Lewis Morrison

urodzony 31.10.1989 roku w Bostonie w stanie Massachusetts, mieszka Seattle od czterech lat, przynależy do niezrzeszonych, zarabia jako diler, okazjonalnie zajmując się fałszerką dokumentów, wizerunku użycza Aaron Taylor Johnson
historia
Mówią, że środkowe dzieci mają najgorzej, że nie poświęcana jest im dostateczna ilość uwagi, że ich rodzice są nieustannie rozdarci pomiędzy buntem starszaków i wychowywaniem młodziaków tak, aby w przyszłości uniknąć powtórki z rozrywki i... Cóż, być może coś w tym jest, jednak - mniej lub bardziej szczęśliwie - muszę przyznać, iż moja rodzina nigdy nie była do tego stopnia standardowa. I jeśli w tym momencie ktokolwiek pomyślałby o jakiejkolwiek utopijności, szczęściu i Reese's Pieces spadających z nieba... Zajebista, naprawdę zajebista wyobraźnia, ale nie tędy droga.
Zacznijmy więc może nieco inaczej. Jako drugie dziecko, wówczas już dziewiętnastoletniej, Amerykanki hiszpańskiego pochodzenia i gringo, którego mutacja musiała najwyraźniej dawać mu możliwość regularnego znikania i pojawiania się po dwóch, no, może trzech latach. Mój starszy brat miał wtedy niespełna trzy lata, a siostra... Siostry nie było nawet w planach. Cóż, czysto teoretycznie - żadnego z nas nigdy w nich nie było.
Mimo tego, na żadnym etapie życia, otwarcie nie winiliśmy matki za jej kochliwość czy skłonność do znajdowania prawdopodobnie najbardziej niewłaściwych mężczyzn, jacy tylko znaleźli się na jej drodze. Taka już była i nawet jej restrykcyjny ojciec nie potrafił zbyt wiele z tym zrobić, choć niewątpliwie nie przeszkadzało mu to w podejmowaniu kolejnych prób.
Być może by mu się to udało. Być może kiedyś postawiłby na swoim, sprowadzając córkę na dobrą drogę i ciesząc się z zięcia, jakiego jej znalazł. W końcu nawet wydał ją za mąż - na tyle późno, by zdążyła urodzić dziecko narzeczonego, jednak na tyle wcześnie, by ludzie z naszego otoczenia nie gadali zbyt wiele.
Miałem wtedy pięć lat, nosiłem najbardziej niewygodne spodenki od miniaturowego garniturku, jakie przyszło mi założyć i... Byłem zafascynowany. To był najprawdziwszy ślub z pompą. Stoły uginające się od ciężaru jedzenia, głośna muzyka grana na żywo, kolorowe światła, piękne stroje, tańce, zabawa i fajerwerki. Imponujący pokaz na rozległym, ciemnym niebie.
To był wspaniały moment na to, żeby wykonać te trzy strzały. Dwa celne, choć nie do końca trafione, jeden chybiony. Ponoć moja matka wcale nie musiała zginąć. Nie miała zginąć. Po prostu stała w złym miejscu, nieświadomie przyjmując kulkę przeznaczoną dla swojego brata, kiedy postanowiła tak ochoczo go uściskać. Mimo tego, to była wyjątkowo czysta robota. Równie czysta, jak ta, którą wykonali przyjaciele dziadka, mszcząc się na zamachowcu i odsyłając go w paczce... Ot, na pamiątkę ludziom, którzy go wysłali.
To był straszny widok, jednak z czasem wszyscy zaczęliśmy się do takich przyzwyczajać, pozostając na wychowaniu u ojca matki - handlarza ziołami, herbatami i przyprawami, który poza pracą zajmował się także przemytem paczek drogą wodną do i z Europy.
Życie pod jego opieką nie było łatwe, jednakże nie mogliśmy narzekać. Poza twardym, bardzo restrykcyjnym wychowaniem, zapewniał nam naprawdę dużo możliwości. Czy to edukacyjnych, czy też jakichkolwiek innych. Najważniejsze było to, by w zamian szanować jego autorytet i reguły grupy - gangu - do którego przynależał, a do którego my także mieliśmy dołączyć.
Prócz tego jednego elementu naszego życia, jaki był już z góry ustalony, mieliśmy praktycznie wolną drogę. Mój brat wykorzystał ją, aby spróbować swoich sił w karierze tatuażysty. Siostra? Siostra... Cóż, przez długi czas błądziła i zmieniała zdanie, bo mogła. Ja sam zacząłem natomiast robić w... Informatyce. Tak, dokładnie tak - zbliżając się do pełnoletności, byłem zagorzałym komputerowcem. Być może nie do końca typowym, jednak spełniającym większość nieoficjalnych kryteriów związanych z byciem mózgowcem. Bardziej cool, a jednak wciąż.
Zdecydowanie nie byłem przy tym duszą towarzystwa, obierając taktykę dystansowania się od większości ludzi, zamiast podejmowania dalszych prób wyjaśnienia tego czegoś, co tkwiło we mnie prawdopodobnie już od tamtego nieszczęsnego wieczoru, kiedy straciłem część rodziny. To nie był czas, gdy temat mutantów pojawiał się na czołówkach każdej możliwej gazety. Byłem szczęściarzem, że nikt niepowołany nie odkrył mojego talentu, z którego korzystałem wtedy bardziej wbrew własnej woli, niżeli z chęci niesienia pomocy.
Kiedy zaś ostatecznie zrozumiałem, że nie mogę się go pozbyć, postanowiłem skorzystać z pozornie najprostszej możliwej opcji. Zamiast czekać aż ktokolwiek z gangu - co gorsza, być może nawet mój własny dziadek - połapie się w całej sytuacji, postanowiłem wyjechać. Wiedziałem jednak, iż nie pozwolono by mi na podróż w przypadkowym kierunku, zatem powołałem się na najmocniejszy możliwy argument - chęć zemsty.
Tak oto, wyjeżdżając z chłodnawego, raczej pochmurnego Bostonu, trafiłem do słonecznego Albuquerque, spędzając tam kilka kolejnych lat życia. Nie zostałem informatykiem, nie spróbowałem sił w grafice - tym zajmowałem się wyłącznie hobbystycznie, jednocześnie wkupując się w łaski miejscowego gangu i parając się dilerką. To nie była ta wymarzona przyszłość, ale nigdy na nią nie narzekałem. Pozwoliła mi stać się tym, kim jestem teraz. Człowiekiem, który tak właściwie nigdy nie odciął więzów łączących go z żadnym z bractw, który nie dokonał wymyślnej zemsty, ale mimo to wyrwał się z pustynnego stanu... Podążając do Seattle, kiedy prawda o mutantach wyszła na jaw i kiedy inni posiadacze genu X - mniej lub bardziej powiązani z towarzystwem - postanowili wycofać się z tych terenów.
To pod samym nosem D.O.G.S. wyniuchałem szansę na biznes i bogatą przyszłość, zaczynając od drobnostek, kończąc zaś na naprawdę grubych akcjach. Nie jestem materiałem na członka Bractwa, choć znam wielu mutantów, którzy są nim zainteresowani. Nie kusi mnie także przynależność do Rebelii, ponieważ patrzę na siebie raczej w kryteriach najemnika.
Jeśli ktoś przystaje na moje stawki, jestem skłonny wykorzystać własną moc. W innym wypadku? Nie pomagam, nie widzę w tym najmniejszego sensu. Trwająca wojna nieustannie zbiera swoje żniwo, ocalenie jednej osoby nie jest wielką zmianą. Ocalenie jednej osoby kosztem innej? Żadną. A do poświęceń jakoś nie mam skłonności...
charakter
Levi jest... Skomplikowany - to właśnie w tym jednym słowie można zawrzeć praktycznie wszystko, co składa się na jego niezmiernie dupkowaty charakter. Mimo wszelkich starań, jak i wielokrotnie dawanych szans, mężczyzna nigdy tak naprawdę nie wyszedł na dobrą drogę.
Jest wręcz wzorowo niewzorowym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Można nawet pomyśleć, iż bycie najbardziej aroganckim gnojkiem chodzącym po tej planecie stanowi dla niego coś w rodzaju życiowego wyzwania, które nieustannie podejmuje. Wiele osób twierdzi, iż jest zakłamany, nielojalny, interesowny czy też nie istnieje dla niego ktokolwiek, komu okazywałby szczery szacunek.
O zgrozo, mimo wszelkich wad, Morrison ma także wyjątkowy talent do owijania sobie ludzi wokół palca. Jest manipulantem nie tylko na płaszczyźnie zawodowej, lecz także na każdej innej. Bywa czarusiem i łamaczem niewieścich serc, co przychodzi mu równie instynktownie jak oddychanie. Sam, jak do tej pory, pozostaje kompletnie niepodatny na porywy serc, co w zupełności mu odpowiada. Wpierw interesy, później interesy, na końcu zaś - niespodzianka - jeszcze więcej interesów.
A! I nie lubi małych, słodkich szczeniaczków...
opis mocy
Transfer obrażeń (moc jednopoziomowa: do 100%)
- Levi jest w stanie zabrać praktycznie każde
nabyte obrażenie fizyczne. Działa to wyłącznie pod wpływem dotyku - najczęściej dłoni, choć w bardziej skrajnych przypadkach zdarzyło mu się odebrać je na przykład podczas kontaktów intymnych. Nie wie, od czego dokładnie to zależy, stawia jednak na ładunek emocjonalny. Nie jest w stanie przejmować chorób czy wrodzonych ułomności. Nie może także operować zaleczonymi lub częściowo zaleczonymi ranami. Muszą być one stosunkowo świeże, a w przypadku poważniejszych z nich - nie starsze niż tydzień.
- Czas takiego transferu jest w dużej mierze zależny od powagi sytuacji. Znacznie prościej i szybciej jest przejąć skaleczenie niż mocno krwawiącą ranę postrzałową. Maksymalnie jest w stanie działać przez
5 postów przy jednoczesnym zestawieniu ich z
1 - 5 postami odpoczynku.
- Jakiekolwiek działanie wymaga naprawdę poważnego skupienia na tym, aby przejąć lub oddać konkretną ranę, gdyż w wypadku jego braku możliwe jest przypadkowe odebranie czegoś zupełnie innego (szanse na powodzenie wynoszą obecnie około 2/3) albo całkowite niepowodzenie (szanse na powodzenie są zmienne w zależności od skupienia oraz sytuacji).
- Przeniesione na niego obrażenia zachowują się tak, jakby zostały przez niego nabyte. Nie zaleczają się, mężczyzna odczuwa wszelkie ich skutki, w najgorszym przypadku mogąc nawet umrzeć, jeżeli w porę nie przetransferuje ich na kogoś innego.
- W zależności od stopnia obrażeń, mężczyzna ma określoną - w postach - ilość czasu na pozbycie się ich z własnego ciała:
- W lżejszych przypadkach - zadrapaniach, skaleczeniach, nieznacznych oparzeniach czy odmrożeniach itp. - jest to maksymalnie 7 postów.
- Natomiast cięższe - poważne uszkodzenia żył, postrzały, złamania otwarte itp. - pozwalają wyłącznie na 2 posty: jeden z zakończeniem przejęcia, kolejny z przekazaniem obrażeń komuś innemu.
- Średnie - złamania bez zagrożenia życia itp. - pozostawiają czas do 4 postów i są zależne od konkretnego przypadku.
- Transfer działa wyłącznie jednokrotnie, co oznacza, iż Levi jest w stanie wyłącznie raz przenieść konkretne obrażenie na zasadzie schematu:
X ----przekazanie----> Lewis ----przekazanie----> Y lub ponownie X
- Morrison
nie jest w stanie przekazywać obrażeń, jakie odniósł osobiście.
- Nawet w przypadku oddania ran, Levi jeszcze przez jakiś czas odczuwa ból z nimi związany. To zaś sprawia, iż środki przeciwbólowe są jego najlepszymi przyjaciółmi.
- Do skutków ubocznych można także zaliczyć:
a) wyjątkową nadwrażliwość skóry w miejscach, w których kiedykolwiek miał rany,
b) powracające i czasowo utrzymujące się bóle - nachodzące go nawet dekadę po zajściu,
c) samoistnie otwierające się rany na dłoniach i plecach,
d) napady paranoi i podejrzliwości związane z lękiem przed nieświadomym, niechcianym przejęciem czyichś ukrytych obrażeń,
e) chwile całkowitego braku panowania nad mocą, możliwość błyskawicznego transferu przy jednoczesnej niemożności pozbycia się jego skutków,
f) stopniowa niewrażliwość na środki blokujące lub otępiające ból,
g) silne migreny, nadwrażliwość na światło i zapachy,
h) tworzące się zakrzepy żylne.
ciekawostki
- Jak przystało na typowego gangstera, posiada dosyć sporą kolekcję tatuaży - jednych bardziej, drugich mniej udanych. Do tych ostatnich z pewnością wlicza się krzywo, a przy tym także własnoręcznie, wydziarane nazwisko Kurta Cobaina na lewym łokciu. Cóż, miał wtedy czternaście czy piętnaście lat i był taaakim twardzielem. Nie, nie przeszło mu. Z wiekiem było wręcz tylko coraz gorzej.
- Utworzenie Dzielnicy Ochrony Mutantów, pomimo licznych kłopotów za tym idących, okazało się być całkiem niezłą okazją do wycofania się z innych szemranych dzielnic miasta i przeniesienie interesów do getta. Od tego czasu zdążył już stworzyć całkiem niezłą siatkę powiązań, skutecznie rozprowadzając towar wśród zdesperowanych i uwięzionych ludzi z aktywnym genem X.
- Z nikim ze swoich współpracowników nie zna się osobiście. Funkcjonuje między nimi wyłącznie zwięzła, pisemna komunikacja. Anonimowość jest w końcu naprawdę istotna - to ten rodzaj wiedzy, jaki wyniósł ze swojego matczynego gangu.
- Pomimo ciągłej przynależności do tego ugrupowania, nie wyznaje zbyt mocnych wartości. Wręcz przeciwnie, ich krzewienie zazwyczaj niespecjalnie go obchodzi. Oczywiście, o ile nie widzi w tym zysku. Nie ukrywa, iż jest wyjątkowo interesownym człowiekiem.
- Tak właściwie, pierwotne nazwisko jego rodziny - tej od strony matki - brzmi Moratinos, jednak jego prapradziadek postanowił zmienić je z chwilą osiedlenia się w kraju, który miał zapewnić dobrobyt jego rodzinie. Nie do końca wiadomo, czemu padło na Morrison, ale tak już pozostało.