Droga do San Francisco była naprawdę długa. Do tego miasta, którego nazwa z jakiegoś niezrozumiałego powodu uciekała z myśli Sahira. Pewnie działo się tak dlatego, że i jego myśli uciekały, ulatywały. Porywał je ten sam wiatr, który opływał furgonetkę, którą jechali i ten sam, który rozpływał otoczenie wokół nich, gdy mijali kolejne miasta, miasteczka, pola i niepola. Tylko czy to napewno wiatr je rozmywał, czy jednak czysta fizyka, skoro się poruszali? W ciągłym pędzie, grzecznie na siedzonku. Bez większego poruszenia. Nie bardzo słuchał, o czym rozmawiają inni, z czego się śmieją i czemu właśnie przepychali się jeden z drugim w przekomarzankach. Jak słodko. Nie zawsze tak było. Ten wypad był bardziej jak wakacje, bardzo długo wyczekiwane, bardzo krótkie, ale jednak - wakacje. Prosta robota, zwykła kontrola, a on? Jemu i tak lepiej było wszędzie, tylko nie w głównej bazie Psów. To chyba w ideę myśli, że rodzinę zawsze dobrze mieć przy sobie - byle nie w domu, skoro mogą ci go spalić. Ciężko było tej zbieraniny przeróżnych osobowości nie traktować jak “rodziny”, zwłaszcza kiedy było się wśród mutatów. Nie żeby Sahir czuł się jej częścią, ale on nigdy się za bardzo “nie czuł”, więc chyba problem resolved. Eryk lubił trzymać syna przy sobie, a syn ani myślał protestować. I takim sposobem siedział tu, naprzeciwko swojego ojca, spoglądając przez okno na mijający ich świat wielkimi, czarnymi oczyma. Z utęsknieniem? Z zainteresowaniem? Bardziej to drugie niż to pierwsze. Świat miał w sobie zawsze coś interesującego, coś pociągającego - coś, co sprawiało, że czarnowłosy czasami chciał wyjść na zewnątrz i sprawdzić, czy trawa jest rzeczywiście tak samo miękka, na jaką wyglądała. Niby nikt nie trzymał go jako więźnia, a mimo to i tak cały świat oglądany był zza tych bezpiecznych szyb. Dlaczego?
Początek był prosty i wszystko poszło jak z płatka. Oni sprawdzali jakieś magazyny, on stał grzecznie i robił dobre wrażenie. Ochraniał, osłaniał - tak, żeby na pewno wszystko było płatkiem, nie żadnym komplikującym życie gównem. Spodziewali się oporu z całą pewnością, tymczasem nie było żadnego. Kolejna mała misja zakończona wielkim sukcesem. Sahir nie pytał, czego tutaj szukali, po co dokładnie przyjechali. Czego, albo kogo. Jego banalne pojęcie rozkazów i przykazów pozwalała na odrobinę ignorancji - znał przecież swoje miejsce i nie próbował udawać kogoś ponad swoje normy. Śledził proces z umiarkowanym zainteresowaniem - tak jak i radość, którą dzielili członkowie drużyny między sobą, gdy wrócili do wynajętego hotelu, w którym mieli się zatrzymać, choć bardziej interesowało go wszystko to, co było wokół. Dlatego był tylko częściowo obecny myślami i jeszcze mniej obecny przy nich. Chciał zobaczyć ten piękny most z widokówek i te ładne zakamarki, które oglądało się tylko w atlasach albo w internecie, bo przecież to niemożliwe, żeby istniały naprawdę. A jednak. Byli tutaj i byli ich tak blisko - więc czem tak daleko? Nic się nie rozmywało wokół nich, a mimo to nikt nie chciał tych zakamarków zobaczyć. Wszyscy krzyknęli jednomyślnie - popijawa! Zgoda - wszyscy prócz Eryka, ale nawet on był skłonny, żeby wybrać się do takowego tego wieczoru.
Knajpka miała swój urodziwy klimat, to trzeba było jej przyznać. Ni upakowana w samym centrum, dzięki czemu nie zebrało się przed nią jakieś milion osób, które wyłyby w niebogłosy, uważając, że pięknie śpiewają, ale też nie zadupie, które uczyniłoby ją albo pustą, albo jakąś meliną. To było jedno z tych miejsc, które zawsze były “w sam raz”. To znaczy dla Sahira żadne z tych miejsc nie było “w sam raz”. W każdym było za głośno, za duszno, za dużo ludzi, ale nie próbował nawet się sprzeciwiać - skoro wszyscy szli, to znaczy, że wszyscy, nie? Zgoda, próbował. Próbował, bo wcale nie chciał tutaj stać i pilnować tego, co się stanie, kiedy ktoś się upije, ale nie dano mu większego wyboru. Eryk nie dał. Mrok ogarnął już miasto, ale nie było to nic szczególnego - w końcu mieli grudzień, paskudny, mroźny grudzień, w którym ciemno potrafiło się robić już po 15. Nic tylko czekać na najkrótszy dzień w roku, żeby każdy następny był coraz dłuższy - i tak w kółko, co roku, w nudnym, rutynowym rytmie życia, o którym mimo wszystko lubiono rozmawiać i na niego narzekać, jakby za każdym razem było to coś nowego i omówienia wymagało. Istniało parę takich nieznośnych tematów. Neony i światła ulic rozpraszały noc. Nie pozwalały wkraść się do miasta mgieł, nie pozwalały zgasnąć życiu - jeszcze nie teraz. Przynajmniej w tym jednym miejscu muzyka nie dudniła tak, że aż asfalt drżał pod stopami. Przed nim stało parę osóbek, rozmawiały ze sobą, paliły fajki. We wnętrzu chyba ktoś brzdąkał sobie na gitarce jakiś mellow pop. Drzwi były zamknięte, ale żywotność wokół zapewniała, że są zamknięte tylko po to, by nie wypuszczać bezcennego ciepła ze środka i oddawać je za bezcen zimnemu powietrzu. Cała ekipka wlała się do wnętrza, sześć osób razem z Sahirem, który zamykał pochód. Zaczęli szukać wolnego stolika i na szczęście takowy się znalazł - co prawda dopiero po chwili, kiedy parę osóbek tenże stół zwolniło, więc trochę się pokręcili i zdążyli pooblegać bar, składając różne zamówienia. Wszyscy prócz Sahira, naturalnie, który trzymał się z tyłu i po prostu obserwował.Victoria Johnson - 2018-03-01, 19:25 Miasto Mgieł zupełnym przypadkiem stało się domem Victorii Johnson na dłużej. Jej miasto, to w którym się urodziła, w którym dorastała, w którym kształtowała się jej osobowość nie było już domem, a przynajmniej nie w rozumieniu przenośnym. Tak, nadal mieszkała tam jej rodzina, jej rodzice, ale to nie była pełna, szczęśliwa rodzina. Brakowało w niej jednej, konkretnej osoby, od której, można powiedzieć, to wszystko się w ogóle zaczęło. Nie, nieprawda… Prędzej czy później gen x i tak dałby o sobie znać, jeśli nie tego jednego feralnego dnia, to innego, zapewne równie okropnego co rok temu. Dokładnie rok temu. Ktoś mógłby powiedzieć, że Tori powinna być dzisiaj właśnie tam, w Los Angeles, przy swoich bliskich, by wraz z nimi przeżywać i wspierać ten dzień. Ktoś inny, ale nie Victoria. Bo ona miała jeden, tylko jeden powód, by nie zbliżać się do rodzinnego miasta, za to powód ten był bardzo dobry… A przynajmniej wydawał się taki w jej głowie - nie wracać i nie narażać innych.
To nie tak, że Johnson zrobiłaby komukolwiek krzywdę, prawda? Właściwie jej zdolności nie za bardzo na to pozwalały, wręcz przeciwnie, ale jeden malutki epizod z jej życia, jedna krótka scenka była wyjątkiem, który nie tyle potwierdził regułę, co ją skompromitował. Zrobiła komuś krzywdę. Kompletnie nieświadomie, kompletnie niechcący, ale zrobiła, gotując temu komuś los podobny, który był udziałem jej siostry. Jej biednej, małej, kochanej, nieżyjącej siostry. W tym wypadku Vic była tchórzem. Uciekła od odpowiedzialności, uciekła od wspomnień, byle dalej, byle nie wracać, byle nie konfrontować się z prawdą… Po tamtym zdarzeniu długo nie mogła spojrzeć sobie w twarz, ale wiedziała też doskonale, że nie może zostać w mieście i czekać, aż ktoś po nią przyjdzie, dopasowawszy rysopis do nazwiska. Wątpliwe w tak dużym mieście, jasne, ale Tori naprawdę wolała nie kusić losu. Więc Los Angeles już nie było jej domem i już nigdy nie miało nim być. Teraz była tutaj, w San Francisco.
Przykre, bolesne zdarzenia, które wywarły na ciebie wpływ mają jednak niestety to do siebie, że mają rocznice. I dzisiaj też był taki dzień. 20 grudnia, dzień, w którym świat Victorii wywrócił się do góry nogami. Rok temu, co do dnia, spłynęła na nią wiadomość, na którą nie była gotowa. Pewnie nigdy by nie była, odsuwając od siebie i swoich bliskich widmo pewnej śmierci, ale wtedy było to jeszcze bardziej niespodziewane niż ta właśnie pewność. Rok temu, co do dnia, jej droga siostra, zostawiona na chwilę sama, zrobiła tę jedną rzecz, na którą nikt z rodziny Johnsonów nie był gotowy - zostawiła ich wszystkich, definitywnie i nieodwracalnie. A dzisiaj… Dzisiaj była pierwsza rocznica jej śmierci. Jej śmierci i zarazem dnia, w którym Victoria okazała się takim samym mutantem jak ona, takim, który mógł też skończyć jak ona…
Samotne wyjście do pubu wydawało się więc wspaniałym pomysłem - o ile w dzień taki jak ten, w którym spływają na ciebie poczucie winy za coś, na co nie miałeś wpływu, w ogóle cokolwiek może być wspaniałe. Bezsilność… Jedno z najgorszych uczuć i to właśnie przeżywała teraz Tori. Bezsilność i dojmujący smutek, który wypełniał jej umysł i serce. Taki, z którym można było walczyć tylko w jeden sposób: zapić się jak świnia i zapomnieć chociaż na malutką chwilę. Dziewczyna miała niewielu znajomych, ba, może nawet trzeba by powiedzieć, że nie miała żadnych. A nawet gdyby miała - to i tak planowała ten dzień spędzić w samotności. Względnej. Wyłączyła więc smartfona, zamierzając być głucha na telefony matki, zasiadła za barem i nie zwracając uwagi na świat wokół powoli sączyła kolorowe drinki. Zaczynała łagodnie, by powoli przechodzić do cięższego kalibru. Siedziała plecami do drzwi, co chwila ktoś wchodził, trochę rzadziej wychodził - a ona trwała na tym jednym miejscu, mając cały świat gdzieś i nie zwracając większej uwagi kto w ogóle pojawiał się w środku, ani ile czasu zdążyło minąć. Nic więc dziwnego, że grupka ludzi, która właśnie dobiła się do baru też nie zrobiła na niej większego wrażenia. W tej jednej chwili Victoria zdawała się być kompletnie wyzuta z jakichkolwiek emocji - ale była to ułuda. Fasada, która skrywała taki kocioł, że alkohol był tutaj jedynym lekarstwem. Jedynym, które ona widziała. A barman nie pytał, po prostu spełniał jej prośbę o kolejnego drinka.Sahir Allison - 2018-03-01, 19:27 Uciekanie było o wiele prostsze niż wychodzenie naprzeciw problemom. Wsiadałaś w pociąg, byle jaki, z biletem w jedną stronę i podziwiałaś, jak zmienia się świat. Rozpływa, rozmywa, rozkleja. Możesz wysiąść na następnej stacji i spojrzeć, w co teraz się zamienił, co wyszło z nowej układanki, albo przypatrywać się składaniu na nowo świata zza bezpiecznej szyby - wtedy nie będziesz mogła go dotknąć, ale ten świat nie dotknie też wtedy ciebie. Dosyć proste równanie, co nie? Jeśli trochę się postarasz i skupisz - będziesz w stanie nadążyć za tym światem swoimi oczyma. Wtedy możesz obserwować te zmiany, śledzić każde drzewo w tym pędzie, każdy krzaczek - im dalej są, tym łatwiej o przyglądanie się, ale i tym mniej szczegółów jest skłonnych do ujawnienia się. Szkoda, że to nigdy nie mogło być takie proste i nie chciało omijać zasad odgórnie nam narzuconych. Wiesz, ta fizyka… To, że kiedy coś ciężkiego odkłada się na twoim sercu, to nie możesz z tym tak po prostu chodzić, tylko zawsze ciągnie cię w dół i przygniata - jak rocznica śmierci siostry. Wtedy najmniej rozsądną rzeczą było sięganie po alkohol, w którym nurzało się po czoło - topiło, bezwolnie opadając w dół. Cena? Bycie topielcem nie było wygórowaną ceną w zamian za słodycz spokoju i ciszy, który gościł na dnie. Tak niewiele przebłysków z górnej tafli tutaj docierało, jeszcze mniej odgłosów - wszystkie rozpraszały się w chłodnej cieczy. Tak jak rozpraszały się myśli i pęd świata. Dlatego mimo, że to nie było rozsądne - było najlepsze. Jedne z tych wielu tajemnic, których Sahir nigdy nie odkryje.
Wszyscy rozsiedli się po jednej stronie, oblegając część baru - a on stał. Stał i spoglądał to na ich plecy to rozglądał się po całej knajpce, aż w końcu jego spojrzenie utknęło w spokojnie brzdąkających artystach, którzy wygrywali jakiś stricte uroczy kawałek. Albo to był po prostu kawałek? Nie ważne - ważne, że łubu dubu nie rozsadzało mu bębenków. Półcienie knajpki i atmosfera, jakby wszędzie tutaj unosiła się mgła, dym - uroki piwniczanych knajp, jak sądzę, gdzie pysznił się na jednej z kolumn znak “nie palić”. I chyba rzeczywiście nikt nie palił, skoro byli ci wystarczająco pijani, by w samym t-shircie wychodzić na fajeczkę na zewnątrz. Zapatrzył się na ten widok. Na tych artystów i na ludzi, których głowy były zwrócone w ich kierunku. Musieli słuchać. To, co cieszyło słuch - ciekawe, czy równie mocno cieszyło ich oczy? Nie żeby Allison się nad tym zastanawiał, pozbawiony refleksji, chłonący obrazek mu dany, przysunął się w końcu do baru i usiadł na hookerze, tuż obok niewiasty o jasnych włosach, która wyglądała tak, jakby ciężar tych włosów był dla niej nie do zniesienia. Obejrzał się na dziwnym krzesełku za swoją drużyną, kiedy ci szybko przenieśli się do zwolnionego stolika, ale zaraz znów okręcił się w kierunku blatu - i teraz zaczął przyglądać się z równym zainteresowaniem wszystkim butelkom i buteleczkom poustawianym na szklanych półkach. Każde pyszniło się swoją nazwą, ich kolorki, dobrze do siebie dobrane i ustawione obok siebie prezentowały się naprawdę zachęcająco. Przynajmniej dla ludzi, którzy lubili pić, albo po prostu chcieli pokusić się na jakiegoś kolorowego drinka.
- Podać coś? - Sahir uniósł spojrzenie na barmana, splatając przedramiona na blacie przed sobą.
- Nie. - Wymruczał krótko. A ślicznej dziewczyny obok niego barman już faktycznie nie pytał - po prostu dolał jej następną kolejkę.Victoria Johnson - 2018-03-01, 19:28 Tak, dokładnie tym to wszystko było - ucieczką. Ona, ta poukładana dziewczyna, która najpierw myślała, później robiła, i dopiero potem, ewentualnie, mówiła, tak po prostu oznajmiła rodzicom, że wyjeżdża. Niedługo zajęło spakowanie swojego dobytku do jednej, większej walizki, kupienie biletu na autobus, czy pociąg i po prostu ulotnienie się z miejsca zbrodni. Nie zadała sobie trudu, by wcześniej chociaż rozejrzeć się za jakimś lokum, ani za pracą, ani za czymkolwiek. Po prostu wyjechała i wszystkim zajęła się już na miejscu. To było dosłownie na wariackich papierach. Victoria wtedy wyszła daleeeeko poza granice swojej strefy komfortu i trochę czasu minęło, nim do niej powróciła, układając sobie życie na nowo. Nie łudziła się, wiedziała, że prędzej czy później się stąd wyniesie, ale nawet nie planowała gdzie, ani tym bardziej kiedy. No i skryła się bardzo w tej swojej skorupce, nie nawiązując bliższych wiadomości. Zresztą… kto by tam chciał się kumplować z mutantem? Co nie znaczyło, że zamierzała o tym mówić każdemu na lewo i prawo. Nie, nie planowała mówić w ogóle, choć nieraz się zastanawiała ilu ludzi z tych, których poznała, jest mutantami takimi jak ona, takimi, którzy kryją się przed karzącą ręką “sprawiedliwości”.
Victoria bez słowa przyjęła nowego drinka, a znakiem, że w ogóle jeszcze kontaktuje z rzeczywistością i że nie odłączyła się od niej za bardzo, było założenie kosmyka swoich włosów za ucho. Jasnych, tak, ale kolor jej włosów sięgających za łopatki, to z pewnością nie był blond, tylko jasny brąz. Wlepiła swoje jasnobrązowe oczy w kolorowy płyn, ale to nie tak, że rzuciła się na niego jak wygłodniałe zwierzę, potrzebujące procentów we krwi, nie. Nie była nawet pijana, a przynajmniej jeszcze nie, jedynie czuła delikatny zamęt w głowie, będący miłym zaproszeniem do dalszego picia. Tori nachyliła się więc do słomki, ale nim zdążyła upić łyka, usłyszała ten jakże uroczy dialog. To znaczy uroczy w takim miejscu jak to - w pubie, gdzie przychodzi się w dwóch celach: żeby się napić i żeby spędzić z kimś czas. Albo oba na raz. A ten koleś, który usiadł obok, siedział sam (Vic, jak już wspomniałam, nie zwróciła wcześniej większej uwagi na grupkę ludzi, która się tu dobiła, a co mało takich tu było?) i nie chciał nic pić?
Barman zdawał się równie skonfundowany, bo zapomniał języka w gębie, ale nie dane mu było długo nad tym myśleć, bo inni klienci czekali.
- Sądziłam, że przychodzi się tutaj właśnie po to, żeby pić - powiedziała od niechcenia, mieszając słomką w swojej szklance. Gdyby nie to, że już trochę wypiła, to trzymałaby jęzor za zębami. Nie patrzyła w bok, raczej nadal gapiła się w swojego drinka, który z tęczowego zrobił się teraz bardziej czerwony niż jakikolwiek inny.Sahir Allison - 2018-03-01, 19:28 No właśnie - do takich miejsc przychodzi się po to, by się najebać. Proste? Proste. Ewentualnie żeby kulturalnie usiąść z kimś przy kolorowym napitku i pozwolić sobie na parę procentów, bo wtedy rozmowa o wiele płynniej się rozwijała. Człowiek stawał się taki bardziej otwarty, bardziej skłonny do tego, żeby otworzyć buzie tam, gdzie raczej trzymałby ją na kłódkę. Łatwiej było tylko przez internet, gdzie nie musiałeś czuć czyjejś obecności obok siebie, presji, jaką ta obecność wywoływała i wszystkich innych pochodnych składający się na wniosek, że ludzie to jednak byli nieśmiali. Niemal wszyscy martwili się tym, co jeden z drugim pomyślą, jeśli walniemy jakimś nieodpowiednim tekstem, albo zrobimy coś ośmieszającego, to inni “źle o nas pomyślą”. Wyśmieją, jeśli się wygłupimy i ocenią, uderzając tą oceną w twarz. Dla większości ludzi to było nie do zniesienia. Tak samo jak odpowiedzialność była trudna do przełknięcia. I znów - kiedy ciężko coś było zaakceptować, najlepiej było uciekać. Szybko, zanim konsekwencje tej ucieczki naprawdę nas uderzą..!
Poukładałby je. Te wszystkie butelki stojące na półeczkach. Pościągał i poukładał w zupełnie innym porządku, albo pochował wszystkie, żeby nie były wystawione na widok. Przestawiał je już w myślach, chociaż niby były dobrze już porozkładane i niczego nie było trzeba zmieniać. Nie o samą zmianę chodziło, nie o to, czy było dobrze czy źle, czy przy takim układzie przyciągną więcej klientów, a o sam akt układania. Robił to dopóki barman nie wcisnął mu się w pole widzenia i pewnie gdyby nie to, że kolejny klienci wpakowali się do baru to pewnie właśnie dostałby burę, że bez zamawiania się tutaj nie siedzi. A może nie dostał jej, bo barman wiedział, że przyszedł z większą ekipą, która już zatroszczy się o to, żeby do kasy wpłynęła odpowiednia ilość pieniędzy? I pewnie wróciłby do układania w myślach tych butelek, gdyby nie głos tuż przy nim. Obrócił automatycznie głowę w bok, nieco zdziwiony, że ta kamienna statua obok niego przemówiła - i to do niego! Dziwne to czasami było - ten moment, kiedy wydaje ci się, że jesteś tylko ty i twoje myśli, a tu nagle ktoś, kto był tylko tłem, przecinał je na wskroś, wpraszając się pod wyciszoną, mydlaną bańkę. Wtedy świat przestawał być wyciszony. I przestawał się rozmywać.
- Tak. - Przytaknął, zastanawiając się nad jej słowami i obejrzał znów przez ramię, na towarzyszy, którzy czekali na swoje drinki, rozmawiając… o czymś. Zaraz jednak powrócił do poprzedniej pozycji i spojrzał znów na szatynkę, nie bardzo będąc pewnym nawet, czy te słowa były skierowane do niego, czy może mamrotała po prostu sama do siebie pod nosem tak przy okazji jego odmowy w kwestii zamówienia. - Dlatego nie chciałem tutaj przyjść. - Bo hałas, bo ludzie, bo śmierdzący alkohol, który nigdy go nie kusił. Zjechał spojrzeniem na jej drinka, który zmienił swoją barwę z tęczowego na czerwony. - To niezdrowe. Alkohol. - Dodał ostatnie słowo, żeby nie miała wątpliwości o co mu chodzi, bo czasami niedopowiedzenia w kwestii rozmów potrafiły mieć śmiertelne skutki - serio! Słowo daję! Zwłaszcza jeśli rozmawiała ze sobą dwójka mutantów.Victoria Johnson - 2018-03-01, 19:29 Do tej pory nie zaszczyciła go spojrzeniem; wcześniej zerknęła ledwie kątem oka, ale chwilowo to drink tuż przed nią bardziej przykuwał jej uwagę. Było tak nawet, gdy w końcu czarnowłosy uraczył ją odpowiedzią, krótkim “tak”, które przebijało się do jej świadomości nieco dłużej niż w normalnych warunkach. Usłyszała, a jakże, ale chwilowo jej myśli zaprzątał czerwony kolor w szklance - ewidentny dowód, że zepsuła starania barmana i żeby naprawić to, co zrobiła, trzeba po prostu pozbyć się dowodów. Zanim więc sens tego “tak” dotarł do jej świadomości i zanim mężczyzna zdołał powiedzieć następne zdanie, Tori na krótką chwilę wyciągnęła słomkę ze szklanki, żeby duszkiem wypić całą zawartość, minus to, co udało jej się wypić wcześniej. Dopiero wtedy, gdy odstawiła puste szkło i gdy z powrotem wsadziła słomkę na swoje miejsce, postanowiła się odwrócić.
Rzadko kiedy mogła podziwiać taką urodę u mężczyzn. Gdyby nie to, że alkohol zaszumiał już między jej uszami, to pewnie zastanawiałaby się, co taki facet robi tutaj sam, ale - na szczęście - została aktualnie zwolniona z takich myśli. Patrzyła więc na niego twarzą bez wyrazu; bez złości, bez szczęścia, bez smutku. Właśnie - jak taka kamienna statua. Trudno było orzec czy czegoś szuka, czy może nad czymś się zastanawia, czy po prostu się zagapiła, ale w końcu, trochę bez ostrzeżenia, jej usta się otworzyły.
- Zgadza się, niezdrowe - nawet bardzo niezdrowe, i Victoria wiedziała o tym doskonale. Zwłaszcza niezdrowe dla kogoś takiego jak ona, kto powinien sprawować nad sobą kontrolę, żeby się przypadkiem komuś nie wydać jak na talerzu… Dlatego na co dzień nie piła. Nawet nie przepadała za bardzo - wyszumiała się w czasach, kiedy studiowała i potem jej zbrzydło. Poza tym im starsza była, tym tolerancja na alkohol zdawała się maleć. Dzisiaj jednak musiała, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z potencjalnych konsekwencji i z tego, że jutro będzie kac-gigant. - Więc co tutaj robisz, skoro nie chciałeś tutaj przyjść? - była nawet trochę ciekawa, to odczucie przebijało się gdzieś przez tę warstwę chłodnego marmuru, którym się otoczyła. Ale nie była to ciekawość niezdrowa. Gdyby nie dostała żadnej odpowiedzi, albo usłyszała coś wymijającego, albo gdyby ten koleś postanowił zleźć z krzesła i sobie pójść, skwitowałaby to wzruszeniem ramion i nie zaprzątała sobie tym głowy. Gdyby nie to, że piła, to w ogóle nie byłoby tego pytania. Ba, gdyby nie to, że piła, to w ogóle by jej tutaj nie było!Sahir Allison - 2018-03-01, 19:29 I co taka ładna kobieta robiła tutaj sama? Ach nie, przepraszam - nie była sama. Były jeszcze jej chmurne myśli i jeszcze bardziej chmurny drink, który ubrał się w jaskrawą barwę, żeby udawać kogoś, kim nie był. Dumny ze swojego bytu, bo wszyscy go pragnęli i nieszczęśliwi, bo był tylko chwilową kochanką. Kochankiem - w przypadku Victorii. W takich związkach nietrudno było wepchnąć kogoś do środka, bo nigdy nie stawało się pomiędzy nimi - zawsze gdzieś obok, albo dołączając i tworząc z tego podwójną randkę, albo jako towarzysza rozmów - zazwyczaj to pierwsze, zwłaszcza w pubach. Trzeba było być albo kimś bliskim, żeby próbować ingerować w ten związek, albo być aż nazbyt miłym, co zazwyczaj nachodziło na “wpychanie nosa w nie swoje sprawy”. Co komu do tego, czy pijesz w samotności, czy z kimś przy boku i jak szybko pochłaniasz kolejne szklanki? Sahirowi na pewno nic do spraw Victorii. Do tego, czemu pije, czemu siedzi tu sama i czemu ma taki wyraz twarzy. Tylko, hah - taki, znaczy - jaki? Spokojny. Wydawała mu się dość spokojna i dość pogodna, z jakimś błyskiem w oku, który… który… sam nie wiedział, co to za błysk. Jeden z tych, które świadczyły o tym, że nie przyjedzie tu zaraz rycerz na białym koniu, w srebrnej zbroi i nie wyratuje jej z łapsk tego fałszywego kochanka, bo jak to zostało uzgodnione - nikt się nie wpychał między nich. Dzisiaj był czas dla tej dwójki - i dla myśli o siostrze, która przyświecała temu wszystkiemu w półmroku, w tej dymnej atmosferze i przy brzdąkającej gitarze, która wcale nie napawała negatywną, płaczliwą atmosferą. Wręcz przeciwnie. A jednak przy niej stała rudowłosa panienka zwana Depresją, czy to raczej była ta o kruczo czarnych włosach, która była tylko Ponurą? Tylko lub aż. Ach, przecież skąd czarnowłosy mógł wiedzieć, co się z nią dzieje? To żadna z tych pań, to była po prostu odpowiedzialność za czyny z przeszłości. Jak widać - ciężko było przed nimi uciec
- Czemu go pijesz? - Pijesz? To mało podwiedziane, słodkie niedopowiedzenie. Ona pochłaniała ten alkohol, nie szczędząc przy tym pieniądza. Że też smak czy wygląd robiły ją jakąś różnicę, a nie łoiła kolejnych kolejek… Albo jeszcze różnicę jakąś czuła. Ciekawe tylko, jak dużą. W końcu nikt nie powiedział, że to nie był jej pierwszy drink, ale też i nikt nie powiedział, że był tym pięćdziesiątym. Spoglądał jej w oczy bez żadnej oceny. Pomimo tego, że stwierdził, że alkohol jest niezdrowy i mimo tego, że sam nie pił, nie było w nim jakiejkolwiek oceny - ani pozytywnej, ani negatywnej. Jeśli piła - musiała mieć jakiś powód, prawda? I kim on niby był, żeby ten powód oceniać? Tak samo jak sam akt, któremu się oddawała. Obrócił się lekko na krzesełku, teraz siedząc dzięki temu bardziej przodem do niej i nieco wygiął, pokazując palcem przy klatce piersiowej i spojrzeniem gromadkę oblegającą jeden ze stolików. - Przyszedłem z nimi. Ciężko pracowali i chcieli się pobawić. - Barman właśnie gwizdnął i zamachał w ich kierunku, jedyna dziewczyna w drużynie podniosła się z ławy, by przyjść po tacę z alkoholem.
- Co tam, Czwóreczko? Grzeczny jesteś? - Zapytała z uśmiechem, arcyzadowolona, odbierając tacę i nawet nie bardzo czekała na odpowiedź - od razu wróciła do stolika. A odpowiedź była, tylko niema, bo Sahir skinął głową, odprowadzając ją spojrzeniem, chociaż ona nawet na niego nie zerknęła. Mężczyzna zwrócił swoje oczy na samotnie pijącą niewiastę. Samotnie? Och przepraszam! Już nie była samotna, tak mi się wydaje.
- A Ty? Chciałaś tu przyjść?Victoria Johnson - 2018-03-01, 19:31 O tak, nie szczędziła pieniędzy. Prawdę mówiąc była gotowa wydać dzisiaj całą swoją wypłatę - ostatecznie kolorowe szkaradztwo, które tak przykuwało wzrok i niszczyło kolejne bariery w kontaktach międzyludzkich najtańsze nie było. Ale to nic. Vika dobrze wiedziała, że tak będzie. To znaczy nie założyła w ogóle, że będzie z kimkolwiek gadać, bo plan był taki: przyjść, najebać się w ciszy, wrócić do domu, no ale rozmowa jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Chyba.
Nie spodziewała się też jakiejkolwiek odpowiedzi na stwierdzenie oczywistego, więc znowu chwilę trwało, nim w ogóle zebrała się na jakąkolwiek odpowiedź. Johnson trawiła w ciszy to pytanie i - znowu - można było odnieść wrażenie, że gada się do ściany. I to jeszcze takiej ściany, która ma bardziej wywalone, niż rzeczywisty element konstrukcyjny budynku. Coś tam szumiało jej w głowie, pytanie dźwięczało w umyśle, a ona nie myślała wcale “a co cie to obchodzi, chłoptasiu?”, tylko realnie zastanawiała się nad odpowiedzią na pytanie. Czy spicie się tutaj dzisiaj było takim dobrym pomysłem? Najlepszym na jaki wpadła. Chodziło jej też po głowie, żeby pojechać do Los Angeles i w tajemnicy pójść na grób siostry, ale dość szybko pomysł został skreślony jako “głupsze niż uchlanie się”. W planach było też przespać cały dzień, ale… ileż można spać? Tak więc z całej gamy idiotycznych pomysłów ten wydał jej się najsensowniejszy… I oto była. Ale czemu piła? Przecież nawet nie odczuwała z tego powodu jakiejś wielkiej przyjemności.
- Żeby zapomnieć - to była bardzo prosta odpowiedź i Sahir miał niebywałe szczęście, że Tori zdążyła już kilka tych niewinnie wyglądających drineczków wypić, bo w innym wypadku odpowiedzi by się żadnej nie doczekał. Znając ją, to pewnie byłaby nawet niezbyt miła w informowaniu go gdzie jest jego miejsce. Ale alkohol już na tyle krążył w jej krwiobiegu, że zmiękła trochę i oto pojawiały się odpowiedzi, których normalnie nie chciała udzielać.
Dziewczyna szurała teraz lekko po blacie pustą szklanką, bardziej machinalnie niż rzeczywiście świadomie i też odwróciła się nieznacznie, by podążyć za kierunkiem, który wskazał jej nieznajomy. Rzeczywiście, jakaś grupka, od której zaraz odłączyła się jakaś laska - ale do czasu, w którym do nich dotarła, by odebrać od barmana zamówienie, Vic była już odwrócona w swoją stałą stronę (no prawie, bo jednak nie olewała tak całkiem tego gościa, który z nią rozmawiał, nie?). Nie skomentowała w żaden sposób słów, które tu padły, Sahir zresztą też nie, chociaż ewidentnie były skierowane do niego. Tori nie zapytała też o to określenie, o “Czwóreczkę” - bo co to ją obchodziło? Pewnie jakaś ksywka. Jednak narodziło się w jej głowie jedno pytanie, gdy tamta już odeszła.
- To czemu z nimi nie siedzisz, skoro przyszliście razem? - nie, nie wyganiała go, ale to była naturalna kolej rzeczy i chyba każdy by się zaczął zastanawiać, dlaczego ktoś, to nie chciał tutaj być i kto nie pił alkoholu przyszedł ze znajomymi… z którymi nawet nie spędzał czasu. Zwyczajnie wydało jej się to dziwne, może nawet minimaaalnie podejrzane, ale hej, nie popadajmy w paranoję. Chociaż trzeba przyznać, że panna Johnson czasami miała silną potrzebę obejrzenia się za ramię - metaforycznie rzecz jasna, ale przecież nikt jej nie szukał.
W tym czasie, gdy barman pozbył się już zamówionych trunków przez grupę Sahira, została zauważona pustka w szklance Victorii. I pustka ta została szybko napełniona, poprzedzona krótkim:
- To co poprzednio? - na które jedyną odpowiedzią Vic było wzruszenie ramion i jednoczesne kiwnięcie głową. Tak, barman nie pytał czy polać, bo nie musiał. Pytał co polać. I polał.
- Chciałam - dziewczyna nawet się nie zawahała, nawet nie zająknęła, a i długość oczekiwania na odpowiedź nie była tak rozciągnięta jak wcześniej. W tej chwili jej twarz wykrzywił dość cierpki uśmiech, jakby nie była zadowolona ze swojej szczerości, albo z odpowiedzi, którą udzieliła. Chyba pierwszy jakikolwiek zalążek emocji, której nie zdołała ukryć ta marmurowa fasada. Dziewczyna zaraz jednak odwróciła się do swojego drinka, ponownie bajecznie kolorowego jak wcześniej, ale nie napiła się od razu, po protu się zagapiła w tęczową ciecz i szklankę przystrojoną plasterkiem limonki.Sahir Allison - 2018-03-01, 19:32 Miał wiele czasu i jeszcze więcej cierpliwości. Mógł mówić do góry lodowej, albo do ściany. Mógł też rozmawiać z płomieniem, który chwiał się monotonnie na boki i nigdy słowami odpowiedzieć nie zamierzał. Jego odpowiedzią był taniec, którym mamił wzrok i sprawiał, że człowiek myślami zaczynał chwiać się wraz z nim, chociaż żaden fizyczny ruch nie następował. Dlatego mógł mówić - ona mogła milczeć. Czas tutaj był naprawdę względny, a on nie odczuwał żadnej niecierpliwości z powodu tego, że zwlekała z odpowiedzią. Skoro zwlekała to znaczy, że się zastanawia, tak? Wydawało mu się to kompletnie oczywiste. Oparł się przedramieniem o blat, drugą rękę złożył na udzie. Każdy powinien mieć zawsze dokładnie tyle czasu, ile go potrzebuje - na wszystko. Na to, żeby pożegnać się z drugim człowiekiem, kiedy ten odchodzić i wrócić nie zamierzał, bo to nie była podróż, gdzie chodziło się na piechotę, na to, by pić w takim barze i bawić się do białego rana w radości i zwieszać głowę nad drinkami w smutkach. I chociaż powinni mieć, to tego czasu zawsze było za mało. Ciągle było tyle rzeczy do zrobienia, tyle miejsc do odwiedzenia, tylu ludzi do poznania i zapytania ich “jak się masz?” Oni tutaj wreszcie ten czas znaleźli. Śmiesznie, bo przecież Vickie była w trakcie swojej ucieczki, jak w takiej znaleźć chociaż sekundę? W tym szaleństwie drzemała metoda - jeśli nagle się zatrzymasz po długim biegu, gwałtownie i bez ostrzeżenia, to może to, co cię goniło, nie zdąży wyhamować i minie cię na tyle daleko, że zapomni zawrócić? Kiedyś się zorientuje, ale jeszcze nie teraz. Teraz jest czas na zastanowienie się nad tą ucieczką i złapanie oddechu, zanim dostanie się kolki.
- Jak w małym Księciu? Tam bohater pił, żeby zapomnieć. Też chcesz zapomnieć? - Właśnie, co go obchodzi? Jakoś obchodziło. Upragniona odpowiedź nadeszła i wydawała się być smutna. Czy to znaczyło, że ta śliczna dziewczyna również była smutna? Ba! Kobieta! Kobieta, na której natura nie oszczędziła. Nie widział niczego smutnego w piciu w samotności, tak samo jak nie widział niczego wesołego w piciu w grupie. Same uczucia były dodatkiem do aktu i nigdy nie wiązał jednego z drugim, chociaż powinien. Jasne, że powinien - gdyby tylko był odrobinę bardziej lotny w tych sprawach, to z całą pewnością łatwiej by mu poszło.
- Nie sądzę, żeby mnie lubili. A ja nie lubię ich. Powiedzieli, że idziemy całą drużyną, to przyszedłem. - To nie było skomplikowane. To wcale nie było skomplikowane. Było banalnie proste, ułożone z klocków Lego o paru elementach, w których nie trzeba nawet zerkać na instrukcję obsługi, żeby całą układankę ułożyć w parę sekund i to z zamkniętymi oczyma. Mimo to człowiek się zastanawiał. Próbował pojąć, zrozumieć, ogarnąć własnym umysłem i zazwyczaj szukał odpowiedzi na wszystkie pytania, które same się stawiały przy niektórych zdaniach. Tori odbierała ten świat jakoś inaczej. To przez alkohol, oczywiście, ale Sahirowi wydawała się w tym momencie naprawdę inna, a jej długie zastanowienia i zamyślenie tylko dodawały paru groszy uroku, którym biła w każdym geście i słowie. Sahir nawet nie wpadł na to, że ze swoimi pytaniami w jej kierunku jest zdecydowanie trochę zbyt bezpośredni i chyba całkowicie niepotrzebnie narusza jej strefę komfortu. Był na to kompletnie ślepy. On pytał i słuchał, bo chciał wiedzieć. Bo jakoś za każdym razem dziwiło go to, że ktoś tak o sobie się do niego odzywa - bez żadnego strachu. Bez obaw. Oh, uśmiechnęła się! To chyba dobrze, prawda? Ludzie powinni się uśmiechać, no i powinni się uśmiechać. Więc… przyszła tutaj, bo chciała zapomnieć i teraz jest szczęśliwa, bo zapomniała? To miało sens. No nie miało, okej, ale w głowie Sahira było całkowicie logiczne i poukładane.
Nie wiedział, co na to odpowiedzieć, dlatego milczał, wpatrując się w nią tylko. W jej twarz, która bardzo szybko wróciła do swojego kamiennego wyrazu i znów zaczęła przypominać rzeźbę, od której nie powinno się wymagać żadnego podrygu. Żadnego drgnięcia. Wyciągnął w jej kierunku dłoń i podłożył ją pod jej podbródek, unosząc go ociupinkę, zupełnie jakby zamierzał zaraz odwrócić jej twarz w swoim kierunku, by sprawdzić, czy jej usta są naprawdę tak miękkie, na jakie wyglądają. Po chwili ją cofnął - chyba że została odtrącona, to cofnął po szybszej chwili.
- Wyglądałaś, jakby było ci ciężko. Jakby twoja głowa była za ciężka. - Wytłumaczył, wcale się z tym wytłumaczeniem nie śpiesząc. Chciał tylko jej powiedzieć, że nie miał niczego złego na myśli.Victoria Johnson - 2018-03-01, 19:34 Tak, każdy powinien mieć odpowiednią ilość czasu, żeby pożegnać się z drugim człowiekiem, a zwłaszcza z kimś tak bliskim. Nie każde rodzeństwo miało dobry kontakt, wiele się nienawidziło, u wielu w relacji była rywalizacja, ale nie u sióstr Johnson. Obie, i Victoria i Sophie polegały na sobie i wspierały się wzajemnie, nic więc dziwnego, że cała ta sprawa tak bardzo bolała. Pierwszym ciosem był ten głupi test, któremu poddana została Sophie przy przyjęciu na studia, drugim, gdy zabrano ją Bóg jeden wie gdzie, trzecim gdy nie wracała prawie okrągły rok i nie było nic od niej słychać… Czwartym, gdy w końcu zwrócono ją rodzinie, zmienioną, wypraną ze wszystkiego, kim kiedykolwiek wcześniej była. tak, zwrócono ją, ale i tak trzeba było raz na jakiś czas stawić się w siedzibie tej głupiej organizacji, by mogli ją sobie obejrzeć… Właściwie to raz, a nie na jakiś czas, bo drugiego razu nie było. Nim nadszedł drugi raz - uprzedził go piąty cios. Pięć sztyletów prosto w serce, a ostatni dodatkowo utknął w ranie i został przekręcony, sprawiając jeszcze większy ból.
Tak, oczywiście, że chciałby zapomnieć… Ale wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić, bo i tak przeszłości nie zmieni. Minął rok, pierwszy rok - ciężki rok i Vika miała ogromną nadzieję, że z każdym kolejnym mijającym rokiem będzie już prościej, łatwiej, mniej boleśnie. Czas naprawdę leczył rany, tylko nikt nie powiedział jak długo będzie to robił. Na co dzień dawała sobie radę, ale dzisiaj było przytłaczająco ciężko, wszystkie wspomnienia uderzały w głowę i wołały o chwilę uwagi, której Tori nie chciała im poświęcić, bo im więcej tego robiła, tym bardziej bolało. Stąd tyle alkoholu. Tylko dzisiaj, tylko dzisiaj - tak sobie powtarzała. A była dość słowną osobą.
- Chcę, ale tylko dzisiaj - odparła, wcale nie zastanawiając się nad tym, czy dla jej bezimiennego słuchacza będzie to w ogóle miało sens, czy nie. Był trochę dziwny, prawda? Ta myśl uderzyła by w nią na trzeźwo, ale teraz niczego dziwnego w nim nie widziała, zwłaszcza, że gdzieś tam podświadomie wiedziała, że to ona jest pod wpływem i z każdą chwilą będzie uderzać mocniej. Mówiła prawdę, ta szczerość była trochę rozbrajająca. Bo chciała i jednocześnie nie chciała o niczym zapomnieć. Bo gdyby zapomniała… to zapomniałaby o wielu innych ważnych rzeczach, prawda? Zapomnij, a zginiesz, ot co.
- Nie rozumiem - brązowowłosa zmarszczyła brwi, po czym w końcu przyssała się do “stygnącego” drinka, z którego na pewno właśnie ulatywały procenty, gdy nie był pity! No bo nie rozumiała, serio. Nie chciał, więc przyszedł z kimś kogo nie lubi i kto nie lubi go. To przeczyło wszelkim prawom logiki i zdroworozsądkowego rozumowania. - Wytłumacz mi, po co gdzieś idziesz z ludźmi, których nie lubisz, w miejsce, w które przyjść nie chcesz, żeby robić rzeczy, których robić nie będziesz? - to było chyba najdłuższe zdanie, które przez ten wieczór Victoria z siebie wyrzuciła. Nie, nie chyba - z pewnością. I z pewnością było to pytanie bardzo zuchwałe, którego nie powinna nikomu nieznajomemu zadawać. Z drugiej strony czy znajomego by o coś takiego w ogóle musiała pytać? Odwróciła wzrok i znowu skupiła się na swoim drinku, którego coś szybko ubywało, nie była więc dostatecznie czujna (zresztą jak miałaby być, skoro już była przytępiona alkoholem?) i nie zauważyła ruchu mężczyzny, który z pewnością mocno naruszał wszelkie granice strefy osobistej. O ile ktoś po takiej ilości alkoholu jakąkolwiek strefę w ogóle miał, nie? Ale nie łudźmy się, Victoria nie była wstawiona i pijana jak meserszmit. Jeszcze nie. Jednak gest, to dotknięcie jej podbródka było dla niej takim zaskoczeniem, że w ogóle zapomniała zareagować. Mogła, powinna wręcz opędzić się od tego świra jak od muchy, huknąć na niego, żeby poszedł precz i trzymał swoje brudne łapska przy sobie - tak by było, gdyby nie ten alkohol. I gdyby nie to, że ta cała rozmowa wcale nie była jakaś niemiła czy nieprzyjemna. Nie, nie przeszkadzała jej, rozmowa w sensie. A ten gest uniesienia jej głowy - Vic zamarła, w pierwszej chwili właśnie zapominając zareagować, a w drugiej obudziła się w niej drzemiąca kobra, która tylko czekała na jeszcze jeden, zły ruch by ukąsić. Ale zły ruch nie nastąpił, bo “Czwóreczka” zabrał łapsko. Jej serce wcale nie biło mocniej ze strachu, nawet nie zmieniło rytmu. Przecież była tu, z twarzą jaką miała, i chlała, a to wszystko było jak zaproszenie dla jakiegoś zwyrola. Jakby sama prowokowała niebezpieczną sytuację, by mieć wymówkę i skopać komuś dupsko. Ale nic takiego nie miało miejsca. Kobra została uśpiona, choć dziewczynie zaschło na chwilę w ustach; zaraz to zresztą naprawiła, ponownie duszkiem czyszcząc pozostałą zawartość szklanki do dna.
- Pewnie tak właśnie jest - nie zamierzała się skarżyć ani robić z siebie ofiarę, że “oooch, jak mi ciężko dzisiaj, taka biedna jestem!”, wolała więc zostawić to domysłowi. A dosłownie to jej głowa nie była jeszcze taka ciężka. Jeszcze.Sahir Allison - 2018-03-01, 19:35 Jak to jest - móc na sobie polegać? Łatwiej to sobie wyobrazić niż próbować sobie wyobrazić, jak to jest zostać samemu - bez tej osoby, która nas będzie wspierać. Cóż, Sahir nie próbował sobie wyobrazić ani jednego ani drugiego. Pewnie gdyby próbował, to w obu przypadków dotarłby do tego samego wniosku - wniosku “nie wiem”. Bo skąd miałby wiedzieć? On polegał na swoim ojcu, ufał mu, działało to pewnie w dwie strony, nawet jeśli Eryk raczej mu nie ufał. Tylko, widzicie, mówić za siebie to jedno, ale mówić już za kogoś innego, próbować wejść w jego skórę - ha! Nie wiedział, nie wiedział… tylu rzeczy nie wiedział, a tyle było do poznania! Tyle rzeczy do zapytania - o to, o czym chce zapomnieć, o to, dlaczego jest jak pijak z Małego Księcia i co się stało, że chce zapomnieć? Taka burza nie galopowała jednak przez jego spokojne, puste myśli. Procesy przebiegały zbyt powolnie, zbyt mozolnie, żeby zasypywały jego samego takim stosem pytań i zastanowień. Zwłaszcza, że kobieta, która nawiązała z nim kontakt, wydawała się równie powoli myśleć, co on. Nie było to ujmą i obelgą, bo nie chodziło o to, że byli gorsi, mniej inteligentni - tu chodziło o ten… czas. Teraz pozostawało żałować, że Tori miała go aż tyle teraz, skoro nawet pozwalała mu zwalniać, a nie wtedy, gdy ktoś zabierał jej siostre. Gdyby wiedziała - zatrzymałaby ich? Walczyłaby o nią? I wtedy, kiedy na tyle zniknęła - szukałaby jej, chociażby w tych poszukiwaniach miała wywrócić świat do góry nogami? Zawalczyć o więź tak głęboką, że kiedy jej zabrakło, pojawiła się pustka w sercu. Nie dało się tego wypełnić pieniędzmi, alkoholem, ani dzikim seksem. Nic nie było wystarczająco dobre, żeby zastąpić obecność osoby, która kiedyś zawsze była przy nas.
Choć wiesz, co mówią o tym czasie leczącym rany?
Trzeba mu trochę pomóc i dać mu sposobności. Zupełnie tak samo, jak było ze szczęściem.
- To dobrze. - Kiwnął głową. Nawet bardzo dobrze. Tylko jeden dzień, tylko jedno zapomnienie… chociaż chyba nie do końca rozumiał, o co tutaj chodziło. dał sobie czas, przecież nigdzie im się nie śpieszyło, no przynajmniej Sahir donikąd nie gnał i zapowiadało się, że spędzi tutaj jeszcze dobrych parę godzin. Mógł to przemyśleć. Przemyśleć skomplikowaną ucieczkę, chociaż prawda była taka, że nie lubił myśleć. Zawsze za bardzo bolała go głowa, kiedy próbował się skupić i objąć umysłem skomplikowane, ludzkie uczucia, uporządkować je, nadać im sens i jeszcze na samym końcu zrozumieć je tak, by nie były obce, a stały się w jakiejś części “jego własne”. - Tylko… czy to ma sens? - Zapytał ją w końcu. Skoro to ona chciała zapomnieć na jeden dzień, to chyba będzie wiedzieć. Powinna. Przecież właśnie to praktykowała, tak? - Jeśli jutro i tak chcesz pamiętać, to po co tyle trudno wkładać w zapomnienie dzisiaj? - Za bardzo brał to na “zdrowy rozsądek”. Inaczej nie potrafił. Czasem miewał przebłyski, ale nie było sensu ich oczekiwać. I wiercił, i grzebał, jak dziurę w brzuchu, choć powinien mieć chyba na tyle wyczucia, żeby sobie odpuścić. Nie miał. Tym bardziej, że Tori ciągle wykazywała zainteresowanie rozmową, nim i samą sobą. To zachęcało do stawiania kolejnych pytań.
- Tak mi kazali. Nie lubię się kłócić. To strata energii. Teraz się cieszę, że przyszedłem. - Nie wyglądał na szczęśliwego, nawet nie brzmiał na szczęśliwego. ale naprawdę mu się podobało! No i wyglądało na to, że trochę jej pomógł! Jak już podniósł jej ciężką głowę to zdawała się mieć nagle nowe siły, żeby ją utrzymywać w powietrzu i nie pozwalać jej upaść znów w dół. To dlatego zapiła tą lekkość w kolejnej szklanicy wódki? Wolała utracić więcej sił? Udawać, że lata, chociaż tak naprawdę coraz mocniej spadała w dół. Oby nie nabawiła się zbyt wielu siniaków i oby ten pozór lotu trwał jak najdłużej.
- Jak będziesz potrzebowała pomocy to powiedz. Jestem całkiem silny. - Albo i bardzo silny, wnioskując po umięśnionych ramionach i szerokich barach.Victoria Johnson - 2018-03-01, 19:35 To, w jak powolny sposób aktualnie myślała było naprawdę szczęśliwym wyjątkiem, bo na co dzień nie trwało to aż tyle czasu. Tak, więcej myślała niż mówiła, ale trwało to zdecydowanie szybciej. Gdyby zaś wiedziała, że ma przed sobą kogoś, kogo można nazwać “autystycznym” to pewnie zdziwiłaby się mocno, jako, że z tego co jej było wiadomo, choć wiedziała pewnie niewiele, to tacy bywali zwykle ponadprzeciętnie inteligentni… Może mogłaby z takim pogadać na poziomie o swojej ukochanej fizyce. Nie to, by miała go za jakiegoś głupka, nie nie, ale zadawał jej takie pytania, jakby sam był pod jakimś wpływem i ciężko mu się myślało. Za to odpowiedziałoby to na kilka pytań odnośnie j
ego dziwnego zachowania. Ale nie wiedziała, więc skończmy te dywagacje, bo alkohol się skończył.
Barman pojawił się znikąd i już nawet się nie odezwał, widząc, że laska zajęta jest rozmową z tym niepijącym kolesiem. Po prostu nalał jej alkohol, ale teraz już nie tego tęczowego jak grzwa jednorożca drinka, tylko coś, co mieniło się bursztynowym kolorem i pachniało… procentami.
- Dlatego, że dzisiaj boli najbardziej. Dlatego dzisiaj chcę zapomnieć. A jednocześnie nie mogę zapomnieć, bo wtedy okazałoby się to nieważne i niewarte zachodu - a przecież było ważne. Było ważne jak cholera! Alkohol uderzał powoli, a Tori poczuła lekkie zawroty głowy i dziwną lekkość, która sprawiała, że nie miała ochoty dać temu przystojnemu, ciekawskiemu kolesiowi w zęby za zadawanie pytań, a nawet chętnie je udzielała. Żeby tylko nie chlapnęła jakiejś głupoty, ale tak źle to chyba jeszcze nie było. Przekonamy się z czasem.
- Kazali ci przyjść, chociaż wiedzieli, że nie chcesz i się nie lubicie? Dlatego siedzisz tutaj i gadasz z przypadkowo napotkaną osobą, zamiast ze swoim znajomymi? - trwało to długo, ale Tori domyśliła się, że tamta grupka i on muszą najzwyczajniej w świecie pracować razem. Może tutaj przyjechali niedawno, może wolą się trzymać razem, żeby się nie zgubić, ale faktycznie nie muszą się lubić. Ale i tak ją to ciekawiło. Bo gdyby ona była na miejscu tego mężczyzny, to zrobiłaby wszystko po swojemu i spędziła czas dokładnie tak jak ona chce. Tyle. Chociaż faktycznie mogła się zgodzić, że kłótnie to strata energii… w większości. Bo czasami po prostu trzeba postawić na swoim. Uwaga o tym, że teraz się cieszy, że przyszedł zdawała się umknąć jej uwadze. Po części, bo gdy to mówił, ona, nie dając sobie odpowiedniej przerwy od picia, skoro poczuła mocniejsze uderzenie alkoholu, sięgnęła po kolejnego drinka. Tego nowego, bursztynowego. Pachniał dość ostro. Spróbowała i skrzywiła się nieznacznie, ale wiecie jak to jest. Im bardziej jesteś pijany, tym mniej przeszkadza ci paskudny smak alkoholu. Nie inaczej było w jej przypadku.
- Ale pomocy w czym? - nie zrozumiała o co chodziło. W podnoszeniu głowy? Bez sensu. Wtedy mu się udało, a nie obiecywała, że jak znowu to zrobi, to mu tej łapy nie utnie (spojrzeniem). Chociaż im więcej piła… tym bardziej się rozluźniała. Za chwilę dotyk nie będzie żadną przeszkodą, zwłaszcza, że naprawdę było na czym oko zawiesić.Sahir Allison - 2018-03-01, 19:35 To brzmiało… okropnie. Ból. Ból nigdy nie był przyjemny, bo nie należał do rzeczy, do których można było się przyzwyczaić. Zawsze znajdzie się ten rodzaj bólu, który nas przełamie i pokona. Przygniecie swoim ciężarem, no bo przecież jak to już zostało powiedziane - grawitacja nie lubiła robić wyjątków, kiedy było się topielcem wędrującym na samo dno wody, obciążonym kamieniami zawieszonymi na myślach i sercu. Było coś naprawdę dojmującego w jej słowach, chociaż jej twarz pozostawała bez zmian. Nie wyginała się w grymasie, który świadczyłby o tym, że cierpi i nie zwijała się na podłodze, łapiąc za część ciała, która by ją bolała. I nie miało znaczenia tego, że nie rozumiał, a próbował zrozumieć, że to chyba nie miało sensu - zapominanie na chwilę. Wszystko nagle przestało mieć znaczenie w obliczu tego, że ta dziewczyna powiedziała, że coś ją bolało. O przepraszam - kobieta! Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że zamarł w bezruchu i wpatrywał się w nią tymi wilczymi dołami intensywnie, jak wilk na czerwonego kapturka, który dla niepoznaki narzucił na siebie fatałaszki babci i czeka, aż Kapturek podejdzie wystarczająco blisko, żeby obnażyć swoją prawdziwą naturę. Tak nie było. Aktualnie miał chęć zagarnąć ją w ramiona, albo zacząć sprawdzać, gdzie ją boli, ale aż taki głupi nie był, bez przesady. Jego postrzeganie społecznych odruchów było otępione, ale on sam nie był debilem, żeby nie wiedzieć takich podstaw, że ludzi ot tak się nie przytula. No a ten ból nie mógł być fizyczny. To był ten ból, który próbowała zaleczyć alkoholem - gdzieś w jej wnętrzu. Na niego urocze plasterki w myszkę Mickey nie podziałają. Wrażenie było tak silnie dojmujące, że Sahir nie potrafił na to odpowiedzieć. Nie miał złotych słów pocieszenia, bo nigdy też nie wypowiadał pustego “będzie lepiej”, chociaż… przecież musi być, prawda? Człowiek nie może żyć pod ciągłym kloszem zbudowanych z porażek i zahartowanych w tragediach.
- Podobno jestem denerwujący. Nie zależy mi na ich akceptacji. - Robił swoje i tyle wystarczyło, nikt nie musiał go przy okazji lubić, prawda? Mogło to zabrzmieć ostro, ale wcale takie nie było - ot, starał się utrzymywać opcję “obojętność”, była najbardziej wygodna. Nie wchodzisz innym pod nogi, to oni też dają ci święty spokój. Zresztą nie byli już w podstawówce, żeby walczyć o swoje. Na akceptacji Tori chyba też mu nie zależało. Właśnie, akceptacja… czyli co? Bo na pewno chciał, tu i teraz, nadal z nią rozmawiać. Nabrał nawet chęci, żeby z nią wyjść i..! I zobaczyć kawałek San Francisco! Ten bajeczny most, który chciał zobaczyć, a którego pewnie nigdy nie ujrzy, bo niby kiedy? Wyjedzie sobie na jednoosobową wycieczkę? Wątpliwe? - Jestem kiepski w rozmowach. Tobie to wydaje się nie przeszkadzać. - Zmiana tematu była ku lepszemu, ale nie żeby o jej bólu Sahir zapomniał, skądże znowu! Po prostu - było łatwiej. Tak jak teraz. Poczuł, jak napięcie z niego opada, że się uspakaja, chociaż nie potrafił dokładnie nazwać tych emocji jedna po drugiej, które go ogarniały w związku z jej słowami. Widział ją, jak rozmawiała z Małym Księciem. Nie jako Pijaka, a jako Różę, która próbowała zapomnieć, zostawiona sama na swojej planecie. Dlatego piła? Dlatego to bolało tylko dzisiaj, bo jutro już sama nie będzie, czy nie tak? Cokolwiek jej się działo to przez tych parę chwil Allison przesiąknął tym uczuciem, złym, bo ciemnym, obejmującym całe “ja” w szponach bestii i chyba nadrobił przez ten moment za nich dwóch.
- Wodę. Niegazowaną. - Poprosił barmana, kiedy ten zajął się nowym drinkiem dla Vic.
- W dźwiganiu ciężarów. - Tych, które na niej osiadły? No właśnie tych. Te niech dźwiga ona, a on może udźwignąć ją, jeśli będzie dla niej za ciężko. Dość łatwy układ. - Ale tylko dzisiaj. Bo tylko dzisiaj cię tak boli, tak?Victoria Johnson - 2018-03-01, 19:36 Nie, ból absolutnie nie był przyjemny, ale niestety był konieczny. Ból definiował pewne rzeczy i uczył, oraz - co najważniejsze - przypominał. Cała ta sytuacja z jej rodziną, z jej siostrą w pewnym (nawet większym) stopniu ją ukształtowała. Kto by przypuszczał, że przez rok można się tak zmienić? Przewartościować swoje życie i zacząć układać je na nowo, kawałek po kawałku. To nie tak, że Tori wpadła w depresję czy w złe towarzystwo po stracie siostry. To nie tak, że ból, żal i tęsknota za nią nie dawały jej żyć i funkcjonować normalnie w społeczeństwie. Żyła, funkcjonowała, ale dzisiaj, po prostu dzisiaj wszystko bolało bardziej. Z każdym rokiem miało być prościej.
- Denerwujący? Niby dlaczego? - dlatego, że tak dziwnie mówił, że zadawał dziwne pytania, że dziwnie się zachowywał, że odpowiadał tak długo? Były to rzeczy, na które Tori nie zwróciła większej uwagi, być może nawet ich nie zarejestrowała, samej będąc przytępioną. Nie zastanawiała się zresztą też nad tym, jak ona jest w tej chwili odbierana, chociaż może powinna. I powinna się zamknąć, nie? Tak byłoby lepiej dla wszystkich.
- Jak to kiepski? Nie rozumiem. Całkiem dużo gadasz jak na kogoś kiepskiego w rozmowach - cóż za spostrzegawczość, cóż za inteligentna uwaga! Z każdym kolejnym łykiem alkoholu Victoria zdawała się wspinać na wyżyny swojej elokwencji i błyskotliwości! Być może, gdyby teraz dostała zaproszenie na wyjście i zrobienie sobie wycieczki po mieście, to by się nie zgodziła, ale za dwie kolejne szklanki z procentami? Wtedy ten pomysł mógłby jej się wydać najlepszym z możliwych! Tylko co z tego, jeśli pójście z nią gdziekolwiek na pewno nie będzie łatwe, ani przyjemne? Cóż więc było złego w jednoosobowych wycieczkach? Zostajesz wtedy sam na sam ze sobą, nie musisz nikogo ciągać, a zwłaszcza nikogo, kto nie ma na to większej siły.
Nastąpiła mała przerwa w nadawaniu, gdy Vika odwróciła się od niego, by znowu pomieszać sobie machinalnie jakąś ozdóbką w drinku - tym razem nie nastąpiło jednak spektakularne popsucie koloru trunku, co trzebaby było naprawiać, ale kobieta i tak się napiła, tym razem już bez skrzywienia. jeszcze trochę i faktycznie trzeba tu będzie dźwigać jakieś ciężary, w postaci średniego wzrostu dziewczyny, która może mieć problem by dojść do drzwi… Ale może wcale nie będzie tak źle.
- Ciężarów? - nie zrozumiała, a i nie potrafiła się już tak kontrolować, to znaczy nie była już taką idealną statuą wykutą z kamienia, i coraz więcej emocji przebijało się przez maskę i uwidaczniało na całkiem ładnej buźce dziewczyny. W tym wypadku była to konsternacja i dość obrazowe zmarszczenie brwi w czymś, co mogło być tylko i wyłącznie wysiłkiem umysłowym. - Tak, tylko dzisiaj. Jutro też będzie bolało, ale jutro będzie lepiej. Tylko dzisiaj… - powtórzyła się, nie wiadomo w sumie dlaczego.Sahir Allison - 2018-03-01, 19:36 Ludzie robiliby zapewne bardzo wiele głupot, gdyby nie ten wspomniany ból, który miał przestrzegać przed tym, żeby nie zbliżać ostrza noża do swojej dłoni, bronić przed wkładaniem dłoni do wrzątku i nie wsuwania ręki za kraty wściekłego psa, który mógł dotkliwie ugryźć. Instynkt. Tylko co ten instynkt miał wspólnego ze zniknięciem siostry..? Wina leży po stronie szóstego zmysłu - zawiódł, nie zadziałał? Czy może naszej ignorancji, że… że co? Nie zareagowaliśmy na coś, co “tak nam się wydawało”? Racja, ból kształtował. Tak jak szczęście, jak nienawiść, jak osowiałość. Emocje albo ich brak - wszystko składało się na kształtowanie “ja” człowieka, który uginał się pod palcami zewnętrznych bodźców wkradających się do umysłu i giął pod nimi jak glina, zdolny wytworzyć całkowicie nowy kształt. Najpierw jesteś żołnierzykiem z bagnetem, a potem Kolosem, dźwigającym na swoich barkach cały ciężar świata. Czasem wystarczyło kilka ugnieceń i parę szybkich ruchów dłońmi - voila! Całkowicie nowa figurka pyszniła się swoimi walorami, piękna, przyciągająca spojrzenia. Nikomu nie robiło różnicy to, co się z nią działo i jakie historie przeszła. Miała być po prostu ładna.
Czarnowłosy lekko wzruszył ramionami. Czemu? Było wiele powodów, pewnie każdy miał jakieś swoje. Nachodziły się na siebie, przenikały ze sobą - zresztą naprawdę nie robiło mu to różnicy na dany moment. Nie żeby się kiedyś nie zastanawiał, nie żeby było mu to kompletnie obojętne. Nigdy po prostu jakoś nie potrzebował nadmiernie towarzystwa. Jasne, co było w dzieciństwie to było, ale teraz? Tak się do tego przyzwyczaił, że raczej dziwne by było mieć kogoś, z kim tak po prostu, najzupełniej w świecie, możesz wyjść na… na kolorowego drinka na przykład.
- Zazwyczaj tyle nie mówię. - Zapewnił ją w końcu. Tym nie mniej kiedy kobieta zwróciła uwagę na to, że całkiem dużo gada - faktycznie. Aż nazbyt dużo jak na jego standardy - i to sam nie wiedział czemu. Tori kojarzyła mu się ze szkolnym psychologiem. Ona też była taka, że po prostu chciało się do niej mówić - o wszystkim! Nie ważne jak głupie to było - i pytać o wszystko, bo nie było podobno głupich pytań, mogły istnieć tylko głupie odpowiedzi, a tamta kobieta nigdy takich nie udzielała. Tori również. Pomimo tego, że jej świat kruszył się w dłoniach i przelatywał przez palce, nawet kiedy próbowałeś go chwycić w garści, to była zadziwiająco stałym elementem, przy którym można się zatrzymać, bo nie był jak chmurny dym, przez który ręka się przedrze i jedyne co po nim zostanie to wspomnienie. Nie była mętna.
Skinął głową w odpowiedzi na pytanie o ciężary. No tak, ciężarów - właśnie tych, tych konkretnych! W ogóle nie wyłapał, że kobieta go po prostu nie rozumie, co też on plecie. Nie brał poprawki na to, że była coraz bardziej wstawiona.
- Powinnaś zaakceptować ten ból. - Ucieczki nigdy nie kończyły się dobrze. Jedyne, czego można było się dorobić, to kolki, kontuzji, albo obitego kolana od upadku. Nie żeby Sahir był od tego specem, ale dawno temu zauważył, że z bólem lepiej się żyje, kiedy próbuje się go oswoić - jak z dzikim zwierzęciem. Ucieczka tylko powoduje, że mocniej za tobą goni, a nie że odpuści. Rzecz jasna nie chciał, żeby zabrzmiało to jak rozkaz czy próba narzucenia czegokolwiek, chciał jej tylko doradzić, no ale - brzmiało jak brzmiało. Jakoś tak nieprzyjemnie. Zwłaszcza, że mimo tej porady chciał jej pomóc uciec - daleko, jak najdalej… tylko dokąd? Najlepiej do tego owianego mgłami mostu. Tam wszystko ginęło. Rozpuszczało się w dymie - gęstym i mętnym, nadając samemu człowiekowi tych właściwości.