Hala magazynowa - Magazyn #1
The Gifted - 2018-06-07, 21:01 Temat postu: Magazyn #1
Matilde Wallace - 2018-10-02, 19:16
/6 października
Była wojna. Ludzie ginęli, świat chylił się ku upadkowi, przyszłość malowała się w wyjątkowo paskudnych barwach, a Wallace… Wallace naprawdę martwiła się tym co miało przynieść jutro. Chciała dla swojego dziecka jak najlepszej przyszłości i teraz – bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – była zdeterminowana, by coś zdziałać. To było naprawdę śmieszne doświadczenie i nigdy nie spodziewałaby się tego po sobie. Ale nie miała zamiaru siedzieć bezczynnie. Nie tym razem.
I tak, panowała wojna, ludzie ginęli, a świat chylił się upadkowi. A w tym wszystkim była ona. Po raz pierwszy – wcale nie samotna. Po raz pierwszy miała coś czego zawsze pragnęła. Miała rodzinę. I nie potrafiła – w tym całym gównianym świecie – nie czuć się szczęśliwa. Nieważne, jak bardzo nie powinna czuć się w ten sposób – to było od niej silniejsze.
Tego dnia nie czuła się najlepiej. I choć właściwie miała już zaplanowany cały dzień, nie potrafiła się wystarczająco skupić na czymkolwiek. Ubrała więc luźniejszą koszulkę – chociaż od jakichś dwóch tygodni ukrywanie ciążowego brzucha nie było dłużej możliwe – po czym opuściła swój pokój, by się chociaż przewietrzyć. Nie spodziewała się, że w połowie drogi do wyjścia całkowicie zmieni swoje plany, ale kiedy zobaczyła ukrywającą się przed całym światem, siedzącą na schodach znajomą sylwetkę, Wallace nie potrafiła przejść obojętnie. Nie, kiedy właściwie nawet nie wiedziała, co dokładnie dolegało Cassandrze. Jej przyjaciółka od prawie miesiąca chodziła wiecznie przygnębiona, zamyślona i niezbyt skora do jakichkolwiek rozmów. A Matilde… była wścibska. Skierowała więc kroki na schody, by bez słowa usiąść koło Gardner, a potem oparła łokcie na kolanach i posłała Cass krótkie spojrzenie, tylko po to, by przenieść wzrok na poruszających się poniżej członków Bractwa.
Cassandra Gardner - 2018-10-02, 20:17
#po wszystkim, potem ogarnę numer
Uciekła z tego wariatkowa. Nawet nie rozmawiając z Colleen, która wtedy jeszcze rządziła organizacją, po prostu wykreśliła się z niewidzialnej listy członków Bractwa i była niezmiernie szczęśliwa z tego powodu. Doskonale pamiętała, w jakich zadziwiająco ładnych barwach widziała wtedy świat. Być może nie były one tęczowe, ale niezwykła ilość odcieni szarości, czerni i bieli też zasługiwała na uznanie.
Paradoksalnie, wcale nie myślała, że opuszczenie grupy zmieni jej życie do tego stopnia, iż wszystkie kolejne wydarzenia będą coraz lepsze. Nie spodziewała się idealnego życia. Chciała tylko odrobiny spokoju. Najwyraźniej źle oceniła szanse na powodzenie, myśląc, że aż było tylko, a tylko było... Niemożliwe. Po prostu niemożliwe. W końcu utknęła w jakimś pieprzonym kręgu porażek, z którego nie sposób było wyjść. Każda następna ciągnęła za sobą kolejne, wszystkie poprzednie kumulowały się, by całkowicie ją przytłoczyć, zgnieść i zmiażdżyć. A ona była...
Sama.
Właśnie takie odnosiła wrażenie, mimo prób robienia dobrej miny do złej gry. Choć obiecała sobie, że nigdy więcej nie postawi nogi na terenie Bractwa, nie tylko zjawiła się w jego nowej siedzibie, lecz mimowolnie w niej pozostała. Tracąc, co prawda, nawet tyle, ile niegdyś dawała jej praca sanitariuszki - pracoholiczną odskocznię od rzeczywistości - ale nadal dopasowując się do roli członka organizacji. Z tą drobną różnicą, iż kiedyś czuła się dla niej istotniejsza, miała jakieś zadanie, robiła coś ważnego. Teraz?
Obecne zajęcie mówiło chyba samo za siebie. Kryjąc się po kątach, w ciszy obserwowała krzątających się mutantów, usiłując pozostać niezauważoną i nie wdawać się w kolejne czcze dyskusje. To był... Zły dzień, naprawdę zły dzień. Nawet jeśli na co dzień nie było łatwo, ten poranek przechodził sam siebie. Tak samo jak cała poprzednia, całkowicie nieprzespana noc. Towarzystwo było zatem ostatnim, czego mogła pragnąć, zwłaszcza że odnosiła wrażenie, iż nawet w teoretycznych najbliższych nie miała już wsparcia.
Skoro o nich była zaś mowa... Odnosiła również kolejne wrażenie - że pojawiali się za to dokładnie wtedy, kiedy nie powinni. Dokładnie tak jak Matilde w chwili, w której nieoczekiwanie zjawiła się na schodach, siadając koło Cassandry. Cóż, jeśli tym spojrzeniem zamierzała spróbować wymusić na Cass odezwanie się, przywitanie czy coś z tych rzeczy, nie miała tego osiągnąć. Gardner po prostu siedziała. To był dostateczny wysiłek.
Matilde Wallace - 2018-10-03, 18:36
Nigdy nie była dobrą przyjaciółką i nigdy nie miała być dobrą przyjaciółką. Wallace doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale co miała na to wszystko poradzić? W jej życiu nie było po drodze z tymi wszystkimi sprawami. Po prostu. Nikt jej nie nauczył jak właściwie powinna się zachowywać, ani co robić. To wszystko nie przychodziło jej naturalnie. Ale mimo wszystko nie potrafiła przejść obojętnie, kiedy wiedziała, że z Gardner było coś nie tak.
Być może nie miała potrafić jej pomóc. Być może dziewczyna nie chciała jej pomocy. A być może sama Matilde tej pomocy ofiarować ostatecznie nie będzie chciała. Było naprawdę dużo możliwości, ale czy w tym momencie musiała się tym martwić? Nie. W tym momencie jedyne czego chciała to usiąść na tych schodach i pogrążyć się razem z Cass w milczeniu. Lubiła ciszę, lubiła nic nie mówić i lubiła trzymać swoje sprawy dla siebie, ale nie wiedziała, czy to aby na pewno było w tym momencie dobre. Matilde westchnęła ciężko. Chyba właściwie byłaby w stanie wysiedzieć tu tak długo, aż Cass sama się nie odezwie, ale wtedy poczuła jak coś porusza się w środku niej. Wallace wykrzywiła usta w lekkim uśmiechu, mimowolnie przenosząc rękę na swój brzuch.
– Obcy mówi cześć – wyrzuciła z siebie, przekrzywiając głowę w prawo, by przenieść swój świdrujący wzrok na Cassie. Ciężko było nie zauważyć, że w przeciwieństwie do swojej – choć ciężko było tak Gardner nazwać – rozmówczyni, Wallace wręcz promieniała. Może dlatego widziała cały świat w nieco innych barwach? Nie, wciąż nie była optymistką i wciąż była tą nieznośną Matilde, ale jednak… jakoś myśl, że w jej życiu wreszcie się układało, że wreszcie miała mieć rodzinę, sprawiła, że Wallace kompletnie zmieniła swoje nastawienie do pewnych spraw. A dokładniej do jednej sprawy. Matilde powróciła spojrzeniem do grupki pracujących wolontariuszy, po czym nieco obojętnym głosem odezwała się do koleżanki:
– Jakiś czas temu znalazłam w swoich rzeczach kurtkę Aarona i właściwie pomyślałam, że może… może byś ją chciała zatrzymać.
Cassandra Gardner - 2018-10-05, 18:26
Czyż to nie było na swój sposób ironiczne, że kiedy potrzebowała czyjegoś towarzystwa, nie zjawiał się kompletnie nikt, zaś w chwili, w której ostatnim, o czym mogła rozmawiać, była kiepska rozmowa... Cóż, pojawiała się nie tylko jedna osoba, ale jedna osoba w ciąży? Jeden i pół osoby? Ktoś, kto ostatnio przeżywał jedne ze swoich najlepszych chwil, kto miał pełne prawo do tego, by nareszcie korzystać z życia i cieszyć się z uśmiechu losu, ale... Bez niej.
Choć życzyła Tildzie wszystkiego, co najlepsze, nawet jeśli nie przepadała za wybrankiem serca Wallace, nie potrafiła tak po prostu ubrać maski najszczęśliwszej przyszłej cioci pod słońcem. Była w pełni świadoma tego, jak źle to mogło wyglądać, ale po prostu nie umiała zbyt długo przebywać w towarzystwie kogoś, kto zdawał się już kompletnie jej nie rozumieć. To także było zresztą ironiczne. Sytuacja odwróciła się, czyż nie? Lata temu było całkowicie inaczej. Wtedy to Cassandra miała wrażenie, że złapała Pana Boga za nogi i - choć starała się, by było inaczej - nie była w stanie zrozumieć Matilde.
Zadziwiające, jak złośliwy był los. Być może zasłużyła na to wszystko. Ostatnio odnosiła wrażenie, że to było coś na kształt karmy, zemsty świata za to wszystko, co zrobiła i czego nie zrobiła. Nie była przecież dobrym człowiekiem. Ba, coraz częściej myślała o sobie w kategoriach kogoś naprawdę złego, być może nawet gorszego od tych wszystkich, którzy mordowali mutantów i ludzi.
Miała w końcu naprawdę wiele istnień na sumieniu, raz po raz wydłużając tę listę, choć przecież wcale tego nie chciała. Jej pomyłki, jej niedopatrzenia, głupota, egoizm... Wszystko to zbierało nadzwyczaj paskudne żniwo. A ona nie umiała nic z tym zrobić. Czuła się jak w jakiejś przeklętej greckiej tragedii. Nawet teraz, kiedy nie wychylała nosa z siedziby Bractwa, miała wrażenie, że zaraz ponownie przysłuży się czemuś złemu. A Tilly? Tilly tak radośnie siedziała obok niej, pewnie nawet się nad tym nie zastanawiając. Świergotała o Obcym, rozglądała się dookoła...
Zaczerpując głębszy oddech, Gardner na powrót przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę, starając się zabrzmieć jak ktoś, kto nie pogrążał się w najgorszych myślach.
- Mam nadzieję, że nie nazwiecie go Alien, Ally czy Alan... - Miała szczerą nadzieję, że to zabrzmiało lekko i żartobliwie, jednak jakoś w to wątpiła. Ostatnio nie czuła się na siłach, by prowadzić jakiekolwiek small talki, nawet z tak bliskimi ludźmi. Tak bliskimi, ale jednocześnie tak... Odległymi. Niczym o lata świetlne. Nawet w najgorszych przewidywaniach, nie spodziewała się jednak, że Tilda okaże się być aż tak kosmiczna, że wpadnie na aż tak niespodziewany i oderwany od rzeczywistości pomysł.
Słysząc słowa Wallace, Cassandra momentalnie pobladła, zaledwie kilka sekund później zieleniejąc i mając wrażenie, że świat zaczął kręcić się jej przed oczami, a żołądek... Żołądek dosłownie znalazł się w jej gardle, a ona złapała się barierki, kryjąc głowę pomiędzy ramionami, jakby powstrzymywała chęć zwymiotowania.
Matilde Wallace - 2018-10-06, 20:29
Jak to zazwyczaj bywało w takich sytuacjach, Wallace była zbyt zaślepiona swoim tak długo wyczekiwanym szczęściem, by przypomnieć sobie jakie to uczucie, być po drugiej stronie lustra. Przecież jeszcze kilka lat temu sytuacja była całkowicie odwrotna, prawda? To Cassandra miała przed sobą wizję jakiejkolwiek przyszłości, kiedy równocześnie świat Wallace stopniowo się rozpadał. To zabawne, jak w wyniku kilku wydarzeń udało jej się o tym wszystkim zapomnieć. Tamte wydarzenia teraz wydawały jej się tak odległe, jakby spotkały ją w zupełnie innym życiu. Na zupełnie innej planecie. Bo teraz kiedy żyła ze świadomością, że miała mieć rodzinę, kochającą się rodzinę, to chyba wynagradzało jej właściwie wszystko co kiedyś przeżyła. Miała Willa, któremu ufała i bez którego właściwie nie wyobrażała sobie dalszego życia. Miała też Obcego, który teraz tak żywo poruszał się w jej brzuchu i który niebawem miał się pojawić na tym świecie. Mieli być razem. We trójkę. Tylko tego właściwie pragnęła. I czy w takiej sytuacji jej problemy z uzależnieniem, toksyczny związek, brak pieniędzy i sypianie w melinach, zatargi z dilerami… czy to wszystko jeszcze miało jakiekolwiek znaczenie.
– Jakoś nie przepadam za imionami zaczynającymi się od „A” – odpowiedziała, nie mogąc powstrzymać wkradającego się na jej usta uśmiechu. Właściwie nawet nie dostrzegła w swojej wypowiedzi pewnej nieodpowiedniej rzeczy. Wallace wzruszyła lekko ramionami, przekrzywiając głowę w bok. Wyczuwała tą nutę w głosie Cass. Wyczuwała nastrój dziewczyny i… w tym momencie chyba nie mogło jej to mniej obchodzić. Wiedziała jak paskudne to było z jej strony, ale to był jej czas na szczęście, prawda? Nie zamierzała go zmarnować. Nie zamierzała go zmarnować tak jak zrobiła to Cass. – I przyjmę wszystkie sugestie imion bo to naprawdę ciężka sprawa – westchnęła ciężko. Musieli się w końcu na coś zdecydować, prawda? Nawet jeśli nie znali płci – to ich w żadnym wypadku nie usprawiedliwiało. I cóż… być może gdyby Wallace chociaż przez chwilę zwróciła większą uwagę na wygląd Gardner to dostrzegłaby tą jej nagłą zmianę wyrazu twarzy. Być może zrozumiałaby jak wielki nietakt popełniła. Ale tak się nie stało. Bo nadal wpatrywała się w tych cholernych wolontariuszy.
– Wiesz… Zdałam sobie sprawę, że nie chcę już jego rzeczy. Ruszyłam dalej, rozumiesz? I pomyślałam, że może ty byś ją chciała. Jeśli nie to… – i nagle urwała, bo wreszcie popatrzyła na przyjaciółkę. Wallace ściągnęła brwi. Kompletnie porzucając wcześniejszą myśl, mruknęła zdezorientowanym tonem głosu: – Źle się czujesz?
Cassandra Gardner - 2018-10-08, 22:50
Słysząc wypowiedź Tildy, nie zastanawiała się nad głębszym lub drugim znaczeniem tych słów. Być może w innych okolicznościach zwróciłaby na to uwagę, stwierdzając, że przecież jej martwy kuzyn niewątpliwie miał imię rozpoczynające się na literę a. Obecnie była na to jednak zdecydowanie zbyt rozproszona, posyłając tylko dosyć zmęczone spojrzenie w kierunku Tilly, która... Cóż, jak to ostatnio, była zapewne zbyt mocno pogrążona w swoim własnym świecie, by móc to dostrzec.
Nie winiła jej za to. Oczywiście, potrzebowała wsparcia, jakiegokolwiek cieplejszego słowa, być może nawet przytulenia, ale nie oczekiwała tego. Pomimo potencjalnych instynktów macierzyńskich, jakie najpewniej miała obecnie Wallace, najwyraźniej daleko im było do tej ciepłej relacji z początków ich znajomości. Oddalały się od siebie, a Gardner nie miała już dłużej siły, by o to walczyć. Nowe towarzystwo, nowa rodzina, mało komu zostawało wtedy miejsce na coś starego, nawet na przyjaciół. Takie już było życie. Obie zawiniły osłabieniu kontaktów, obie ich teraz nie poszukiwały, choć najprawdopodobniej to Cass izolowała się w większym stopniu. Tilda... Rozkwitała.
- Jestem pewna, że znajdziecie idealne imię, kiedy przyjdzie na to odpowiednia pora. - Stwierdziła, nawet nie siląc się na to, by zabrzmieć jak ktoś, kto przeszukiwał własną pamięć w poszukiwaniu pomysłów. Prawdopodobnie w innych okolicznościach... Mogłaby, naprawdę mogłaby to zrobić, ale nie teraz, nie tak. Poza tym, naprawdę wątpiła w to, by wybranek serca Wallace zaaprobował jakąkolwiek propozycję, jaka padłaby z ust Gardner. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu, miała wrażenie, że pałał do niej jeszcze większą niechęcią niż ona do niego. A przecież oboje nie mieli ku temu nawet najmniejszej przyczyny...
No, chyba że był nią Aaron, którego - bądź co bądź - była rodziną, a który zrobił prawie dosłowną mentalną miazgę z Matilde...
Teraz robiąc to samo z Cassandry, choć przecież nie żył już od tylu lat... Do czego sama się przyczyniła... I co powróciło do niej niczym bumerang, prześladując ją tym bardziej, im mocniej chciała zapomnieć. Im więcej czasu upływało od tamtej chwili. Im dłużej chodziła po tym świecie, teraz mając ochotę wyparować, zapaść się w beton i zniknąć już na zawsze, nie musząc słuchać lekkiego i niewinnego paplania Tildy.
- Nie chcę niczego, co należało do Aarona. - Wysapała ostatecznie, nie unosząc głowy. - On by tego nie chciał.
Matilde Wallace - 2018-10-09, 15:31
Tak, oddalały się od siebie. Właściwie, oddalały się od siebie już od lutego. Mniej więcej od tego momentu, w którym Wallace wdała się w relację z Hopperem. Nie sądziła jednak, by mężczyzna był za to wszystko odpowiedzialny. Przynajmniej nie całkowicie. Jasne, pewne wybory, mosty, które Wallace spaliła dla niego – to wszystko przyczyniało się do klęski między nią a Cassandrą. Ale tak szczerze? Jeśli Matilde miałaby się nad tym dłużej zastanowić – ich stosunki od zawsze były jak tykająca bomba. Jak niezwykle złośliwy rak, który powoli i stopniowo niszczył wszystko co kiedykolwiek udało im się zbudować, by teraz zebrać największe żniwo.
Pomimo niezwykle dobrej kondycji psychicznej… Wallace zauważała to. Odczuwała dystans między nimi. Wiedziała, że wszystko zostało bezpowrotnie zniszczone. Być może przez krótką chwilę łudziła się, że powrót Cassandry do Bractwa wszystko zmieni, odwróci całą tą sytuację, ale tak się nie stało. A teraz obie czuły się samotnie w swoim towarzystwie. Obie nie miały siły o to walczyć. I właściwie, praktycznie w ogóle już się nie znały, awansując z najlepszych przyjaciółek do… kompletnie obcych osób. A Matilde? Matilde była w stanie poświęcić pozostałe po tej przyjaźni resztki.
Słysząc odpowiedź Cassandry, dziewczyna wzniosła kąciki ust do góry. Może faktycznie miała rację? Może imię samo się znajdzie? Nie odpowiedziała nic na to. I tak wyglądało na to, ze Cass nie leżał ten temat na sercu. Z powodu przeszłości? Z powodu deBilla? A może była zazdrosna, huh? Mimo wszystko Wallace nie podejrzewała Gardner o to, by jej źle życzyła. Mogły być sobie kompletnie obce, ale pozostawał jakiś sentyment. Taki sam, jaki Wallace odczuwała względem tej okropnej kurtki, której teraz chciała się po prostu pozbyć.
– Huh? – wyrzuciła z siebie, wysoko wznosząc brwi. Nie chciała niczego co należało do Aarona? A to niby dlaczego? I co to właściwie były za głupoty, że on by czegoś nie chciał? – Daj spokój, jest martwy i jego zdanie przestało mieć znaczenie mniej więcej z chwilą, w której postanowił się zaćpać. – mruknęła z wciąż wyczuwalną nutką złości. Mogła mieć nową rodzinę, ale ten temat wciąż ją niesamowicie bolał. Ruszyła dalej, nie chciała nigdy wracać do tej relacji, ale to nie musiało się wydarzyć w ten sposób, nie? Wallace westchnęła, by po chwili dodać: – kochał cię jak siostrę.
Cassandra Gardner - 2018-10-22, 19:06
- Jest kompletnie i nieodwracalnie martwy, ale mimo to ciągle nas wszystkich prześladuje. - Stwierdziła gorzko, choć agresywny ton Matilde wcale jej nie podpasował. Nie miała jednak zamiaru się z nią kłócić. Nie, jakiekolwiek kłótnie nie były jej teraz potrzebne. Paradoksalnie, wcale nie chciała zadręczać się z powodu przeszłości, ale jeszcze bardziej nie chciała przelewać własnej frustracji na kogoś innego. Gdzieś tam głęboko i w bardzo masochistyczny sposób, chciała zachować ją dla samej siebie. Bo zasługiwała na każdą jej kroplę... Każdą, nawet najmniejszą ociupinkę.
Inni jakoś potrafili odnaleźć się w obecnej sytuacji. Inni jakoś umieli korzystać z życia - nieistotne, jak szarego i trudnego - podejmować słuszne decyzje, dobrze dobierać towarzyszy niedoli, po prostu żyć. Ona tego nie umiała. Być może kiedyś było lepiej. Kiedyś, kiedy naprawdę chciała coś zrobić, była idealistyczna i względnie niewinna... Ale była też kompletną idiotką. Zbyt wiele razy to udowodniła, teraz także nie będąc w stanie przerwać tego błędnego koła. Jedna pomyłka prowadziła do kolejnej, jedno potknięcie powodowało jeszcze gorsze skutki.
Jak miałaby być teraz czyimkolwiek wsparciem? Chciała, próbowała, ale nie mogła. Skończyło się tylko na kilku podejściach, paru krokach i pobożnych życzeniach. Na niczym, co przyniosłoby faktyczne zyski. W jej życiu główną rolę grały straty. Nawet nie ona sama. Wyłącznie jej przegrane, a Aaron? Aaron był jedną z nich. Usłyszenie słów o miłości było dla Cassandry jak kolejny ostro wymierzony policzek. Głównie przez to, jak prawdziwe były. On naprawdę uważał ją za siostrę. A ona go zawiodła...
- Nic nie rozumiesz. - Sarknęła ostro, być może nawet za ostro. - Skupiasz się tylko na tym, na czym chcesz się skupiać. Wybitne zdolności obronne... Szkoda, że ja najwyraźniej ich nie mam.
Matilde Wallace - 2018-10-22, 20:39
– I pomyśleć, że tak bardzo bał się bycia zapomnianym – odparła z cynicznym uśmiechem na ustach, kręcąc przy tym z niedowierzaniem głową. Teraz z perspektywy czasu ta ironia losu niezwykle ją bawiła. Choć był to iście paskudny czarny humor. Whitemore jednak dostatecznie zadbał, by nie zniknąć z ich życia. Całą swoją obecnością odcisnął piętno na życiu Matilde. Miał ją w garści, uzależnił ją od siebie, początkowo nieświadomie zamienił jej życie w piekło. Mieli dobre momenty, to na pewno, ale czy miały one jakiekolwiek znaczenie? To wszystko trwało tak krótko. To wszystko było tak kruche. Dość szybko nastała era ćpania i Wallace nie miała żadnych złudzeń, że oboje kochali heroinę o wiele bardziej niż siebie nawzajem. Potem zostawił ją tak nagle, zamieniając jej życie w jeszcze większy syf niż dotychczas. Wyrzuty sumienia, pustka, tęsknota, złość. Przekleństwo. Gdyby nie jego śmierć, nigdy nie zostałaby mutantką. Nigdy nie miałaby takich problemów. Więc nie, nigdy nie miał być zapomniany. Dopiął swego. Odszedł, zostawiając jej na pamiątkę uzależnienie od narkotyków, skrzywioną psychikę, mutację i samotność.
– No tak, lepiej się wycofywać i uciekać jak tchórz. – wyrzuciła, nawet nie starając się ukryć sarkazmu. A potem wywróciła oczami, przekręcając głowę w stronę koleżanki. – Nie wiem jaki masz problem. Minęły już dwa lata. – skoro ona mogła się z tym pogodzić, to Gardner tym bardziej. To Wallace była bardziej poszkodowana. To ona go znalazła. To ona spędziła noc z trupem. To ona utraciła tamtego dnia wszystko. Matilde zacisnęła usta w cienką linijkę.
– Swoją drogą, nikt nigdy nie dorówna twoim mechanizmom obronnym, Cassie – nie potrafiła ugryźć się w język. Nie potrafiła też nie wypowiedzieć tego słowa w ten sposób.
Cassandra Gardner - 2018-10-23, 19:56
- Nic dziwnego, że robił wszystko, by tak nie było. - Stwierdziła i... I być może miałoby to nawet całkiem pozytywny wydźwięk, gdyby nie fakt, iż Aaron był, cóż, Aaron był Aaronem. Nieistotne, jak bardzo się go lubiło, kochało czy się o niego troszczyło. Ile było się w stanie mu wybaczyć, a na ile przymrużyć oko i udać, że się czegoś nie widziało. On po prostu był już na tyle zagubiony, iż większość jego czynów prowadziła ku autodestrukcji.
Brzmiało znajomo?
Najwidoczniej to było niczym rodzinna klątwa. Najgorszy rodzaj zarazy przenoszonej już w genach. Było tak z Aaronem, z ojcem Cassandry, z nią samą... Tak naprawdę diabli wiedzieli, z iloma jeszcze członkami ich rodziny. Licznej, ale wyjątkowo rozsianej po kraju. Takiej, która nie była raczej w zbytnim stopniu skłonna do utrzymywania kontaktów między sobą. Co jak co, ale życia nie układały się praktycznie im wszystkim.
Być może ostatecznie wyszło całkiem właściwie? Nie miała nikogo bliskiego, potraciła już nawet większość nielicznych przyjaciół, ale też przynajmniej nie narażała nikogo na to, iż udzieli się mu jej przekleństwo. Mimo że zawsze marzyła o szczęśliwym, pełnym domu, najprawdopodobniej tak było lepiej. Jej ojciec nikogo nie miał, ona nikogo nie miała... Ich część klątwy miała po prostu przepaść razem z nimi. Dokładnie tak jak to było w przypadku jej kuzyna. Tego, którego temat być może na chwilę przygasł, ale wyciągnął na wierzch inne, jeszcze gorsze rzeczy.
- Och, jestem pewna, że jedyne, czego pragniesz, to oglądanie mojej przeszczęśliwej gęby. I to właśnie dlatego tak bardzo pomagasz mi się nie wycofywać, wspierasz mnie i próbujesz zrozumieć. - Nie mogła nic poradzić na to, iż jej wypowiedź aż ociekała sarkazmem. Dokładnie tak jak słowa Tildy, która nagle zaczęła być jakąś pierdzieloną ekspertką od brania spraw we własne ręce i ochoczego zmierzania przez życie z wysoko podniesioną głową. Ciekawe. Czyżby?
Cassandra jakoś tego nie dostrzegała. Wycofywała się - faktycznie. Tchórzyła - ano, owszem. Ale w tym wszystkim, to nie Matilde była, by ją oceniać. Nie osoba, która przez długi czas zachowywała się niczym irracjonalny wrak człowieka. Nie ktoś, kogo ciągle trzeba było ratować przed sobą i przed światem. Nie ktoś, komu należało wybaczać wszelkie złe reakcje i zachowania, bo wpierw nie odpowiadał sam za siebie, a teraz był w ciąży. W tym momencie Gardner miała naprawdę serdecznie dosyć takiego zachowania.
Nie potrzebowała nawet tej kolejnej wypowiedzi ze strony przyjaciółki, ale gdy te słowa już padły i dotarł do niej ich sens... Momentalnie poderwała się na równe nogi. Do tego stopnia, iż zakręciło jej się w głowie, a przed oczami zrobiło się ciemno. Chwyciła jednak tylko poręcz, zaciskając na niej dłoń do tego stopnia, że aż pobielały jej knykcie.
- Moje mechanizmy obronne sprawiają, że mogę jeszcze jakoś ze sobą żyć. Moje mechanizmy obronne nie są przynajmniej pierdolonym odmawianiem pomocy i uznawaniem, że nikt, prócz jakiegoś szarogęszącego się dupka, nie zasługuje na pomoc. Nawet ranni przyjaciele. Ja nie mogę tak po prostu uznać, że nie będę korzystać z mocy, ale ty, oczywiście, nawet nie spróbujesz tego zrozumieć. Bo po co, skoro można zacząć swoje idealne życie, a jego nieidealne elementy wypchnąć jak najdalej?!
Matilde Wallace - 2018-10-24, 19:24
Nieważne jaka na ogół była Matilde, ale na swój poroniony sposób kochała Cass. Były przecież przyjaciółkami. Ale w tym momencie Wallace… cóż… nie była w stanie słuchać ani jednego słowa, które wydobywało się z ust hipokrytki Gardner. Matilde do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy z tego ile miała w sobie złości i żalu do Cass. Najwidoczniej to co mówili o kobietach w ciąży było w stu procentach prawdziwe…
– Wspierać? – powtórzyła gorzko, a potem pokręciła z niedowierzaniem głową. – Wspierać tak samo, jak ty wspierałaś mnie wtedy?
Och, Cass doskonale wiedziała o czym Matilde mówiła. Nie była głupia. Musiała wiedzieć co się wyprawiało w tym domu. Musiała wiedzieć, że Aaron pociągnie ją w nałóg. Musiała wiedzieć, jak to było u ćpunów. Musiała się domyślać skąd były te wszystkie zadrapania i siniaki. Może Wallace była teraz nie fair. Może i nikomu się nie zwierzała. Ale potrzebowała wtedy kogoś, kto by jej powiedział jak nienormalne to wszystko było. Nie miała wtedy kompletnie nikogo. A Cassandra… Cassandra po prostu w najlepsze bawiła się w swoje dramaty z deBillem.
Gardner nie była jedyną osobą, która tak gwałtownie się podniosła do pionu. Wallace wręcz wystrzeliła, mierząc ją wściekłym spojrzeniem. Och, a więc o to w tym wszystkim chodziło? O jej moc? O to, że nie pomagała Cass za każdym razem, gdy ta się skaleczyła w paluszek? Cóż, pieprzyć to. Wallace po prostu parsknęła nieprzyjemnym śmiechem.
– Gdyby nie ten dupek, to pewnie nadal tkwiłabyś w tym śmierdzącym getcie – wysyczała jadowicie. Może i Cassandra zwiała stamtąd sama, ale miała dach nad głową i w miarę bezpieczną lokalizację, czego nie mogła być pewna, gdyby wciąż tkwiła w Seattle. – I oczywiście – głupia ja! Całkowicie zapomniałam, że używanie twojej mocy jest tak samo wyniszczające jak mojej! – i nawet na końcu wykrzywiła usta w zajebiście miłym i wcaaaale nie cynicznym uśmiechu.
Cassandra Gardner - 2018-10-24, 20:25
To nie było tak, iż momentalnie zapomniała o ich przeszłości, relacji czy trosce, jaką odczuwała wobec młodszej kobiety. Bądź co bądź, nadal jakoś tam się przyjaźniły, jednak tłumione nerwy musiały kiedyś pęknąć. A Matilde wybrała sobie naprawdę paskudny i felerny moment na rozpoczęcie jakiejkolwiek rozmowy. Źródełko alkoholu, który jeszcze jakoś tłumił chęć Cassandry do całkowitego dobicia się, zaczęło wysychać w zastraszającym tempie, a nie widziała czegokolwiek innego, w czym jeszcze mogłaby odnaleźć spokój. Leków przeciwbólowych i środków nasennych też było w końcu tak mało...
- Nie wiem, o czym pierdolisz, ale odbierałam każdy twój walony telefon. Nieważne, o której w nocy. - I tak mi się odwdzięczasz, niewypowiedziane zawisło w powietrzu niczym przysłowiowa siekiera. Nie, nie miała bladego pojęcia, o co rzucała się jaśnie szlachcianka Tilda, jednak w tym momencie tak właściwie wcale jej to nie interesowało.
Bo i z jakiej racji? Skoro atak był najlepszą formą obrony, a one obie rozjuszyły się już do tego stopnia, iż widziały wyłącznie kolejne wyciąganie win i problemów powodowanych przez drugą stronę konfliktu... Nie było łatwo tak po prostu odpuścić, powiedzieć sobie dość i chociaż przez chwilę przemyśleć to, co zamierzało się powiedzieć. Nie. Nie.
- I może byłoby mi tam lepiej. Przynajmniej nie miałabym codziennych relacji z życia szanownej naczelnej pary królewskiej jebanego Bractwa. Hopper to, Hopper tamto. Moje idealne życie jest tak pierdolenie idealne, że muszę pluć wam nim w twarz. Patrzcie, jak wałęsam się z miejsca na miejsce i gardzę wami wszystkimi. Wiesz, co jeszcze, prócz getta, jest śmierdzące? Twoja hipokryzja. Capisz nią. - Wycharczała Tildzie prosto w twarz, nie panując już nad sobą w nawet najmniejszym stopniu.
Zawsze była w gorącej wodzie kąpana, zawsze łatwo było doprowadzić ją do różnych, często bardzo skrajnych emocji, jednak zazwyczaj te wybuchy omijały jej najbliższych. Nie tym razem. Być może cholernie mocno zależało jej na Wallace i jej cudownym, idealnym, wytęsknionym dzieciaku, dlatego też była w stanie znosić te wszystkie chamskie zachowania ukochanego dupka przyjaciółki, ale w tym momencie...
W tym momencie była skłonna stwierdzić, że ta dwójka nie była połówkami jabłka, pomarańczy czy czegokolwiek innego. Ta dwójka była niczym dwa półdupki tej samej dupy, a wynikiem ich klejenia się do siebie było największe rozwolnienie, jakie Cassandra kiedykolwiek miała. Wyrzuty wprost się z niej wylewały...
- Gówno wiesz o mojej mocy. Gówno wiesz o tym, że każde opuszczenie powiek powoduje u mnie chęć wydrapania sobie oczu. Co się dzieje z moim ciałem, ze mną. Gówno wiesz, bo ty możesz odpuścić, zdecydować, że nie będziesz angażować swojej dupy. - To było jak dzika, naprawdę dzika furia. - Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jak to jest, kiedy nie możesz pohamować własnej mocy?! Próbujesz zrobić cokolwiek, ale nie jesteś w stanie nic zrobić?! Możesz tylko patrzeć, jak ktoś zdycha, bo ty, ty się do tego przyczyniasz?!
Matilde Wallace - 2018-10-26, 20:49
Och, oczywiście, że nie miała sobie nic zarzucenia. Bo jak mogłaby. Była idealną, wręcz wymarzoną przyjaciółką a Matilde po prostu sobie coś uroiła. Co więcej, powinna bić jej pokłony! Nie miała zamiaru się jednak hamować. Nie tym razem. Była wystarczająco wściekła, a wypieranie Cass tylko jeszcze bardziej ją nakręcało.
– I trajkotałam o ślubie z deBillem? – dokończyła za nią, parskając gorzko i kręcąc z niedowierzaniem głową. Billy to, Billy tamto. Tylko to się dla niej liczyło. Do Alburqueue przyjeżdżała tylko wtedy, kiedy Billy coś odjebał i potrzebowała wsparcia. Nigdy dla niej, nigdy dla Wallace, a zawsze ze swoich egoistycznych pobudek. – Do cholery, nawet nie zauważyłaś, że coś złego się u mnie dzieje! – uzależnienie, sypianie na ulicy, problemy z Aaronem… Była po prostu na to ślepa i głucha, a Wallace… najwidoczniej Wallace w tym momencie postanowiła mieć wreszcie do niej o to żal. Co z tego, że była przy niej po śmierci Whitemore’a? Co z tego, że wspierała ją w odwyku? Wallace potrzebowała jej znacznie wcześniej. Być może gdyby była… Matilde nie byłaby teraz kimś kogo nawet ona sama nienawidziła.
– Skoro się nie podoba to wracaj do tej swojej śmierdzącej rzeczywistości z dala od mojej śmierdzącej hipokryzji – odwarknęła. Nikt jej tu nie trzymał na siłę. A już na pewno nie Wallace. I serio? Królewska para? Większość Bractwa wciąż nie chciała uwierzyć, że oni w ogóle byli razem. Jedyne uczucia jakie sobie okazywali były poza zasięgiem czyjegokolwiek wzroku, a wszystko właściwie działo się za zamkniętymi drzwiami ich pokoju. Ale miała gdzieś pretensje zazdrosnej Cass. Nie wyszło jej z deBillem to nagle miała pretensje do swojej rzekomej przyjaciółki, że pierwszy raz w całym swoim mizernym, pierdolonym życiu jest szczęśliwa.
– OCH, CZYM JEST UMIERANIE PODCZAS KAŻDEGO PEIRDOLONEGO LECZENIA I CZUCIE BÓLU INNEJ OSOBY W OBLICZU PROBLEMÓW ZE SNEM – Matilde nie panowała już nad sobą. Była cała czerwona na twarzy, a dolna warga drżała ze wściekłości. Miała dość użalającej się nad sobą Cassandry. O wielka pokrzywdzona, która nie może sypiać bo ma koszmary. Zgaduj zgadula, Wallace też je miała. I miliony innych mutantów. Była samolubna? Mogła. To była jej moc. To ona decydowała kto jest wart leczenia. To ona decydowała dla kogo mogła cierpieć, a Cass nic do tego. Ale potem, kiedy usłyszała słowa o zdychaniu, przez ciało Wallace przeszły dreszcze. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu przeczuwała, że zaraz coś złego się wydarzy. Chyba było to spowodowane tym, że znała Cassandrę wystarczająco dobrze i wystarczająco długo. Matilde przez krótką chwilę mierzyła wzrokiem twarz Cassandry, a potem wycedziła: – Coś ty zrobiła?
Cassandra Gardner - 2018-10-28, 20:44
- Naprawdę tak ciężko było mi po prostu o tym powiedzieć?! - Rzuciła z wyrzutem, bo... Co innego miała zrobić? Doskonale wiedziała, że na tamtym etapie życia faktycznie zawaliła, jednak naprawdę nie miała pojęcia, co się działo. Nie miała nawet wyraźniejszych wskazówek! A Tilda teraz postanowiła to wyciągnąć. - Kryłaś się z tym lepiej niż wszyscy, którzy kiedykolwiek dostali Oscara! Skąd, do chuja pana, miałam o czymkolwiek wiedzieć, skoro byłaś tak daleko i odrzucałaś praktycznie każdą ofertę przyjazdu?! To ja musiałam przyjeżdżać do ciebie! Zawsze muszę za tobą ganiać!
Wyciąganie tematu deBilla, przypominanie o tamtym czasie i wszystkich - obecnie tak bardzo drażliwych - zdarzeniach było ciosem poniżej pasa. Jeszcze większym niż wszystko inne. Zawaliła - powinna domyślić się, że coś było nie tak, jednak w tamtym momencie Aaron był w jej oczach tym młodszym, uwielbianym kuzynem. Być może nie uosobieniem geniuszu czy męskości, ale... Był dobrym chłopakiem. Dobrym, zagubionym chłopakiem. Nigdy nie posądziłaby go o to, iż zrobi piekło z czyjegoś życia. I do tej pory cholernie ją to bolało. Było zupełnie niczym pieprzony pociąg zawiedzionego zaufania. Aaron zrobił to jej, ona zrobiła to Tildzie, Tilda swoim rodzicom, rodzice odbili to z powrotem do Tildy... To był cholerny dramat. Chociaż widocznie nijak się ujmował do tego, co działo się w tej chwili...
- A żebyś wiedziała, że to, kurwa, zrobię. Tylko nie wydzwaniaj do mnie po nocach i nie rycz mi w słuchawkę, skoro jestem taka zła i nie okazuję ci ani grama pierdolonego wsparcia. - Tak, odczuła to. Naprawdę mocno to odczuła, a w tej chwili zabolało ją to znacznie bardziej niż powinno. Miała serdecznie dosyć tej atmosferki, jak i praktycznie całej ich relacji, która już od dłuższego czasu praktycznie nie istniała. Po co było zatem dłużej starać się utrzymać jakiekolwiek pozory? Były sobą zmęczone, wyniszczały się nawzajem, a Bractwo i tak nic z tego nie miało. Nadeszła idealna pora, by po raz kolejny - i zdecydowanie ostatni - powiedzieć do widzenia tej całej stercie mutanckiego łajna.
- SKUTKI UBOCZNE DLA CIEBIE NIE ISTNIEJĄ, HUH?! NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO U INNYCH OSÓB, SĄ TYLKO U WIELKIEJ MATILDE WALLACE, TAK?! - Nie była w stanie zliczyć, ile razy trafiała do głowy samej nadmiernie pokrzywdzonej i niezrozumianej przez świat pseudo-uzdrowicielki. Ile razy starała się pomóc, mimo że ją to wyniszczało. Ile razy wymiotowała później krwią i nie miała siły doczołgać się do łóżka. Ile razy spierała krew z pościeli, udając, że nic się nie stało, bo przecież pomagała przyjaciółce, a skoro i tak nie mogła tego wyłączyć... W przeciwieństwie do Tildy, nie była w stanie powiedzieć dość, żeby zadbać o własne zdrowie. Każda noc była jednym wielkim dramatem. Fizycznym i psychicznym, ale niektórym najwyraźniej trudno było wykroczyć poza granice własnego pieprzonego dramatu. Tego, który najwidoczniej nigdy nie ustawał.
- Myślę, że dobrze to wiesz. - Zniżając ton głosu, z pewnością nie wyzbyła się tego jadu, z jakim wypowiadała każde słowo. Targała nią furia, ale nie chciała posuwać się za daleko, zamiast tego zamierzając przecisnąć się obok Wallace i opuścić jej cudowne towarzystwo. - Chociaż moja moc jest przecież, kurwa, nieszkodliwa. Powiedz to swojemu jebanemu chłopakowi!
|
|
|