Nieważne jak bardzo chciałaby zapomnieć, nieważne jak dawno temu zdecydowała się usunąć ten numer z pamięci swojego telefonu, ciąg tych cyfr wyrył się w jej mózgu, nawiedzając ją w najgorszych koszmarach. Było już późno. Już dobrą godzinę temu pan Hopper przestał się krzątać po domu, najprawdopodobniej wreszcie zasypiając. Josie... mimo, że wierciła się w łóżku, co chwilę pojękując, też smacznie spała. Tylko ona Matilde, nie potrafiła zamknąć oczu. Nie potrafiła zapomnieć o tym co zrobiła. Nie potrafiła zapomnieć o samotności i o tym jak bardzo brakowało jej Hoppera. Była sama. Samotna.
Nie powinna odbierać tego telefonu. Doskonale wiedziała co miał on ze sobą nieść. Jedna rozmowa z nim była w stanie doszczętnie ją zniszczyć. Nic... kompletnie nic z niej nie pozostanie. Ale chyba była w zbyt kiepskim stanie psychicznym, by wezbrać w sobie złość, by okazać dumę. Nie była dłużej buntowniczką, nienawidzącą swoich rodziców. Nie. Tego dnia znowu była przelękniętą i przestraszoną szesnastolatką. Przełykając gulę w gardle, po prostu nacisnęła zieloną słuchawkę. Była ciekawa czego od niej chciał. Nie odzywał się ponad dwa lata. Tak po prostu ją uśmiercił, wkładając do trumny zupełnie obcą osobę. A teraz... teraz dzwonił.
Jeżeli miałby być szczery, wcale nie zamierzał dzwonić do swojej wyrodnej córki. Prawdę mówiąc, nie obchodziło go to, co, na ile i w ogóle czy wiedziała coś o tym, jak miała się sytuacja w jej rodzinnym domu.
On sam już od wielu lat po prostu nie miał dziecka. Skutecznie zadbał o to, by temat Matilde nie był poruszany w jakichkolwiek rozmowach. Zupełnie tak, jakby nigdy nie istniała. Emilio niewątpliwie wolał bowiem wcale nie mieć córki, niżeli mierzyć się z myślą, iż kompletnie zawalił sprawę wychowania tej dziewczyny.
No, właśnie - dziewczyny. To była kolejna sprawa, przez którą nie potrafił się z nią dogadać. Po prostu nie była synem. Z czasem doszły zaś do tego kolejne - trudno powiedzieć, czy cięższe - grzechy i winy.
Tak czy inaczej, nie planował tej rozmowy, jednak zdecydowanie oczekiwał innej reakcji ze strony Matilde. Skoro już postanowiła odebrać połączenie, mogła przynajmniej zaszczycić go jakąś wypowiedzią. Nie zrobiła tego jednak, dlatego to on odchrząknął głośno, odzywając się do niej najchłodniejszym i najpoważniejszym tonem głosu, na jaki było go teraz stać.
- Matilde Jane Wallace, czy jakkolwiek się teraz nazywasz. Zgodnie z ostatnim życzeniem twojej świętej pamięci matki, informuję cię, że wczoraj odeszła z tego świata. Nie musisz pojawiać się na pogrzebie. - Cóż, nigdy nie był ani delikatny, ani czuły. Po prostu mówił to, czego od niego oczekiwano, w tej chwili oczekując adekwatnej reakcji. To właśnie dlatego jeszcze się nie rozłączył.
Ten głos, ten przeszywający ją na wskroś głos. Wallace zrobiło się słabo. Nie, nie ze względu na słowa swojego ojca, bo to jeszcze do niej nie dotarło. Te wszystkie wspomnienia... one po prostu w nią uderzyły, niemal nie zwalając jej z nóg. Znowu była tamtą nastolatką. Znowu czuła się gorsza. Jak śmieć. Jak porażka. Była jednym wielkim rozczarowaniem. Nieidealna w każdym jednym calu, co nawet po latach była w stanie usłyszeć w sposobie w jaki się do niej zwracał. Nigdy nie była wystarczająca. Jemu zawsze coś nie pasowało, zawsze czegoś jej brakowało. A teraz... teraz znowu pozwoliła mu się sparaliżować. Drżała. Każda jej cząstka krzyczała. Powinna się rozłączyć. Nie powinna nigdy tego odbierać. Ale było już za późno.
Te słowa... sama nie wiedziała co poczuła w tamtym momencie. Chyba pustkę. Jej rodzice nie mieli córki, a ona... ona nie miała rodziców. Tego się trzymała przez tych kilka ostatnich lat. A teraz jej matka umarła. A ona miała rozpaczać? Nie, pieprzyć to. Zostawiła ją na pastwę losu. Miała ją gdzieś. Była dla niej jeszcze gorsza niż ojciec. On przynajmniej jawnie wyrażał swoje uczucia. A Maria? Maria tak po prostu miała ją gdzieś. Wallace przez dłuższą chwilę po prostu się nie odzywała. Musiała to wszystko przetrawić, opanować gniew. Nie chciała, by pomyślał, że to ugodziło w nią aż tak bardzo. Nie mogła mu dać tej satysfakcji.
- Musiała zajść jakaś pomyłka. - powiedziała cichym, nieco zbyt rozemocjonowanym (nawet jeśli starała się to ukryć) głosem. - Nie mam i nigdy nie miałam ani matki, ani ojca. - a na pogrzeb i tak nie zamierzała jechać. To chyba było oczywiste.
Nie zaskoczyła go wypowiedź Matilde. Prawdę mówiąc, oczekiwał podobnych słów, toteż nie zrobiły na nim większego wrażenia. Po prostu charknął lekceważąco, czemu niechybnie towarzyszyło także wzruszenie ramionami. Jak tam sobie chciała. Nie był Marią, żeby przejmować się podobnymi słabo wymierzonymi urazami.
- Najwyraźniej majaczyła o jakimś innym bękarcie. - Powiedział to tak zwyczajnie, jakby zagadywał córkę o pogodę tam, gdzie właśnie przebywała. Jego kolejne słowa też zresztą takie były. - Nie brak ci szacunku, Matilde Jane Wallace? Męczyła się przez trzy długie tygodnie. Bardziej niż wtedy, kiedy wypchnęła cię na świat. - Cóż, niewątpliwie żałował tego ostatniego faktu, było to słychać w jego głosie. Zdecydowanie wolałby nie mieć już żadnego dziecka, niżeli szarpać się z tym jednym.
- Kazała zostawić ci prezent. - Stwierdził, a ton jego głosu wskazywał ni to na pogardę, ni to na zniesmaczenie. - Jest w kompostowniku. Zabieraj go, jak chcesz, tylko nie pokazuj mi się na oczy. - Cóż, zdecydowanie nie popierał jakiegoś sentymentalnego pieprzenia się z dobrymi gestami, ku którym nagle skłoniła się jego zmarła żona. Ze względu na nią wykonywał jednak ten telefon i to również przez wzgląd na jej prośby nie pozbył się tego, co kazała wręczyć córce. Kto by pomyślał, że umierająca baba robiła się taka ckliwa i rozmemłana?
Całe szczęście, że ten mężczyzna nie był w stanie zobaczyć tego jak bardzo teraz drżała jej dolna warga. Ani tego jak wielki wpływ miał na jej psychikę. Nawet po tylu latach wciąż miał ją całkowicie w garści. Wallace słuchała jego okrutnych słów, mimowolnie przenosząc wzrok na śpiącą Jocelyn i... nie potrafiła zrozumieć. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego jej ojciec aż tak bardzo jej nienawidził. Okej, narkotyki swoją drogą, ale to był tylko skutek wcześniejszego traktowania. Od zawsze była dla niego problemem. Nigdy nie była wystarczająca. Dlaczego? - Wreszcie odważyła się ze sobą skończyć? - nie, jej matka z pewnością nie męczyła się przez trzy tygodnie. Męczyła się całe życie. Z tym jak okropną osobą była, potem z tym w jaką beznadziejną rodzinę się wdała, aż wreszcie straciła swój najcenniejszy skarb. Jedyną osobę, którą kochała. Nienarodzone dziecko. Wallace nie zamierzała jej dawać taryfy ulgowej. Nawet teraz, kiedy miała nad sobą widmo śmierci Josie. To w niczym nie usprawiedliwiało Marii.
- Czy może po prostu zabiłeś ją tak samo jak Matilde - charknęła. Matilde była martwa. Za jego sprawką. Więc tym bardziej nie powinien tutaj dzwonić, co miała nadzieję, że dała mu dostatecznie do zrozumienia.
- W czymś jeszcze mogę panu pomóc? - dodała chłodnym tonem głosu. Był dla niej zerem. Nikim.
Zachowanie Matilde w pewnym stopniu go... Bawiło. Dokładnie tak. Mimo że była to raczej wątpliwa forma rozrywki, jakiej w żadnym wypadku dobrowolnie by się nie podjął, każda z jej żałosnych, wręcz stereotypowych odpowiedzi zbuntowanej, zranionej dziewczynki była dla niego wprost obrzydliwie śmieszna.
A jednak, dając jej powiedzieć wszystko to, co najwyraźniej tak bardzo chciała z siebie wyrzucić, nie rozłączył się bez słowa. Doskonale wiedział, gdzie uderzyć, by jak najbardziej zabolało. I sprawiało mu to pewnego rodzaju przyjemność. Tak dużą, jaką mógł mieć w obecnej sytuacji.
- Zmarła na grypę. Pewnie sama jeszcze się przekonasz, jak to jest, Matilde Jane Wallace, skoro tak bardzo pragniesz być martwa. - Po tym już na nic nie czekał. Rozłączył się.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum