Billy Sanders - 2018-06-29, 23:05 Właśnie tacy byli. Nic między nimi nie było pewne, jasno określone. Od zawsze tak było, chociaż wtedy tylko Billy zdawał sobie z tego sprawę. Teraz oboje byli świadomi tego jak bardzo pokręcone są ich relację. Dwójka osób, która powinna się nienawidzić, a jednak… wydawać się mogło, że bardzo daleko było im do tego uczucia. Mimo, że oboje chcieliby się tak traktować. Czy tak nie byłoby znacznie łatwiej? Nienawidziłby. Gardziłby nią. Nie chciałby jej w swoim życiu, a dzięki temu nie miałby żadnych oporów przed zdradzeniem jej po raz kolejny. Tak mogłoby się to skończyć w idealnym dla niego scenariuszu, ale przecież tak nie było i każde kolejne spotkanie mu to udowadniało. Wcale nie wyrzucił jej ze swojej pamięci. Nie potrafił odpuścić. Nie do końca i liczył, że w tym wypadku trochę mu z tym pomoże. Przecież to było również i jej nie na rękę. Mało cierpienia jej sprawił? Czy zadawanie się z nim nie wydawało się zbyt niebezpieczeństwo i przede wszystkim co na to inni? Co powiedziałaby, gdyby zabił jej przyjaciółkę, mutanta którego wielokrotnie zszywała? Mu to nie robiło różnicy, a jej i owszem. Chciała być najgorszym wyrzutkiem spośród wyrzutków? To nawet nie było już zdradzanie dla dogs. To było dosłowne chodzenie do łóżka z gc. Analizując na chłodno tą sytuację, wiedział że oboje doszliby to tych samych wniosków. Wystarczyło zrobić krótką listę za i przeciw, i na pierwszy rzut oka widać było co należy zrobić. Tylko, że ona kompletnie nie chciała z nim współpracować.
Nie była w tym sama. On zadawał sobie milion pytań, na które nie znał odpowiedzi. - Nie chcę czegokolwiek od ciebie chcieć. - powiedział całkiem szczerze i jak na ironię te śmieszne zdanie zawierało w sobie wszystko to o czym naprawdę myślał. To nie była kwestia tego czego on chciał. Chciał naprawdę wielu rzeczy, ale nie mógł ich chcieć, a zawsze postępował w taki sposób by osobą, która zyskiwała był on sam. Więc owszem. Chciał po prostu przestać czuć do niej te przywiązanie. Chciał, żeby zniknęła z jego życia, bo nie mogła w nim być. Nie w ich obecnej sytuacji.
- Taką mam nadzieję. Jeśli tylko oboje się przymkniemy i przestaniemy o tym rozmawiać. Przestaniemy wyciągać z siebie rzeczy, których oboje nie powinniśmy słyszeć. - westchnął ciężko. Może i się okłamywał, ale czy nie lepiej… było po prostu nie wiedzieć pewnych rzeczy. Dla własnego dobra.
Słuchał jej kolejnych słów i naprawdę nie chciał ich brać pod uwagę. Nie chciał w ogóle tego słuchać, dlatego spojrzał w górę, starając się cierpliwie wysłuchiwać jej słowa jednym uchem, a wypuszczać drugim. Nie dało się, bo w jednej kwestii miała cholerną rację. Życie było krótkie. Każdego dnia narażali swoje życie i to było jak jakaś pieprzona rosyjska ruletka. Owszem balansowali na cienkiej linii i moze warto było chociaż w taki sposób zaryzykować. Problemy zaczynały kłębić się nad ich głowami, więc czemu chociaż w ten najprostszy sposób nie mógł tego wykorzystać. One wciąż tam będą. Nie lubił postępować pochepnie. Co więcej gardził ludźmi, którzy w ten sposób podejmują decyzję, ale... Widocznie musiał będzie gardzić też sobą, bo pokiwał głową. - Chodźmy się czegoś napić. - powiedział tylko krótko. Kolejna głupia decyzja podjęta przez niego dzisiejszego wieczoru.Cassandra Gardner - 2018-06-30, 00:31 - Ale chcesz, prawda? Inaczej nie mówiłbyś tego w taki sposób. - Odpowiedziała spokojnie, badawczo się w niego wpatrując, nawet jeśli on wolał nie odwzajemniać jej spojrzenia. Odnosiła przy tym wrażenie, że ponure, mokre, szare ściany otaczających ich budynków już od dawna nie przyciągały uwagi tak bardzo, jak właśnie podczas tych kilkunastu ostatnich minut. Szczerze wątpiła w to, by ktokolwiek - prócz śmieciarzy, o których z wiadomych względów nie chciała myśleć - zatrzymywał się na dłużej w tak parszywym, depresyjnym miejscu. Zwłaszcza w coraz bardziej lejącym deszczu, jaki wcale nie poprawiał atmosfery.
O dziwo, wcale nie aż tak beznadziejnej, jak można by się było tego spodziewać. Po tym wszystkim, co miało miejsce jakiś czas wcześniej, pewnie mało kto zdecydowałby się na dalsze stanie w miejscu zbrodni i dosyć absurdalne dyskusje na jeszcze bardziej absurdalne tematy. To także zaliczało się raczej do dosyć niespotykanych rzeczy - włącznie z tym uporczywym gapieniem się na ściany, chodnik czy w kałużę.
- Zamknij oczy, zatkaj uszy, a wszystko na pewno zniknie, jak zły sen? Jakby nigdy nie istniało? - Jeśli coś wiedziała, to to, że brak rozmów tak naprawdę bardzo niewiele zmieniał. Milczenie potrafiło być dużo bardziej wymowne, a cisza cięższa do przełknięcia. Ostatnie dwa - niecałe, ale to nie miało aż takiego znaczenia - dwa lata były chyba dostatecznym dowodem potwierdzającym jej słowa. Nawet jeśli się coś uporczywie ignorowało, to wcale nie zamierzało dać się tak łatwo wymazać. I skoro nie było tak wcześniej, potem też zapewne nie miało.
- Przecież wiesz, że to tak nie działa. - Powstrzymując jednoczesne westchnięcie, przeczesała palcami mokrą grzywkę, jednocześnie opuszczając dłoń, którą praktycznie przez ten cały czas trzymała na piersi Billy’ego. W dyskusji nawet nie zwróciła na to większej uwagi, teraz też nie próbując się jakoś specjalnie odsuwać.
W przeciwieństwie do tego, co robiła wcześniej, tym razem nie czuła aż takiej potrzeby. Być może przez to, o czym mówiła, ale… Sama nie była tego do końca pewna. W końcu nadal działała na nią myśl o tym, co mogło się stać. Ocalił jej życie, ale to nadal było tragicznie nieprzemyślane posunięcie. Odrobinę inny ruch, zbieg okoliczności i to nie nieznajomy mężczyzna skończyłby na mokrej ziemi. To ją… Przerażało. W znacznie większym stopniu niż wspominała, choć przecież nie pozostawiła tego bez słowa. Wyciągnęła to wszystko. Ulotność życia, ciągłe zagrożenie, niepewność… Nie spodziewała się przy tym tylko, że usłyszy na to tak prostą odpowiedź.
Zamrugała kilka razy, nie dając uśmiechowi wkraść się na usta, choć jednocześnie nie ukrywając też tego dziwnego uczucia, jakie ją ogarnęło. Nie umiała go nazwać, ale nie było złe, zdecydowanie nie. Jak cała reszta, było tylko skomplikowane.
- Dobrze. - Odpowiedziała, rzucając jeszcze spojrzenie w kierunku kontenera. Deszcz miał zmyć wszystkie ślady na zewnątrz, a w środku? Do rana nikt zapewne nie miał tam spoglądać. To było najlepsze możliwe wyjście…
[z/t]
Dale Fowler - 2018-12-01, 17:42 ~27.11
Późno. Mniej więcej... 3 w nocy? No, właściwie już bliżej 4 nad ranem, ale mniejsza z tym.
Zdecydowanie ta noc nie należała do najlepszych dla Pana Fowler'a. Można chyba śmiało stwierdzić, że tym razem przegiął z alkoholem, ale jak miał nie pić, skoro w jakiś tam sposób mu to pomagało? Od jakiegoś czasu właśnie tak radził sobie z problemami. Upijał się do nieprzytomności, być może to nie pomagało odnaleźć odpowiedzi, ale z pewnością dzięki temu zapominał jak brzmiało pytanie.
Zacznijmy może jednak od początku. Jak to się mówi... Od ogółu do szczegółu? Tak, tak zrobimy.
Obudził się późnym popołudniem w niewielkim mieszkaniu w Seattle. W pewnym sensie należało do niego - jasne, miał na nie jakiegoś słupa, ale tylko on posiadał klucze. Było to względnie bezpieczne miejsce.
Oczywiście nie wstał z łóżka prawą nogą - koszmary wyjątkowo mocno dawały o sobie znać, prawie nie zmrużył oka. Przerywany sen był jeszcze gorszy niż jego brak.
Cały zlany potem podniósł się z materaca i podreptał pod prysznic. Czuł się dzisiaj wyjątkowo źle, bolało go gardło i był jakiś taki... Ociężały.
Czysty i pachnący odział się w pierwsze lepsze ubrania - padło na dotknięte czasem jeansy, biały t-shirt i skórzaną kurtkę. Tak odziany wyszedł z domu i ruszył w kierunku pobliskiego baru. Znajome miejsce, ludzie stamtąd doskonale wiedzieli, że lepiej nie wtykać nosa w jego sprawy, bo może się to skończyć przynajmniej połamanym nosem. I dobrze, tego właśnie potrzebował - posiedzieć w samotności i nie przejmować się jakimiś pijanymi łebkami szukającymi towarzystwa...
Pchnął drzwi od wyżej wspomnianego lokalu i wszedł do środka. Obrzucił spojrzeniem pomieszczenie i uśmiechnął się lekko pod nosem. Te same znajome pyski - dokładnie tak, jak myślał. Zajął miejsce przy barze i od razu zamówił całą butelkę taniej whisky. I nie chodziło o to, że nie stać go na droższą - miał tak podły nastrój, że pragnął w siebie wlewać najgorszy syf.
Co spowodowało, że był dzisiejszego dnia w takim, a nie innym stanie (psychicznym)?
Po raz kolejny uderzyły w niego wspomnienia. Colleen, oraz... Dziecko. Jego dziecko, które nosiła pod sercem. To, że nie zdążył jej uratować nie dawało mu spokoju i chociaż częściowo pogodził się z ich stratą... Wcale o nich nie zapomniał. Jak mógłby to zrobić? W swoim czasie ta dziewczyna była dla niego całym światem, to dzięki niej poznał czym jest prawdziwa miłość. Jej strata pokazała mu natomiast czym jest prawdziwy ból.
Nalał sobie do szklanki porządną porcję alkoholu i podniósł naczynie do ust. Wlał w siebie wszystko na raz i skrzywił się.
- Kurwa... Warta swojej ceny... - mruknął pod nosem i westchnął ciężko. Sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów i już po chwili zaciągał się dymem tytoniowym.
No, może żeby nie przedłużać - tak właśnie upłynęła mu większa część nocy. Na piciu obrzydliwej whisky, oraz paleniu papierosów.
Wreszcie - gdy osiągnął odpowiedni stan - postanowił opuścić bar. Bełkotał coś sam do siebie pod nosem, co ciekawe... Chyba dawno nie czuł się tak strasznie pijany po takiej ilości alkoholu. Nie wypił tyle, by ledwo stać .. Ale tak właśnie było. Dodatkowo zaczął go męczyć straszny kaszel. Jego ręce, oraz nogi nagle wydały mu się strasznie ciężkie. Zaczęło mu się kręcić w głowie i chyba zrobiło mu się słabo, ale da radę... Przecież musiał tylko przejść kilka przecznic.
Wszedł w jedną z pobliskich uliczek i oparł się o ścianę budynku chcąc przez chwilę odpocząć zanim ruszy w dalszą drogę. Jego uwagę zwróciło kilka postaci stojących na drugim końcu ulicy plecami do niego. Te czarne mundury... Wydały mu się znajome. Prawdopodobnie powinien się odwrócić i odejść, problem w tym, że... Chwilowo nie miał na to siły. Odkaszlnął i spróbował odsunąć się od ściany, ale nie wyszło mu to zbyt dobrze.
Co właściwie się z nim działo?Maysilee Griffith - 2018-12-01, 19:20 |po wybitnie długiej wizycie w DOMu [27.11.]
Nigdy nie sądziła, że jej życie tak łatwo się skomplikuje, jednak ostatnie dni dosyć dobrze pokazały Maysilee, jak bardzo się przy tym myliła. Wystarczył bowiem zaledwie moment, aby odrobinę zbyt mocno zaangażowała się w coś, co dosłownie wysysało z niej całą energię. Dobrowolnie pozostając w DOMu i to przez tak długi czas, dawała z siebie wszystko, aby poprawić kiepską sytuację przyjaciela.
Ignorowała wszelkie jego - nierzadko wyjątkowo paskudne - humory, uparcie wmuszała w niego kolejne porcje kiepskiego jedzenia, którego nadal nie nauczyła się dobrze przyrządzać... Usiłowała prać, sprzątać, myć, pielęgnować... Robić dosłownie wszystko na własną rękę w warunkach, jakich nie zapewniłaby nawet najgorszemu wrogowi. Czasami miała przy tym rozłożyć bezradnie ręce i po prostu zalać się łzami, ale... Nie pozwalała sobie na to. Po prostu sobie na to nie pozwalała, wymuszając kolejny uśmiech, jeszcze jedną pozytywną odpowiedź, następny żarcik. Wszystko po to, by utrzymać pozory, iż nie było aż tak źle.
Pocieszała się tym, iż przynajmniej wyłącznie ona - z ich dwojga - zdawała sobie sprawę z tego, jak naprawdę było. Wystarczyła wiedza zdobyta w roli sanitariuszki w Bractwie, by stosunkowo szybko zorientowała się, iż nie mogło chodzić o zwykłą grypę - niezależnie od tego, o czym trąbił Rząd. Typowa grypa nie objawiała się w taki sposób, nawet jeśli miało się do czynienia z bardzo osłabioną jednostką. Nieważne, jak źle by to jednak nie brzmiało... Znacznie łatwiej było powtarzać oficjalną śpiewkę, niżeli przyznać, iż miało się, co do niej, naprawdę poważne wątpliwości.
A więc właśnie to robiła... Razem z utrzymywaniem fałszywie lekkiej i radosnej atmosfery, podtrzymywała także złudzenie wiedzy, z czym mieli do czynienia. Dopiero późno w nocy, kiedy nie mogła zasnąć, zaczynała ulegać obawie, że sobie z tym nie poradzi, że nadejdzie moment, w którym będzie musiała wyznać swoją bezradność. Chwilowo jednak jakoś się trzymała, przez ten cały czas, usiłując oszczędzać przy tym wszelkie środki medyczne, jednocześnie - o dobry losie - nadal oczekując efektów w postaci poprawy stanu pacjenta.
Nadszedł jednak wieczór, kiedy zapasy się skończyły, a ona wiedziała, że były jej potrzebne. Z ciężkim sercem - pełna obawy i wyjątkowo nieswoja - nad ranem wypełzła z nory, ruszając do bardziej cywilizowanej części Seattle. I choć starała się załatwić wszystko w jak najkrótszym czasie, z przerażeniem dostrzegła, iż zastał ją wieczór.
Nie miała szans wrócić do DOMu. Nie, jeśli nie chciała zostać złapana, bo w końcu... Jaki normalny pracownik szpitala usiłował odwiedzać mutazynistów po nadejściu godziny policyjnej? Czuła się na siebie zła. Ba, była na siebie bardzo zła, jednak postanowiła wykorzystać wyjście aż do granic możliwości.
To właśnie z tego powodu w samym środku nocy wracała do mieszkania, niosąc w rękach dosyć spore torby pełne różnego rodzaju zakupów. Całe szczęście, nawet podczas stanu wojennego funkcjonowały niektóre całodobowe sklepy. I chociaż prawdopodobnie nie powinna była tego robić, wychodząc z jednego z nich, postanowiła skorzystać ze skrótu, zamiast przejść w kierunku większej, bardziej oświetlonej i uczęszczanej ulicy.
Nie sądziła, iż tak szybko przysporzy jej to potencjalnych problemów.
Wpierw dostrzegła dosyć znajomo wyglądających ludzi, na których widok serce podeszło jej do gardła. Nie chciała zaliczyć tego spotkania. W żadnym, żadnym wypadku. Wiedziała jednak, iż jeszcze jej nie dostrzegli, a więc zawsze mogła się wycofać, czyż nie? Być może nawet faktycznie by to zrobiła, gdyby nie kolejny widok.
Nawet jeśli nie miała skłonności do przeklinania, w tym momencie miała ochotę zemleć w zębach jakieś kwieciste przekleństwo, robiąc kilka - jak miała nadzieję - cichych kroków w kierunku mężczyzny, którego kojarzyła z Bractwa. Dawno, naprawdę dawno go nie widziała, jednak jeśli była czegoś pewna, to tego, iż miał wybitną skłonność do ładowania się w kłopoty. Taką, która przewyższała nawet tę jej.
- Stój spokojnie. - Syknęła zza jego boku, modląc się w myślach, by go to nie wystraszyło. - Jeśli coś wywrócisz, mamy przekichane.Dale Fowler - 2018-12-01, 19:40 Chyba nikt z nich nie widział nawet w najśmielszych wyobrażeniach, że wszystko może się tak koncertowo spierdolić. No, ale tak właśnie było i żyli w tym, trwali - robili wszystko co w ich mocy by przetrwać kolejny dzień.
Zupełnie jak teraz. Przecież nie mógł po prostu wypić paru kieliszków po czym grzecznie wyjść z baru, pójść do domku, tam włączyć sobie telewizor i obejrzeć jakiś nudny talk-show. Niee, zdecydowanie trzeba było uchlać się jak ostatnia świnia i dostać jakiegoś niezrozumiałego ataku w towarzystwie Panów z D.O.G.S lub G.C. Tak było znacznie zabawniej, czyż nie? Los od dłuższego czasu dbał o to, by Fowlerowi się nie nudziło.
Tak, czy inaczej... Zaraz po zawrotach głowy przyszły nudności - prawdopodobnie spotęgowane obecnością alkoholu w organizmie i mężczyzna musiał dać z siebie naprawdę wszystko, by w tej chwili nie zwymiotować. Jedną dłoń oparł na brzuchu... Meh, zupełnie jakby to miało w jakikolwiek sposób pomóc. Plecami wciąż opierał się o ścianę, druga dłoń znajdowała się w pobliżu pasa do którego przytwierdził wcześniej pistolet, oraz nóż. Co prawda nie był w tej chwili w stanie walczyć, ale i tak czuł się jakoś bezpieczniej ze świadomością, że ma broń na wyciągnięcie ręki.
Głębiej wciągnął powietrze do płuc i spróbował się trochę cofnąć. Gdyby tylko udało mu się wrócić do tego cholernego baru, na pewno spotkałby tam kogoś znajomego kto za drobną opłatą pomógłby mu dostać się do mieszkania, a tam... Cholera, tam dałby już sobie radę.
Na jego nieszczęście - nogi miał jak z waty i nawet zrobienie kilku kroków wstecz okazało się cholerną mordęgą. O mało co się nie przewrócił, ale... Oparł się na czymś. Nie, zaraz... Nie na czymś. Na kimś.
W normalnych warunkach pewnie bez zastanowienia wyjąłby zza pasa nóż i przyłożył nieznajomej postaci do gardła, ale nie w tej chwili. W tej chwili resztką sił przeniósł na nią wzrok i... kurde, no w sumie to trochę się zdziwił.
Kojarzył ją jeszcze z czasów, gdy był kimś zupełnie innym i właściwie... Dawno nie ucieszył się tak na czyjś widok.
Kiwnął tylko głową na znak, że zrozumiał. Nie potrafił wydobyć głosu z gardła.Maysilee Griffith - 2018-12-01, 21:40 Wytężając wzrok, aby dokładniej przyjrzeć się ciemno ubranym postaciom - mimo najszczerszych chęci, nie miała kociego wzroku, a jej własny odrobinę szwankował z przemęczenia oraz małych ilości snu - wzięła głęboki oddech, powstrzymując się przez ciężkim westchnięciem. W porządku... Teoretycznie nic się nie działo, ponieważ mężczyźni mieli najpewniej udać się w przeciwnym kierunku, jednak jakoś jej to nie pocieszało. Zbyt wiele razy widziała, jak potrafili zachowywać się tacy ludzie, by czuć się teraz spokojnie.
Zarówno ona, jak i towarzyszący jej mężczyzna, mogli tu stać jeszcze przez wieki, licząc na to, iż pozostaną niezauważeni... Iż nikt z grupy nie postanowi nagle udać się w ich stronę i nie dostrzeże ich jak na tacy. Ponadto, kiedy tak kątem oka spoglądała na... Dana? Daga? Daxa? Dave'a? No, mniejsza z większą - mogła to sobie przypomnieć później. Tak czy inaczej, patrząc na niego, odnosiła nieodparte wrażenie, iż niezbyt dobrze trzymał się na nogach.
Nie miała bladego pojęcia, jaka była przyczyna stanu, w którym się znajdował. Z jednej strony, mogło mieć to związek z oddziałem D.O.G.S. stojącym kawałek od nich... Mógł być ranny, zmęczony pościgiem, wycieńczony po ucieczce. Z drugiej, mógł po prostu nie czuć się dobrze, zaś z trzeciej... Z trzeciej... Tym razem bardziej otwarcie zwróciła ku niemu wzrok, jakby miała dzięki temu dostrzec ewentualne oznaki tej samej choroby, z jaką usiłowała walczyć lekami u Thomasa. Nie stała jednak na tyle, blisko, aby móc to jednoznacznie stwierdzić, dopuszczając także prawdopodobieństwo, iż był po prostu pijany w cztery dupy.
I nawet jeśli powinni zachować ciszę, musiała się tego dowiedzieć. Ponownie się zatem odezwała, nie odrywając spojrzenia od pleców stróży prawa.
- Możesz normalnie iść? - Nim miał jednak okazję, by jej odpowiedzieć, sama postanowiła zrobić to za niego. Przecież widziała, co robił jeszcze przed sekundą. - Nie możesz normalnie iść, okej. Co się stało? Co oni tu robią? - I chociaż obawiała się odpowiedzi na to pytanie, postanowiła je zadać. - Jesteś chory?Dale Fowler - 2018-12-01, 22:09 To, że w tej chwili nic się nie działo wcale nie oznaczało, że w ciągu najbliższych kilku minut nie może ulec to zmianie. Kłopoty miały właśnie to do siebie, że pojawiały się znienacka. Dale nie nadawał się w tej chwili do walki, ba, on nie był w stanie nawet stąd uciec, dlatego... Cholera, potrzebował pomocy tej dziewczyny. Nienawidził być od kogokolwiek zależny, przecież przez całe życie radził sobie sam... Problem w tym, że w tej chwili na pewno nie zrobi tego bez niej.
Stanie w miejscu nie było najlepszym pomysłem. Powinien zebrać w sobie jakoś siły.
Co właściwie sprawiło, że był w takim stanie? Z każdą następną chwilą uświadamiał sobie, że na pewno nie jest to wina alkoholu. Był przecież alkoholikiem w zaawansowanym stadium, butelka czy dwie nie doprowadzały go do takiego stanu. Ale jeśli nie alkohol... To co?
Czyżby ktoś go otruł? Niee, to raczej mało prawdopodobne. Przynajmniej nie w tamtym barze, znał tam zbyt wiele osób, by ktoś mógł dopuścić się czegoś w tym stylu.
Choroba? No dobra, ale jaka choroba działa tak mocno? Z drugiej strony... Tak rzadko chorował, że raczej nie miał o tym zbyt wielkiego pojęcia.
- Nie... Nie wiem... - wychrypiał słabo w odpowiedzi na wszystkie jej pytania. Była to odpowiedź uniwersalna - nie miał pojęcia czy uda mu się normalnie przejść chociaż kilka metrów, nie umiał jej powiedzieć co się stało, nie wiedział skąd tamci się tutaj wzięli, a co do tego, czy jest chory... Kurwa, też nie miał bladego pojęcia.
Jedyne co wiedział to to, że jego ostatnią szansą jest ta dziewczyna. Postanowił jej więc zaufać. Powolnym ruchem wysunął pistolet z kabury i drżącą ręką wcisnął jej go w dłonie. Miał nadzieję, że wie jak go użyć.
W najgorszym wypadku miał zamiar sięgnąć po swoją moc, ale... Jeszcze nie teraz. Nie miał pojęcia jak jego organizm w tym stanie przyjmie zwiększoną dawkę adrenaliny.Maysilee Griffith - 2018-12-02, 02:25 Jeśli naprawdę miało teraz miejsce dokładnie to, o czym myślała, to... Cholera, po prostu cholera. Nie zrobiła sobie przecież radosnych, beztroskich wakacji za murami getta ani nie planowała wrócić tam z kolejną porcją owoców do słodkich, przepysznych drinków. To, co miało miejsce w DOMu, te kolejne zachorowania, widocznie powtarzalne objawy czegoś, co w żadnym razie nie było grypą... To samo w sobie było już dostatecznie przerażające. Myśl o tym, iż mogło roznieść się na całe miasto...
Chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie chciała, żeby jej potencjalne prorocze zdolności się myliły. Jak w praktycznie każdym podobnym przypadku, naprawdę obawiała się nieznanego. Tego okropnego czegoś, zwłaszcza że miała okazję częściowo się z nim zetknąć, usiłując podjąć jakąś walkę o zdrowie chorych. Po tych kilku dniach, jakie spędziła u boku - a właściwie, to u łóżka - Thomasa, czuła się jednak wyczerpana i wystraszona... Widząc, jak niewielkie skutki przynosiły pozornie pomocne zabiegi medyczne.
Oczywiście, nie była profesjonalnym medykiem. Ba, nie była nawet pełnoprawną pielęgniarką czy sanitariuszką. Korzystała jednak ze środków oraz metod, jakich i ci ludzie prawdopodobnie używaliby w przypadku typowej grypy, zatem niezmiernie obawiała się tego, czym mogło to być. Skoro dostępne lekarstwa praktycznie nie działały...
Brak jednoznacznej odpowiedzi ze strony mężczyzny również niczego nie polepszał. Nadal nie była w stanie poprawnie stwierdzić, co tak właściwie mu było, nawet jeśli czuła od niego coraz bardziej wyraźną woń alkoholu. W momencie, w którym postanowił sięgnąć po coś dłonią, instynktownie przeniosła wzrok na jego rękę i... Cóż. Teoretycznie pozwoliła jednej z siatek przesunąć się na zgięcie jej łokcia. Teoretycznie dała sobie wcisnąć broń. Teoretycznie nie oponowała.
Tylko... Co z tego, jeśli jej spojrzenie mówiło samo za siebie? Nie miała bladego pojęcia o korzystaniu z podobnych sprzętów i - prawdę mówiąc - wcale nie chciała tego zmieniać. Nie sądziła bowiem, by potrafiła wymierzyć do jakiejkolwiek żywej istoty, co dopiero mówiąc o autentycznym postrzeleniu tego kogoś. Czym innym było przyłożenie z pięści czy kopnięcie w samoobronie, czym innym zaś prawdopodobieństwo popełnienia morderstwa. Nie umiała, nie potrafiła, nie chciała, nie planowała. Po prostu nie.
- Chodźmy stąd. Powoli się wycofajmy. - Zaproponowała, patrząc to na towarzysza, to na broń, to na plecy ludzi, którzy wciąż zdawali się ich nie widzieć. Teoretycznie mogło im się udać. Do jakiegokolwiek skrętu nie było wcale aż tak daleko, a w głowie Maysilee zaświtała wyjątkowo przejrzysta myśl. - Skąd tak właściwie przyszedłeś? - Było tu przecież kilka drzwi prowadzących na zaplecza barów i knajp. Może jakieś były otwarte? Może to stamtąd wypełzł jej chrypiący kompan, ku któremu ostrożnie wyciągnęła ramię, jakby chciała być podporą w drodze...
Taaak, mierząc dokładnie sto sześćdziesiąt osiem centymetrów i ważąc nie więcej niż pięćdziesiąt kilo. Co mogło pójść źle?Dale Fowler - 2018-12-02, 15:28 Dale nieco mocniej wbił się stopami w podłoże. Chciał poczuć pod nogami grunt, udowodnić sobie, że dalej twardo stoi na ziemi.
Przeżył w swoim życiu naprawdę wiele, nie mógł przecież pozwolić na to by przez jakiegoś głupiego wirusa stracił wszystko... Wydostawał się przecież z gorszych opresji, jeśli nie dawał rady iść - czołgał się. Połamany, rana na ranie, ale zawsze dawał radę. Z nożem w zębach i pistoletem w garści wygrzebywał się z sytuacji pozornie niemożliwych, zawsze się podnosił. Taki właśnie był. Walczył do końca. I tym razem również nie zamierzał się poddać.
Inna sprawa, że nie mam pojęcia co zrobiłby bez tej drobnej istotki, która niespodziewanie przybyła z ratunkiem.
Wręczył jej broń ignorując jej przerażone spojrzenie. Hej, mamy wojnę, chyba najwyższy czas przywyknąć do pistoletów i tego rodzaju broni? Jasne, walka wręcz też może pomóc, ale czy jest coś lepszego niż stare, dobre 9mm?
Odetchnął głębiej i zamknął na moment oczy.
Wspomnieniami wrócił do odległych lat, do jednej z misji. Jednej z wielu w kraju pochłoniętym wieczną wojną.
To, co tam wtedy zobaczył mocno zapadło w jego pamięć. Szpital polowy - niby nic niezwykłego, ale diametralnie różnił się od wszystkich, które dane mu było zobaczyć.
Ludzie, żołnierze, którzy tam leżeli... Trawiła ich jakaś straszna choroba. Epidemia. Jedni krzyczeli, inni płakali, a jeszcze inni wzywali swoich bliskich, których oczywiście nie było obok, bo byli na drugim końcu świata. Panował tam wszechobecny odór śmierci, wirus nie miał dla nich litości - wszyscy umarli w strasznych męczarniach.
Jeśli teraz mają doczynienia z czymś podobnym, cholera... Naprawdę nie było dobrze.
No, ale wracając do teraźniejszości...
Jeszcze raz mocno wciągnął powietrze do płuc i kiwnął głową, gdy zaproponowała ruszenie z tego miejsca. Tak, to był naprawdę dobry pomysł, ale nie było to wcale proste zadanie.
- Bar, bar... trzy przecznice stąd.. - wyszeptał walcząc z tym cholernym bólem gardła. Czy ona zamierzała tam wrócić? Z jednej strony nie był to najgłupszy pomysł - być może znalazłby się tam ktoś, kto udzieliłby mu pomocy. Z drugiej natomiast... Równie dobrze mogłaby się znaleźć życzliwa duszyczka, która chętnie wykorzystałaby jego chwilową słabość i postanowiła zakończyć i tak marny już żywot.
Tak, czy inaczej - oparł się na niej. Nie całym ciężarem, a przynajmniej... Starał się nie uwalić na niej cały. Był świadom tego, że dzieli ich jakieś kilkadziesiąt centymetrów, oraz kilogramów. Powłócząc nogami z brodą opartą o klatkę piersiową pozwolił jej się poprowadzić. Nie ważne w jakim kierunku - byle jak najdalej stąd.
Miał przy sobie klucze do samochodu, mógł jej powiedzieć gdzie stoi jego auto i mogli gdzieś pojechać, ale nie umiał w sobie zebrać siły na wypowiedzenie tak wielu słów. Miał też pieniądze, oraz klucze do mieszkania, które przecież znajdowało się bardzo blisko... Tylko, że słowa jakoś tak nie chciały wyjść z jego gardła.
Swoją drogą, czy ona była jakimś aniołem, czy co? Pojawiła się dokładnie wtedy, gdy tego potrzebował - tak po prostu.
Huh... A może już ma jakieś halucynacje?Maysilee Griffith - 2018-12-05, 02:13 Cały ten dzień - choć niewątpliwie wypełniony aż po krańce czyichkolwiek możliwości - teoretycznie powinna uznać za owocny, za szczęśliwy. Jeśli spojrzałaby na to w nieco inny sposób, z pewnością dostrzegłaby, jak dużego miała farta, trzymając w siatkach praktycznie wszystko z tego, czego potrzebowała. Oczywiście, nadal musiała znaleźć pretekst, by wnieść kilka bardziej nietypowych rzeczy do getta, aczkolwiek panujący tam pomór miał jedną - o zgrozo! - zaletę.
Było po prostu dużo łatwiej podawać się za pielęgniarkę. Czy to podążającą do tak zwanych mutazynistów, czy to pobierającą próbki albo roznoszącą najpotrzebniejsze lekarstwa. Z odpowiednimi, solidnie wykonanymi papierami oraz ładną śpiewką, nie było najmniejszych podstaw, by to kwestionować. Przynajmniej do tej pory, ponieważ mimo to odrobinę martwiła się o te dodatkowe towary, jakie nie były konieczne do wykonywania deklarowanej pracy.
Tak czy inaczej, dotychczas towarzyszyła jej spora porcja szczęścia, którego nie zamierzała już wykorzystywać. Nie dzisiejszego wieczoru. Nawet jeśli nieprzemyślanie postanowiła skorzystać ze skrótu do mieszkania, jakoś pominęła prawdopodobieństwo trafienia na patrol D.O.G.S. Być może było to skutkiem przemęczenia, być może bycia myślami w kompletnie innym miejscu, być może czegoś zupełnie od tego odbiegającego. Sama nie wiedziała. Najważniejsze, że tak bardzo chciała się trzymać z daleka od rządowców - to dlatego rezygnując z wieczornego wejścia do DOMu - iż najwyraźniej nieświadomie ich do siebie przyciągnęła. Czyżby to właśnie tutaj wyczerpał się jej dzisiejszy fart?
Nie chciała brać tego pod uwagę. Nawet przyglądając się nieoczekiwanemu towarzyszowi, który nie wyglądał zbyt dobrze, usiłowała dać im jakiekolwiek szanse na powodzenie. W końcu nie była pesymistką, czyż nie? Półmrok i oddalenie dawało im pewną przewagę. Dokładnie tak samo, jak fakt, iż nie zostali dostrzeżeni. No, przynajmniej nie do tej pory. Kiedy jednak usłyszała odpowiedź na zadane jej pytanie... Westchnęła ciężko, wykreślając opcję powrotu do tamtego miejsca. Było dalej niż bliżej. Dalej od czegokolwiek. Dalej od jej własnego mieszkania.
- No, nic... - Mruknęła bardziej do siebie niż do towarzysza, oglądając się na funkcjonariuszy prawa. Dalej stali w dokładnie tym samym miejscu, najwyraźniej zaczynając ruszać się jednak do odejścia. Całe szczęście, w zupełnie innym kierunku...
I to był chyba właśnie ten moment, w którym i oni powinni odejść. Starając się podeprzeć mężczyznę, bez słowa kiwnęła głową w kierunku, w jakim powinni odejść. Zadziwiająco sprawnie, zadziwiająco dobrze... Przynajmniej do czasu, gdy jedna z siatek na jej ręce nie postanowiła pęknąć od spodu...
Jedna ze szklanych, kruchych buteleczek z lekami uderzyła o twarde podłoże, a brzdęk poniósł się echem pomiędzy ścianami budynków w wąskiej uliczce. Maysilee dosłownie zamarła w miejscu...Dale Fowler - 2018-12-19, 16:28 Czy w ogóle w dzisiejszych czasach bywały dni, które można określić szczęśliwymi? No, na pewno nie w życiu Pana Fowlera. On właściwie nie pamiętał czym jest szczęście, pożegnał się z nim dawno temu. Przywykł do samotności, do pecha, do tej całej beznadzieji, która na stałe przykleiła się do jego życia. Po prostu się do tego przyzwyczaił i może właśnie dlatego nie próbował nic zmienić - żył z dnia na dzień. Jakoś dawał sobie radę, przecież musiał. Były jeszcze na tym świecie osoby, które go potrzebowały - może nie było ich zbyt wiele, ale nie miało to większego znaczenia. Nie mógł tak po prostu się poddać, chociaż skłamałbym, gdybym stwierdził, że o tym nie myślał. Wielokrotnie pragnął zwyczajnie wyciągnąć broń, którą przecież zawsze miał przy sobie i palnąć sobie w łeb. To wydawało się takie proste, ale... Coś go powstrzymywało. Zawsze coś go powstrzymywało, przecież nie mógł skończyć w taki głupi sposób, nie po tym wszystkim. A przynajmniej do momentu w którym nie odbierze wszystkiego kobiecie, która go zniszczyła.
No, ale chyba dość o tym. Warto wrócić do chwili obecnej, bo przecież ich sytuacja wcale nie była zbyt wesoła.
Zignorował to co jego towarzyszka mruknęła tam sobie pod nosem - zwyczajnie nie miał siły już jej odpowiadać.
Oparł się na jej silnym ramieniu i tak wesoło ruszyli sobie w kierunku wybranym przez dziewczynę, ale przecież nie mogli tak po prostu się oddalić. Nie mogło być zbyt łatwo, huh?
Po chwili jedna z siatek, którą niosła Maysilee postanowiła sobie pęknąć. No cóż... Można było się tego spodziewać. Dźwięk, który wydał szklany słoik uderzający o podłoże wydał się Fowlerowi najgłośniejszy ze wszystkich, które kiedykolwiek słyszał. I z pewnością zwiastował kłopoty. Gdyby miał siłę, to może nawet by westchnął, albo zrobił facepalma.
Obrócił się wolno przez ramię i widząc, że funkcjonariusze ruszyli w ich kierunku postanowił przejąć choć trochę inicjatywę - na tyle, na ile pozwalał mu ten dziwny napad jakiejś głupiej choroby.
Pociągnął ją za sobą zamierzając dojść do wyżej wspomnianego baru - jeśli wszystko dobrze pójdzie znajdzie się tam ktoś, kto im pomoże, jeśli nie... Cholera, będą improwizować.
Przez chwilę - przez krótką chwilę Dale odniósł wrażenie, że robi mu się choć trochę lepiej. Oby to była prawda, bo jeśli dziewczyna nie posiada jakichś wspaniałych umiejętności, które ich stąd wyciągną to... Hmm, pewnie jeszcze dziś skończą w jakimś bardzo nieciekawym miejscu.Maysilee Griffith - 2018-12-22, 18:56 Przemieszczając się pomiędzy Seattle a gettem tudzież gettem a Seattle, praktycznie nieustannie miała do czynienia z przedstawicielami rządu. Ba, o ironio!, niektórych nawet całkiem lubiła. Prócz tego, jaką wykonywali pracę, byli całkiem w porządku. Nie zachowywali się źle w stosunku do niej czy innych osób, przy jakich ich widywała, robili wyłącznie to, co musieli. Oczywiście, nie usprawiedliwiała ich w ten całkowity, całościowy sposób, jednakże była w stanie spojrzeć na nich przychylnym okiem, porozmawiać przez chwilę czy nawet przynieść im pierwszą partię pierniczków robionych w tym roku.
Mimo to, zdecydowanie nie chciała napotykać jakichkolwiek nocnych patroli. W przeciwieństwie do znajomych strażników, ci ludzie zazwyczaj nie byli tak ugodowi. Wręcz przeciwnie, jeśli pogłoski były całkowicie prawdziwe, takie osoby całkowicie dobrowolnie zgłaszały się do chodzenia po nocy... W zimnie, ciemnie i chłodzie. Tylko po to, by móc wyładować na kimś agresję, egzekwując prawo. I chociaż teoretycznie tylko w samym DOMu obowiązywała godzina policyjna, rządowcy z Seattle zdawali się o tym zapominać, przenosząc to na całe miasto.
Nic więc dziwnego, iż chciała jak najbardziej oddalić się od tej grupy, nie zamierzając ryzykować spotkania. O ile bowiem ona sama, jako drobna, raczej nieszkodliwie wyglądająca kobieta, mogła jeszcze jakoś uniknąć potencjalnej łapanki, o tyle we dwoje... We dwoje z pewnością nie mieli tego zrobić. A ona naprawdę nie chciała doprowadzać do bijatyki lub, co gorsza, faktycznej strzelaniny. Niestety, to były wyłącznie pobożne życzenia.
Z chwilą, w której wszystko postanowiło wręcz koncertowo się spieprzyć, Maya poczuła, że zdenerwowanie wręcz wbiło ją w ziemię. Jeśli bowiem odczuwała je już wcześniej, w tym momencie było to kilka razy silniejsze. Do tego stopnia, iż gdyby nie przejęcie inicjatywy przez mężczyznę i pchnięcie ich we wcześniej obranym kierunku, pewnie wcale by się nie ruszyła. Tak jednak postawiła pierwszy, drugi, trzeci i kolejny krok, mimowolnie przyspieszając, gdy usłyszała wyraźniejszy ruch za ich plecami.
Udając, iż głośne hej wcale nie dotarło do jej uszu, po prostu ignorowała ten fakt. Zupełnie tak, jakby mogło to coś zmienić. Cóż, z pewnością coś się zmieniło. Prędkość, z jaką niebo - dotychczas tylko lekko zachmurzone - całkowicie zasnuło się ciemnymi, stalowoszarymi chmurami, a towarzyszący im wiatr wzmógł się, zwiastując nadciągającą burzę... Była wręcz nienaturalna. A Griffith po prostu nad tym nie panowała. Tak samo jak nad pierwszym z - zatrważająco bliskich - wyładowań, chwilowo całkowicie bez deszczu.Dale Fowler - 2018-12-22, 21:22 Dale również często się przemieszczał, ale unikał ludzi pracujących dla rządu - jak do tej pory wychodziło mu to świetnie. Hmm... Pewnie taki nocny patrol nie byłby dla niego problemem, gdyby nie gorsze samopoczucie. Z łatwością zniknąłby im z oczu, a w razie ewentualnej walki, cóż... Dałby radę. Jednak nie teraz, w tej chwili sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze.
A co do pierniczków, huh... Fowler też chętnie dałby kilku takim pierniczki. Z cyjankiem. On nie potrafił patrzeć na nich przychylnym okiem. Nie po tym co przeżył, nie po kilku dniach tortur, które zafundowała mu właśnie pracowniczka rządu. Jasne, nie można szufladkować, oceniać wszystkich jedną miarą, ale... No, po prostu nie potrafił widzieć w nich ludzi.
Na całe szczęście pomimo tych wszystkich objawów toczącej go choroby dał radę zachować trzeźwy umysł i na chłodno ocenić sytuację. Musieli się ukryć jeśli chcieli wyjść z tego wszystkiego cało. Wejść do jakiegokolwiek pomieszczenia - na otwartym terenie nie mieli zbyt wielkich szans. Gdyby tylko udało im się dotrzeć do tamtego baru w którym siedział, gdyby mógł zamienić parę słów ze znajomym mu barmanem...
Z tych rozmyślań nad ich dalszym losem wyrwał go wiatr, który przyszedł dość... Niespodziewanie. Podobnie jak wyładowanie, które nastąpiło chwilę później. Przeniósł spojrzenie na Mayę. To... Ona?
Wciągnął głębiej powietrze do płuc. No, nieźle, robiło się coraz lepiej.
Odkaszlnął i delikatnie zacisnął palce na jej ramieniu, oczywiście cały czas pozostawał w ruchu, cały czas prowadził ją w odpowiednim kierunku.
- Spokojnie... Uspokój się. - Głos już mu się nie załamywał, brzmiał znacznie lepiej, co więcej - zaczynał nabierać kolorów. Najprawdopodobniej nie wydawało mu się, faktycznie powoli dochodził do siebie. Niestety trochę za wolno...
Odwrócił się przez ramię - tamci byli coraz bliżej.
Nie dotrą do tego cholernego baru, nie było nawet takiej opcji.
Postanowił więc zaryzykować i pociągnął ją za sobą w kierunku jednej z bocznych uliczek. Podszedł wraz z nią do pierwszych lepszych drzwi. Złapał za klamkę - nie wiedział co go czeka w tym budynku, ale postanowił to sprawdzić. Oczywiście były zamknięte, ale nie było to większym problemem. Po raz pierwszy tego wieczoru postanowił użyć swojej mocy, pozwolił adrenalinie płynąć znacznie szybciej. W ten sposób zwiększył swoją siłę. Jednym dość mocnym kopnięciem wyważył drzwi.
Co dalej? Za chwilę się okaże.Maysilee Griffith - 2018-12-23, 01:16 Nie była zbyt dobra w odczytywaniu czyichś spojrzeń i wynikających z nich intencji, dlatego też w tej chwili - zamiast zajmować się własnym stresem - dosyć automatycznie pocieszająco pogłaskała mężczyznę po ramieniu. Tak, może i był duży, żeby nie powiedzieć - wielki jak skała, ale wciąż miał prawo się bać. Nieważne, jak mocno. Nieważne, iż w tym momencie była skłonna stwierdzić, że odczuwał strach mocniej od niej samej - w końcu jego oczy to mówiły - bo to nie aparycja człowieka świadczyła o jego wnętrzu. A Maysilee, jak to ona, wolała skupiać się na kimś innym.
Nie lubiła być brana za słabą, wręcz nie potrafiła strawić sytuacji, w których ktoś bagatelizował jej siłę - wewnętrzną czy zewnętrzną - ze względu na to, jak wyglądała czy kim była. Nawet w chwilach, w których faktycznie potrzebowała tego wsparcia, dosyć ciężko przyjmowała jakiekolwiek współczucie. W końcu to ona instynktownie przyjmowała rolę opiekuna ludzkości. Nie odwrotnie. To ona powinna być odważna, pewna siebie i zdecydowana, aby skutecznie wykonywać powierzone jej zadania. Jeśli miała się posypać, to wyłącznie w samotności.
A jednak utrzymanie kontroli nad sobą nie należało do łatwych spraw. Wręcz przeciwnie. Im bardziej spokojnie i powoli starała się oddychać, tym szybciej łapała się na tym, iż działało to na nią wręcz rozpraszająco. I to nie... Zdecydowanie nie w tym dobrym sensie. Nie do końca wiedząc, gdzie tak właściwie przebywali - w pewnym momencie skręcając nie w znaną sobie okolicę, a tam, gdzie poprowadził ją towarzysz - czuła się kompletnie rozbita.
W jednej chwili skupiała się na odgłosach dochodzących zza ich pleców, w kolejnej na - okropnie głośnych, przynajmniej w jej własnych uszach - odgłosach ich kroków, w kolejnej zaś na doznaniach pogodowych, które... Cóż, działały na nią równie mocno, co ona na nie. A w żadnym razie nie chciała przecież sprowadzać na nich kolejnych wyładowań, już teraz podskórnie odczuwając ich niedawne skutki. Być może teraz jeszcze tego nie zrobiła, jednak już wielokrotnie wcześniej ściągała na siebie błyskawice. I o ile nie było to zbyt niebezpieczne dla niej samej... Wszyscy inni nie byli takimi szczęściarzami.
Znała wyłącznie jedną osobę, która byłaby w stanie nie tylko przeżyć coś takiego, a jeszcze dodatkowo jakoś to wykorzystać. Co prawda, nie wiedziała, jaką dokładnie mocą dysponował jej towarzysz, jednakże - mimo chęci myślenia o tym w jak najbardziej pozytywny sposób - jakoś szczerze wątpiła w to, aby trzepnięcie piorunem w ciało miało pomóc mu w walce z osłabieniem lub, co gorsza, z tą paskudną chorobą... Jaką przecież mógł mieć.
Kiedy do jej uszu dotarły jego słowa, mimowolnie obdarzyła go przelotnym spojrzeniem, biorąc kolejny głęboki wdech i kiwając głową. Nie wiedziała, co mogli zrobić, ale zdecydowanie nie chciała jeszcze bardziej utrudniać całej sprawy. Już i tak pośrednio doprowadziła do tego, co się stało - do ich pościgu, nawet jeśli chwilowo nikt otwarcie ich jeszcze nie gonił. Wiedziała tylko, że nadal za nimi podążano, ale bez szalonych bieganin, wystrzałów czy innych takich. Jeszcze nie.
- Co ty... - Zaczęła, widząc poczynania mężczyzny, urywając jednak dokładnie w tej samej chwili, w której tak otwarcie postanowił... Cóż, wyważyć jakieś drzwi. Nawet tego nie skomentowała, z pewnością nie w tym momencie, wyłącznie poruszając brwiami w górę i w dół. Nie tego spodziewała się po kimś, kto nie był w pełni sił, ale najwyraźniej miała zostać zaskoczona. Pewnie nie po raz ostatni.
Nie zastanawiając się zbyt wiele, podążyła z nim do środka - ciemnego, ciasnawego i potwornie mocno pachnącego mieszaniną solonych ryb i... Piwa? Z dużym prawdopodobieństwem właśnie jakiegoś rodzaju piwa. Pod pewnymi względami, była jednak raczej przyzwyczajona do przesiadywania w magazynach rybnych i nawet jeśli chłód, jaki dolatywał ze środka, nie zachęcał... Cóż, wolała to od spotkania z DOGS.
- Da się to jakoś... No, wstawić na miejsce? - Spytała cicho, podążając wzrokiem w kierunku drzwi, które zdecydowanie już się nie domykały...Dale Fowler - 2018-12-23, 15:20 Nie było na świecie zbyt wiele osób skłonnych do pocieszającego głaskania go, lub do czegokolwiek w tym rodzaju. W sumie to na palcach jednej ręki mógłbym policzyć ludzi, którym by na to pozwolił. Takim właśnie był typem człowieka - nie ważne jak paskudna była sytuacja on starał się być twardy, brać wszystko na chłodno. Czasem był nawet zbyt odważny - przez to właśnie wiele tracił.
W tym momencie odebrał ten gest jako coś... Po prostu miłego, nawet jeśli nie potrzebował pocieszenia. Pewnie bardziej ucieszyłby się, gdyby wyciągnęła z torebki jakiś magiczny lek na wszelkie jego dolegliwości, albo nie wiem, kilka granatów, karabin maszynowy, czy coś w tym rodzaju. No, ale żeby nie było, że narzekam - głaskanie jest naprawdę bardzo miłe!
Jeśli chodzi o strach... Nie bał się o siebie. Prawie nigdy nie dbał o własną osobę, od zawsze walczył o kogoś. Zupełnie jak teraz - gdyby przez niego złapali również Mayę, gdyby przez to, że chciała mu pomóc straciłaby cokolwiek... Nie potrafiłby sobie tego wybaczyć. I w ten sposób po raz kolejny przestał liczyć się on sam - teraz martwił się o to, jak wyciągnąć z tego właśnie ją.
To też mogła wyczytać w jego oczach?
Nie miał jej na pewno za słabą osobę. Jej postura nie miała tu nic do rzeczy, wykazała się ogromną siłą. Próbowała mu pomóc, nie zostawiła go. Nie wiem jak on jej się odwdzięczy, ale być może kiedyś nadarzy się ku temu okazja.
Fowler starał się zignorować zjawiska pogodowe. Jasne, nie chciałby zostać trafiony przez błyskawicę, czy coś w tym rodzaju, ale... Czy miał na to jakikolwiek wpływ?
Postanowił się więc skupić na kwestiach w których miał cokolwiek do powiedzenia.
Przede wszystkim na ucieczce, na ukryciu ich przed oczami osób, które mogłyby im zagrozić - w tym był akurat całkiem dobry. Pomimo kiepskiego stanu gdzieś tam głęboko w środku wierzył w to, że im się uda. Przecież musi, nie?
Chwilę później znaleźli się już we wnętrzu jakiegoś pomieszczenia. Zapach dochodzący ze środka był na tyle silny, że poczuł go pomimo zatkanego nosa. Na kilka chwil przymknął całkowicie jedno oko chcąc je przyzwyczaić do panującej tu ciemności. W ten sposób łatwiej będzie mu celować, gdyby jednak doszło do ewentualnej strzelaniny.
Przeniósł wzrok na drzwi, które ledwo trzymały się na zawiasach.
- Chyba... Trochę przesadziłem. - mruknął sam do siebie. W tak kiepskim stanie ciężko mu było dopasować poziom siły do wyważenia tych cholernych drzwi. Tak, z pewnością trochę przegiął. No nic, zdarza się - podobno nawet najlepszym.
Podszedł do nich i mocując się z nimi przez krótką chwilę dopasował je do zawiasów tak, by chociaż sprawiały wrażenie nietkniętych.
Rozejrzał się po pomieszczeniu szukając czegoś co mogłoby...
- O. To się nada. - rzucił kierując się już w kierunku sporych rozmiarów lodówki. Była ona przeznaczona właśnie do takich miejsc, magazynów, chłodni... Tak, czy inaczej - ważyła naprawdę sporo kilogramów.
Ponownie korzystając ze swojej mocy przesunął ją w kierunku drzwi zupełnie tak, jakby nic nie ważyła. Nawet jeśli funkcjonariusze dojdą do tego, że schowali się właśnie tutaj, cóż... Z pewnością nie otworzą drzwi.
Nie patrząc nawet na dziewczynę odruchowo chwycił ją za dłoń i pociągnął w głąb pomieszczenia. Cokolwiek zastaną dalej... Na pewno będzie to lepsze niż spotkanie z tamtą dwójką.