Madison Morton

urodzona w Londynie 17 lutego 1992 roku, mieszka w Seattle od czterech dni, brak przynależności, zarabia na życie jako złodziejka, wizerunku użycza Minka Kelly
historia
17 lutego 1992 w Londynie na świat przyszła dziewczynka. Córka Państwa Morton. Pana Alana, znanego w mieście prawnika oraz jego sekretarki, Courtney. Blondynka była efektem wieloletniego sekretnego romansu ukrywanego przed pracownikami kancelarii prawnej, który w ukryciu trwał przynajmniej trzy lata. Potem wzięli huczny ślub i dwa lata później Courtney urodziła pierwszą i jedyną ich córkę. Maddie nigdy jako dziecko nie mogła narzekać na brak zainteresowaniem ze strony rodziców. Wiadomo, ojciec zawsze w domu siedział z nosem w aktach spraw ale gdy przyszła kolej na ojcostwo to był, czasem nawet za bardzo się starał przesładzając swoje zachowania i miny jakie pokazywał małej córeczce. Matka po porodzie przeszła na zawód "kury domowej" czyli zajmowanie się bobasem w domu, przygotowanie obiadu dla wracającego z pracy męża i ogólnie ogarnięciem całego ogniska domowego. Tak przynajmniej wyglądało jej życie do pewnego momentu gdy cała bańka mydlana pękła jednego wieczoru.
12 stycznia 2004. Madison wraz z rodzicami wraca z kolacji od dziadków. Godzina 22:37, warunki na drodze nie należą do najlepszych. Lekko sypie śnieg i opony nie trzymają się drogi tak jak powinny przy suchej nawierzchni. Ślizgawica. Jeden zakręt pokonany zbyt szybko, drugi ledwo co utrzymany, a przy trzecim następującym dosłownie kilka metrów później auto wypada z trasy. W pojeździe rozlega się pisk dwunastoletniej dziewczynki, jej matki i uspokajający je głos mężczyzny. W jednym momencie wszystko ucicha, Samochód kończy swój tor jazdy zatrzymując się na pniu drzewa z wgniecioną maską do takiego stopnia, że przód jest krótszy niż tył samochodu. Z przodu znajdują się dwa ciała bez żywego ducha w sobie. Blade i zakrwawione. Nikogo więcej nie ma w samochodzie, na jednym siedzeniu z tyłu pozostały jedynie zapięte pasy tak jakby ktoś tam siedział ale jednak nie.
Dziewczynka otwiera oczy i widzi z dala pień drzewa przysłaniający samochód. Ociera twarz z śniegu w którym się znalazła. Rozgląda się po okolicy próbując ustalić co się wydarzyło, jak ona znalazła się kilka metrów od samochodu. W całym szoku nie czuje bólu, nie odnotowuje tego że z jej łuku brwiowego powoli na twarz wydostaje się czerwona maź. Podnosi się powoli, najpierw opierając się na jednym kolanie, po czym łapiąc równowagę wstała na dwie nogi i ruszyła w kierunku samochodu albo tego co z niego zostało. Poobijana dwunastolatka zbliżając się do miejsca wypadku dostrzegła że coś jest nie tak, nikt jej nie woła. Jej oczom ukazywał się makabryczny obrazek - blade twarze jej rodziców były coraz wyraźniejsze dla oka Maddie. Zaczynała wpadać w atak paniki. Dusić się, drgać niczym galaretka. Łzy same zaczęły lecieć jej po policzku mieszając się z krwią wydostającą się z łuku brwiowego. Widząc twarz matki bez woli do życia w dziewczynce pojawiły się niesamowite siły witalne, których nikt nie jest w stanie opisać dopóki sam ich nie dozna. Zaczęła biec w stronę auta. Chciała chwycić za klamkę od drzwi za którymi znajdowało się ciało jej matki, jej dłoń przeniknęła. Tak jakby zniknęła w metalowej budowie samochodu. W tym samym momencie kiedy odskoczyła jakby porażona od samochodu przed oczami pojawiła się chwilą w której samochód prowadzony przez jej ojca trafił prosto na drzewo. Madison wypadła z samochodu, przelatując przez przednie siedzenia, szybę oraz pień na którym metalowy pojazd zatrzymał się. Wylądowała na ziemi robiąc przynajmniej trzy obroty jakby staczała się z górki. Po prostu przeniknęła. Spojrzała bezradnie z łzami w oczach na pojazd w którym utknęły ciała jej rodziców. Zza zakrętu oślepiło ją światło nadjeżdżającego samochodu - i to było ostatnie co pamiętała bo odleciała. Padła na ziemie jak kłoda tracąc przytomność.
Obudziła się w szpitalu. Obolała. Każda część ciała miała na sobie opatrunek. Dłonie w bandażach, kolana unieruchomione mocno zaciśniętym bandażem. Jakby miała stąd uciec. Jedyne do mogła zrobić przed wykonaniem jakiegokolwiek ruchu to przyciśnięcie czerwonego przycisku wzywającego pielęgniarkę wsuniętego do jej dłoni. Tak też zrobiła. Nie czuła się komfortowo jako opatulona mumia. Po chwili przyszła pielęgniarka wraz z dziadkami. Wszystko co przeżyła zostało w skrócie opowiedziane z pominięciem drastycznych szczegółów. Po kilku dniach obserwacji mogła jechać do domu dziadków gdzie miała zacząć swoje nowe życie. Dalsze? Kontynuacje? Ciężko to określi.
Mieszkanie z dziadkami, którzy traktują Cię jak słonia w składzie porcelany nie należało do przyjemnych. Nie mogła prawie nic robić co mogłoby wyrządzić jej jakąkolwiek krzywdę. Mogła zapomnieć o wspinaniu się na drzewa wraz z kumplami z osiedla.
Rozpoczął się okres high school gdzie każdy zbuntowany nastolatek dostaje bzika. Nie ominęło to również Maddie, która bardzo szybko znalazła sobie nie zbyt grzecznych znajomych. Bardzo rzadko powracała myślami do dnia gdzie straciła swoje beztroskie życie. To co się z nią wtedy stało, próbowała to wyprzeć z swojej pamięci. Jednak jak wyprzeć z pamięci coś co ciągle powraca. Nie raz wypadło jej coś z palców. Na przykład taki głupi kubek do kawy. Jednej sekundzie trzyma go w dłoni, a w drugiej leży rozbity na podłodze. Takich przypadków było coraz więcej i stawały się one coraz częstsze. Coś było nie tak, wiedziała że nie należy to do normalnych zjawisk. Zaczęła czytać w internecie o "freaks". Przynajmniej tak to na początku nazywała. Potem dowiedziała się że być może jest coś na rodzaj mutantem czy jak oni to zwą. Widziała kilka wpisów w wiadomościach gdzie ludzie posiadali dziwne umiejętność i wykorzystywali to w dobry lub zły sposób. Zagłębiając się w lekturach doszła do wniosków - że nie może się tego wyprzeć. Musi żyć z tym i nauczyć się to wykorzystywać. Jeszcze tego samego wieczoru stojąc przed lustrem z przyłożoną do niego dłonią, próbowała "przeniknąć" chociażby koniuszkami palców. Skończyło się jedynie tym, że lustro nabawiło się zarysowań i pęknięć.
Miesiące, lata ukrywania się w pokoju i próbowania "zapanowania" nad tym czym się stała opłacały się. Pod koniec liceum była w stanie przejść nocą do sekretariatu gdzie trzymane były dzienniki z ocenami. Dziwnym trafem Madison Morton z trójkowej uczennicy stała się piątkową. Nawet nauczyciele byli w szoku. To i tak nie był wielki wyczyn. Później dziewczyna trafiła na złą drogę...którą sama wybrała. Po ukończeniu szkoły postanowiła, że nauka nie przyniesie jej tego samego co może dokonać używając daru.
Nie było łatwo. Przynajmniej na początku kiedy nie potrafisz zapanować nad tym kiedy i gdzie będziesz w stanie przeniknąć. Jednak... ukraść komuś coś z torebki staje się dużo łatwiejsze kiedy twoja ręką po prostu przez nią przenika i chwyta co chcę. Kręcą się po ciemniejszych ulicach poznała kilku ważniejszych w Londynie osobliwości żyjących z zleceń. Sama po kilku miesiącach stała się "Złodziejką". Nigdy nie zdradzała swoich sztuczek ani nie robiła żadnych skoków przy kolegach po fachu. Nie mogła się ujawnić. Ujawnić tym kim jest.
Napad na sklep. Plan? Doskonały. Przynajmniej tak było gdy omawiała go z partnerem w zbrodni. Wszystko szło zgodnie z tym co przypuszczali. Sklep był pusty, pracownicy odjechali prywatnymi samochodami do domu. Dwie postacie wtargnęły do sklepu tylnym wejściem. Alarm nie uruchomiony, zniwelowany. Wszystko pod kontrolą. Wszystka elektronika powoli wpada do torby zarzuconej przez ramie. Nagle rozlega się huk. Partner w zbrodni zahaczył swoim wielkim barkiem o jakiś monitor i ten poleciał na ziemie rozsypując się w mak. Nie minęła nawet chwilą gdzie zza sklepem rozbłysnęło się światło dające prosto po oczach. Maddie zamurowało. Stała w miejscu wpatrując się w osobę za szybką. Ewidentnie robiła im zdjęcie, a druga stała obok i rozmawiała przez telefon. Znajdowali się w środku miasta, kwestia pojawienia się tutaj policji to chwilą. Zaczynała powoli panikować ale dalej była zastygnięta w bezruchu wgapiając się w dwóch świadków napadu. Minęło kilka dobrych minut. Ona i mężczyzna zabrali co mieli pod ręką oraz torbach i uciekli na zaplecze aby wyjść drogą którą się tutaj dostali. Przed ich twarzami pojawiło się dwóch mężczyzn. Uzbrojonych. Bez odznak. Nie byli to policjanci - dlaczego? Gdy tylko jej partner wyszedł im na prostą oddali strzał. Policja nie zabija. Cofnęła się z powrotem na sklep. Spojrzała w stronę dwóch gapiów. W rękach mieli również broń. Jakiś gang? Kto wie. Zrzuciła torbę z ramienia. Spojrzała jeszcze raz w ich kierunku. Podniosła dłoń i pokazała im soczystego "faka". Po czym rozbiegła się i zniknęła w ścianie biegnąc przed siebie. Biegła, biegła. Przenikając to przez kolejne cienkie ściany nowo wybudowanych osiedli. Gdzie biegła? Przed siebie. Po kilku minutach Zatrzymała się i ukryła za kilkoma śmietnikami. Byłą bezpieczna. Przynajmniej na tą chwilę. Zrzuciła z głowy kominiarkę i podeszła do pierwszego lepszego auta włamując się do niego. Po chwili była już kilka dobrych kilometrów od zdarzenia. Wiedziała, że te osoby nie były tam przypadkiem.
Wróciła do domu i zaczęła pakować swoje rzeczy do walizki w pośpiechu. Wykonała telefon do jednego znajomego informując o tym co się wydarzyło, że na jakiś czas znika i wróci jak będzie bezpiecznie. To już drugi przypadek kiedy ktoś z ich "ekipy" zostaje postrzelony. Rozłączyła się. Spojrzała na zegarek wyciągając kartę sim z telefonu. Zabrała torbę i udała się na lotnisku. Pierwszy lepszy lot. Padło na Seattle. Wystarczająco daleko aby sytuacja tutaj się opanowała i będzie mogła wrócić. A przez kilka tygodni będzie mogła działać na własną rękę w Ameryce.
charakter
tu wpisz charakter swojej postaci forma dowolna
opis mocy
ciekawostki
tu wpisz ciekawostki dotyczące swojej postaci - forma dowolna