urodzona 18.05.1994 roku w Kansas City w stanie Kansas, mieszka w Seattle od 4 lat, oficjalnie nadal przynależy do Bractwa, w którym pełniła rolę sanitariuszki, jednak obecnie pracuje jako kelnerka, wizerunku użycza Kaya Scodelario
Everybody wants to rule...
Pamiętam, jak po raz pierwszy wybraliśmy się na łyżwy... Lód na zamarzniętym jeziorze zgrzytał pod naszymi stopami, mróz szczypał zaczerwienione policzki, a pojedyncze płatki śniegu wirowały w powietrzu, skrząc się w promieniach słońca. Pamiętam, jak niepewna wtedy byłam, chybocząc się na nogach i desperacko ściskając s w te pokraczne, wręcz niedorzeczne rękawiczki. Mój świat był wtedy taki prosty, taki... Poukładany, nawet w tym całym wewnętrznym chaosie, jaki odczuwałam. Roześmiana nastolatka o niepoważnym spojrzeniu spod rzęs okalających oczy, które w tamtym jednym momencie błyszczały bardziej niż lekki puszek opadający na nasze kaptury i czapki.
Wtedy, słysząc te artystyczne porównania, tylko jeszcze bardziej się śmiałam. Teraz wiem, że moje oczy nie błyszczały tak już nigdy więcej.
Bo od tamtego momentu
coś się zmieniło. W tamtej chwili
coś stało się początkiem naszego końca...
Everybody wants to rule...
Pamiętam, jak wiatr szarpał moimi włosami, a ręce uporczywie trzymały brzeg zwiewnej, stanowczo zbyt lekkiej spódniczki. To był bardzo zły, wręcz koszmarny pomysł, by ubrać się tak w dniu, w którym główną atrakcją naszej wycieczki było wspięcie się na taras widokowy - tak, dokładnie ten znajdujący się w najwyższym, całkowicie nieosłoniętym punkcie w okolicy - ale było warto.
Jeszcze nigdy nie czułam się tak wolna, jeszcze nigdy nie miałam wrażenia, że mogłabym pofrunąć. Jak najdalej od rzeczywistości - pięknej, ale jednocześnie coraz bardziej szarzejącej - i tego wszystkiego, co nie dawało mi w nocy spać. Mogłam unieść się na skrzydłach nadciągającej wichury, spoglądając przez barierki w dół stromego zbocza, gdy koledzy obok mnie rzucali wyjątkowo wyrośniętymi żukami w piszczące koleżanki.
Wtedy jeszcze uśmiechałam się jak szalona, nie zdając sobie sprawy z tego, że z zachodu nadciągała nie tylko ulewa. Podskakując, gdy grzmot odbił się echem od otaczających nas gór, a na moich ramionach pojawił się ciężar dłoni - tym razem bez tych okropnych rękawiczek, za to w towarzystwie najbardziej tandetnego zegarka, jaki kiedykolwiek widziałam; nic dziwnego, że sama postanowiłam kupić go kilka miesięcy wcześniej - roześmiałam się ponownie.
Kolejny grzmot zagłuszył piski i głosy nauczycielek. Nadchodziła burza...
Everybody wants to rule...
Pamiętam, że przewidywano, iż powrót do
domu - choć w moim przypadku wyłącznie teoretyczny; nigdy nie nazywałam przytułku
domem, nieistotne, jak bardzo chciałam odnaleźć tam swoje miejsce - zajmie nam około czterech godzin. Zmęczeni ostatnim dniem wycieczki, zajęliśmy siedzenia w autokarach, kłócąc się o
zaklepane miejsca. Prawo szkoły średniej - nieistotne, ile wcześniej coś sobie zarezerwujesz. Istotne, na ile mocno jesteś w stanie pchać się do przodu lub psioczyć na tego, kto już siedzi w
twoim fotelu.
Nie do końca pamiętam już, kto z nas był pierwszy, ale wiem, że odpuściłam po kilku minutach słownych przepychanek, posyłając tylko posępne spojrzenie w kierunku mojego niedoszłego towarzysza podróży i wzdychając ciężko, gdy opuszczałam go w poszukiwaniu innego wolnego siedzenia. Oczywiście, tył autokaru został już pozajmowany, dla mnie zaś pozostało jedno jedyne wolne miejsce - trzynastka - ulokowane po lewej stronie autobusu, tuż przy oknie z poprutą firanką i koleżance z chorobą lokomocyjną.
Ale...
Hej, nie było najgorzej. W przeciwieństwie do innej grupy, mieliśmy radio, klimatyzację i działające lampki. Czy mogło być lepiej?
Cóż, mogło... Ale nie miało.
The world.
Pamiętam... Cóż, pamiętam bardzo niewiele z tego, co się stało. W jednej chwili sprawnie pokonywaliśmy kolejne zakręty na wąskiej, górskiej drodze przypominającej wielką, mocno pofałdowaną, czarną wstążkę... Niebo za oknem coraz bardziej się chmurzyło, a ja byłam pewna, że powietrze na zewnątrz wręcz naładowane jest tą specyficzną atmosferą,
elektrycznością wyczuwalną tuż przed burzą. Gdy pierwsza błyskawica przecięła niebo, wychyliłam się nad oparciem siedzenia, patrząc w tył i posyłając Toby'emu jedno z tych tak bardzo
naszych spojrzeń...
W kolejnej chwili usłyszałam już tylko łomot sterty odłamków skalnych lecących wprost na autokar i uderzający w tył mojego boku pojazdu... Gwałtowne hamowanie, próba zatrzymania rozpędzonych kilkunastu ton metalu i stali na śliskiej, dopiero co zmoczonej deszczem nawierzchni... Wrzask, krzyk, harmider, panika, a później...
Cisza.
Welcome to your life...
Pamiętam słowa jednego z psychologów wynajętych przez szkołę. Pamiętam kolejne zdania o mechanizmach obronnych, wyparciu i całą resztę informacji, które w tamtym momencie niewiele dla mnie znaczyły. Pamiętam tłum ludzi ubranych na czarno, rzędy posępnych postaci i samotną, czarną parasolkę, która wirowała na wietrze, coraz bardziej oddalając się od swojej byłej właścicielki. Pamiętam wszystkie te przemówienia, kwiaty złożone przy zadziwiająco szybko odsłoniętym pomniku - dużym i topornym - mającym upamiętnić wszystkich tych, którzy nie wrócili z nami do domu. Z nami -
niewątpliwymi szczęśliwcami, ludźmi w czepku urodzonymi, wybrańcami z drugim życiem, wybawioną dziesiątką...
Pamiętam, że mało kto z ludzi zafascynowanych naszym cudownym przeżyciem - lub zajętych trzymaniem tychże osób z daleka - tak naprawdę poświęcił czas
dla nas. Bobby Brown, Katie Harper, Toby Jensen, Maya Griffith, Peter Corman, Savannah Lane, Lucy Christensen, Liam Waggner, Daniel Vablatsky, Alison Lewis... Raz po raz wymieniano nasze imiona, zadawano pytania, ale...
Czy ktoś tak naprawdę słuchał? Wątpię. Czy ktoś tak naprawdę wiedział, co działo się w moim wnętrzu? Nie. Czy chciałam o tym mówić? Być może... Czy miałam kogoś, kto by mnie wtedy wysłuchał? Miałam, miałam go całkiem blisko, jednak jednocześnie tak zadziwiająco daleko, zważywszy na to, jaką
opieką otaczali go rodzice, a mnie - opiekunowie. Nie mieliśmy praktycznie żadnej okazji, by się zobaczyć, a ja miałam wrażenie, że działo się ze mną coś naprawdę złego.
There's no turning back...
Pamiętam czas, gdy chaos wokół nas zaczął cichnąć. Kolejna wielka katastrofa w Dolinie Santa Clara przyciągnęła uwagę wszystkich tych, którzy dotychczas usiłowali wyciągnąć kolejne informacje na temat bandy dzieciaków z Kansas City. Mogłam choć trochę odetchnąć z ulgą, nadal nie do końca rozumiejąc to, co się ze mną działo. Wiedziałam, że nie chodziło o nic normalnego, jednak mutanci w tamtym czasie nie byli tematem na miarę pierwszych stron gazet. Informacje o ich istnieniu raczej nie wypływały na światło dzienne, a jeśli już, to wyłącznie pod postacią kiepskich teorii spiskowych z forów zahaczających o najdziwniejsze części Internetu.
Pamiętam, że się bałam. Potwornie się bałam, trzymając to jednak dla siebie, gdyż podświadomie wiedziałam, że informowanie kogokolwiek z
dorosłych skończyłoby się źle. Aż wreszcie nadszedł dzień rozdania dyplomów i zrządzenie losu sprawiło, że pękłam. Powiedziałam wszystko jedynym dwóm osobom, jakim mogłam wtedy zaufać. Nie chciałam mieszać ich w swoje problemy, nigdy nie pomyślałabym, że skończy się to ucieczką z miasta. W jednej chwili byliśmy bandą dzieciaków z doświadczeniami, ale też z przyszłością. W kolejnej nie mieliśmy bladego pojęcia, co przyniesie nam wyjątkowo niesprzyjający los. Wyruszyliśmy w podróż. Ja, Toby i Alex - moja najlepsza przyjaciółka z przytułku, moja
starsza siostra.
There's a room where the light won't find you.
Pamiętam, jak nieźle nam szło. Oczywiście,
nieźle według naszych, niezbyt określonych standardów, jednak naprawdę nam wychodziło. Każde kolejne potknięcie prowadziło do podniesienia się i dalszych prób wymyślenia czegoś, co wyciągnęłoby nas z tego całego bagna. Nigdy nie sądziłam, że przyjdzie mi stać na czatach, gdy mój najlepszy przyjaciel zacznie odpalać kradzione auto czy że wraz ze starszą siostrą złapiemy kogoś na
odnalezienie zaginionego pierścionka zaręczynowego, zdobywając pieniądze na kolejny tydzień podróży po Stanach. Nie mieliśmy określonych planów, nie mieliśmy nawet pomysłu, gdzie się udać. Po prostu staraliśmy się nie wpaść na tych, którzy za nami węszyli. A ja? Starałam się jakoś kontrolować to, co we mnie siedziało. Przynajmniej do czasu, gdy wszystko ponownie się nie poplątało.
Holding hands while the walls come tumbling down.
Pamiętam, że byliśmy wtedy w jakimś mniejszym mieście w Kolorado.
Wtedy
, czyli w momencie, w którym dotarły do nas wieści o wydarzeniach z marszu z okazji Dnia Niepodległości i tym, co stało się w Seattle. Istnienie mutantów wyszło na jaw, cały świat dowiedział się o rzeczach, jakie usiłowaliśmy ukryć. To wtedy podjęliśmy decyzję o wyjeździe z kraju, choć wiedzieliśmy, że nie będzie już tak łatwo. Wylot samolotem nie wchodził już w grę, jednak statek... Jeden z tych olbrzymich transportowców z kontenerami... To wydało nam się całkiem niezłą opcją, zwłaszcza że Alex szczególnie na to naciskała. Na to i na Boston, w którym
znała kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś, kto mógł nam pomóc. A więc ruszyliśmy...
Wbrew pozorom, dotarcie na miejsce nie było trudne, a miejsce na tymczasowy nocleg dosłownie samo do nas trafiło. Stary, praktycznie opuszczony magazyn portowy z wielkimi workami pełnymi pociętych gąbek, śmierdzący wilgocią, rybami i roślinami wodnymi wyglądał zaskakująco dobrze. Tak samo jak beczki z rybami, które stały niedaleko - bez jakiejkolwiek opieki, bez jakichkolwiek kamer.
Przez kilka dni badaliśmy sytuację, przytulając się do siebie w nocy, by nie zmarznąć, jedząc wyłącznie solonego śledzia, ketchup, chrupki kukurydziane i frytki, opowiadając głupie żarty i czując się zupełnie niczym na wyjątkowo dziwnych
koloniach. Aż wreszcie nastał dzień, w którym Alex mogła spotkać się ze swoim
kontaktem. Po raz pierwszy twarzą w twarz, po raz pierwszy poza wirtualnym światem, ale wszyscy mieliśmy nadzieję.
Pamiętam, że miała wrócić przed zapadnięciem zmroku, ale tego nie zrobiła. Pamiętam, jak na nią czekaliśmy... Wpierw radośnie, nieco niepoważnie, później poważniejąc z każdą kolejną chwilą. Pamiętam, że prawie odetchnęłam, gdy usłyszałam odgłos kroków odbijający się echem od ścian
przedsionka magazynu. Pamiętam też, że ten sam oddech dosłownie zamarł mi w ustach, gdy do pierwszej serii dźwięków doszły kolejne, świadczące o tym, że nie chodziło o jedną osobę. Co najmniej dziesięć par ciężkich butów...
Zadziwiające, jak szybko człowiek może uświadomić sobie, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie i tym razem nie ma jak uciec...
When they do I'll be right behind you...
Pamiętam, że wszystko znowu działo się szybciej niż powinno. Stanowczo zbyt szybko, bym mogła dobrze przemyśleć nasze posunięcia. Toby nie był mutantem, chodziło im o mnie i choć w innych okolicznościach, rozważając to chociaż trochę, nigdy nie postąpiłabym w ten sposób... Rozdzieliliśmy się. Nie chciałam, by był w jeszcze niebezpieczeństwie, będąc tuż obok mnie - prawdopodobnego głównego celu tamtych ludzi. I kiedy kazał mi uciekać...
Nie zaprotestowałam.
Miał do mnie wrócić, czyż nie? Mieliśmy spotkać się za kilka krótkich chwil, nieprawdaż? Wymknąć z osobna, spotykając w charakterystycznym punkcie portu i wspólnie ruszając na poszukiwania Alex? Znowu się nie rozdzielać? Był człowiekiem, tamci musieli o tym wiedzieć, był człowiekiem...
Nic nie mogło mu się stać.
Byliśmy tego tak naiwnie pewni. Zostawiłam go niczym ostatni tchórz.
Głośny, ostry huk wystrzałów - dochodzący do mnie, mimo zamkniętych drzwi - do tej pory prześladuje mnie nocami. Tak samo jak wspomnienie dłoni wyłaniającej się z ciemności i chwytającej mnie, bym się nie zatrzymywała. Nie musieliśmy szukać Alex, Alex sama nas znalazła.
Mnie znalazła.
I znowu zaczęłyśmy uciekać...
It's my own design...
Pamiętam ciąg kolejnych dni zlewających się w jedno, niemożność przejścia przez żałobę, ciągłe parcie do przodu... Nie mogłyśmy wyjechać, uciec z kraju. Ba, trudno było nam poradzić sobie na własną rękę. Wiedziałam, że zachowuję się nie w porządku, że zwalam na
siostrę praktycznie wszystko, co powinnyśmy dzielić między nas dwie. A jednak tak trudno było mi otrząsnąć się ze wspomnień tego, co stało się tamtej nocy. Paradoksalnie, nie miałam bladego pojęcia, że nie tylko mi. Alex usiłowała zataić przede mną to, co jeszcze poszło źle, gdy wyszła na spotkanie z tajemniczym mężczyzną. Ale takie rzeczy nie pozostają w ukryciu... Wypływają na wierzch wraz z całą prawdą, nawet najboleśniejszą.
Ona też prawie wtedy zginęła, a teraz... Teraz obie nie miałyśmy już wyjścia. Obie byłyśmy mutantkami i musiałyśmy trzymać się razem. Jak zwykle, jak zawsze. To było dla mnie niczym przebudzenie. Moje własne problemy nie były najgorsze, jednak mogły wszystko zniszczyć. Musiałam jakoś się pozbierać.
Więc spróbowałam to zrobić. Przynajmniej na zewnątrz...
It's my own remorse.
Pamiętam mój cichy sceptycyzm, gdy na naszej drodze pojawił się ktoś, kogo Alex momentalnie obdarzyła swoim zaufaniem. To było dziwne, nietypowe, bo zazwyczaj to właśnie ona wolała trzymać się na dystans, wpierw jak najlepiej
badając grunt. W tamtym momencie zdawała się być jednak zbyt oczarowana tym... Tym na swój sposób nieprzyjemnie, groźnie wyglądającym mężczyzną, którego ja wcale nie chciałam przyjmować do naszego grona. Radziłyśmy sobie dobrze na własną rękę. Nie potrzebowałyśmy nikogo innego, tym bardziej kogoś, kogo kompletnie nie znałyśmy.
Nie chciałam kogoś, kto zająłby miejsce Toby'ego.
Ale ostatecznie uległam. Nie miałam powodów, by być nieufna, za to niewątpliwie chciałam uszczęśliwić tym Alex. I nie zdziwiłam się zbytnio, gdy wkrótce ta dwójka stała się parą. Patrzyłam na to i... Sama nie wiem, w którym momencie zaczęłam przyzwyczajać się do takiego stanu rzeczy, samej także angażując się w nawiązywanie przyjacielskiej reakcji. Było zadziwiająco dobrze, nawet jeśli nasza ogólna sytuacja wcale się nie poprawiła.
So glad we've almost made it.
Pamiętam, że zawsze w pewnym sensie obawiałam się burzy, jednak dopiero ta, która nadeszła kilka miesięcy później, ponownie zatrzęsła całym moim światem. W jednej chwili poczułam się znowu tak, jak tamtej wrześniowej nocy. W jednej chwili ponownie miałam wrażenie, że wszystko, co zbudowaliśmy, przestaje istnieć. Odebrano mi Toby'ego, odebrano mi Alex, jednak mimo wszystko nie zostałam sama. Miałam po co dalej uciekać, w głębi ducha obawiając się jednak, że stracę i ostatnią osobę, która mi jeszcze pozostała.
O ironio, choć z początku wcale nie chciałam tego towarzystwa, ostatnie miesiące sprawiły, iż nawet o tym nie pamiętałam. Byliśmy sobie bliscy już przed tym, co stało się z Alex... Później? Więź między nami umacniała się z dnia na dzień. Wiedziałam, że chciał się mną opiekować. Zdawałam sobie sprawę z tego, jaki obrał sobie cel, nawet jeśli nie mówił tego na głos. Ja zaś starałam się odwdzięczyć tym samym. Na tyle, na ile tylko umiałam, próbowałam się o niego zatroszczyć. Ot, dokładnie tak, jak robiłam praktycznie przez całe życie z tymi, na których mi zależało.
So sad we had to fade it.
Pamiętam, jak znowu przestaliśmy być dwójką uciekinierów. Jak z dwóch osób znowu zrobiły się trzy, choć w gruncie rzeczy dosyć niewiele to zmieniło. Wszystko rozjaśniło się dopiero na dźwięk jednego słowa, a brzmiało ono
Bractwo. Wspaniała, wręcz mityczna, cudowna organizacja, która miała zmienić nasze życie. Mówcie, co chcecie - złapałam się na to. Jako idealistka, chciałam coś zmienić, dokładnie tak samo jak mutanci z tamtej organizacji. Nic więc dziwnego, że postanowiłam zrobić wszystko, by do nich dołączyć,
byśmy do nich dołączyli. Miało być tak pięknie...
Nie odstraszały mnie warunki, jakie tam panowały. Nie odstraszały mnie reguły ani nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie, byłam
zadowolona. Cóż, przynajmniej z zewnątrz. To, co działo się w środku... Nie miało większego znaczenia. Nie wobec tego wszystkiego, co należało robić, nie wobec dramatów w Bractwie, konieczności wsparcia sanitariuszy i odłożenia własnych uczuć czy pragnień. Może tak zresztą było lepiej? Angażując się w szybkie tempo działania, nie czułam się tak, jakbym zdradzała siostrę... I choć nie do końca było to to, czego chciałam, mogłam żyć w ten sposób. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Nothing ever lasts forever.
Pamiętam, jak martwiłam się plotkami, które słyszałam. Pamiętam, jak w ciemnościach przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym, co będzie, jeśli okażą się prawdziwe... A miały, byłam tego prawie pewna, bo w końcu znałam nie tylko
ten typ człowieka. Znałam
tego człowieka, co gorsza, wiedząc, że tym razem nie będę w stanie wytrzymać niewiedzy i niepewności. Zbyt mocno przeżyłam poprzednią taką sytuację - prawdopodobnie znacznie łagodniejszą, bowiem tym razem wiedziałam, że wystawi się na pewną śmierć i porażkę. I to właśnie dlatego postanowiłam jakoś temu zaradzić.
Prosić, błagać, wybić z głowy, zrobić
cokolwiek...
Ale najpierw i przede wszystkim -
znaleźć.
W samym środku nocy, ubrana tylko w kozaki, dresową piżamę z kapturem i kurtkę, która nawet nie należała do mnie, ruszyłam na poszukiwania, zastanawiając się, co takiego było powodem jego wyjścia. Znowu się niepokoiłam, znowu się martwiłam...
Głupia, naiwna ja.
Pamiętam, że stałam w miejscu. Zaskoczona i ogłupiona, nim wszystko zaczęło do mnie docierać. A potem...
Odeszłam, praktycznie w każdym tego słowa znaczeniu, gdyż czułam się, jakby tamtej nocy umarła jakaś cząstka mnie. Odeszłam z budynku, odeszłam z obozu... Potrzebowałam chwili samotności, czasu na przemyślenie sobie pewnych rzeczy. Sama nie wiedziałam, że jednocześnie
odeszłam też z Bractwa, bo gdy postanowiłam powrócić... Ono już nie istniało. Tak jak ta część mojego życia.
Co miałam zrobić? Zaczepiłam się w pierwszym
bezpiecznie wyglądającym miejscu, w jakim byłam w stanie - tym razem sama i bez planów odnalezienia towarzystwa, z którym mogłabym zamieszkać - poszukując... Cóż, sama nie do końca wiem, czego.
Czegoś. To najpewniej.
Everybody wants to rule the world.
Tak naprawdę zahaczając o kilka różnych
rodzajów zdolności, kontrola nad pogodą sama w sobie nie jest zbyt rozwiniętą mocą. Maysilee posiada możliwość manipulowania wieloma czynnikami związanymi z warunkami meteorologicznymi, jednak nie w takim stopniu jak osoby skupiające się wyłącznie na jednym i konkretnym z nich. Można powiedzieć, że przy pełni swojego potencjału, cóż, jest w stanie wyłącznie liznąć to, nad czym inni panują niczym profesjonaliści.
poziom I (do 33%)
- Dosyć intuicyjnie ingeruje w aktualne warunki pogodowe, tj. wzmacnia lub osłabia nasilenie opadów, rozmiar kropli deszczu/płatków śniegu/gradu, prędkość wiatru, stopień zachmurzenia, przygrzewanie słońca itp.
- Nie jest w stanie umyślnie zmieniać naturalnych kierunków, jednakże zdarza jej się wywoływać trzaśnięcia otwartymi drzwiami czy oknami.
- Pod wpływem bardzo silnych emocji, jest w stanie ściągać na siebie pioruny, zupełnie niczym żywy piorunochron, nie panując nad tym nawet w najmniejszym stopniu. Z tego względu przebywanie na zewnątrz jest dla niej dosyć ryzykownym i nieprzyjemnym przeżyciem. Nie potrafi jednak wywoływać burzy, opierając się na aktualnym stanie pogodowym.
- Pogoda praktycznie nieustannie wpływa na jej nastrój podobnie, jak ona wpływa na pogodę. Maysilee zdaje się przeczuwać zmianę warunków atmosferycznych, działając trochę lepiej niż większość stacji meteorologicznych.
Skutki uboczne: wzmożona skłonność do zachorowań na grypę czy przeziębienie, na co dzień obniżona temperatura ciała (szczególnie zimne dłonie, stopy, uszy i czubek nosa), nadmierne pobudzenie lub zmęczenie, dyskomfort przy zmianach ciśnienia, lekkie łzawienie oczu, blizny na ciele powstające po ściąganiu na siebie piorunów, wszelkie środki wpływające na organizm (alkohol, narkotyki, proszki przeciwbólowe, nikotyna itp.) dodatkowo utrudniają naukę panowania nad mocą
Wykorzystanie mocy: 2 posty użycia : 4 posty odpoczynku
poziom II (34% - 56%)
- Jest w stanie ingerować w aktualne warunki pogodowe, mogąc jednak wpływać również na ich częściową zmianę, tj. zamieniać opady śniegu w deszcz, nawałnicę w burzę, mocny wiatr w niewielkie zalążki trąb powietrznych, niwelować całkowite zachmurzenie do stopnia, w którym widoczne są promienie słońca, wywoływać tęczę podczas deszczu itp.
- W stanie poważniejszego zdenerwowania, może ściągać na siebie błyskawice, posyłając je dalej - wyłącznie w zakresie terenu obejmowanego przez jej spojrzenie - mniej więcej w obranym przez nią kierunku. Nadal nie jest w stanie wywoływać ich
na zawołanie, choć może już starać się przywołać burzę.
- Umie do pewnego stopnia kontrolować kierunek i kąt opadu/wiatru/promieni słonecznych, przez co teoretycznie może zapewnić sobie niewidoczny
parasol lub osłonę przed powiewem.
- Pogoda nadal praktycznie nieustannie wpływa na jej nastrój. Maysilee ze zwiększoną pewnością jest w stanie przewidzieć warunki atmosferyczne.
Skutki uboczne: wzmożona skłonność do zachorowań na grypę czy przeziębienie, na co dzień obniżona temperatura ciała (szczególnie zimne dłonie, stopy, uszy i czubek nosa), nadmierne pobudzenie lub zmęczenie, senność, wyraźne pogorszenie stanu samopoczucia przy zmianach ciśnienia, zwiększone łzawienie oczu, pogorszenie wzroku, szumy w uszach, częste napady gęsiej skórki, blizny na ciele powstające po ściąganiu na siebie piorunów, wszelkie środki wpływające na organizm (alkohol, narkotyki, proszki przeciwbólowe, nikotyna itp.) dodatkowo utrudniają naukę panowania nad mocą
Wykorzystanie mocy: 3 posty użycia : 3 posty odpoczynku
poziom III (57% - 88%)
- Jest w stanie ingerować w aktualne warunki pogodowe, mogąc jednak wpływać również na ich częściową zmianę, tj. zamieniać opady śniegu w deszcz, nawałnicę w burzę, mocny wiatr w średniej wielkości zalążki trąb powietrznych, niwelować całkowite zachmurzenie do stopnia, w którym promienie słońca wyraźnie przebijają się przez chmury, wywoływać tęczę podczas deszczu itp.
- W stanie poważniejszego zdenerwowania, może ściągać na siebie błyskawice, posyłając je dalej i we w miarę opanowany sposób sterując ich kierunkiem. Jest w stanie przywołać krótkotrwałą, maksymalnie pięciominutową burzę.
- Jest w stanie wywołać pomniejszoną wersję pogody, np. deszcz padający wyłącznie nad jedną z jej dłoni, chmurę nad określoną osobą, mgłę otaczającą wyłącznie grupę ludzi.
- Umie w miarę poprawnie kontrolować kierunek i kąt opadu/wiatru/promieni słonecznych, przez co teoretycznie może zapewnić sobie niewidoczny
parasol lub osłonę przed powiewem.
- Pogoda przestaje tak silnie wpływać na jej nastrój, zaczynając mieć znaczenie wyłącznie w momentach, w których psychika dziewczyny jest osłabiona. Maysilee prawie idealnie jest w stanie przewidzieć warunki atmosferyczne.
Skutki uboczne: wzmożona skłonność do zachorowań na grypę czy przeziębienie, na co dzień obniżona temperatura ciała (szczególnie zimne dłonie, stopy, uszy i czubek nosa), nadmierne pobudzenie lub zmęczenie, wyraźne pogorszenie stanu samopoczucia przy zmianach ciśnienia, zwiększone łzawienie oczu, pogorszenie wzroku, szumy w uszach, omamy słuchowe, częste napady gęsiej skórki, omdlenia, otumaniające wrażenie przemijalności (wzmagające się jesienią i zimą), nieprzewidziane napady wysokiej gorączki, przekrwione białka oczu, blizny na ciele powstające po ściąganiu na siebie piorunów, początki narkolepsji, wszelkie środki wpływające na organizm (alkohol, narkotyki, proszki przeciwbólowe, nikotyna itp.) dodatkowo utrudniają naukę panowania nad mocą
Wykorzystanie mocy: 4 posty użycia : 2 posty odpoczynku
poziom IV (89% - 100%)
- Jest w stanie bez większych problemów wpływać na aktualną pogodę lub też - podczas większego skupienia - całkowicie ją zmieniać. Nie ogranicza jej obecny stan meteorologiczny, choć niewątpliwie łatwiej i lepiej radzi sobie z rozwijaniem lub ograniczaniem
naturalnej pogody. Opady śniegu w środku lata albo susza w zimie wymagają sporych nakładów energii, co grozi przeforsowaniem.
- Bardzo mocne zdenerwowanie nadal wyzwala w niej niekontrolowane wykorzystanie zdolności, jednak na co dzień pogoda aż tak bardzo na nią nie wpływa. Maysilee jest za to w stanie idealnie określić przyszłe warunki meteorologiczne.
- Bez większej szkody, może ściągać na siebie błyskawice, określając przy tym - z 99% pewnością - gdzie uderzą. Im lepiej zna dany teren, tym prawdopodobniejsze jest powodzenie. Bycie
ludzkim piorunochronem nie szkodzi jej już tak bardzo, nie pozostawiając dłużej blizn na ciele Maysilee.
- Jest w stanie wywołać pomniejszoną wersję pogody, np. deszcz padający wyłącznie nad jedną z jej dłoni, chmurę nad określoną osobą, mgłę otaczającą wyłącznie grupę ludzi.
- Umie poprawnie kontrolować kierunek i kąt opadu/wiatru/promieni słonecznych, przez co teoretycznie może zapewnić sobie niewidoczny
parasol lub osłonę przed powiewem.
- W połączeniu z mocą innego mutanta lub przy pomocy odpowiednich maszyn, jest w stanie pomóc utrzymać i przesunąć na przykład sztucznie stworzoną mgłę czy opad.
Skutki uboczne: wzmożona skłonność do zachorowań na grypę czy przeziębienie, na co dzień obniżona temperatura ciała (szczególnie zimne dłonie, stopy, uszy i czubek nosa), nadmierne pobudzenie lub zmęczenie, wyraźne pogorszenie stanu samopoczucia przy zmianach ciśnienia, zwiększone łzawienie oczu, znaczące pogorszenie wzroku, szumy w uszach, omamy słuchowe, częste napady gęsiej skórki, omdlenia, otumaniające wrażenie przemijalności (wzmagające się jesienią i zimą), nieprzewidziane napady wysokiej gorączki, przekrwione białka oczu, czuwanie nieprzyjemnego mrowienia w starych blizny na ciele (nowe, powodowane przez przyjmowanie na siebie piorunów, już się nie pojawiają), narkolepsja, szybkie odwadnianie się organizmu, wszelkie środki wpływające na organizm (alkohol, narkotyki, proszki przeciwbólowe, nikotyna itp.) dodatkowo utrudniają naukę panowania nad mocą
Wykorzystanie mocy: 5 postów użycia : 1 post odpoczynku
- Nigdy nie miała okazji uzyskać prawa jazdy. Owszem, uczyła się jeździć i szło jej to całkiem nieźle, jednak ucieczka uniemożliwiła jej dokończenie kursu. Tego samego, na który pracowała tyle czasu, latem sprzedając lody w niedużej budce, a wczesną jesienią pomagając na plantacji dyni. Brak papierów nie oznacza jednak, że nie jeździ. Nadal zdarza jej się to robić. W końcu jest poszukiwana za dużo gorsze rzeczy, niż nielegalne prowadzenie auta.
- Nic dziwnego, że jej ulubioną porą roku jest jesień. Gdy spora część osób popada w otępienie i smutek, żegnając się ze słonecznym ciepłem lata, Maysilee czuje się jeszcze bardziej żywa. Każda pora roku jest dla niej na swój sposób piękna i wartościowa, choć od jakiegoś czasu nie przepada za zimą. Nie może zbyt wiele poradzić na to, że akurat ta pora roku kojarzy jej się wyłącznie ze stratą i przywołuje wspomnienia, które - choć dobre i drogocenne - nadal powodują niewidzialną gulę w jej gardle.
- Wbrew słyszanym opiniom, że to dosyć obciachowe, uwielbia typowe disco. Gustuje też w country, bo... Czemu nie?
- Nie była chorowitym dzieckiem, jednak znaczną większość czasu nadal spędała w gabinecie pielęgniarki, skąd wzięła się w niej także chęć do pomagania innym ludziom. Przy takiej ilości wychowanków, opiekunki zwyczajnie nie mogły poświęcić każdemu dostatecznie dużo uwagi, a ona naprawdę potrzebowała miłości, więc robiła wszystko, by zdobyć jej chociaż odrobinę. Oczywiście, wykwalifikowana medycznie kobieta, mająca zresztą także gromadkę własnych dzieci, dosyć szybko zorientowała się w szatańskim planie Griffith, ale praktycznie do samego końca udawała, że było inaczej. Odnalazły wspólny język, naprawdę się dogadując.
- Jeździ na łyżwach, rolkach i wrotkach. Aktualnie już zdecydowanie mniej pokracznie, choć przez naprawdę długi czas nie miała możliwości wykorzystywać tych umiejętności. Dopiero przeniesienie się do miasta i próba dania sobie rady na własną rękę sprawiły, że... Cóż, rolki całkiem nieźle nadają się do rozwożenia posiłków po sporej sali w kiepskim, przydrożnym barze, w którym się zatrudniła.
- Nie umie posługiwać się bronią, jednak okoliczności sprawiły, że nauczyła się dosyć dobrze radzić sobie w bezpośrednim starciu. Jak na małą i lekką osobę, ma dosyć dobry prawy sierpowy, korzysta także z naturalnej zwinności i szybkości.
- Ma naprawdę duży antytalent do korzystania z wszelkiej elektroniki. No, dobrze - łatwo podłapuje najróżniejsze nowinki techniczne, jest dobra w ich intuicyjnej obsłudze, ale... One zdecydowanie jej nienawidzą, psując się na potęgę. Częściowo przez jej własne roztargnienie i nieuwagę, jednakże w sporej mierze tak po prostu... Ot, same z siebie.
- Jeśli chodzi o jej biologiczną rodzinę, wie tylko tyle, że najprawdopodobniej jest dzieckiem młodej pary imigrantów, którym nie spełnił się ich amerykański sen. Tak przynajmniej słyszała, napotykając jednak niewidzialną ścianę, gdy usiłowała dowiedzieć się czegoś więcej.
- Mówi po hiszpańsku, zna też kilka typowo tanich zwrotów - składających się z zaledwie paru potrzebnych słów - po niemiecku, francusku, rosyjsku i polsku. Niczym handlarze roku sprzedający najtańsze chińskie zabawki pod atrakcyjnymi punktami turystycznymi, częściowo na tym żeruje. Napiwki same się nie zarobią, nie?
- Jest fatalną kucharką. Przypala dosłownie wszystko, nawet wodę na herbatę. Nigdy nie miała prawdziwej okazji, by nauczyć się czegokolwiek, co byłoby związane ze sztuką kulinarną, choć nie oznacza to, że nie ma na koncie własnych przepisów. Do tej pory czuje słabość do jednego wyjątkowego dania - zapiekanki z frytek, solonego śledzia, chrupek kukurydzianych do złudzenia przypominających styropian oraz ketchupu z McDonald's. Nie była to może zbyt dobra wyżerka, ale... Przywołuje wspomnienia.
- Tak naprawdę, obecnie ma dwie osoby, na których wyjątkowo mocno jej zależy. Obie powiązane z przeszłością, obie związane z jej kulawym życiem uczuciowym, obie, które w pewien sposób ją zraniły, obie, na których nadal jej zależy... I obie, które zdecydowanie lepiej radzą sobie bez niej. Przykre, prawda? Witamy w dorosłym życiu, gdzie wszystko jest trudne i niejasne, ale... Hej, przynajmniej dzisiaj świeci słońce.