Brad nie mógł jej odpowiedzieć na wszystkie wątpliwości, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że sam był w szoku. Sytuacja była nowa i rzadko się zdarzało, żeby gen X aktywował się tak późno. No ale rzadko nie znaczyło niemożliwe. Musieli po prostu zaakceptować nowy stan rzeczy i jakoś się z tym oswoić. Brad zaczął już myśleć nad treningiem. Jeśli potrafiła po prostu się teleportować to we wstępnej fazie będzie potrafił jej pomóc, bo sam też to potrafi.
- Wiem, że to nowe doświadczenie i na dodatek objawia się w najgorszej chwili jaka może być. Tak to właśnie przebiega, ale dasz sobie radę. Masz mnie, pomogę ci - powiedział i uklęknął przy niej, chwytając za jej dłoń. Chciał jej jakoś pomóc w okiełznaniu uczuć, ale akurat z tym musiała sobie poradzić sama.
- Na początku moc aktywuje się w czasie skrajnych emocji, dlatego postaraj się trzymać nerwy na wodzy. Na ile to możliwe - wiadomo, że nie było to proste, a tym bardziej przyjemne, ale musiała to zrobić, jeśli nie chciała teleportować się w środku miasta i skończyć w rękach DOGS.
- Od teraz musisz bardzo uważać, żeby nie użyć mocy publicznie, bo będą cię ścigali - ostrzegł ją jeszcze, bo niby logiczne, ale pewnie teraz o tym nie myślała.
Nie wiedział czy potrzebuje przestrzeni czy bliskości, dlatego póki co po prostu klęczał, trzymając ją za rękę.
Annie jakoś ciężko było przyjąć to do wiadomości. Nie była pewna czy uda jej się oswoić z tą myślą. Przynajmniej na razie tak było. Cały czas nie odzywała się tylko obserwowała Brada od momentu gdy chwycił ją za rękę. Wiedziała, że musi uważać, by jej nie złapali, ale z drugiej strony, trzymanie nerwów na wodzy? To nie koniecznie miało prawo się udać. Zwłaszcza, że czekał ją pogrzeb brata... Nie miała żadnej pewności, czy uda jej się być wtedy spokojną i opanowaną.
-Nie wiem czy mi się to uda Brad...
Tylko tyle na razie potrafiła z siebie wydusić. Jednak po dłuższej chwili ponownie spuściła wzrok po czym przytuliła się do niego.
-Możesz zostać na noc? Nie chcę zostać sama... Nie dzisiaj....
Poprosiła. Wiedziała, że będąc sama w tym mieszkaniu, na pewno się ani nie uspokoi, ani nie zaśnie. co najwyżej coś by sobie zrobiła. Jednak pomimo tego wszystkiego co dzisiaj miało miejsce, cieszyła się, że Brad przy niej jest. Zdawała sobie sprawę z tego, jakie to ma szczęście mając takiego przyjaciela jakim jest Bradley.
Na pewno uda jej się oswoić z tą myślą. Każdy mutant przechodził te chwile grozy, kiedy wydawało mu się, że świat staje na głowie i nie ma dla niego ratunku. Anna jest dorosłą kobietą, już w jakimś stopniu wykształtowaną. Gdy on został mutantem był dzieckiem i nie był zdolny do kontroli własnych emocji.
Wiedział, że sobie poradzi. Z jego pomocą oczywiście, bo nie zamierzał jej zostawić z tym wszystkim. A czyjaś pomoc w takiej sytuacji była bardzo ważna.
- Uda się. Pomogę ci. Jeśli będzie kryzysowa sytuacja to podam ci mutazynę, żeby chwilowo stłumić moce - co prawda nie było to rozwiązanie permanentne i doskonale o tym wiedział. Na razie jednak chciał jej przekazać, że mają wstępny plan działania.
- Pewnie, zostanę ile będziesz potrzebowała - obiecał i pogłaskał ją uspokajająco po głowie.
- Chodź, wróćmy na kanapę - powiedział spokojnie i wziął ją za rękę. Musieli jakoś sobie poradzić.
Gdy tylko usłyszała o mutaznie, niemal od razu chciała zaprotestować. Jednak z drugiej strony, jakby się nieco bardziej zastanowić, chcąc uniknąć mutazyny, musi się bardziej postarać by kontrolować swoje emocje. Dlatego nie odpowiedziała na jego słowa.
-Dziękuję.
Cieszyła się, że zgodził się zostać. Na tą chwilę, w ogóle sobie nie ufała. Zwłaszcza teraz, gdy okazało się, że również jest mutantem.
Po chwili znów siedzieli na kanapie. Ann zgięła nogi w kolanach i objęła je rękoma. Starała się wszystko ułożyć w głowie.
-Co dalej?? Jak nad tym zapanować?
Spytała spoglądając na niego. Był jedyną bliską jej osobą która jakoś mogła jej pomóc. Bądź chociaż nakierować na odpowiedni tor. Na Viggo nie mogła liczyć bo jego też gdzieś wcięło. Resztę znajomych Colta, znała tylko przelotnie. A sam Colt.... wiadomo...
Mutazyna to ostateczność i też nie chciał tego używać, ale jeśli nie będą mieli wyjścia to warto się zastanowić. Przecież to zawsze lepsze niż zdemaskowanie się przed ludźmi.
- Za nic nie musisz mi dziękować, rozumiesz? - powiedział stanowczo. Była jego przyjaciółką, została z nim mimo wszystko co zrobił i nie oceniała go. Zwyczajnie ją kochał i mógłby powiedzieć, że jak siostrę, ale biorąc pod uwagę ich pogłębioną o seks relację byłoby to nieco patologiczne. A ich relacja taka przecież nie była.
Nie dziwił się, że była w takim stanie. Wiedział jakie to trudne, przecież sam przez to przechodził. Miała szczęście, że jej moc nie była ofensywna, więc przynajmniej mogli wykluczyć niekontrolowane ataki na innych. Ale za to mogła zagrozić samej sobie, bo po pierwsze mogła się łatwo zdemaskować, a ponadto mogła się teleportować w jakieś niebezpieczne miejsce albo utknąć w ścianie.
- Musisz ćwiczyć, powoli zaczniesz się kontrolować - powiedział pewnie. Wszystko wymagało praktyki, ale jak już nad tym zapanuje to będzie w stanie robić niezwykłe rzeczy.
- Też potrafię się teleportować. Będę ci umiał pomóc, żeby skutecznie trenować - uśmiechnął się do niej pocieszająco. Początki są ciężkie i naprawdę martwił się o nią, skoro cały czas będzie w pobliżu ludzi.
- Myślę, że powinnaś wstąpić do bractwa. Pomogliby ci i miałabyś na kim polegać. Tam takie wypadki niekontrolowanego użycia mocy są na porządku dziennym - chciał dla niej jak najlepiej, dlatego przedstawił jej swoją propozycję. Obecnie była w kryzysie, ale będzie tylko lepiej.
Westchnęła lekko.
-Niby nie muszę. Ale chcę. Tylko Ty mi zostałeś....
Odpowiedziała. Mimo, że wiedziała, że Brad nie chciał by mu dziękowała czy przepraszała, ale ona czasem czuła, że musi to zrobić. Czuła się lepiej gdy mogła mu podziękować. Był dla niej ważny. Zawsze był przy niej gdy tego potrzebowała. A i tak czasem miała wyrzuty sumienia, gdy ten ją tak wspierał, był przy niej cały czas, przez te wszystkie lata a nie miała nigdy okazji mu podziękować tak po prostu, za to że jest.
Chciała odwzajemnić jego uśmiech, jednak nie była w stanie. To wszystko przygnębiało ją do tego stopnia, że miała wrażenie, że cała radość jaką jeszcze kilka godzin temu miała w sobie, wyparowała. Przytuliła się do niego jedynie. Jednak gdy tylko usłyszała o bractwie, odsunęła się i spojrzała na niego.
-Do bractwa??
Jakoś nie mieściło jej się to w głowie, aby mogła dołączyć do bractwa, czy gdziekolwiek. Niby gdy jej brat jeszcze żył, była otoczona mutantami, jednak jak tylko sama stała się jednym z nich, czuła jakby ogarniał ją lekki strach. Nagle miałaby spędzać z nimi jeszcze więcej czasu? Nie wiadomo z kim, z jakimi mocami... Chyba z momentem uaktywnienia się u niej genu x, strach miał jej towarzyszyć już przez cały czas.
- I nigdzie się nie wybieram. Możesz na mnie polegać - powiedział, głaszcząc ją po głowie. Chciał ją jakoś uspokoić i miał nadzieję, że jego dotyk chociaż w jakimś stopniu będzie dla niej kojący. Wiadomo, że bliskość drugiej osoby była pocieszająca, ale w tej sytuacji było trudniej, bo śmierć brata to wielka tragedia. Współczuł jej bardzo i chciał jej pomóc. Zrobi wszystko, żeby ułatwić jej ten proces żałoby, oczywiście jeśli mu na to pozwoli.
Nie dziwił się i nie oczekiwał, że będzie się uśmiechać. Wiadomo, że nie była w stanie. Bolał go widok jej w tym stanie. Chciałby zabrać jej cały ból i przelać na siebie. On przeżył już dużo, więc dodatkowa dawka nie będzie dla niego załamująca. Nie można to powiedzieć o delikatnej dziewczynie.
Przycisnął ją do siebie, gdy się do niego przytuliła. Widział jej zaskoczenie, gdy wspomniał o bractwie, a na jej pytanie kiwnął potakująco głową.
- Tak, tam jest więcej takich osób jak ty, więc czułabyś się raźniej. Mogłabyś ćwiczyć moc z bardziej doświadczonymi mutantami - mówił o pozytywnych aspektach takiego przejścia. - Pomyśl o tym i podejmiesz decyzję w swoim czasie.
Nie zamierzał jej namawiać ani przekonywać. Mógł jej sam pomagać, ale sądził, że lepiej by jej zrobiło, gdyby była "wśród swoich".
Słysząc jego słowa przymknęła oczy wtulona w niego.
-Ale ja będę musiała... Poprosiłam by przetransportowano jego zwłoki do Vancouver...
Powiedziała spoglądając na niego jakby chcąc sprawdzić jego reakcję. Zastanawiało ją, jak zareaguje, zwłaszcza, że straciła brata przez co dopiero co uaktywniła się jej moc a tu już miałaby jechać do Vancouver pochować brata. Jednak nie miała pojęcia, że sprawy się tak potoczą. Chciała pochować brata jako Logana a nie jako Coltona. Dodatkowo miał spocząć obok matki.
-Pomyślę...
Obiecała. Choć wolałaby, przynajmniej na razie, by pomagał jej Brad. Choć może z drugiej strony było to dobre wyjście? Nie pytała na razie o nic więcej odnośnie bractwa. Chwilowo była pewna jednego. Od teraz jej życie się diametralnie zmieni. Wszystko stanęło na głowie w przeciągu zaledwie sekundy.
- Jestem przy tobie, nie bój się - szeptał do jej ucha, tuląc ją w ramionach. Nie wiedział jak ją pocieszyć. Nie mógł. Mógł tylko zapewniać o jego wsparciu i że jej nie zostawi na pastwę losu.
- Chcesz coś na uspokojenie? - zapytał, głaszcząc ją po dłoni. Mógł jej podać tabletki, po których po prostu pójdzie spać. Byłoby to chyba najlepsze rozwiązanie. Jak obudzi się rano to będzie trochę lżej. Przynajmniej będzie wypoczęta. A obecnie? Była zmęczona, przytłoczona i zdenerwowana. Chciał jej ulżyć, ale nie potrafił. Mógł ją na tę chwilę tylko położyć do łóżka i zostać z nią, żeby czuła się bezpiecznie. Na resztę rzeczy był całkowicie bezradny.
- Niewiele mogę zrobić Ann, ale obiecuję, że ci pomogę - powiedział jeszcze. sytuacja była ciężka, ale do przejścia. Potrzebowała przede wszystkim czasu i cierpliwości, żeby się z tym oswoić i żeby nauczyć się nad sobą panować. A przede wszystkim nad mocą, która była o tyle niebezpieczna, że bardzo łatwo mogła się ujawnić w miejscu publicznym.
Co do przejścia do bractwa to oczywiście mogła myśleć ile potrzebowała. On zaakceptuje każdą jej decyzję, chociaż nie może przeprowadzić się do innego miasta, więc jeśli zdecyduje się wyjechać to nie będzie w stanie jej pomóc. A chciał pomóc.
Wszystko ją dobijało. Czuła się kompletnie bezradna. Niby wcześniej miała tą świadomość, że gen X może uaktywnić się u każdego, o niemal każdej porze dnia i nocy. Jednak nie brała pod uwagę siebie samej.
Pokiwała przecząco głową. Nie chciała brać żadnych leków. Zwłaszcza, że nim Brad się pojawił, wypiła trochę wódki. Gdyby na to wszystko łyknęła jeszcze leki które zwykle brała na uspokojenie, mogłoby się to skończyć tragicznie.
Nie wie ile czasu minęło, ale w pewnej chwili zaczęła coraz bardziej odczuwać brak sił. W pewnym momencie po prostu odpłynęła.
On też w życiu by nie podejrzewał, że Ann jest mutantem. Niby wiedział, że jej brat posiada gen X i było prawdopodobieństwo, że ona również go posiada, ale z drugiej strony nie jest to żadna zasada i nie musiała być mutantem.
Ale okazało się, że jednak jest. Był równie zaskoczony co ona, ale to tylko potwierdzało jego wersję. Nienawidził ludzi, ale Ann była jego przyjaciółką i zależało mu na niej. Myślał, że jest jego wyjątkiem od reguły, ale ostatecznie nie ma żadnych wyjątków. Jednak nienawidzi wszystkich ludzi.
Nie chciała tabletek i może po alkoholu faktycznie nie było to rozsądne. Co prawda on by wziął, ale jej nie zamierzał wciskać. Wypiła więcej alkoholu i po jakimś czasie po prostu usnęła. Poczekał chwilę, aż zapadnie głębiej w sen, żeby jej przypadkiem nie obudzić. Posprzątał trochę w pokoju, powynosił szklanki i alkohol do kuchni. Potem delikatnie wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. Ułożył ją na łóżku i przykrył kołdrą. Zrobił to najdelikatniej jak tylko potrafił.
Sam też zamierzał się położyć, bo obiecał, że jej nie zostawi, a przecież nie będzie spał na kanapie ani gdziekolwiek indziej. Jeszcze obudzi się w nocy i pomyśli, że ją zostawi. Ostatnie czego chciał to niekontrolowane użycie jej mocy.
Wobec tego ściągnął koszulkę, spodnie i skarpetki, pozostając w samych bokserkach i położył się na łóżku obok niej. Przysunął się do niej, żeby czuła jego bliskość, ale nie obejmował jej, żeby nie poczuła się osaczona. To aż dziwne, że mężczyzna aż tak myślał o jej uczuciach, ale ich relacja naprawdę była bliska.
Z tego wszystkiego nawet nie wiedziała kiedy zasnęła. Nie przebudziła się nawet gdy przenosił ją do łóżka. Jednak Brad był tą osobą której teraz potrzebowała. Wiedziała, że będzie mogła mu się wypłakać nawet niewiele się odzywając. A on po prostu był i to wszystko znosił.
Spała z pozoru bardzo spokojnie. Jednak to co działo się w jej głowie podczas snu było nie do opisania. Cały czas w kółko ta masakra w Olympii i widok brata w kostnicy. Było to jak najgorszy koszmar. Aż w pewnym momencie przebudziła się dość gwałtownie. Rozejrzała się szybko po pomieszczeniu. Gdy tylko zauważyła leżącego obok Brada, wtuliła się w niego po prostu i starała się ponownie zasnąć. Czuła, że przed nią ciężka noc.
Ich relacja nie zawsze była prosta, ale fakt był taki, że zawsze mogli na siebie liczyć. I to było piękne w ich relacji i dlatego zawsze do siebie jakoś wracali mimo przerw i prób, które na nich w życiu spadały. On znosił jej humory i ciężkie dni tak jak ona znosiła jego. Wspierali siebie nawzajem i Brad miał naprawdę duże pokłady cierpliwości do niej. Niewiele jest osób na ziemi, które miały u niego takie "fory".
On miał całkiem dobry sen, chociaż w nocy raz się obudził, gdy poczuł ją blisko. Wiedział tylko, że nagle się w niego wtuliła, więc pocałował ją w głowę i zacisnął wokół niej ramiona, mając nadzieję, że dzięki temu poczuje się nieco bezpieczniej.
Gdy obudził się rano, za oknem wstawał już nowy dzień, a słońce leniwie wdzierało się do pomieszczenia. Nadal miał ją w swoich ramionach, ale nie wiedział, czy tak spali od środka nocy, czy kobieta jeszcze w międzyczasie się budziła i poprawiała. Jej bliskość była też kojąca dla niego, więc leżał tak dalej, nie chcąc jej obudzić. Powinna odespać wszystkie te negatywne emocje.
Sam patrzył się w sufit i analizował swoje życie i wszystkie błędy jakie popełnił, a także konsekwencje swoich czynów. Co mógł zrobić lepiej, co go przerosło, a co olał i źle na tym wyszedł.
Co dodatkowo było dobre w ich relacji to to, że mimo, że się tak dobrze znali, dogadywali i dopasowali do siebie wzajemnie, to i tak żadne z nich nie próbowało robić z tego związku. Ani Anna tego nie chciała ani Brad. A niby mówią, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje.
Część nocy Ann przespała spokojnie. Jednak do pewnego momentu, budziła się dość często. Błogi sen skończył się w momencie gdy tylko słońce wdarło się do pokoju. Zauważyła, że Brad już też nie spał.
-Hej...
Powiedziała cicho wciąż się do niego tuląc.
-O czym myślisz?
Miała cichą nadzieję, że w ten sposób oderwie jakoś swoje myśli od dnia poprzedniego. Zwłaszcza, że wciąż chciało jej się płakać na myśl o Coltonie.
Brad generalnie nie bawił się w związki. Dla niego liczyła się zwykła, fizyczna przyjemność jaka płynęła z seksu. Uczucia odstawiał na bok. Miało to głębsze podłoże, ponieważ cierpienie towarzyszyło mu od wieku nastoletniego, więc obecnie związki i stres z tym związany czy ewentualne rozstania nie byłyby przyjemnym doświadczeniem. Dlatego wolał przygodny seks. Przyjaźń z Ann była odświeżająca i zależało mu na niej, ale jednak nadal odsuwał od siebie głębsze uczucia.
Gdy odezwała się cicho, wyrwała go z zamyślenia.
- Hej - odpowiedział, tuląc ją do siebie. Miał nadzieję, że czuje się przy nim bezpieczniej i odrobinę lepiej.
- Ja... o swoich błędach życiowych - odparł nieco zakłopotany. Nie chciał o tym mówić ani się zagłębiać w jego problemy. Nie lubił się zwierzać an zaglądać zbyt głęboko w swój umysł.
- Masz ochotę dziś coś porobić? Możemy wyjść na miasto? Do kina? Albo cokolwiek chcesz - zaproponował, bo sam nie wiedział jak zachować się w takiej sytuacji. Chciał oderwać ją od przygnębiających myśli, ale nie był od tego ekspertem. Nie mógł udawać znawcę.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum