Blok X - Stołówka
The Gifted - 2017-11-18, 23:54 Temat postu: Stołówka
Samantha Bartowski - 2019-05-13, 15:18
//20 luty 2019
Mijające tygodnie były koszmarem.
Nie potrafiłam się tu odnaleźć. Wciąż żyłam w strachu i przerażeniu. I wcale nie pomagał tu fakt, że nie tylko mnie to dotknęło.
Czemu wszyscy moi bliscy musieli cierpieć ze mną? Czemu los musiał okazać się tak przewrotny i zesłać na nas tak wiele nieszczęść? Jedyna ulgę w całym tym zamieszaniu dawała mi jedynie mutazyna - dzięki niej choć moc nie dawała mi się we znaki - tym bardziej teraz, w tak ciężkim dla mnie okresie.
W sumie dzięki tym mililitrom chemii, które we mnie pakowali każdego dnia w końcu byłam w stanie choć odrobinę logicznie myśleć. W końcu moje narastające emocje nie prowadziły do złego samopoczucia i omdleń. W końcu przestałam odczuwać ciągły ból w żołądku - nawet, jeśli ten przybierał teraz nieco inną formę. Chyba w końcu też dostali to, czego chcieli - bo izolatkę zamieniono mi na zwykłą celę, przez co w końcu mogłam zobaczyć twarze równie pokrzywdzone jak moja własna.
Nie znałam tu nikogo. A przynajmniej tak mi się wydawało - do momentu, gdy gdzieś z tyłu kolejki nie dostrzegłam dziwnie znajomej, kobiecej sylwetki. Tylko... Skąd ją kojarzyłam?
Próbowałam sobie przypomnieć, próbowałam dopisać imię do tej ukrytej za rozczochranymi włosami twarzy. Ale dopiero, gdy zrezygnowałam ze swojego miejsca tuż przy odbiorze tych jakże pożywnych posiłków i zbliżyłam się na kilka kroków - trafiło to we mnie niczym grom z jasnego nieba.
To ta dziewczyna.
Nie wiem co we mnie wstąpiło. Pierwszy raz od kilku miesięcy dostrzegłam kogoś, w kim... W kim mogłam widzieć nadzieję? Ona... Ona współpracowała z bractwem, prawda? Może już jej szukają. Może nie wszystko stracone?
Stanęłam tuż za nią, w tej samej kolejce, starając się nie zwracać na nas zbytniej uwagi.
- Hej. - Rzuciłam w jej kierunku, raczej półszeptem, a gdyby nie zwróciła na mnie uwagi - szturchnęłabym ją lekko w łokieć.- Hej, pamiętasz mnie? - Zapytałam po chwili, wciąż utrzymując raczej cichy ton, rozglądając się na boki. Może... Może potrzebowałam po prostu kogokolwiek, do kogo można gębę otworzyć? Kogokolwiek, kto rozumie tę patową sytuację... - Zeszły rok. Seattle. Aaron Cię sprowadził. - Dorzuciłam po chwili, chcąc nakreślić tamtą sytuację. Może... Może to pomoże nam odnaleźć wspólny punkt zaczepienia? O ile... O ile w ogóle odważy się na mnie zwrócić uwagę - bo patrząc po ozdobach, w które ją przyozdobiono, to musiała mieć jeszcze mniej kolorowo, niż ja...
Colleen Marie - 2019-05-13, 19:41
Pozwolili mi wyjść z mojej izolatki i zjeść posiłek z innymi mutantami na wspólnej stołówce. Dlaczego? Nigdy wcześniej tego nie robili. Trzymali mnie w absolutnym zamknięciu. Odzywać się mogłam tylko do ludzi w fartuchach, tylko ich pozwalali mi oglądać. Raz kazali mi walczyć z jakimś chłopakiem, chyba młodszym ode mnie, choć nie mogłam mieć pewności – nie znałam przecież swojego wieku. Bałam się tego, że kazali mi wyjść do ludzi. Pozwolili mi wziąć prysznic, dali mi nawet świeże ubranie. Dlaczego?
Wcale nie chciałam iść na stołówkę. Bałam się. To brzmiało jak jakiś większy plan. Musiało w tym być jakieś drugie dno, nie wypuścili by mnie ot tak, po prostu. Oni zawsze planowali. Zawsze byli krok przede mną, nie pozwalając mi kompletnie na nic. Nie miałam nawet prawa mieć nadziei. Zniszczyli mnie od środka. Byłam kompletnie nikim, nie miałam nawet własnej tożsamości. Dlaczego więc nagle pozwalali mi wyjść do innych, spotkać się z nimi, porozmawiać? Może to był ich ostatni znak jakiejkolwiek łaski wobec mnie, bo jutro zamierzali mnie zamordować?
Boże.
Stałam w kolejce. Skupiona tylko i wyłącznie na sobie. Nie mogłam rozmawiać z innymi mutantami. Nie chciałam. Domyślałam się, że to moja pierwsza i ostatnia wizyta na stołówce. Nie chciałam nawiązywać znajomości. Nie chciałam pokazywać nikomu, jak bardzo popieprzona jestem, jak bardzo jestem nikim.
Ktoś miał jednak inne plany wobec mnie.
Ciche hej, na które na początku w ogóle nie zareagowałam. Nieobecny wzrok wlepiłam gdzieś przed siebie, ignorując totalnie osobę, która ośmieliła się do mnie odezwać. Nie powinna była, ale zdecydowałam się to zignorować. I chyba nawet zignorowałabym to, że szturchnęła mnie w łokieć, że wciąż do mnie mówiła… Nic bym z tym nie zrobiła, gdyby nie imię, które wypowiedziała.
Aaron.
Piękny mężczyzna. Piękna dziewczyna. Całują się. A ja czuję ból. Potem wściekłość. Chcę ich zamordować. Zabić. Zniszczyć im życia tak, jak oni zniszczyli mi moje. Zdradzili mnie. Skopali. Nienawidzę ich. Ona chyba płacze. Te łzy nic mnie nie obchodzą. Chcę… chcę ich zabić.
Odwróciłam się. Gwałtownie. I równie gwałtownie uderzyłam dziewczynę z otwartej dłoni w twarz. Mocno. Na tyle mocno, że poczułam ból, choć z pewnością mniejszy niż ona. Patrzyłam jej prosto w oczy.
- Radzę ci odejść. – powiedziałam tylko, nie spuszczając z niej wzroku. Wspomnienia. Bolało.
Samantha Bartowski - 2019-05-19, 22:16
Wysiliłam się na niewielki uśmiech, gdy dziewczyna tylko się do mnie odwróciła. Miałam nadzieję, że jednak coś jej w głowie zaświtało, że jesteśmy w tym bagnie razem, że po prostu nie jestem sama. Zamiast zrozumienia, w jej oczach dojrzałam jednak wyłącznie złość i żal, by po chwili - na własnej twarzy poczuć zawód, jaki kłębił się w jej wnętrzu.
Mimowolnie odwróciłam głowę, po chwili łapiąc się jedną z dłoni za uderzone miejsce. Moje usta niemal natychmiast się otworzyły, gdy na mojej twarzy zagościł grymas, połączony z istnym zdziwieniem. Co... Co tu się właśnie stało?
Złapałam głębszy wdech, nie bardzo wiedząc jak zareagować. Całe szczęście nikt ze szwadronowców na to w żaden sposób nie odpowiedział. Wszystko im w końcu tu wisiało, dopóki nie był zakłócany porządek na dużą skalę...
- Za co to? - Wydusiłam w końcu z siebie, podnosząc spojrzenie na brunetkę, jednak nie spuszczając własnej dłoni ze swojego policzka. Najgorsze było w tym to, że ta nowa Sam była tchórzem. Zrobili tu ze mnie biedne, zlęknione zwierzę i normalnie już bym odeszła ze spuszczonym ogonem. Ale... Ale może właśnie myśl o bracie, o tym nieszczęsnym dniu sprzed roku dawały mi tę motywację, by jednak nie odpuszczać? Przecież... Widziałam, do czego była zdolna. Do jasnej cholery - tylko dzięki niej przeżyłam tamten dzień. To... To wyglądało, jakby była moją ostatnią nadzieją - nawet mimo paskudnego bagna, w którym obie się znalazłyśmy.
- Nie mogę teraz. - Wyrzuciłam z siebie, raczej cicho, jakbym nie chciała, by ktokolwiek postronny nas usłyszał - nawet mimo faktu, że przecież o niczym ważnym jeszcze nie rozmawiałyśmy. - Co... Colleen, prawda? Z... Z bractwa? - Dodałam po chwili szeptem, nie bardzo nawet wiedząc, jak się upewnić w postawionej przeze mnie teorii. Bo kto wie? Może ja tu już po prostu wariowałam i spotkałam kompletnie obcą osobę?
Może... Może właśnie dlatego na przywitanie dostałam płaskiego w twarz?
Colleen Marie - 2019-05-22, 18:06
Kręciło mi się w głowie. Obrazy wirowały mi przed oczami. Widziałam drewniane domki, i gęsty las, i jezioro. Basen, basen też tam był, a ja naprawdę lubiłam pływać.
I gdzieś w tym wszystkim czułam się szczęśliwa, choć nie do końca. Byłam bezpieczna, ale cierpiałam. Moja dusza wołała o pomoc.
Tabletki. Brałam tabletki. Dużo. Bardzo dużo tabletek.
Czuję się lepiej, nie boli mnie. Ktoś upada, kaleczy się w nogę, leci mu krew. Patrzę i nie obchodzi mnie to. Nie obchodzi mnie kompletnie nic.
Aaron. Pękło mi serce. Biorę więcej tabletek.
Zdrada.
Alkohol.
Łzy.
Podskoczyłam gwałtownie, niespodziewanie słysząc głos nieznajomej dziewczyny, która zdecydowała się znów do mnie odezwać, pomimo tego, że na twarzy miała odciśniętą na czerwono moją dłoń. Zdziwiłam się. Byłam pewna, że odejdzie.
Przekrzywiłam głowę w prawo, jak drapieżnik przyglądający się swojej ofierze. Tym właśnie byłam? Mówili przecież, że byłam niebezpieczna. Dlaczego więc ta dziewczyna nie uciekała? Powinna uciec, tego właśnie od niej chciałam.
Przyszłam na tą cholerną stołówkę tylko dlatego, że oni mi kazali. Chciałam zjeść i grzecznie wrócić do swojej celi, i może jak będę wystarczająco posłuszna, to pozwolą wziąć mi ciepły prysznic? Nie chciałam z nią rozmawiać, absolutnie nie chciałam, ale ona miała ewidentnie inne plany.
- Musisz. Uciekaj. – powiedziałam i gdyby moje spojrzenie mogło zabijać, to na pewno kobieta leżałaby teraz martwa na białych, lodowatych kaflach. Niestety, to nie była moja moc. Tego nie potrafiłam, a ona nadal mówiła i…
Colleen. Col! Col! Tak strasznie cieszę się, że jestem w Bractwie. Cholera, gdybyście mnie wtedy nie odbili z tamtego więzienia…
- Zamknij się. Zamknij się, kurwa! – naparłam na nią całą swoją siłą, a trzeba było przyznać, że dużo tej siły nie miałam. Na całe szczęście ona też nie. Zacisnęłam chude dłonie na jej równie chudej szyi, zmuszając ją tym samym do oparcia się o ścianę. Denerwowała mnie. Nie słuchała tego, co do niej mówiłam. Przeszkadzała mi. Bolała mnie głowa.
Oddychałam ciężko, nie zauważając nawet momentu, w którym dłonie zaczęłam zaciskać na jej szyi co raz mocniej. Może, jak ją uduszę, to przestanie się odzywać?
Samantha Bartowski - 2020-01-07, 21:30
Nie rozumiałam jej postępowania, nie mogłam zrozumieć jej słów. Uciekaj? Przed czym? Przecież jakbym mogła, już dawno bym stąd spierdoliła, najlepiej do jakiś ciepłych krajów, gdzie władze tego przeklętego Państwa nie mają dostępu. Ale... Byłyśmy zamknięte w tej jednej, wielkiej pułapce - i jakakolwiek próba uwolnienia się mogłaby się skończyć tylko jednym wyjściem - tym w czarnym worku...
Próbowałam samej zachować powagę na twarzy, choć przecież te negatywne emocje z jej spojrzenia były tak mocno widoczne. Ale... Ja musiałam wiedzieć. A tylko ona mogła mieć odpowiedzi.
- Porozmawiaj ze mną chwilę, a obiecuję, że więcej nie będę Cię dręczyć. - Próbowałam jakkolwiek ją przekonać, by choćby podczas tej krótkiej "przerwy" w tym więzieniu poświęciła mi swój czas, ale zamiast tego...
Zamiast tego mnie zaatakowała.
To musiało wyglądać wręcz absurdalnie. Obie byłyśmy jak chodzące szkieletory w tych warunkach, a jednak ona zdołała bez problemu popchnąć mnie na tę ścianę. Czy to zasługa tego zaskoczenia i mojej nikłej reakcji? Czułam jej kościste palce na swojej szyi i usilnie starałam się własnymi dłońmi zelżyć jej uścisk, byle złapać kolejny wdech.
- Przes-tań... Pro-o-szę... - Wydusiłam z siebie pewnie ledwo słyszalnie. Sama ta szarpanina musiała zapewne już zwrócić uwagę szwadronowców, prawda? A może jednak byłyśmy zbyt mało ważne i woleli zająć się własnymi sprawami, zamiast reagować w byle sprzeczkę na stołówce? A może wcale nie chcieli tego widzieć, specjalnie odwracając wzrok w kierunku niesionych przez innych tacek?
Nie wiedziałam, ale... Desperacja zaczynała mnie coraz bardziej ogarniać...
|
|
|