To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

Karty Postaci - Vivien Aedelwine-Nero

Vivien Aedelwine-Nero - 2017-12-10, 15:39
Temat postu: Vivien Aedelwine-Nero
Vivien Aedelwine-Nero
urodzona/y w [Vancouver, Kanada] [30.07.1989] roku, mieszka [Seattle] od [7 lat], przynależy do [Factionless], piastuje stanowisko [Rezydentka w Grace Hospital, Seattle], wizerunku użycza [Nicole Meyer]
historia
Cynthia, moja ukochana matka po rozstaniu stała się wyjątkowo nieszczęśliwą kobietą. Dopóki na jej drodze nie stanął nowy wybranek serca z brylantowym pierścionkiem w dłoni, zaprzątała sobie myśli na zmianę smutkiem i wyrzutami sumienia. Po dziś dzień przejawia nadzwyczajną predyspozycję do sentymentalizmu, spoglądając w ulotnym skupieniu na bogato obramowane płótna przypadkowego artysty. Na pamięć znam jej rytuały, których rozpoczęcie zwiastuje wystukanie na starej maszynie szeregu niebanalnych zdań, w drodze tworzenia kolejnej z poczytnych książek. Zauważyłam, że nie szlocha już tak często nad lampką czerwonego wina, które przed laty pijała z ojcem, a przywołuje na usta najszczerszy uśmiech i spędza wieczory w towarzystwie właściciela stadnin z Vancouver, który miejmy nadzieję zostanie z nią dłużej niż cieszący się w rodzinie złą sławą Joseph Aedelwine - rozpoznawalny na całym świecie archeolog oraz posiadacz wyjątkowo niepokornej duszy.

Dorastałam z bratem w domu przepełnionym miłością, darowaną od kobiety, która niezachwianie wypełniała obowiązki przynależne obojgu rodzicom. Ojciec naprzemiennie wracał i odchodził, zamykając się we własnych czterech ścianach, gdy odpowiedzialność zanadto go przytłaczała bądź ruszał w nieznane, chcąc przełamać kolejny z naukowych stereotypów. Z pochodzenia; Brytyjczyk wysoki brunet o głębokim spojrzeniu, szerokich barkach i spracowanych dłoniach, które kontrastowały z miękką skórą palców jego byłej małżonki – delikatnej urody Kanadyjki, zdolnej jednać sobie nieznajomych wrodzoną bystrością umysłu i budzącym zaufanie uśmiechem. Los musiał być w wyjątkowo groteskowym humorze, gdy pozwolił im wpaść na siebie tamtego wieczoru w Montrealu podczas corocznego festiwalu muzycznego, kiedy to doświadczony odkrywca oczarowany wdziękiem przyszłej ukochanej dał się poznać jako zupełnie inny niż chłopcy, z którymi widywała się do tej pory – był mężczyzną ukształtowanym przez palące piaski Sahary i niepewną pogoń za kolejnym, wielkim odkryciem. Byli niczym nieznane, zachęcające do wzajemnej eksploracji światy, i tacy dla siebie pozostali do końca przesyconego goryczą małżeństwa.

Perspektywa upływającego czasu pokazała, że niesnaski rodzinne wynikające z różnic pochodzenia i tożsamości tylko pozornie zapanowały nad aspektami mojego życia. Jako niedoświadczona przedstawicielka świadka mutantów, żyłam z przeświadczeniem o rzekomym pozbawieniu talentu do wieku późniejszego niż rodzeństwo, zawczasu będąc nazywana słabą w zgodzie z braterską złośliwością. Przekonawszy się o posiadaniu umiejętności uzdrawiających podczas niemiłej w skutkach zabawy, drążącą od nerwów dłonią zniwelowałam niewielką, acz paskudną dla oka ranę na nodze krewniaka. Idąc za jego przykładem, nie szepnęłam nikomu słówka o dziwnej przypadłości, która w późniejszym czasie stała się podwaliną do mojego kulejącego marzenia o medycynie.

Przez długi czas miałam określony plan na życie i nie potrzebowałam motywacji, by dążyć do jego spełnienia. Będąc wystarczająco poukładaną i konsekwentną w postanowieniach, pozwoliłam przykleić sobie miano kujonki, naraziwszy się w ten sposób najmłodszym entuzjastom ciągnięcia dziewczynek za warkocze. Zwłaszcza jednemu chłopcu ze starszej klasy, który w obliczu zacieśniającej się przyjaźni z moim bratem zajął przeznaczone mi miejsce w zlokalizowanej na wysokościach drewnianej konstrukcji, a później ulubionej kryjówce w pobliżu szkoły. Dopiero przemocą wywalczyłam sobie należyty szacunek, do dziś w subtelnym uśmiechu wspominając nasze dziecięce przekomarzania. W czasie nauki chęć poznania i zdobycia nowych doświadczeń pozwoliła mi odkryć zdecydowane predyspozycje do przedmiotów ścisłych, ale to pragnienie zbliżenia się do ojca pchnęło w kierunku książek o podłożu humanistycznym. W przeciwieństwie do znacznego grona posiadaczy genu X ciągnęło mnie ku ludziom – ku ich monotonnemu życiu, w które z całych sił próbowałam się wpasować. Niestety, snute niegdyś założenia dość szybko spotkały się z negatywną reakcją matki, która poznawszy się na pielęgnowanej przeze mnie tajemnicy, przeraziła się prędkiego wkroczenia prawie pełnoletnich dzieci w sam środek kpiącego od nienawiści środowiska. Zaczęłam bezmyślnie ignorować mnogie namowy i prośby, co zaowocowało pretensjami, rekompensując mi pogarszające się relacje z rodziną narastającym zainteresowaniem ojca i zdobytą z trudem niezależnością. W oparciu o nabytą wiedzę każdą możliwą chwilę przeznaczałam na studium nad pojawiającymi się wraz ze stresem zdolnościami, testując w większości przypadków własną wytrzymałość. Zauważyłam, że te objawiają się nadzwyczaj dyskretnie. Później pomimo braku kwalifikacji parokrotnie towarzyszyłam rodzicielowi w trakcie odległych podróży, po raz pierwszy czując dumę z dzielenia pokrewnej pasji.

Wydarzenia związane z osłabieniem jego zdrowia, stałym wyjazdem do Stanów, czy pierwszymi krokami na szpitalnym korytarzu były zarówno bolesne, jak i otwierające oczy. Znalazłam swój sposób na życie – znacznie ciekawszy i wiarygodniejszy niż ten, który ofiarowano mi zamkniętej pod kloszem. Zrozumiałam, że próba pomocy innym wyzwala we mnie skrywane pokłady zapału oraz elokwencji, której upust mogłam dać jedynie czując namiastkę adrenaliny. A co najważniejsze, po raz pierwszy czułam, że nie muszę korzystać ze zdolności, by ukoić czyjś ból. Nie było rzeczy, która mogłaby zmienić moje nastawienie, dlatego prawie zapomniawszy o zobowiązaniach wtopiłam się w społeczeństwo ludzi i ukierunkowałam swoje życie pod dyktando panujących w nim praw, tylko okazjonalnie przypominając sobie o prawdziwym pochodzeniu. Kiedy wydawało się, że znalazłam swoje powołanie, a moje serce nie będzie chciało już niczego więcej...poznałam przyszłego męża. Wówczas byłam zaledwie stażystką, spijającą słowa przełożonych niczym ambrozje. Bałam się samodzielnych decyzji, lecz oni zgodnie powtarzali, że nie często zdarzały im się takie studentki - otwarte umysłem, o zadziwiającym refleksie wypowiedzi i wyważonej pewnością siebie. On był inny. Pacjent doprowadzający do skraju cierpliwości mniej i bardziej doświadczonych, który w miarę postępującego leczenia coraz bardziej zapędzał mnie w kozi róg, prowokując drzemiącą w środku ambicję. Choć mówiono, że jest chodzącym przykładem znieczulicy i potwornego egocentryzmu, zdawałam się tego nie zauważać, błyskawicznie ulegając platonicznemu uczuciu. Długi czas trzymałam się na dystans, swą żarliwość ukazując jedynie w wyrównanych dyskusjach. Rozumiałam powody, przez które etyka lekarska nie pozwalała na przejawy fraternizacji, jednak to nie przeszkadzało mi widzieć w nim kogoś więcej – cudownego i nadzwyczaj przystojnego rozmówcy o łagodności wyprzedzającej słowa. Zaczęliśmy się spotykać jako przyjaciele z dziwną chemią wiszącą pomiędzy a później para. Równie piękna, co ceremonia ślubna była wyciskająca łzy przysięga, stanowiąca błahe, acz skutecznie zapewnienie, że żadnej innej kobiety nie kochał z tak wielką pasją, jak mnie. Nie musiałam być dla niego idealna, nie przywiązywał wagi do tego, że jestem 'popękana' oraz zagubiona. Dzięki temu zaczęłam widzieć wszystko z barwniejszej perspektywy, zwłaszcza że rzeczywistość, w której przyszło nam funkcjonować nie zwykła nikogo rozpieszczać.

Miałam czas, by przyzwyczaić się do bycia obserwatorem – kimś, kto nie miesza się w przedsięwzięcia, które bezpośrednio go nie dotyczą. Niezależnie od szczerości męża, nie czułam również potrzeby bycia częścią prowadzonych przez niego na szerszą skalę interesów. Chciałam normalnego życia i związana z tym apatia, przymykanie oka na pewne sprawy, pozwoliły mi skupić się na sobie.
charakter
Dawniej ufna marzycielka zdolna do gwałtownego przeżywania każdej drobnostki, dziś zamknięta introwertyczka w ciągłym starciu z beztroską ekstrawertyczką, kształtującą wydarzenia zgodnie z potrzebą serca. Osoba o niejednostajnym charakterze, zwykle nadążająca za pośpiechem świata, a innym razem trzymająca się bliżej cienia, z dala od kuriozum osobliwego życia. Wytrwale brnie przez dłużące się tygodnie, kreując w sobie potrzebę rozwoju, niezależną od przenikliwych wspomnień, które narzuciło jej wyjątkowe dzieciństwo. Ceni jedynie uznanie, na które sama zapracuje. Czas do tej pory nie przepływa jej przez palce – żyje teraźniejszością, by nie marnować dni na żal i gorycz. Niespętana przez poczucie obowiązku szuka swojego miejsca i roli do odegrania, wybierając logiczne rozwiązania ponad nagłe porywy emocji. Od najmłodszych lat ciekawa zakątków bliższych i dalszych, napędzana jest przez chęć ich wnikliwego zbadania. Nie uznaje pojęcia rzeczy niemożliwych, dlatego pozwala by odważne działanie momentami graniczyło z głupotą, podobnie jak perfekcjonizm ustąpił skrajnemu wręcz niedbalstwu o przedmioty i ludzi. Słodkie lenistwo raz za razem zakłóca ciężka praca, dowodząca stałej próby doskonalenia się, niestety wyłącznie w dziedzinach bliskich jej duszy. Błyskotliwość wypowiedzi zaskakuje, a uszczypliwość humoru dostosowana jest do charakteru rozmówcy. Makiawelistyczne intrygi nierzadko wypiera realne wrażenie szczerości, a inteligencja w połączeniu z lekkością stylu bycia błędnie odczytywana jest jako autowaloryzacja. Żyje rozbita pomiędzy jednym sposobem bycia, a drugim, kiedy to potrafi ująć nieznajomych otwartością i empatią, by z kolejnym mrugnięciem oka odstraszyć ich postępującym zdystansowaniem. Przynależy do dwóch światów, wcale nie czując się ich częścią. Oba tak samo obce, jak znajome
opis mocy
Mutacja kobiety od zawsze objawiała się w subtelny sposób, jednak podobnie do wielu, innych posiadaczy genu X potrzebowała zapalnika - czegoś, co pozwoli jej odkryć drzemiące pokłady mocy. Ich wszelkie próby opanowania, w miarę rzadszych z wiekiem ćwiczeń nie sprowadzały się do próby kontroli, a raczej znalezienia bodźca, który mógłby w stanie wywołać pożądany efekt. Nie od początku była w stanie ukształtować zdolności wedle własnej woli. Dopiero upływ czasu umożliwił jej wybranie sytuacji, w której chciałaby ich użyć oraz stopień posunięcia zmian. W przypadku Vivien nic nie działo się samoistnie, acz naznaczone było metodą prób. Odnosiła intencjonalne, niewielkie skaleczenia, by sprawdzić, czy potrafią zagoić się bez ingerencji – nie potrafiły. Później, naprawdę sporadycznie używała umiejętności na pacjentach, celem przyśpieszenia poprawy stanu ich zdrowia, całą zasługę przypisując aplikowanym lekom. Przemyślanie pokuszała się o drobny wpływ, niewywołujący przesadnego zainteresowania.

Na obecnym etapie dobrze radzi sobie z leczeniem nieskomplikowanych obrażeń, od złamanych kości po oparzenia i różnorodne rany powstałe wskutek przerwania tkanek. Problemem nie jest także oczyszczenie organizmu ze szkodliwych substancji, zakażeń, chorób albo wpłynięcie na zaburzoną gospodarkę hormonalną. Niemniej do wymienionych niezbędny jest kontakt fizyczny. Pomimo przekroczenia ćwierćwiecza wciąż nie miała okazji poznać wielu aspektów opisywanej mutacji. Nie ma pewności, czy byłaby w stanie odtworzyć zniszczone lub utracone organy, nie wspomniawszy o kończynach. Podobnie sytuacja klaruje się w przypadku przywracania kogoś do życia – istnieje niewielka szansa, iż zdolności odniosłyby skutek w momencie przejścia poszkodowanego w stan śmierci klinicznej – momentu, gdy w normalnych okolicznościach zadziałać może jeszcze aparatura medyczna.
W tym samym czasie zdolna jest oddziaływać na jedną osobę. W zależności od rozległości urazu, następna próba skutkować może niepowodzeniem lub tylko częściową likwidacją dolegliwości. Dodatkowo mutacja nie zapewnia kobiecie całkowitej nietykalności - wciąż może umrzeć, a swoje rany zdaje się goić znacznie ciężej.

Analogiczne leczenie poważniejszych przypadłości okazuje się bardziej pracochłonne i wyczerpujące, a niekiedy zajmuje nawet więcej czasu niż w przypadku drobnych skaleczeń. Wiąże się to ze zdecydowanym osłabieniem organizmu mutantki, a tym samym dolegliwościami pokroju zawrotów głowy prowadzących do omdlenia albo krwotoku z nosa.

Korzystanie ze zdolności jest możliwe przez 4 posty fabularne, następnie w zależności od wysiłku włożonego w wykonywaną czynność odpoczynek jest niezbędny przez 1 post w przypadku drobnych skaleczeń, ilość porównywalną, gdy ma do czynienia z bardziej zaawansowanymi obrażeniami (4 posty) lub nawet dwukrotnie większą (8 postów), w chwili wyraźnego osłabienia postaci.



ciekawostki

→ Jest córką Brytyjczyka oraz Kanadyjki, którzy wychowali się i dorastali na obszarze Kolumbii Brytyjskiej. Sama urodziła się w pięknym Vancouver, jednak okres jej dzieciństwa niewątpliwie zawsze powiązany będzie z pobliskim miasteczkiem Belcarra.

→ Fakt, iż nie została jeszcze rozpozna zawdzięcza łagodnemu objawianiu się mocy oraz niechętnemu obnoszeniu się z własną tożsamością, nawet wśród posiadaczy genu X. Przez pewien czas, nie zależało jej na niczym innym jak wpasowaniu się w zwyczajne społeczeństwo.

→ Nie jest szablonowym molem książkowym, ale ceni sobie literaturę. Potrafi kilkakrotnie sięgnąć po wcześniej przeczytane pozycje, szczególnym zainteresowaniem darząc kryminały i powieści psychologiczne. Skusi się na lżejsze tematyką utwory, gdy liczy na chwilę odprężenia, a ta zdarza się nadzwyczaj rzadko.
Zdecydowanie woli doświadczyć czegoś na własnej skórze niż poprzez przewracane sukcesywnie kartki. Od czasu studiów kolekcjonuje płyty winylowe, dając upust względnemu zamiłowaniu do muzyki.

→ W wyniku nawyku stała się przysłowiowym rannym ptaszkiem, co więcej nie potrzebuje długotrwałego wypoczynku, by następnego dnia wstać w pełni sił. Sen do godzin popołudniowych uważa za marnowanie czasu i zabójstwo dla wydajności.

→ Uważa się za złotą rączkę. W przeszłości, sukcesywnie chwytając się różnorodnych zajęć i profesji przyzwyczaiła się do rozwiązywania drobnych, technicznych problemów na własną rękę. Upodobała sobie stare samochody, które okazały się wspólnym tematem rzadkich rozmów między nimi nią a ojcem. Podobnie jak czarno-białe filmy.

→ Jest mężatką od 4 lat.

→ Oprócz władania nienaganną angielszczyzną, jako Kanadyjka z krwi i kości przyswoiła sobie w stopniu komunikatywnym język francuski. Następnie studia wymogły na niej śladową znajomość łaciny, a mąż podszkolił w zakresie włoskiego. Oczywiście, Vivien do tej pory utrzymuje, że zrobiła to, tylko po to, by móc w tymże języku przeklinać.



Nancy Flanagan - 2017-12-10, 19:56

Karta zaakceptowana!
Poziom opanowania Twojej mocy to: 74%
Vivien nie miała łatwego życia. Jednak spotkała na swojej drodze osobę, z którą dalej zechciała iść przez życie. Oby los i pogarszająca się sytuacja mutantów nie zniszczyła wam planów na przyszłość.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group