany kostium i lekko prześwitujące pareo, co niby miało pomóc ukryć część blizn z mojego ciała. Z całą pewnością jednak, te większe i tak mocno się odbijały spod poliestrowej narzutki - ukazując siatkę szlaczków bardzo podobną do tej, która zdobiła skórę Vincenta.
Spojrzałam na Phila, gdy ten rozpoczynał swoją przemowę, jedynie wzruszając swoimi ramionami, gdy wysiorbywałam resztkę napoju przez słomkę. Ja... Nie nadawałam się do walki. Ale póki nie było tu tego ruskiego koksa, o którym wspominał mężczyzna, zamierzałam pokorzystać z wygód jego chaty.
Aż do czasu, gdy ten ruski koks okazał się być... Śnieżnobiałą dziewoją wprawiającą nawet obiekt 36 w otępienie. No, tyle zdołałam przynajmniej zauważyć, gdy podsłuchiwałam ich rozmowę w lagunie, zmywając gary w pomieszczeniu obok.
Nie rozumiałam tylko, co takiego w tej dziewczynie budzi we mnie... Taki niepokój. I to bynajmniej było związane z samym Wairuą. Zmarszczyłam brwi na blondynkę, już widząc reakcję chłopaka na jej akcje, samej do końca nie wiedząc, jak na to reagować. Ona była taka... Pełna siebie? Nie do końca mi się to podobało, co z całą pewnością odbijało się w mowie mojej ciała, gdy mimowolnie się zgarbiłam na zajmowanym przez siebie leżaczku...Phil Neumann - 2020-05-24, 16:34 - Żartuję sobie. Przynajmniej częściowo – wyjaśniłem już bez podśmiechujek. Vincent co nieco powinien wiedzieć o tym ruskim bydlaku. Wyglądał niepozornie… Tylko wyglądał. – Wairua jest urodzonym mordercą. Z pewnych względów ciężko mi jest go kontrolować, więc po prostu staram się z nim mieć dobre relacje, utrzymywać respekt, sztamę i te sprawy. Wiesz, lepiej mieć drapieżnika po swojej stronie, a nie po tej drugiej. Kiedyś pociął trzech chłopa nożem do filetowania ośmiornic… Makabrycznie – dodałem. Pominąłem fakt, że sam wtedy operowałem nożem szefa kuchni… A poza tym? Myślę, że wyczerpałem temat.
I nie ubiłem Wairuy, gdyż przydawał się jak mało kto. I był, cóż, zajebistym gościem. Cholernikiem, ale zajebistym. I ta akcja z dwiema osobowościami! Lubiłem takie sprawy. Haha. Można się było z typem naprawdę dogadać i żyć hardo. Bo był spoko. Do czasu, kiedy kompletnie olewał moje rady. Mówiłem mu, w jaki sposób powinien obchodzić się z Inną. I to nie raz. Czy on zdawał sobie sprawę z tego, co by czuła, gdyby się nagle, niekontrolowanie ocknęła?! W tej aktualnej sytuacji?
Zakląłem paskudnie, odrzuciłem kielich na stolik obok i podniosłem się ze swojego leżaka. Ja – niezadowolony, on - menda. Kurwa, menda jak nic. Podszedłem oczywiście do basenu, zdejmując po drodze swoją koszulkę. Zostałem jedynie w krótkich szortach, więc teraz to moje nieliczne blizny mogli podziwiać najbardziej tu zabliźnieni.
- Szatanow, mógłbyś z łaski swojej chociażby trochę szanować… to ciało. Mam ci powtórzyć wykład na temat delikatności psychiki ludzkiej? – zapytałem, bo najwyraźniej mój towarzysz ponownie postanowił wyłączyć się podczas dyskusji na ten temat i po prostu mnie olać. Który to już raz? Czasami doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Kiedy ja bywałem osądzany o bycie ignorantem i śmieszkiem, to on… Kurwa, cesarz ignorancji!
Najgorzej, bo bardzo lubiłem Inną. Była z niej kochana, delikatna dziewczyna. Miała fantastyczne ciało, któremu należał się szacunek. Podobnie jak jego właścicielce! Więc prawdopodobnie dlatego bolało mnie, kiedy Wairua na takim wstrętnym luzie podchodził do obchodzenia się z nim. Jak gdyby było szmatką, a nie żywą dziewczyną.
- Załóż to – rozkazałem, rzucając w jego kierunku swoją koszulkę. – Chyba że chcesz podczas snu strzelić sobie w łeb… TO PROSZĘ BARDZO – stwierdziłem, mając na myśli ewentualne samobójstwo Innej. Dziewczyna była zawsze cholernie zdezorientowana i wycieńczona, przerażona!, a ten… Awrrr. W takich momentach czułem…, co czują inni w – uwaga! – mojej obecności. Irytujące.
A, i jeszcze pominę ten fakt, iż peszył mi właśnie gości.
- Zgromadzeni, to Wairua… Wairua, to Vincent, którego rzekomo już znasz, i jego koleżanka Joe. Ogarnij się, to dostaniesz coś mocniejszego – rzuciłem jeszcze i stałem tak nad basenem z założonymi rękoma, póki Wairua nie zrobił mi tej przyjemności i nie zapoznał piersi Innej z moją koszulką.Michael Shugart - 2020-05-26, 15:12 Joker i Joe ostatnio głównie kręcili się wokół Vincenta więc nie było nic dziwnego w tym, że i tutaj przyjechali wraz z Edamsem. Joker nigdy nie uczył się pływać. Cholera, nawet w wannie się nie kąpał, a jego jedyny kontakt z większym zbiornikiem był gdy miał jakieś 5 lat, a Doktor Shugart planował coś odwrotnego niż naukę pływania. Na szczęście dzięki mentalności, której był uczony trauma nie przetrwała do dziś. Stąd basen go nawet zainteresował. Przed przyjazdem tutaj poczytał trochę o pływaniu w internecie, obejrzał jakiś instruktaż na youtube. To oczywiście nie to samo co spróbować, ale miał już wbite, że powinien być na wszystko przygotowany.
Na miejscu w stroju kąpielowym spróbował. Nie robił z tego specjalnego teatru choć znający go już Vincent i Joe mogli zauważyć jego ciekawość. Wiedzieli na co zwracać uwagę. Joker wszedł do wody stopniowo ochładzając nią ramiona i tors żeby przyzwyczaić ciało do temperatury. W końcu zanurzył się całkiem na krótką chwilę wstrzymując oddech. Było lepiej niż się spodziewał. W filmiku robili z tego wielkie halo. Zaczął próbować płynąć po prostu odpychając się nogami i pomagając rękoma. Jednak niezależnie od tego jak wysportowany by nie był i ilu filmików by nie obejrzał nie zmieniłoby to faktu, że pływał pierwszy raz w życiu. Potrzebował się oswoić z tym jak działa woda i wypracować pamięć mięśniową.
Dość szybko załapał, ale nie zdążył się tym nacieszyć, bo do basenu wskoczyła jakaś kobieta. Topless. Jemu to jakoś szczególnie nie przeszkadzało. Nie pierwszy raz widział biust i nie ostatni. Zdarza się. Vincent jednak wyskoczył z wody jak oparzony, na co już Joker nie pozostawał obojętny. Wyszedł za swoim opiekunem i stanął w pobliżu obserwując uważnie kobietę. Jego neutralna dotąt twarz nabrała zimniejszego wyrazu.Vincent Edams - 2020-05-26, 15:28 Edams słuchał opowieści o ośmiorniczkach z mieszanymi uczuciami. Jasne- sam nie był święty...ale jednak bezsensowne okrucieństwo jakoś go nie kręciło....a wyglądało na to, że ów Wairua był jakimś psycholem.
Nim zdążył w jakikolwiek sposób skomentować słowa Phileusza (kradnę !), coś półnagiego przebiegło tuż obok niego i wskoczyło do basenu, To coś...to była Inna...ale jakby nie ona. Tamta dziewczyna, którą poznał była krucha, delikatna, wręcz mistyczna. Ta tutaj (czy raczej powinien pomyśleć "ten tutaj?") była wyzywająca, wręcz wulgarna, odziana jedynie w majtki, świecąc gołymi,,,
...
Joe, Phil i Wairua mogli podziwiać pełne zawieszenie systemów u Edamsa. Chłopak patrzył ze skamieniałą twarzą na Inną/Wairuę i....nic. Error. Przynajmniej do czasu, bo po "kochanieńkim" w końcu coś mu zaskoczyło w mózgu.... i spierdolił z basenu. Wyskoczył z niego jak oparzony i stał odwrócony do nich plecami, podpierając dłonie na biodrach.
CO DO CHUJA ?!
- Nie. Nie. To jest Inna. - powiedział siląc się na spokój - Jest kwiaciarką we Fremont.
Nie ma opcji, że to kruchutkie elfiątko z Krainy Baśni, jest jakimś pierdolniętym psychopatą!!
I ciul, stał dalej odwrócony, a twarz i ciało miał tak napięte, że jakby go ukłuć szpilką, to by pękł jak balon.Inna Kulikov - 2020-06-03, 20:21 Moje oczy płonęły czystym złem. Może niedosłownie. Nie byłem jakimś prawdziwym demonem, chociaż sam tego nie wiedziałem. Czasami się zastanawiałem, czy nie wyszedłem z pierdolonego piekła i nie zapomniałem prawdy o sobie. Pewnie się upomną o mnie, gdy z czymś przesadzę. Chciałem zignorować Phileusza, ale ten jakoś nie dał się ignorować. Mój wzrok uciekał do wystraszonego Vincenta. Wydawał się być wtedy taki oschły, ale roztrzęsiony. Zaskakujące, naprawdę zaskakujące, hmm…? Skupiłem się więc na koszulce i słowach Neumanna?
— Co? Deli… he? – udałem debila przekrzywiając głowę na bok. Kochałem Inną za to, że jej ciało było takie słodziutkie i delikatne. Usiadłem na krawędzi basenu i nałożyłem na mokre ciało koszulkę. Oczywiście sprawiło to, że koszulka przylepiła się do piersi jeszcze bardziej je eksponując. Podły i złośliwy, ale zadowolony uśmiech nie schodził mi z twarzy. Chaos, kochałem tworzyć chaos.
— Tak, Inna. Może niekoniecznie wydanie z tamtego dnia, ale to nadal ona. Jeśli chcesz możesz się napatrzeć – wybuchnąłem śmiechem. Nie wiem, czemu mnie ta sytuacja tak bawiła, ale miałem cholernie dobry humor. — Ona prędko się nie pokazuje w takim… wydaniu – mruknąłem spoglądając na siebie. Przerzuciłem te białe kłaki na tył pleców, bo zawsze mnie wkurzały, ale gdy chciałem je obcinać Ave zawsze darł japę, abym nie ingerował w to ciało. Wzruszyłem ramionami do swoich myśli i spojrzałem na Phila. — Co tu taki tłok? – spojrzałem na dwójkę obcych mi ludzi z lekką podejrzliwością. Moje oczy skupiły się bardziej na dziewczynie lustrując jej ciało od stóp do główki. Była słodko zdezorientowana i napięta. Puściłem do niej oko nie przestając się uśmiechać. Machałem beztrosko stopami w wodzie i czekałem na wyjaśnienia. Zachowywałem się w taki sposób jakbym przed chwilą nie pokazał swoich piersi, jakbym cały czas tu był.