Soldier keep on marching on, head down till the work is done.
Geniusz
stały poziom opanowania mocy
Mózg i lider Bractwa
name:
William Hopper
alias:
Axon, Daniel Blake,
age:
27 lat
height / weight:
184/80
Wysłany: 2018-11-03, 17:43 No better version of me I could pretend to be tonight Multikonta: Shivali, Donny
Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Praca w Bractwie była naprawdę wymagająca, tak naprawdę można by ją nazwać pasmem niekończących się problemów. Hopper i Wallace sporo przeszli, ciągle dręczyła ich przeszłość, nie wspominając już o tym wszystkim co widzieli w tamtej wizji. Może Will nieźle funkcjonował, ale nie mogli zapominać, że cały czas umierał. Musiał brać leki, pilnować co je, ile ćwiczy, nie pić kawy... ale mimo wszystko, zdarzały się momenty, kiedy naprawdę nie musieli się tym przejmować. Żadnego umierania w swoich ramionach, mocy doprowadzających na skraj wyczerpania, nawet pracy wiszącej na karku. Można się odzwyczaić, huh?
A jednak, kiedy Hopper obudził się ze snu bez koszmarów, mając świadomość, że może zostać w łóżku i do późnego popołudnia - dopiero koło dziewiętnastej miał cokolwiek do zrobienia - czuł się naprawdę dobrze. Zwłaszcza, mając widok na smacznie śpiącą Wallace. Wyglądała całkiem uroczo. Dobrze, przyda jej się nieco snu, nie mówiąc już o tym, że to było dobre dla Obcego. Albo dla Obcej, dowiedzą się w grudniu. To była naprawdę dziwna myśl, a równocześnie czuł się z nią tak dobrze. Cholera, czy którekolwiek z nich by zgadło po pierwszym spotkaniu, że tak właśnie skończą i - jakby tego było mało - będą z tego faktu całkiem zadowoleni.
Nie musiał długo czekać, aż Wallace zaczęła powoli się budzić. Dopiero wtedy sięgnął do niej ręką, odgarniając jej włosy z twarzy.
- Cześć - powiedział cicho, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu. Cholera, co miał poradzić na to, że miał dobry humor?
Było… było zaskakująco dobrze. Matilde ciężko było uwierzyć w to jak bardzo ostatnimi czasy układało się w jej życiu. Okej, notorycznie nawiedzały ją koszmary, ciąża często dawała w kość, ale to nie było nic czego nie mogła przetrwać. Nie, kiedy obok siebie miała Willa. Oddychającego, żyjącego i w nienajgorszej formie. To wszystko wydawało się być tak cholernie nierealne… Ale nie chciała się z tego budzić. Z tego czymkolwiek to właściwie było. Po prostu… na ten swój sposób dziwny sposób, w standardach jakie znała było wręcz idealnie. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek właściwie będzie aż tak szczęśliwa jak przez ostatnich kilka miesięcy. Ba, jeszcze niedawno była wręcz przekonana, że ma już całe życie za sobą i nic dobrego na nią nie czeka. Teraz jednak… budziła się z całkiem przyzwoitego snu, w ciepłym łóżku i przy mężczyźnie, którego… cóż, którego kochała. Chyba właściwie nie mogło być lepiej. Czując dłoń Willa przy swojej twarzy, Matilde posłała mu delikatny uśmiech.
– Co ty tutaj jeszcze robisz? – spytała zachrypniętym od snu głosem. Nie miała zielonego pojęcia, która była godzina, ale zazwyczaj nie była przyzwyczajona do takich luksusów. W końcu Will był niesamowicie zapracowanym człowiekiem, dokładającym sobie mnóstwo dodatkowej pracy. I od tamtej dodatkowej pewnie znalazłby coś jeszcze bardziej dodatkowego. Tymczasem jednak wciąż wylegiwał się w łóżku i… huh. Nie miała zamiaru narzekać z tego powodu. I kiedy ręka Willa wciąż była przy jej twarzy, Matilde przekrzywiła głowę w bok, by delikatnie musnąć wargami skórę jego dłoni. Lubiła jego rozgrzaną skórę. Lubiła to jak pachniał. Właściwie, kiedy było tak spokojnie i dobrze, nie potrafiła nawet zrozumieć, dlaczego na początku tak bardzo go nienawidziła. Wallace nie spodziewała się jednak, że wykonując tak prostą czynność, to coś co było w niej tak gwałtownie się poruszy. Wciąż tak niesamowicie ciężko jej się było do tego przyzwyczaić…
– Poddaję się – stwierdziła po chwili, ale mimo słów jakie wypowiadała, jej twarz była niesamowicie rozradowana. – Za każdym razem jak tu jesteś, to zaczyna się popisywać.
- Korzystam z niemal-wolnego - odpowiedział dość wesoło. Gdzieś z tyłu głowy miał świadomość, że to się może szybko skończyć, koniec końców z dnia na dzień sytuacja robiła się coraz bardziej napięta. W każdej chwili wszystko mogło się posypać... ale nie chciał się tym na razie martwić. Na początku roku spodziewał się że w sierpniu będzie już od dobrego miesiąca głęboko w ziemi. Tymczasem za parę dni miał zacząć kolejny wyrwany śmierci miesiąc. Nawet w najbardziej pesymistycznym scenariuszu czekało go jeszcze kilkadziesiąt takich miesięcy, patrzenie jak jego dziecko dorasta... Cokolwiek miało się stać, on już wygrał.
Pewnie by się do tego nie przyznał, ale uwielbiał te ich momenty, kiedy po prostu spędzali czas razem i każde muśnięcie skóry zdawało się być takie istotne. Mógłby się skupić na każdym szczególe, fakturze jej ust, na jej poplątanych włosach... Delikatnie przejechał palcami wzdłuż jej kości policzkowej. Chyba od tego się zaczęło. Od tych wszystkich drobnych gestów, nad którymi nie mogli zapanować, to dopiero wtedy zmienili się w skończonych idiotów i zapomnieli o resztkach rozsądku. Może nawet jeszcze tam w jego mieszkaniu, kiedy myślał, że splatała z nim palce tylko po to, żeby go zirytować... Może coś w tym było.
Nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy wspomniała o Obcym. Prawa ręka jakoś sama mu wylądowała na jej brzuchu, o lewą oparł sobie głowę.
- Szpaner - stwierdził. - Masz to po tacie - dodał, bo w zasadzie... Hopper musiał przyznać, że czasami naprawdę nie musiał używać aż tak skomplikowanych słów i mimochodem przypominać wszystkim o tym, ile umiał. Ale bądźmy szczerzy, jego zdolności były całkiem fajne. Szkoda byłoby ich czasem nie pokazać, prawda?
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
– Wolnego, huh? – powtórzyła, podejrzliwie mrużąc oczy. Takie sytuacje nie zdarzały się zbyt często. Ba, takie sytuacje nie zdarzały się praktycznie w ogóle. Nic więc dziwnego, że Matilde było ciężko w to wszystko uwierzyć. – Takie słowo w ogóle istnieje w twoim słowniku? – dodała, nawet nie starając się zamaskować uszczypliwości, kryjących się za jej słowami. Ale hej, każda okazja, by dać mu do zrozumienia, że stanowczo za dużo pracował i nie poświęcał jej tyle czasu, ile by chciała (a, że chciała ciągle coraz więcej to już nie jej wina), była dobra. Każda. Teraz jednak, perspektywa wolnego, niesamowicie jej się podobała. Ba, Matilde – nawet jeśli, by tego chciała – nie była w stanie ukrywać szerokiego, uszczęśliwionego uśmiechu. W zasadzie, chyba nigdy wcześniej nie czuła się lepiej niż wtedy, kiedy był obok niej. Jak właściwie udawało jej się wcześniej funkcjonować? Wtedy, kiedy jego nie było obok? Myśli o tamtych czasach wydawały się być tak cholernie abstrakcyjnie, wręcz niemożliwe. Teraz była w stu procentach pewna, że gdyby nagle go zabrakło, nie byłaby dalej w stanie normalnie funkcjonować. Nie chciała jednak o tym teraz myśleć. Nie, kiedy jego delikatny dotyk zostawiał na jej skórze to przyjemne uczucie mrowienia. Matilde lekko przygryzła dolną wargę, nie spuszczając swoich roześmianych oczu z jego przystojnej twarzy.
– Och, mam ogromną nadzieję, że nie będzie tak irytujący, przemądrzały i dupkowaty jak ty – wyrzuciła, wykrzywiając usta w podkówkę. Właściwie, o wiele lepiej dla nich jeśli Obcy odziedziczy jej cudowny, pełen empatii charakter. – Czy to nie dziwne uczucie? – spytała po chwili. To wszystko wciąż było takie… takie nierzeczywiste. Jego dłoń na jej brzuchu, poruszający się w niej człowieczek i to jak bardzo oboje się z tego cieszyli. Matilde zaczęła delikatnie kreślić opuszkami palców kółeczka na jego przedramieniu. – Ty, ja i Obcy – doprecyzowała swoje pytanie.
Ostatnio zmieniony przez Matilde Wallace 2018-11-03, 22:30, w całości zmieniany 1 raz
- Tak, właściwie to mam całkiem sporo wolnego - zaczął niewinnie, pomimo uszczypliwości w jej głosie. Spuścił nieco wzrok i zaczął kreślić czubkiem palca wzorki na jej skórze. - Zwykle wychodzę wtedy z Bractwa i jadę do swojej kochanki, ale tym razem postanowiłem dać ci szansę - dokończył tym beztroskim tonem, dopiero po kilku sekundach podnosząc wzrok na jej twarz. Chciał zobaczyć jak dziewczyna zareaguje na to całe wyznanie, stuprocentowo na serio. Miałby ją oszukiwać w takiej sprawie? Niestety, nadeszła pora, żeby Wallace sobie uświadomiła, że trzymanie kogoś takiego jak Hopper tylko dla siebie to była prawdziwa strata dla całej ludzkości. Jednostek wybitnych nie dotyczyły prawa moralne zwykłych śmiertelników... a przynajmniej tak twierdzili Dostojewski i Nietzsche. Huh, ciekawe czy te wszystkie ruchy promutanckie właśnie w ten sposób usprawiedliwiały zamachy.
Naprawdę dobrze było oglądać taki uśmiech na twarzy Wallace. Od kiedy dobrze było oglądać co drugą rzecz którą robiła? Cholera, zmiękł... ale jakoś nieszczególnie mu to przeszkadzało. Kilka lat temu nie uwierzyłby że coś takiego jest dla niego jeszcze w ogóle możliwe, nie mówiąc już o sytuacji, kiedy dowiedział się ile czasu mu zostało... Naprawdę wiązał resztę swojego życia z tym związkiem, nie ważne ile mu go tak właściwie zostało i nie ważne jak absurdalnie optymistycznie to brzmiało. Po prostu Hopper zdawał sobie sprawę, że jakimś cudem udało im się znaleźć tę jedną osobę, która idealnie do nich pasuje. Nie mogli tego zepsuć.
- Nie ma co liczyć - stwierdził wesoło. We dwójkę doprowadzą ją do szału. Z jakiegoś powodu jego myśli zahaczyły pobieżnie o tamtą wizję i ich dziecko. - Z resztą, daj spokój, brakowałoby ci tego - dodał. Mogła udawać, że tego nie znosiła, ale obydwoje znali prawdę. Jego wzrok zjechał na jej brzuch, kiedy zadała to pytanie. Przejechał po nim dłonią. - Tak... - odpowiedział jej cicho. Jakim cudem udało im się zabrnąć w to miejsce? Mieć przyszłość? - Powinniśmy zacząć myśleć nad imieniem.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Słysząc słowa Hoppera, Matilde po prostu wywróciła oczami. Właściwie nawet mimowolnie otworzyła swoje usta, by wyrzucić z nich to jedno słowo, które tak idealnie pasowało do całej sytuacji. Jedno słowo, które wyrażało więcej niż tysiąc innych słów. Ale mimo wszystko udało jej się zatrzymać tego dupka w swoich myślach i nie być aż tak przewidywalna jak była zawsze. Hopper i kochanka? Och, proszę. Nie uwierzyłaby w to nawet za milion lat. – Przykro mi, że cię rozczaruję, kochanie. – zaczęła z wyraźnie słyszalnym sarkazmem w głosie, ostentacyjnie przy tym wzdychając. – Ale jesteś zbyt tragiczny, by ktokolwiek chciał cię przyjąć. W zasadzie masz niesamowite szczęście, że wykazuję skłonności masochistyczne i jestem w stanie cię znosić. – podsumowując, powinien ją wynieść na piedestał, czy coś. Matilde posłała temu dupkowi przeuroczy i wcale niezłośliwy uśmieszek, wzruszając przy tym ramionami. Nie wiedziała co właściwie chciał osiągnąć tymi słowami, ale miał po prostu pecha bo ufała mu jak nikomu innemu. I czuła się niesamowicie pewna w tym związku. Więc – meh. Mógł się postarać bardziej ze swoją niesamowicie marną prowokacją. Zwłaszcza, kiedy widziała jak na nią patrzył.
– Muszą istnieć jakieś szanse, że wygra los na loterii i wda się we mnie – odparowała, nie ściągając z twarzy tego typowego dla siebie zadziornego uśmieszku. Matilde wciąż tak delikatnie sunęła opuszkami palców po jego skórze, jednocześnie zdając sobie sprawę, że Hopper miał idealną fakturę skóry. Uwielbiała ją. W zasadzie chyba uwielbiała całego Williama Hoppera. Co się działo z tym światem, huh? Czy to już choroba psychiczna? – Twojego zachowywania się jak dupek? – powtórzyła z powątpiewaniem wznosząc brwi. Jak można było być tak pewnym siebie człowiekiem, huh? I jak tak można było mieć non stop rację? Wallace nawet na sekundę nie spuszczała wzroku z jego twarzy, dłoń przesuwając wzdłuż jego ramienia aż do żuchwy. – Rozumiem, że Alan i Allie nie wychodzą w grę – wypuściła powietrze z płuc, poszerzając znacząco swój uśmiech, kiedy tak pod wpływem dotyku Willa czuła przyjemne mrowienie. Wyglądało na to, że Obcy też to czuł bo po raz kolejny dał jej się we znaki. Huh, chyba niesamowicie zapragnął dostać imię. – Masz już jakies typy?
Właściwie, to Hopper nie chciał niczego osiągać. Po prostu chciał się jakoś z nią podroczyć i szukał zaczepki co - jak widać - szło mu niesamowicie sprawnie. Czasami Wallace była cholernie przewidywalna, co było naprawdę zaskakujące, biorąc pod uwagę jak często Will nie miał pojęcia o co jej właściwie chodzi.
- Och, to po prostu twój mechanizm obronny - stwierdził pewnym tonem jakiegoś pieprzonego psychoterapeuty. - Nie jesteś w stanie pogodzić się z rzeczywistością, więc w swoim umyśle tworzysz projekcję, gdzie to ja jestem gorszą połówką, a ty sama czujesz się moją wybawicielką spędzając ze mną czas. Tymczasem, prawda różni się o sto osiemdziesiąt stopni, słońce - dorzucił, ostatnie słowo nieco cynicznie akcentując. Cholera, tak bardzo to do nich nie pasowało, używanie zdrobnień na poważnie. - Pamiętaj, że pierwszym krokiem do poprawy jest akceptacja rzeczywistości.
Ciekawe, ile razy nasłuchała się tego zdania na różnych odwykach? Zaakceptuj problem, a potem zacznij z nim walczyć! Czasami naprawdę nie rozumiał, czemu jego siostra chciała zostać psychologiem.
- Widzisz, to jest kolejny etap. Jesteś tak bardzo zaślepiona swoimi próbami dowartościowania się, że nawet nie zauważasz, że właśnie uznajesz swoje geny za bardziej wartościowe od genów przystojnego i pewnego siebie najgenialniejszego człowieka na ziemi - uświadomił jej ten absurd. Niewiarygodne, prawda? Niesamowity przypadek badawczy! Można by o nim napisać całą książkę opartą o studium przypadku.
A poza tym, jak tragiczna była - naprawdę lubił ten jej delikatny dotyk, śledzenie gdzieś z tyłu głowy, jak przesuwają się jej palce. To nie było nic wielkiego, zwłaszcza biorąc pod uwagę ile razem przeszli, ale jednak miało naprawdę wiele znaczenia. Dla takich poranków był gotowy znaleźć każdy pieprzony sposób, żeby żyć dłużej niż te kilka lat.
- Yhym - stwierdził tylko, zanim sięgnął po jej dłoń, przesunął ją ledwie kawałek i przycisnął ją do swoich ust.
- Zwykle, kiedy sam muszę wybierać sobie dane, szukam nazwisk które są jakoś związane z moim prawdziwym imieniem - zaczął. Dlatego miał na nazwisko Blake. Rzecz w tym, że to miało sens, przy szukaniu nazwisk. Przy imionach? Niekoniecznie. - Co byś powiedziała na Cole? - rzucił.
– Jestem pod olbrzymim wrażeniem tego jak trafną diagnozę postawił twój chujowy mózg. Masz całkowitą rację, Williamie. Mechanizm obronny to suka – Wallace po prostu skinęła energicznie głową, tak naprawdę robiąc dobrą minę do złej gry. W rzeczywistości miała po prostu ochotę udusić go gołymi rękami. Czy nie pamiętał co sądziła o psychologach, terapeutach i psychiatrach? Był w łóżku, czy też nie. Półnagi, czy całkowicie ubrany. Skoro zamierzał się bawić w takie gierki, nie zamierzała stąć bezczynnie. – Ale nie martw się. Jakoś poradzimy sobie z tym twoim problemem. I doprawdy dołożę wszelkich starań, by pomóc ci zaakceptować rzeczywistość. Nawet jeśli będzie to wymagało wysłania cię do możliwie najlepszego ośrodka, gdzie będziesz pod stałą opieką specjalistów – i Wallace westchnęła ostentacyjnie, posyłając mu niesamowicie zatroskany i rozczulony uśmiech. W zasadzie to nawet zaczęła sobie wyobrażać jak Will siedzi na jednej z terapii. Zasługiwał na to dupek.
– Wow, niesamowicie dziwnie ubierasz w słowa: „jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało, Wallace, będę farciarzem, jeśli nasze dziecko wda się w tak wspaniałą istotę jak ty, a nie w takiego dupka i narcyza, jakim jestem ja” – wyrzuciła z siebie nie kryjąc sarkazmu. Ale kiedy tak Will przyciskał swoje usta do jej palców, Matilde nie mogła dłużej utrzymywać tej swojej pozy. Kąciki jej ust samoistnie drgały ku górze, a w sercu poczuła przyjemne ciepło. Dziewczyna zgięciem wskazującego palca subtelnie przesunęła po jego dolnej wardze.
– Cole? – powtórzyła spod uniesionych brwi, przekręcając lekko głowę, by wbić wzrok w sufit. Cole. Nie wiedziała co tak do końca sądziła o tym imieniu. Cole. Chyba po prostu musiała sobie je wielokrotnie powtórzyć w myślach, by zorientować się, czy pasowało jej do wizji tego niesamowicie mądrego, uroczego i wiecznie popisującego się dzieciaka. Coley. Tak, chyba jej pasowało. Co prawda po głowie Wallace (a raczej na skrawku papieru, na którym zapisywała wszystkie podobające się jej imiona) błądziły innego typu imiona, ale do żadnego nie była tak przekonana jak w tym momencie do Cole’a. Powoli na twarzy brunetki zaczął pojawiać się delikatny uśmiech, a jej głowa ponownie się przekręciła w kierunku Hoppera. – Podoba mi się. – przyznała, kiwając lekko głową. Tak, tak. Naprawdę jej się podobało. A potem, by nieco wbić szpileczkę Hopperowi, dorzuciła do tego niesamowicie poważne: – Cole Wallace, brzmi idealnie – i posłała mu ten typowy dla siebie zadziorny uśmieszek, dłonią na oślep sięgając pod materac łóżka, by znaleźć tą karteczkę.
Och, on doskonale pamiętał, co Wallace sądziła o psychologach. Przecież był geniuszem, jak miałby zapomnieć? Z resztą, w takim wypadku po co by w ogóle zaczynał temat? Wbijanie szpileczek Wallace było świetną zabawą, nie miał zamiaru z niej rezygnować, zwłaszcza że miał cały długi dzień, żeby ją irytować. Och, to będzie dobrze spędzone wolne.
Kiedy tylko Wallace skończyła mówić, westchnął zrezygnowany i pokręcił głową. Jak miał ją wyciągnąć z tego tragicznego stanu, skoro nawet nie potrafiła zaakceptować faktu, że się w nim znajdowała. Ach, ci heroiniści. Nigdy się nie zmieniają.
- Urojenia. Ciężko je pokonać, kiedy tak głęboko w nie wierzysz. Ale nie martw się, nie mam zamiaru z ciebie rezygnować. - Ugh, to zabrzmiało obrzydliwie słodko i stanowczo nie miał tego na myśli. Trzeba było szybko to naprawić. - Wiesz, na świecie musi istnieć równowaga, a skoro istnieje już tak olśniewająca istota jak ja, równocześnie musi żyć ktoś wystarczająco pozbawiony talentu i uroku osobistego - zupełnie jak ty - żeby poziom chujowych i wybitnych jednostek się wyrównał. Coś w stylu kosmicznej osmozy.
Okay, osmoza absolutnie tak nie działała, gdyby to była osmoza przejąłby część jej gównianych cech, a ona część tych jego zajebistych... ale przecież Wallace nie wiedziała czym jest osmoza, prawda? Znaczy, oczywiście wiedziała - mądrym słowem... którym mógł sobie dowolnie żonglować, żeby miała wrażenie, że ta cała jego wypowiedź ma sens i właśnie ją niesamowicie pogrążył. Och, William Hopper uwielbiał być najgenialniejszą osobą w pokoju, nawet jeśli to bywało frustrujące.
- To takie przykre - skomentował tę całą próbę wkładania mu słów w usta w wykonaniu Wallace. Tak bardzo nie mogła zaakceptować prawdy? Tragiczne. Nie było już dla niej ratunku, na wieki będzie nieświadoma tego jak koszmarna była. Chyba nie do końca mu to przeszkadzało, zwłaszcza kiedy patrzył na ten jej uśmiech.
Nie sądził, że tak po prostu zgodzi się na imię. Po prostu rzucił propozycją, zdawało mu się że pasowała, ale w zasadzie się na tym nie znał. Pewnie był chujowy w wybieraniu imion dzieciom, ale hej, to był jego pierwszy raz.
- A co ty masz? - spytał. Kto wie, może Wallace wpadła na coś lepszego? Pokręcił głową, słysząc to jej całe przemądrzałe stwierdzenie. Nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu. Koniec końców, to i tak nie miało znaczenia, byli zbiegami, a ich dziecko oficjalnie nie będzie mieć nazwiska pewnie przez długie lata. - Skoro o tym mowa... To powinno być Hopper. - Nie powinno być prosto zabić kogoś z tym nazwiskiem. A jednak jest to dziecinnie proste. Nie powinien tak po prostu do tego wracać, a jednak deszcz, twarz ich dziecka, jego drżące wargi... To wszystko było takie realne. To nawet nigdy naprawdę się nie wydarzyło. Ich dziecko jeszcze się nie urodziło, nie miało tak skończyć. A jednak, mógłby tak wyglądać. Ciemne włosy, oczy Mailde, jego usta... Cole.
- Co jeśli to będzie dziewczynka? - odchrząknął. W końcu nie mogli wiedzieć.
Słysząc słowa Hoppera, brwi Matilde mimowolnie wystrzeliły ku górze? Wallace spoglądała na niego, posyłając mu ten typowy dla siebie zadziorny uśmieszek. I nie, nie miała zamiaru mu tego zapomnieć. Nieważne co tam sobie dalej bredził. Te jego wielkie mądre słowa, niesamowicie napuszone i napompowane wypowiedzi były po prostu… niezwykle rozczarowujące. W porównaniu z tym przebrzydle uroczym „nie mam zamiaru z ciebie zrezygnować”, od którego Wallace mogłoby zemdlić. Ale nie zemdliło. Chyba nawet poczuła ścisk w klatce piersiowej. Ale Hopper nie musiał o tym wiedzieć.
– Huh. Brzmi jak coś co możesz mieć – odparowała, podpierając się łokciami o materac, by się lekko podnieść i nad nim nachylić. Zupełnie jakby mówiła właśnie o czymś niesamowicie ekscytującym. – Masz urojenia, że jestem niezwykle tragiczna i pozbawiona uroku osobistego. I kiedy mówisz mi, że ze mnie nie zrezygnujesz, czy, że mnie… no wiesz – mruknęła dość wymownie, nie mogąc się powstrzymać przed posłaniem mu jeszcze szerszego i bardziej bezczelnego uśmiechu. Oczywiście, że to słyszała. Wspomnienia były chujowe, ale… no właśnie. Ale. – To tak naprawdę ty chcesz, żeby było na odwrót. To o to chodzi, Willy? Mimo wszystko masz tak niską samoocenę, że potrzebujesz usłyszeć tego samego ode mnie? Potrzebujesz zapewnienia, że nigdzie się nie wybieram? – i próbowała przygryzaniem wargi zamaskować poszerzający się uśmiech. Dawno nie czuła się tak dobrze jak w tym momencie. Dawno nie czuła się tak szczęśliwa. Być może było to wręcz obrzydliwe, ale co miała poradzić? Nie umiała powstrzymać ani tego uczucia, ani szerokiego uśmiechu, ani roześmianych, zaiskrzonych oczu.
– Jesteś prawdopodobnie najbardziej chujowym romantykiem na ziemi, ale nie martw się. Nie mam zamiaru z ciebie zrezygnować – i znowu to samo, nie? Chyba jednak rzeczywiście była niesamowicie tragiczna. Ale nie mogłaby mieć tego bardziej gdzieś. Po prostu… uwielbiała te przekomarzania. I uwielbiała, że Will był dokładnie taki jaki był. Równie chujowy co ona. Po prostu nie chciałaby tego wszystkiego z kimś innym. Przy nim nie czuła się źle sama ze sobą. To na tym chyba powinno polegać, prawda? – W czym niby Hopper jest lepszy od Wallace? – ponownie wzniosła brwi, tym razem jednak na jej ustach gościł już całkowicie inny uśmiech. Ani zadziorny, ani cyniczny, ani bezczelny. Po prostu uśmiech. Mały Hopper. To jakoś niesamowicie ją rozczulało. Matilde wyciągnęła tą kartkę spod materaca, by po chwili ją rozprostować. – Zapisałam kilka propozycji – powiedziała w końcu, przyglądając się uważnie jego twarzy. A potem po kilkusekundowej chwili zawahania podała mu kartkę z wypisanymi niedbałym charakterem pisma imionami: Eileen, Hazel, Lucy, Cecilia, Lily...
Była tragiczna. Niereformowalna. Uparta, nieznośna, ignorowała wszystko co nie pasowało jej do narracji... Ale jakoś nieszczególnie mu to przeszkadzało. Oczywiście, w życiu by tego nie powiedział na głos, ale to jak koszmarna była tylko dodawało jej uroku. Lubił sposób w jaki jej włosy opadały pod wpływem grawitacji. Lubił je jej zakładać za ucho. To nie było nic dużego, ale w jakiś dziwny sposób to było istotne. I pewnie bardzo złośliwie by jej coś odpowiedział na to jej uparte trzymanie się urojeń... ale wtedy ona to powiedziała.
- Ja ciebie... co? - spytał. Miała na myśli że parę miesięcy temu powiedział jej, że jej potrzebuje? Zdawało mu się, że to zrobił, ale od kiedy ta jego przeklęta moc była wyłączona nie był w stanie sobie przypomnieć czy użył dokładnie tych słów. Na pewno powiedział coś takiego, kiedy wróciła do Bractwa. Tak, musiało o to chodzić.
Ale jakiś irytujący głos w głowie podpowiadał mu, że chodzi o jakieś obrzydliwe słowo na K. Nie. Nie słyszała tego. Była na skraju śmierci, a poza tym, na silnych lekach, które miały pozbawić ją resztek świadomości. Które sam jej podał, żeby ją zabić. Nie chciał o tym myśleć. Obydwoje nie chcieli. Nie rozmawiali o tym, nie wracali do tamtej wizji. Pozwolili wspomnieniom w spokoju wyblaknąć. A teraz ona... Nie, nie mogła tego słyszeć. Tak bardzo wtedy chciał żeby to usłyszała, ale fentanyl musiał już na nią działać. To wszystko zmieniło się w senne majaki. Przynajmniej długo nie cierpiała. W końcu w tym był dobry, w zabijaniu. W niszczeniu tego co kochał.
Cholera, nie powinien pozwolić, żeby te wspomnienia tak mocno do niego wracały, przejmowały władzę nad jego umysłem. To się nigdy nie wydarzyło i musiał o tym pamiętać. To była tylko pieprzona wizja, jakiś chory sen. Nie mógł dać się temu opanować, musiał jak najszybciej pozbyć się tych wszystkich myśli ze swojej głowy i wrócić do rzeczywistości. Wallace żyła. Z ich dzieckiem było wszystko w porządku.
- Och, chciałabyś żeby tak było - odpowiedział jej, siląc się na luźny i żartobliwy ton. - I nie, stanowczo nie jestem żadnym romantykiem. Ty za to, jesteś w tym chujowa - ocenił.
...bo przecież nie przyzna, że te słowa coś dla niego znaczyły. Całkiem duże coś. To takie idiotyczne, bo przecież zdawał sobie z tego sprawę.już od dawna, właściwie od kiedy nie chciała odpuścić jego leczenia.
- We wszystkim - odpowiedział jej. Jakby miała jakiekolwiek wątpliwości. To było dość oczywiste, wystarczyło tylko na nich spojrzeć. Jedna strona była przystojnym, zabawnym geniuszem, a druga... Wallace. Cholera, co on w niej widział. A jednak nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, kiedy ją taką widział. Kto by pomyślał, że jeszcze kiedykolwiek będą [i]szczęśliwi? I to ze sobą nawzajem.
Przez chwilę przyglądał się kolejnym imionom zapisanym na kartce, zanim w końcu odpowiedział:
- Jocelyn jest ładne. - Josie. Josie Hopper. To brzmiało całkiem nieźle. Parę miesięcy i mieli być rodziną, ich cała trójka. Może... może wszyscy powinni mieć takie samo nawisko?
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Chyba właśnie zaczęła odczuwać swego rodzaju satysfakcję. Widząc wkradającą się na twarz Hoppera konsternację, tą zadumę… to było niesamowicie dobre uczucie. Zwłaszcza, kiedy tak zakładał kosmyk czarnych włosów za jej ucho. Wallace zadziornie wydęła dolną wargę w podkówkę, jakby chcąc mu dać do zrozumienia, że doskonale wiedział o co jej chodziło. Och, wspomnienia były naprawdę chujowe. Nie powinna o tym myśleć. Nie powinna tego wspominać. Nie powinna doszukiwać się w tych obrazach ani jednej pozytywnej rzeczy. Ale jak miała przejść obojętnie obok tego co jej powiedział? Jak miała przejść obojętnie, kiedy wyznawał jej miłość? To było… obrzydliwe. Tak, tak. Okropne, straszne, w ogóle jakieś takie niesamowicie… niesamowicie obrzydliwe. Czy ona się właśnie powtarzała? Huh, pewnie dlatego, że to było aż tak przesadnie słodkie.
Ale ta świadomość, że ją kochał. Wiedziała to już wcześniej, prawda? Wiedziała to po jego zachowaniu. Po tym jak na nią patrzył. Po tym, że mimo wszystko wciąż byli razem. Po tym jak się uśmiechał. W zasadzie momentami wyglądał na niesamowicie szczęśliwą osobę. Dobrze mu było z takim wyrazem. Wyglądał inaczej, o wiele przystojniej. A świadomość, że to jej było dane go oglądać w takim wydaniu… Wallace przygryzła dolną wargę.
– Och no wiesz, że mnie ko… – zaczęła, wykrzywiając usta w coraz to szerszym i złośliwszym uśmiechu. Och, przecież wcale nie robiła tego specjalnie. Wcale tak dramatycznie nie przeciągała tej sylaby. I wcale nie dokończyła tego wszystkiego cichym westchnięciem: – …mpletnie potrzebujesz – tak, to właśnie to chciała powiedzieć. Jakieś wątpliwości? Skądże! Wallace nawet gdyby chciała nie była w stanie ukryć tych wesołych ogników, kryjących się w jej tęczówkach. I tak, zdawała sobie sprawę, że to było równie żałosne i obrzydliwe. Ale cholera. Kiedy byli zamknięci w tych czterech ścianach… miała gdzieś wszystko inne.
– Nie, ty chcesz wszystkich przekonać, że nie jesteś żadnym romantykiem – odparowała, bo niesamowicie zaczynało ją to wszystko bawić. Co miała na to poradzić? Doszukiwanie się drugiego dna w zachowaniu Hoppera było jednym z najlepszych zajęć. – A wszystko co robisz jest jakimś twoim misternym planem, by osiągnąć cel. To tak jak wtedy, kiedy podłożyłeś swoją koszulkę pod mój nos, bo odczuwałeś niesamowitą potrzebę zawrócenia mi w głowie – tak było, prawda? Zaczęła krwawić z nosa, bo Hopper to ukartował. Ba! Specjalnie ją wkurwił na ławce, bo wiedział, że na to poleci. Więc jak u licha miała się przed tym obronić kiedy to wszystko zaplanował? Po prostu była niezwykle porządnym człowiekiem, który ślepo podążał za scenariuszem. To wszystko było jego winą.
– Och, ja ciebie też, Hopper – wyrzuciła po prostu na te jego cudowne komplementy. Bo co niby miała odpowiedzieć na to, że był od niej lepszy we wszystkim, huh? Ale… nieważne jak bardzo chciała, by to zabrzmiało zgryźliwie… nie zabrzmiało. W zasadzie było to całkiem poważne wyznanie. Wyznanie niewymagające łoża śmierci, czy coś.
– A więc Jocelyn albo Cole Hopper – powiedziała cicho, wbijając wzrok w jego twarz. Chyba dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że mieli zostać rodzicami. Że w tym pokoju miał się pojawić ktoś jeszcze. Musieli jakoś przygotować pokój.
Czuł się niesamowicie dziwnie, kiedy Wallace krążyła gdzieś wokół tego tematu, nawet jeśli nie rozmawiali o tym bezpośrednio. Nie powinni tego robić. Niektóre sprawy powinno się po prostu zostawić w spokoju, a on... Nie był gotowy do tego wracać, nawet w tak drobnym stopniu. To wszystko sprawiało, że po prostu czuł się źle.
Cóż, przynajmniej Wallace była równie tragiczna co zwykle. Wzniósł oczy ku niebiosom (choć biorąc pod uwagę że leżał, to raczej ku ścianie) dając swoją mimiką jasno do zrozumienia, jak bardzo cierpiał przebywając w jednym pokoju z tą kobietą i jak bardzo na to nie zasłużył, nie ważne ile złego w życiu zrobił. Była tragiczna, właśnie sobie z nim pogrywała i powstała tylko po to, żeby go dręczyć. Musiałby być pieprzonym masochistą, żeby to lubić. Coraz bardziej przyzwyczajał się do myśli, że chyba był.
- Yhym - stwierdził powątpiewająco. - Więc co tak kurewsko romantycznego zrobiłem? - spytał. Och, chętnie sobie posłucha, co Wallace uważała za to całe jego romantyczne zachowanie. Na pewno miała całą masę przykładów, zupełnie nie naciąganych. Przecież oczywiście miała rację. Jak on śmiał w to w ogóle kiedykolwiek zwątpić? - Masz rację, to było cholernie proste, żeby owinąć cię sobie w okół palca - stwierdził, zmieniając narrację. Pewnie się tego nie spodziewała... a on miał szanse odwrócić kota ogonem. - Właściwie, nawet wcale nie musiałem się starać. Ledwie ściągnąłem koszulkę, a ty już zaczęłaś mnie podglądać i się na mnie rzuciłaś. - Mówił prawdę? Przecież właśnie tak było. - Cóż, byłem w stanie jakoś zaakceptować konsekwencję tego jak mocno na ciebie działałem i że zamiast po prostu zgodzić się mnie dobrowolnie leczyć, ty... - powiedział, leniwie sunąc palcami wzdłuż jej ręki. Przespali się wtedy. I wcale nie było szczególnie tragicznie.
Uśmiechnął się, nieco łobuzersko kiedy usłyszał jej sarkastyczny komentarz. Och, proszę bardzo. Ale w miarę upływu czasu, coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że to wcale nie była złośliwa odzywka. To się odnosiło do czegoś, o wiele, wiele wcześniejszego. I pewnie było widać po jego twarzy, jak coraz bardziej to do niego dociera. Sięgnął dłonią do jej policzka, przejechał po nim palcami i nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy usłyszał jej kolejne słowa. Jocelyn albo Cole.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Och, ona się całkiem świetnie bawiła. W zasadzie, takie męczenie i znęcanie się nad Hopperem to była cudowna sprawa, a Matilde… Matilde była prostym człowiekiem. Kiedy coś lubiła, nie była w stanie z tego czegoś zrezygnować. Po prostu. Mógł ją pozwać, czy coś. I nie, nie zamierzała przestać się tak głupio uśmiechać. To po prostu nie było możliwe. Nie, kiedy leżeli razem w łóżku, kiedy było im tak dobrze i kiedy mieli perspektywę spędzenia właściwie całego dnia razem. I ten dupek mógł sobie udawać co tam mu się żywnie podobało, mógł posyłać jej te spojrzenia, ale ona i tak wiedziała swoje. On również czerpał z tego satysfakcję. I huh! Mogłaby wręcz się założyć, że to… huh, jak to było?.. kochał? Na samą myśl tego jak genialnie złośliwa potrafiła być, Matilde znacznie poszerzyła swój uśmiech.
– Stan twojej głowy zaczyna mnie poważnie niepokoić – skwitowała złośliwie. Och, ciekawe kto tutaj sobie kogo owinął wokół palca. – Och, a więc taki jest twój plan? By zniszczyć wszystkie dowody na swój romantyzm i fakt, że od początku za mną szalejesz – och, mógł sobie odwracać kota ogonem! Skąd jednak pomysł, że ona nie zrobi tego samego – to zarzucasz mi kontrolowanie twoim ciałem, Hopper? – ktoś tu miał staaanowczo za dużo wyobraźni. I poważne problemy z pamięcią. I ogólnie – problemy. – Niech będzie, to ja cię zmusiłam, byś rzucił się na mnie tymi swoimi… przeklętymi ustami – oczywiście, że to była jej sprawka. Jakże, by inaczej? Wallace wywróciła oczami, czując narastającą potrzebę, by zrzucić tego dupka z łóżka. Ale… ale tak przyjemnie sunął opuszkami palców po jej ręce, powodując kolejne dreszcze. Matilde położyła rękę na karku mężczyzny, wplatając palce w jego ciemne włosy.
– Zaakceptować? Ty… ty wspaniałomyślny, najbardziej łaskawy i wielkoduszny człowieku! – jakiś sarkazm? Skąd znowu taki pomysł? Wallace używająca sarkazmu, kiedy mówiła o Hopperze w samych superlatywach? Nigdy. I nie, wcale z wdzięczności nie zacisnęła mocno palców na jego włosach. Wcale. Ale ten uśmiech… cholera jasna. To jej wynagradzało praktycznie wszystko. Matilde nawet jakby chciała, nie mogłaby się nie oprzeć tej radosnej atmosferze. Dotknęło ich tyle zła, mieli tyle bolesnych wspomnień, tyle blizn, a jednak… w takich momentach to kompletnie nie miało znaczenia. Hopper tak po prostu gładził ją ręką po policzku, a ona podążała wzrokiem za tym dotykiem, czując się tak… dobrze. Musnęła wargami wewnętrzną część jego dłoni, a z jej ust wydobyło się po prostu ciche:
– Kocham.
Może nie powinna tego mówić. To było przecież takie oczywiste. Ale naprawdę to czuła. I właściwie nie pamiętała kiedy ostatnio komukolwiek o czymś takim mówiła. A on… powinien to usłyszeć. Nawet jeśli to kompletnie do nich nie pasowało. – To pewnie przez hormony – dodała po chwili, ale cholera jasna. To wcale nie było przez hormony.
- Iiii ciągle nie dowiedziałem się co jest we mnie tak cholernie romantycznego - zauważył rozbawiony. O nie, Wallace tak łatwo mu się nie wymknie. Rzuciła jakąś tezę, to niech jej teraz broni, chętnie posłucha jej rozpaczliwych starań. - Z resztą, jak mogę zaprzeczać pewnemu stwierdzeniu, skoro nawet jeszcze nie usłyszałem argumentów na jego potwierdzenie? Ja zwyczajnie oczekuje merytorycznej dyskusji na poziomie - wyjaśnił. Więc niech lepiej zaczyna się wić i męczyć przy wymyślaniu co takiego romantycznego kiedykolwiek zrobił, zanim zacznie go o coś oskarżać.
- Och, do niczego mnie nie zmuszałaś - stwierdził rozbawiony. Chyba właśnie znalazł strategię, przy której Wallace absolutnie głupiała i nie mogła znaleźć sensownych argumentów, nawet nie trafiając blisko tezy. - To była część mojego genialnego planu utrzymania się przy życiu i zmuszenie cię do leczenia. Jak widać, okazał się być diabelnie skuteczny.
Tak, właśnie tak to wszystko zaplanował, od początku do końca. Żadnych przypadkowych i nieprzemyślanych ruchów czy - tfu - emocji. Był Williamem Hopperem, najgenialniejszym człowiekiem na ziemi. On się nie zniżał do takiego poziomu.
- Wiem, jestem niesamowity - odpowiedział jej, zanim ją pocałował. Jakoś przeżyje dotyk jej ust. I stanowczo nie przeszkadzało mu to jak wściekła była Wallace i jak bardzo miała go dość. Nie miała.
Tak, to prawda, obydwoje mieli sporo za sobą... Ale mieli też całkiem sporo przed sobą. Zwłaszcza kiedy Hopper znajdzie jakiś osiągalny dla siebie sposób, żeby ostatecznie przestać umierać. Na razie... Na razie mieli sporo czasu do zwyczajnego leżenia w łóżku.
A to co mu powiedziała... Przecież wiedział. To były tylko głupie słowa, nie powinny mieć znaczenia... ale po raz kolejny miały. Powinien jej coś odpowiedzieć? Nie miał pojęcia. Nie znał się na tym, nie wiedział co się mówi w takich momentach.
- Wiem - powiedział cicho, z jakiegoś powodu. I ona też wiedziała, prawda? Chyba tak już mieli, że wiedzieli i nie musieli więcej mówić. I chyba Wallace też nie była w tym szczególnie dobra, biorąc pod uwagę to co chwilę później powiedziała. Prychnął. - Tak, oczywiście.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum