Poprzedni temat «» Następny temat
Jacquelyn Dunne
Autor Wiadomość
Jacquelyn Dunne



Have I ever apologized for my blindness even once?

Termowizja

30%

Wolontariusz





name:

Jacquelyn Dunne

age:
21 lat

height / weight:
163cm/56kg

Wysłany: 2019-02-24, 23:02   Jacquelyn Dunne

Jacquelyn “Jack” Dunne
urodzona w 14 marca 1998 roku w Phoenix, mieszka w Seattle od 5 lat, przynależy do Bractwa, piastuje stanowisko wolontariuszki, wizerunku użycza Natalia Dyer.
historia
Mieszkaliśmy wtedy w Phoenix, w jednej z tych dzielnic gdzie przeważnie nikt nie odwiedza. Chyba, że się tam mieszka, poza tym nie ma tam nic innego niż ciągnące się w nieskończoność, w połowie zburzone domy w których mieszkałam między innymi ja. Moja matka nazywała się Andie i wychowywała nas w małym domku na końcu ulicy z niedziałającym zamkiem w drzwiach. Ja i mój brat często musieliśmy przeganiać dzieci sąsiadów z naszego podwórka, ponieważ cały czas wynosiły nam coś w pokoju. Wychowałam się w dość dziwnym systemie, gdzie wszystko co do mnie należało musiało znajdować się gdzieś przy mnie - w plecaku, chociażby. Wszystko czego nie miałam w zasięgu swojego wzroku mogło zniknąć w każdej chwili, zabrane przez kogoś silniejszego niż ja. Mojego brata zbytnio to nie obchodziło, ponieważ kiedy tylko był w wystarczającym do tego wieku wyjechał z tego cholernego miasta w poszukiwaniu czegoś lepszego. Ponoć udało mu się dostać stypendium. Nie chciał mieć z nami nic wspólnego i w sumie teraz nie czuję nawet gniewu. Totalnie popieram jego opinię, gdybym mogła, sama bym już dawno to zrobiła. W sumie w jakiejś części mi się udało.

Moja matka była alkoholiczką. Każdego dnia sprowadzała do domu kogoś innego, łapała się każdej deski ratunku, żebyśmy jakoś mogli wyjść z tego. Chciała dobrze, jednak ciągła walka niszczyła ją i w sumie nic w tym dziwnego, teraz to rozumiem. Potrzeba sporo szczęścia i ciężkiej pracy żeby wyjść z takiego bagna w jakim ona skończyła. Samotna z dwóją dzieci na karku, próbująca związać koniec z końcem. Wtedy też wszystko zaczęło się oddalać.
Od dziecka miałam dosyć kiepski wzrok, jednak gdy miałam około 10 lat wszystko zaczęło przebiegać dość szybko. Mój wzrok pogarszał się, jednak moja mama nigdy nie wierzyła w nic takiego. Po prostu gorzej widziałam i później oddała mi swoje okulary, które zupełnie nic mi nie dawały. Zawsze nazywała mnie ciamajdą i tak dalej bo potykałam się o różne rzeczy a później nie potrafiłam trafić sama do domu.

Opieka nade mną była dość trudna. Nie radziłam sobie z tym wszystkim a późniejsza diagnoza w szpitalu tylko i wyłącznie potwierdziła moje beznadziejne położenie. Kompletna utrata wzroku przyszła niedługo po tym jak stwierdzono u mnie retinopatię barwnikową. Zapamiętam tą wciąż powtarzaną nazwę do końca życia.

Potem było już tylko gorzej. Minęło trochę czasu, miałam około szesnaście lat. Nauczyłam się jakoś funkcjonować z pomocą mojej mamy i masy kuratorów (mojej rodzicielki) czy pomocników socjalnych, których otrzymaliśmy. Jednak nawet oni nie byli w stanie uchronić mnie przed najgorszym. Andie nie potrafiła pogodzić się z tym, że już do końca życia będę zależna od niej lub od kogoś innego. Mój brat też nie chciał mieć z tym nic wspólnego, miał dość poukładane życie w okolicach Seattle i wszystko wydawało się dla niego “naszym problemem”. Nie było dla mnie żadnej wizji leczenia czy czegokolwiek. Nie wiedziałam czym mogłabym się zajmować w przyszłości. Jedyne co utrzymywało mnie przy życiu to książki. Od kiedy mój wzrok zaczął się pogarszać, w szkole przenieśli mnie do innej klasy a potem do zupełnie innej placówki, gdzie lekcje były opłacane przez państwo a ja mogłam wreszcie nauczyć się języka braille. To był cud, poznałam zupełnie nowy świat, poznałam innych, którzy byli w podobnym stanie do mnie. Miałam przyjaciół.
Tam też poznałam chłopaka o imieniu Craig. Uczyliśmy się w tej samej szkole, jednak z tego co wiem nie cierpiał na żadną chorobę podobną do mojej, ani nic w tym rodzaju. Nigdy nie chciał o tym rozmawiać a ja nigdy nie pytałam. Podobał mi się. Lubiłam jego delikatne włosy i gładkie policzki, których często pozwalał mi dotykać. Nie wiedziałam jak wygląda, ale wyobrażałam go sobie jako uśmiechniętego bruneta mojego wzrostu o śnieżnobiałych zębach, trochę zbyt chudego. Gdy nie widzisz jak wygląda świat, dopowiadasz sobie naprawdę dużo rzeczy.

Zakochałam się w nim. Chodziliśmy na randki. Nigdy nie zabrałam go do mojego domu, przeważnie chodziliśmy do niego. Moja mama była przeważnie zajęta i i tak nie chciała się mną opiekować, więc uważała to za problem z głowy. Później spędzałam u niego całe noce i dnie, byliśmy w końcu zakochani i miałam gdzieś z tyłu głowy myśl, że na jakimś etapie zadławie się tym wszystkim, jednak odpychałam ją od siebie najdalej jak umiałam. W końcu stało się. Atak terrorystyczny, wspomniane nowe “9/11”. Niewiele wtedy z tego rozumiałam, szczególnie, że byłam dość młoda wtedy jak i w 2001. Wiedziałam tylko, że coś się skończyło i zachodzą zmiany, jednak byłam tak bardzo przyzwyczajona do tego, że to ludzie o mnie dbali, że nie myślałam o tym aż tak bardzo.

Wróciłam do domu, ponieważ rodzice Craiga wspominali coś o tym, że muszą coś załatwić, że coś się dzieje, coś jest nie tak. Nie wiedziałam dokładnie co. Kilka tygodni ciszy, które były najgorszym okresem w moim życiu. Nie wiedziałam co zrobić. Czułam się chujowo. Próbowałam namówić moją matkę, chciałam tam pójść, nikt nie odbierał telefonu. Po prostu wyparowali. Zniknęli. Nigdy wcześniej nie czułam się tak bezbronna, skazana tylko i wyłącznie na moją matkę, która już i tak była na skraju wyczerpania. Chciała umrzeć, miała dosyć mnie i zmieniającego się świata wokół nas. Pokłóciliśmy się a ja wybiegłam i zwymiotowałam. Miałam szesnaście lat, w mojej ojczyźnie i moim życiu panował wszechobecny chaos, moja matka mnie nienawidziła i w dodatku zaszłam w ciążę. Czułam, że coś zaczynało się we mnie przestawiać.

Wielokrotnie widziało się w mojej okolicy kobiety, które w bardzo młodym wieku miały zostać matkami. Przeważnie były to niechciane dzieci, z gwałtów. Młodociani ojcowie, którzy po prostu nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji znikali i zostawiali swoje partnerki. Teraz i ja byłam jedną z nich. Nie wiedziałam co robić. Mój brat wreszcie odezwał się i zgodził się zabrać mnie ze sobą, matka w życiu nie dałaby sobie ze mną rady, a w szczególności z wraz z dzieckiem. To wszystko to było po prostu zbyt wiele i finalnie on zdecydował się wrócić do naszego życia i pomóc. Byłam mu wdzięczna. Zamieszkałam w Seattle w jego kawalerce, gdzie planował wprowadzić się ze swoją narzeczoną, jednak ich plan nie wypalił. Musiałam nauczyć się znowu poruszać się po zupełnie nowym miejscu. Przez pierwsze miesiące nie dość, że czułam się okropnie, to jeszcze nie mogłam się odnaleźć. Dosłownie. Większą część ciąży przeleżałam w miniaturowej łazience, w wannie z książką w ręku. Przez jakiś czas dostawaliśmy pieniądze od rządu, jednak potem, przez jeszcze większy bałagan szybko się to skończyło. Rząd z roku na rok ucinał fundusze przeznaczone na pomoc ludziom takim jak ja. Zdążyłam w tamtym czasie urodzić. Miałam 17 lat i mojego syna na rękach. Nazwałam go Adam.

Kiedy pieniądze zaczęły być znowu problemem i wszystko się posypało, mój brat nie był aż tak bardzo chętny do pomocy. Kłóciliśmy się i to sporo. Jednak on zawsze miał przewagę, był silniejszy niż ja i sprawny. Czułam się jak jego niewolnica, kiedy znowu zamknął mnie w moim pokoju na klucz i wyszedł. Kilkukrotnie, żeby zrobić mi na złość albo sprawić, bym się na coś zgodziła bądź po prostu oddała oszczędności, zamykał mnie w drugim pokoju i skazywał na słuchanie płaczu mojego syna. Już i tak czułam się okropnie. Byłam najgorszą matką, najgorszą z najgorszych. Byłam zbyt młoda. Nie wiedziałam co robić. Jeszcze musiałam słuchać tego pieprzonego płaczu. Nie mogłam znieść już tego dłużej. Żyłam z psychopatą, który jedyne czego chciał to moich pieniędzy, nigdy nie obchodził go los mój, mojego syna i naszej matki. Uciekłam. Wytrzymałam tam trzy lata.

Musiałam wielokrotnie żebrać na ulicy. Byłam już wtedy legalnie odpowiedzialna za siebie. Nie wiedziałam co z tym zrobić, nie miałam dokąd pójść ani co ze sobą zrobić. Wszystko co przeżyłam wcześniej wydawało się jakąś odległą opowieścią, która nigdy nie miała prawa istnieć. Żaden człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie strachu jaki czułam siedząc obok śmietnika na zimnym chodniku, trzymając dziecko w prawej ręce a torbę z ostatnimi oszczędnościami i ubraniami w lewej. Obejmowałam mojego syna, jedyne co widziałam to ciemność. Bałam się, że gdy się podniosę i zrobię jakikolwiek krok, potrąci mnie samochód. Był to nasz pierwszy dzień na ulicy, a ja dostałam strasznego napadu paniki. Nie wiedziałam, jak mam sobie z nim poradzić. Moje dziecko zaczęło płakać, gdy krople deszczu powoli obmyły moją i jego twarz. To był ostatni raz kiedy słyszałam jego płacz, dotykałam miękkiej skóry jego policzków i czułam przeszywające mnie ciepło. Ciepło.

Tamtej nocy obudziłam się w schronisku dla bezdomnych. Ponoć straciłam przytomność i zostałam znaleziona przez kogoś. Gdy tylko otworzyłam oczy, zapytałam się o dziecko, które trzymałam na rękach, ale nikt o niczym nie wiedział. Nikt nie miał pojęcia, nie było go tam gdy zostałam znaleziona. Po tym nastąpił kolejny atak paniki.
Moja moc przyszła niespodziewanie. Słyszałam o tym, co się dzieje, jednak nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że może to też dotyczyć mnie. Gdy pewnej nocy obudziłam się w schronisku i otworzyłam oczy, wszystko wokół mnie rozświetliło się na czerwono. Widziałam ciała osób leżących niedaleko mnie i moje własne. Czułam ich ciepło i byłam w stanie je zaobserwować. Wreszcie widziałam swoje własne ciało i ściany pokoju. Nie wiedziałam jak to opisać, jedna wiedziałam, że coś jest nie tak. Tym razem świat postawił na mnie i postanowił mi pomóc. Jeszcze tej samej nocy opuściłam schronisko. Po prostu uciekłam. To była jedna z moich pierwszych decyzji w całym moim życiu. Miałam 20 lat.
Nie wiedziałam dokąd iść. Wszystko wydawało się wrogie, na szczęście łatwo było mi ukryć to, że jestem inna. Przeważnie po prostu żebrałam, przez co miałam pieniądze na jedzenie i podstawowe potrzeby. Zdarzało się, że grałam na gitarze. Nauczyłam się na niej grać dzięki mojej nowej umiejętności. Widziałam struny. Zresztą, czułam je pod palcami.
Wciąż szukałam mojego syna, jednak bez powodzenia. Rozpłynął się w powietrzu. Byłam w Phoenix jak i w Seattle, w mieszkaniu brata. Nikogo tam nie było.

Błąkałam się i powoli popadałam w jeszcze większą depresję. Czułam, że nie mam dla kogo żyć. Wszyscy, którym na mnie zależało odeszli, a ja zostałam w tym wszystkim sama. Dobijało mnie to. Byłam wokół ludzi, życie w tym tym całym bagnie było trudne samo w sobie. Wkurwiało mnie to. Miałam dosyć jego kraju. Stwierdziłam, że o wiele lepiej będzie żyć z daleka od ludzi. Wydawało mi się, że już ich nie potrzebuje. Nie do końca widziałam wszystko, jednak byłam w stanie w jakiś sposób funkcjonować. Jednak gdy żyłam z daleka od wszystkich nie było mi łatwo znaleźć jedzenie, więc po prostu zaczęłam kraść. Dzięki moim zdolnościom byłam w stanie zobaczyć gdzie są inni ludzie, nieważne czy dzieliły nas jakieś bariery. Szukałam opuszczonych domów, szczególnie w całym tym wojennym bałaganie. Włamywałam się później również do tych, w których ktoś był. Wynosiłam co tylko mi się udało, jednak potem miałam spory problem z wyceną swojego łupu. Dlatego też wreszcie udało mi się znaleźć swojego rodzaju szajkę, która trudziła się tym samym co ja. Jedyne co nas różniło to to, że oni byli normalni. Przynajmniej tak mi się wydawało. Pracowałam dla nich i nie wiedziałam jakie mogą być konsekwencje tego wszystkiego. Zawsze byłam łatwowierna, jednak w tej kwestii się nie pomyliłam. Przecież każdy z nas coś ukrywał, każdy miał coś na każdego. Działaliśmy nielegalnie. Stawałam się coraz lepsza, szczególnie w planowaniu kolejnych skoków. Wiedziałam gdzie kto jest a inni, bardziej doświadczeni dokonywali selekcji i wszystko pakowaliśmy do jednej torby. Ten układ działał do czasu. Do czasu skończenia się mutazyny, która była głównym filarem funkcjonowania tego wszystkiego. Ludzie z mojego zespołu wyjawili mi, że nie są genetycznie czyści. Powoli jakaś część nas zaczynała wpadać, organizacje, które nienawidzą takich jak my dopięły swego. Musieliśmy się rozdzielić, uciekać.

Wtedy też dostałam zwerbowana przez łowce. A dokładniej polecona przez jedną osobę z którą pracowałam. Moje niepozorne umiejętności wielokrotnie okazały się kluczowe, przez co udało mi się wstąpić w szeregi bractwa.
Chciałam znowu mieć jakiś cel. Musiałam coś zrobić, żeby pokazać im, że przyjęcie mnie nie było błędem. Na początku zostałam wolontariuszką. Chciałam jakoś pomóc i po roku udało mi się zdobyć ich zaufanie. Sama chciałam być łowczynią, szczególnie, że potrafiłam dość nieźle tropić innych. Widziałam czerwone kropki z dystansu, a gdy podchodziłam do ściany umiałam ocenić kto jest zaraz za nią. Czerwień przebijała się przez błękit, ujawniając prawdę o potencjalnych wrogach bądź przyjaciołach i dawała mi jakiś cel w życiu. Jednak wciąż musiałam udowadniać, że jestem przydatna i potrzebna. Chciałam też wychodzić. Musiałam wreszcie wytropić mojego syna. Nie spotkałam go przez te wszystkie lata, jednak nadzieja, że gdzieś tam jest sprawiała, że chciałam wstawać co rano.

Zawsze zgadzałam się z założeniami bractwa. Nie obchodziło mnie to, czy musieliśmy posłużyć się do kradzieży czy czegokolwiek takiego by przetrwać. Jedyne co się liczyło to to, by wykarmić społeczność i jakoś sobie z tym wszystkim poradzić. Zmiany w przywództwie wydawały mi się przerażające, jednak byłam w jakimś stopniu przyzwyczajona do okrucieństwa. Musieliśmy walczyć o to, co nasze. Byłam już przez jakiś czas w Bractwie i brałam udział w głosowaniu. Wybrałam Williama, bo wydawał się najodpowiedniejszą osobą do tego wszystkiego, chociaż nigdy nie miałam z nim sporo kontaktu. W końcu był mózgiem.
Czas mijał, ja chciałam wyjść. Niedługo chcę porozmawiać z głową bractwa o moim awansie do Łowców. Nie wiem, jak potoczy się to dalej.

charakter
Jacquelyn jest osobą, która jest z natury bardzo dobra. Nigdy nie chciała ani nie chce nikogo skrzywdzić. Jedyne co chce, to po prostu przetrwać. Zasypiać w bezpiecznym miejscu i zapewnić bezpieczeństwo swoim bliskim. To, jak i odnalezienie jej syna jest najważniejsze. Z natury jest szczera i lojalna, jednak jeśli w gre wchodzi dobro ludzi, których kocha, bywa z tym różnie. Sporo w życiu przeszła, jednak mimo to wydaje się być osobą, która potrafi żartować i ma poczucie humoru, co również ceni w innych ludziach.
Stara się być dobra dla innych z bractwa. Nie ocenia, słucha i wspiera. Z innych cech, nieco bardziej negatywnych, to dość często przeklina - nie da się ukryć, że miejsce z którego pochodzi nie jest zbyt dobrze kojarzone. Czasami ma napady paniki, szczególnie kiedy jej moc nie działa tak, jak powinna. Stresuje ją to. Najbardziej boi się tego, że znowu będzie kompletnie zależna od innych, przez co czasami bywa opryskliwa gdy ktoś oferuje jej pomoc. Przeważnie jest łatwą osobą, miło się z nią rozmawia i służy pomocą, jednak gdy ktoś wejdzie jej na głowę bądź sprawi, że w jaki kolwiek sposób czuje się poniżona, może być różnie. Czasami nie panuje nad swoim gniewem i emocjami.

Jedynie raz w życiu była w sytuacji, gdy miała kogoś, na kim jej zależało, przez co często gubi się w obecnej sytuacji. Szczególnie, że w szeregach bractwa jest tak wiele osób, którzy są dla niej dobrzy a ona to odwzajemnia. Kompletnie paraliżuje ją fakt tego, że ktoś z tych osób może odejść. Szczególnie odbiła się na niej spora ilość śmierci w dowództwie i nie tylko. Jednak wie, że najważniejsze dla niej osoby nadal żyją.

opis mocy
Jacqueline widzi wszsytko w termowizjii, niczym nowoczesny sprzęt wojskowy. Potrafi określić ilośc osób w danym pomieszczeniu, widzi mnej-więcej rysy budynków, pomaga jej to określić to, gdzie się znajduje. Moc oczywiście zanika w okolicach 40 metrów, więc widzi tylko to, co jest niedaleko niej. Praktycznie pozwala jej to normalnie funkcjonować, szczególnie w połączeniu z jej już i tak nieźle wyostrzonym słuchem i węchem, jednak nie jest to nic nadnaturalnego.
Jacqueline potrafi używać swojej mocy przez 5 postów i później musi odpoczywać przez dwa. Wtedy po prostu traci swoje umiejętności. Na szczęście, dziewczyna nie potrafi panować sama nad tym, kiedy widzi w jaki sposób. Gdy nie posiada mocy, jest po prostu ślepa tak, jak była przez większość swojego życia.

Czasami, gdy moc przestaje działać, możliwe, że Jack będzie próbowała uporczywie mrógać żeby na nowo przywrócić swoją wizję, próbować skupić się na tym by ją odzyskać, jednak nic nie przychodzi. Gdy to się dzieje, przemęcza się a inne jej zmysły ulegają pogorszeniu i np. słyszy jakby była pod wodą bądź traci czucie w częściach swojego ciała, co jest skutkiem nadużywania mocy.

Moc sama w sobie ma też wady, chociażby fakt tego, że Jack nie chce przerywać swojej wizji, zapomina mrugać, a jej oczy lekko wysychają, co powoduje uciążliwe pieczenie i wymaga zakraplania/zamknięcia oczu. Sam fakt tego, że dziewczyna przez większą część swojego życia nie widziała zupełnie niczego a teraz posiada taką umiejętność jest dla niej czasami przytłaczający. Oglądanie pustego otoczenia jest w porządku, tak samo jak powiedzmy przebywanie w pokoju pełnym ludzi, jednak masa poruszających się ciał w różnych kierunkach (tłum) powoduje przeciążenie sensoryczne i sprawia, że dziewczyna nie radzi sobie z ilością bodźców. Sprawia wtedy wrażenie lekko wycofanej, cichej, ma też problemy ze skupieniem.

ciekawostki
x Ma syna, który ma teraz około 4 lat, nie widziała go jednak od wielu lat i powoli traci nadzieje, że kiedykolwiek go odnajdzie.
x Od dziecka cierpi na dość rzadką chrobę, przez co straciła wzrok.
x Potrafi grać na gitarze i ma dość przyjemny dla ucha wokal.
x Potrafi czytać język braille, uwielbia książki, ponieważ jest to jedna z niewielu rozrywek, która jej pozostała.
x Ma brata, który przez kilka lat dręczył ją psychicznie i zabierał jej pieniądze. Do tej pory uważa go za totalnego psychopatę.
x Pochodzi z Phoenix z dość niebezpiecznej dzielnicy.
x Trzymała się z bandą mutantów, która stosowała mutazynę, jednak ona sama nigdy nie musiała jej używać.


[Profil]
    [A-]
 
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2019-02-28, 19:35   

Karta zaakceptowana!
Poziom opanowania Twojej mocy to: 30%
Miej serce i patrz sercem - najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Chyba sama możesz się z tym pogodzić? W tym okrutnym świecie, gdzie skazano Cię na samotność, nie zostałaś jednak sama. Czy z pomocą bractwa odnajdziesz swoje miejsce, jak i Twój najcenniejszy skarb?
Przekonajmy się w najbliższych grach.
Powodzenia!

Twoja grupa krwi to A-.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 7