Poprzedni temat «» Następny temat
Vreer Olovsson
Autor Wiadomość
Vreer Olovsson



rape me, my friend, rape me again

bariera ochronna

33%

miłość zmieniła się w koszmar





name:

Vreer Olovsson

age:
23

Wysłany: 2017-12-16, 22:42   Vreer Olovsson

Vreer Olovsson
urodzona w Trondheim, 13.11.1994 roku, mieszka w Seattle od 5 lat, przynależy do D.O.G.S., piastuje stanowisko stażystki w laboratorium, wizerunku użycza Ashley Benson
historia
Vreer bardzo dobrze wie, że jest wpadką. Wybrykiem ojca-casanovy, efektem jednorazowego wyskoku w delegacji. A na delegację pan Johannes wybrał sobie dosyć zaskakujący kraj, choć stamtąd właśnie pochodziła jego rodzina na trzy pokolenia wstecz. Matka Vreer była natomiast rodowitą Norweżką, zaskakująco chorowitą i delikatną, przez co większość swojego krótkiego życia spędziła w różnego rodzaju sanatoriach. Zdołała jednak swoją eterycznością uwieść pierwszego i jedynego mężczyznę w swoim życiu. Spędzili razem pół roku, po czym pięknie i kwieciście podziękował jej za wspólny czas i wrócił do USA, gdzie czekała na niego żona i dziecko, o czym Inge oczywiście nie miała pojęcia. Dopiero po miesiącu zorientowała się, że zostawił jej pamiątkę w postaci rosnącego pod sercem nowego człowieka. Oczywiście, nie zamierzała go o tym informować, za co zebrała mnóstwo krytyki od własnej matki. Starsza pani Olovsson nie pozwoliła również, aby nadać dziecku nazwisko ojca, bo uważała, że nie ma do tego podstaw, a sama Vreer nigdy ojca nie zobaczy. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że się myliła.
Inge ciężko zniosła i ciążę, i poród, i późniejsze obowiązki. Nie pożyła długo, ledwie kilka lat i wyzionęła ducha w młodym wieku, zostawiając córkę na głowie własnej matki. Ale i babcia Vreer zaczęła podupadać na zdrowiu i wtedy, z ciężkim sercem, uznała, że lepiej będzie, jeśli odda wnuczkę biologicznemu ojcu, bo jakikolwiek by nie był, lepsze to niż dorastanie w jakiejś rodzinie zastępczej lub w domu dziecka, bo Vreer miała już osiem lat i nikłe były szanse, aby ktoś ją adoptował.
Johannes Hamilton przyjechał do Trondheim odpicowany na picuś glancuś w błyszczących bucikach, bo najwyraźniej mu się powodziło i choć bez badań DNA się nie obyło, ostatecznie zabrał Vreer ze sobą.
Na początku trudno jej było odnaleźć się z nowym miejscu. Miała dziewięć lat, chodziła już przecież wcześniej do innej szkoły, a wtedy znalazła się w nowej, całkiem innej. Wszystko wyglądało inaczej, dokładnie wszystko. Nawet dzieci mówiły inaczej i śmiały się z niej, bo nie wszystko rozumiała, przez co sprawiała wrażenie głupiej. Dla nich mówiła dziwnie, a skoro nie potrafiła zrozumieć podstawowych wyrażeń, to znaczy, że coś z nią nie tak. Uczyła się jednak szybko i nie minęło dużo czasu, a tupnęła nogą i zaczęła się odgryzać. Bo przecież dzieci najszybciej uczą się w obcym języku tych brzydkich słów. Vreer jeszcze dodatkowo z zapamiętaniem uczyła się tych trudnych. Celowo, aby nie odstawać, a raczej pokazać za wszelką cenę, że jest nawet lepsza od pozostałych. I że ani trochę nie jest gorsza od starszego, przyrodniego brata, który również się z niej nabijał. Sara Hamilton, żona i pierwotna partnerka Johannesa była diametralnie różna od Inge. Głośna i wulgarna, trochę się na Vreer wyżywała i choć nie raz padły słowa w stylu "nie możesz mi rozkazywać, bo nie jesteś moją matką", po części ją rozumiała, bo nie chciałaby być na jej miejscu i dowiedzieć się, że mąż, które podobno znała, wykonał skok w bok i w wyniku tego musi mieć w domu obce dziecko. Właściwie zaskakujące było, że nadal pozostali małżeństwem, bo każda normalna kobieta wywaliłaby męża za drzwi w takiej sytuacji. Jedynym jej buntem było to, że nie pozwoliła, aby Vreer nosiła nazwisko ojca, co w sumie samej Olovsson kompletnie wisiało. Może Sara obawiała się, że nikogo więcej sobie nie znajdzie, że nikt jej nie zechce, że sobie nie poradzi - a Johannes Hamilton przecież świetnie zarabiał i dawał zonie wszystko, czego tylko zapragnęła - tego Vreer nie wiedziała. Ważne, że mimo wiecznie płynącej krytyki i traktowania jej jak tego gorszego dziecka, jednak ją tolerowała i dbała, by miała to, czego dziecko, a potem nastolatka potrzebują. Vreer więc wybaczała macosze to koszmarne niekiedy zachowanie. I choć niejednokrotnie chciała prowokować i się kłócić, częściej sobie odpuszczała niż pyskowała. Żyła po prostu w innym świecie, tworzyła we własnej głowie inną rzeczywistość, w której wszystko było wspaniałe i układało się po jej myśli. Rzeczywistość, w której nie musiała za pomocą nauki i osiągnięć udowadniać "rodzicom", że nie jest gorsza od brata, chcąc, by choć trochę ją chwalili, by wrócili na nią uwagę w ten pozytywny sposób. Ojca jednak więcej nie było niż był i nie zwracał na dzieci uwagi, a macocha - wiadomo. Brat uważał się za lepszego od niej i niejednokrotnie nabijał się z Vreer przy znajomych. Nie pozostawała mu dłużna i dowalała mu w podobny sposób, choć różniło ich niemalże pięć lat i możliwości miała ograniczone. Mieli więc wieczne spięcie między sobą, ale w sumie Vreer miała gdzieś, co o niej myślał. Bardziej martwiło ją to, że w zły sposób przedstawia ją w oczach innych, a kolegów akurat miał fajnych i nie chciała, by myśleli o niej źle.
Ale później, ni stąd, ni zowąd zniknął, zabierając ze sobą równocześnie koszmarne elementy dotychczasowego życia pod jednym dachem (za którymi Vreer później ani trochę nie tęskniła) i jej ówczesny obiekt westchnień. Zniknęli obaj nie wiadomo gdzie, jednocześnie łamiąc i wypełniając nadzieją serduszko Vreer.
Kilka kolejnych lat upłynęło jej pod czujnym okiem macochy wymagającej coraz więcej i więcej, bo skoro nie mogła skupić swojej uwagi na pierworodnym i jedynym synu, skupiała ją na pasierbicy. Chcąc się od tego uwolnić, po skończeniu liceum chciała wyjechać byle dalej i na jak najdłużej, licząc na to, że w innym miejscu życie samo się poukłada. "Byle dalej" się nie udało, udało się jedynie do Seattle, a kierunek studiów miał być na tyle ambitny, by mieć satysfakcję, że coś w życiu osiągnie, i na tyle łatwy, by nie kuć dzień w dzień jak studenci medycyny.
Stanęło na biochemii, bo to poważnie brzmi. I już pierwszego dnia pierwszego roku studiów Vreer wiedziała, że wybrała dobrze. Bo właśnie tamtego dnia spotkała miłość swojego życia – jak jej się wtedy wydawało, bo miała głupi przebłysk, że oto ją amor ustrzelił od pierwszego wejrzenia. Ale miała wtedy siedemnaście lat, w gruncie rzeczy była jeszcze głupiutka - tak sobie to teraz tłumaczy. I wszelkie zauroczenia (konkretnie jedno) z dzieciństwa odeszły w niepamięć, przynajmniej chwilowo, bo potem jeszcze kilkukrotnie wracały w jednorazowych fantazjach, kiedy w związku się nie układało.
Ethan był taki... Dojrzały i pewny siebie, miał konkretne poglądy na różne sprawy i bronił swojego zdania, nie uginając się pod niczyją presją. Do tego był przystojny, starszy... I był doktorantem prowadzącym zajęcia z genetyki. Nic więc dziwnego, że Vreer była najpilniejszą studentką właśnie na tych zajęciach. Po półtora roku dopięła swego i zaczęli się spotykać na poważnie. A przynajmniej wydawało jej się, że to ona do tego doprowadziła, bo nie miała pojęcia, że to zwykła manipulacja ze strony Ethana, który zwyczajnie chciał ją przeciągnąć na swoją stronę. Gdy wspólne zajęcia się zakończyły, zamieszkali razem. Wtedy też Vreer dowiedziała się, że praca na uczelni nie jest jego jedyną pracą, bo prócz tego pracował jeszcze w laboratorium w D.O.G.S. Nie przeszkadzało jej to. W gruncie rzeczy było jej to całkowicie obojętne, bo nie miała zdania na temat mutantów. Nie przeszkadzali jej, ale też nie była żadną wielką zwolenniczką ich. Nie chciała ich wybić i nie chciała o nich walczyć, tak naprawdę niewiele w ogóle o tym wiedziała, bo nigdy ją to nie interesowało i nie miało wpływu na jej życie. Dopiero przez Ethana nabrała jako-takiego rozeznania w sytuacji, choć przedstawiony jej punkt widzenia zdecydowanie nie był obiektywny. Mimo to, nadal nie pałała do nikogo nienawiścią, pomyślała jednak, że D.O.G.S. to dobra opcja na poukładanie sobie życia. Ciepła posadka, dobre pieniądze, partner pracujący w tych samych godzinach... I też nie zdawała sobie sprawy z tego, że od początku właśnie o to mu chodziło. O to, by wciągnąć do Departamentu kolejnych zwolenników czystości genów, by rekrutować ich wśród studentów, którzy mogliby później dzięki wyuczonej wiedzy pomóc w badaniach. Przedstawił Vreer jako genialną studentkę, jego najlepszą, choć do geniusza naprawdę jej daleko. I jak za pstryknięciem palców - dostała staż w Departamencie. Zaczęła łykać informacje, chciała wierzyć, że Mutanci naprawdę są tacy źli, że należy ich wszystkich albo wybić, albo wyleczyć, stłumić działanie genu. Wybiegała myślami w przód, wyobrażała sobie, że kiedy skończy te dwadzieścia pięć lat, przyjmą ją do pracy na stałe, choć do tego było jeszcze dużo czasu, a stażystką byłą od zaledwie dwóch miesięcy... Że wtedy będą mogli sobie żyć we dwójkę, potem stworzyć rodzinę...
...Nic bardziej mylnego. Bo osoba, którą, jak jej się zdawało, kochała, osoba, której ufała skrzywdziła ją najbardziej. To ich uczucie zawsze wydawało jej się dziwnie platoniczne, jakby nie potrzebowali fizycznych kontaktów, a i Ethan nigdy nie wykazywał do tego chęci. Aż do tamtego pamiętnego wieczoru, kiedy uznał, że jednak coś mu się za to wszystko należy, kiedy wziął ją siłą z zaskoczenia, nie zważając na protesty, krzyki i płacz. Wtedy też Vreer zmutowała, choć początkowo nie zdawała sobie z tego sprawy. To był zwyczajna chęć obronienia się za wszelką cenę, choć moc, jak się okazało, nie działa na fizyczne ataki.
Siłą rzeczy, związek się rozleciał, bo Vreer czym prędzej pozbierała swoje rzeczy i wyniosła się ze wspólnego mieszkania, wprowadzając się tymczasowo do koleżanki. Nikomu nie zgłosiła tego, co się stało, wiedząc, że może sobie tym narobić problemów, bo Ethan mimo wszystko miał o wiele wyższą pozycję w Departamencie. Nie chciała samej siebie narażać na to, że odkryją, że i ona ma w sobie gen X. Udawała, że wszystko gra, że nic nigdy się nie stało, pracowała dalej, uśmiechała się, pomieszkiwała u koleżanki... I jakoś znosiła codzienne natykanie się na Ethana. Trwało to miesiąc, aż postanowił kolejny raz wziąć to, co "mu się należało", jak powiedział również za drugim razem.
Skończyło się o wiele gorzej. Vreer wybłagała urlop, nie chcąc, aby ktokolwiek zobaczył, jak wygląda. W popłochu przyjechała do Olympii, chcąc się ukryć w rodzinnym domu, choć przecież wie, że za maksymalnie dwa tygodnie będzie musiała wrócić do pracy.
charakter
Wbrew temu, czego się wymaga od osoby zajmującej się chemią, Vreer jest lekko zakręcona. Lekko bardzo. Wierzy w jakieś dziwaczne rzeczy, hoduje sobie ziółka i gada z kotem, co powinno świadczyć o tym, że ma coś nie do końca halo z głową. Ale wszystko z nią jak najbardziej halo, po prostu ma dziwne sposoby na odstresowanie się. Lubi się bawić, nie jest sztywna jakby połknęła kij, często też nie kontroluje języka i, niestety, aż nazbyt często używa ironii. Niekiedy sprawia wrażenie, jakby żyła w innej rzeczywistości, ale kiedy przychodzi do pracy, staje się konkretna i rzeczowa. I zdecydowanie stanowcza. Praktycznie nigdy się nie poddaje i próbuje być na siłę samodzielna. Kłody rzucane pod nogi przeskakuje, a kiedy już ją przewrócą lub nawet przygniotą, to i tak jakoś się wygrzebie, podniesie się, otrzepie i pójdzie dalej, żeby pokazać, że da radę. Bo nawet gdy nie daje rady, i tak twierdzi, że daje, bo przecież nikt za nią życia nie przeżyje. A pomocy przyjmować nie lubi. Prócz tego całkiem nieźle idzie jej ukrywanie prawdziwych uczuć. Choćby wszystko się waliło i paliło, choćby popadła w depresję, czego aktualnie jest bardzo blisko - i tak będzie się uśmiechać, by nikt nie zauważył, jak bardzo jest jej źle. Bo trudno jej komukolwiek ufać. Wydaje się wyluzowana i sympatyczna, ale równocześnie jakby lekko nieobecna, co buduje dystans. A kiedy chce owy dystans wyraźnie zaznaczyć, to właśnie w takich sytuacjach nadużywa ironii i złośliwości. Bo Vreer tak po prostu z natury jest złośliwa i to jest niekiedy silniejsze od niej, niemal zawsze robi na przekór, choć pracuje nad tym i stara się odpuszczać.
opis mocy

Barierą ochronną Vreer jest możliwość stworzenia tarczy mentalnej, która będzie w stanie uchronić ją przed wszelkiego rodzaju atakami psychicznymi. Najprościej jest to przyrównać do warstwy energii, którą się otacza i którą może otoczyć też innych, warstwy, przez którą nie mogą się przebić wszelkie moce oddziaływające na umysł. Chciałbyś wymazać jej pamięć? Nie da rady. Chciałbyś wkraść się do jej snów? Również nie ma na to szans. Zajrzeć do jej myśli? Nic z tego. Może być po prostu odporna i jeśli nie będzie tego chciała, niczego jej nie zrobisz. Jest w stanie też rozciągnąć tarczę na innych ludzi, coraz dalej i dalej, dzięki czemu oni również są chronieni przed mentalnymi atakami. Ze względu jednak na to, że Vreer nie ma na kim ćwiczyć i na krótki czas, jaki minął od mutacji, nie jest aktualnie w stanie rozciągnąć tarczy na więcej niż dwie osoby - czyli na siebie i kogoś jeszcze, bo dotychczas miała pod ręką tylko jedną osobę, na której mogła się skupić. Utrzymanie jej na innych sprawia jej mnóstwo wysiłku, przez co udaje jej się wytrzymać tylko określony czas, po którym jest po prostu zmęczona, jakby co najmniej przebiegła maraton i nie spała przez trzy dni. Zmęczenie jest głównym skutkiem ubocznym używania mocy. Coraz lepiej jej jednak idzie utrzymywanie jej na sobie, z każdym dniem wytrzymuje coraz dłużej i dłużej. Na sobie udaje jej się to robić przez cztery posty, po czym przez dwa musi odpoczywać, natomiast jeśli w grę wchodzi ktoś jeszcze, jest w stanie utrzymać tarczę ledwie przez dwa posty, a kolejne trzy musi przeznaczyć na odpoczynek.
Tarcza nie działa na fizyczne ataki, jedynie na mentalne.
ciekawostki

- Zna się na roślinkach i różnych substancjach przez nie wydzielanych (z racji zawodu), więc w domu zamiast kwiatków w doniczkach ma tylko różnego rodzaju zioła, z których robi sobie różne zdrowotne miksturki, jak przystało na prawdziwą wiedźmę. (tak, marysię też hoduje, ale sza, nic o tym nie wiecie)
- Na środkach farmaceutycznych też się zna. I związkach chemicznych, które wchodzą w ich skład. Jeśli tylko ma dostęp do składników (a w internecie można znaleźć niemalże wszystko), może stworzyć substancje działające jak leki. Tak, jakby warzyła eliksiry w starym, cynowym kociołku. No ale w końcu ma być wiedźmą. Tylko czarnego kota jej brakuje.
- Ani trochę nie brzydzi ją krew i nie boi się igieł. Dziwnie by było, gdyby się ich bała i mdlała na widok kropli czerwieni.
- Ma za sobą przedziwny okres, kiedy to słuchała na potęgę mrocznej, gotyckiej muzyki, latała po wszystkich tego typu koncertach, a w szafie miała multum czarnych, długich spódnic. Przeszło jej, bo nie powinna takich nosić (twierdzi, że ma za krótkie nogi) i nie używa czarnej szminki (bron boże!), aczkolwiek nadal lubi od czasu do czasu posłuchać sobie Type O Negative czy czegoś w tym rodzaju.
- Ogólnie słucha dużo muzyki, często dziwnej. Włącza sobie ją głośno w domu i giba się (tak, tak lubi sobie potańczyć) po wszystkich pomieszczeniach, sprzątając lub gotując. Choć nieczęsto gotuje, bo zwyczajnie nie ma na to czasu. Nie rozstaje się z odtwarzaczem, ze słuchawkami na uszach najlepiej jej się pracuje. Uwielbia też wszelkie koncerty rockowe, bo na nich ludzie najlepiej się bawią. Więc tak, nadal ma w szafie martensy. A jeśli zabierzesz ją na taki koncert i jeszcze pozwolisz wejść sobie na barana (bo ona przecież nigdy nic nie widzi, bo jej zasłaniają) - będzie cię kochać po wsze czasy.
- Do tej pory, gdy się zdenerwuje i ze złości mówi zbyt szybko, można usłyszeć jej akcent. Na co dzień się jednak stara i nie słychać, że nie jest rodowitą Amerykanką.
- Czarna szminka ma bana, ale bordowa już nie. W ogóle uwielbia szminki i ma ich trochę za dużo a nadal kupuje kolejne. Uzależnienie jakieś czy co. Podobnie ma z kolczykami. Nie wiesz, co kupić jej na urodziny? Kup kolczyki. Ich nigdy dosyć.
- Niezbyt duży z niej człowiek. Raczej taki z metra cięty. Ale w pracy nie wolno nosić obcasów. Poza tym, Vreer niespecjalnie je lubi.
- Nałogowo ogląda "Absolutnie fantastyczne". A że jest mało odcinków, to kiedy skończy, po pewnym czasie zaczyna oglądać od początku. Kiedy ma zły humor, włącza sobie Edinę i Patsy - od razu lepiej. Niemalże na wyrywki zna również "Przyjaciół".
- Nie potrafi pływać.


[Profil]
 
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2017-12-18, 21:14   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Karta zaakceptowana!
Poziom opanowania Twojej mocy to: 33%
Klepam! Bardzo przyjemnie czytało mi się kartę. Sups lekturka do poduszki! Szkoda, że Vreer tyle cierpi z powodu Ethana. Serce się kraje przez tego zwyrola! Słabo też, że nie miała okazji częściej trenować swojej mocy, ale z pewnością będzie miała jej więcej na fabule. Cóż, leciaj na nią i trenuj, i się mścij czy cuś! :lofki:
[Profil]
  [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 6