To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

retrospekcje - Czas na kolejną naukę

Vanessa Grenville - 2019-10-24, 08:52
Temat postu: Czas na kolejną naukę
Pierwsze spotkanie z Caroline odbyło się w miarę...normalnie. Nie panikowała, starała się być odważna i udało się, mimo tego że była strasznie spanikowana gdy zobaczyła pierwszy raz więźnia. Jednak chwilę później wszystko minęło i miast strachu i paniki czuła nienawiść. Niechęć. Dzisiaj czuła się nieco lepiej, jednak nadal nie rozumiała czemu ta kobieta jest taka milcząca. Uprosiła tatę by poszedł z nią do Caroline, by mogła znów nieco ją wypytać, spędzić trochę czasu na nauce. Mimo, że była dzieckiem słuchała. Nie miała możliwości nauki w szkole, uczyła się w domu nie tylko tego co powinna ale też tego, czego żaden rodzin nigdy nie powinien uczyć własnego dziecka. Przetrwania i obrony. Uczyła się jak rzucać nożami, jak walczyć, jak korzystać z mocy. Nie zmuszali jej, nie wykorzystywali. Po prostu uczyli. Obiecała być posłuszna i wykonywać polecenia taty. Więc gdy w końcu udało się uprosić ruszyła z tatą jak zawsze ubrana tak by więzień nie widział jej twarzy. Zasłonięta twarz chustą sprawiała, że nie czuła się swobodnie a przecież chodzi o to by czuła się prawda. Nie mniej, obiecała. Więc gdy tylko weszła poprosiła tatę o to by została sama z kobietą, że on niech jest, ale w oddali niech przygląda się i reaguje w razie gdyby straciła panowanie nad sobą. W końcu nigdy nie wiadomo.
- Jak się czujesz?
Zapytała pochodząc do kobiety i przyglądając się jej z zaciekawieniem. Przekrzywiła głowę nieco w bok by przyjrzeć się jej z uwagą.
- Wiesz, że gdybyś współpracowała jak się należy puściliby Ciebie?
Zerknęła przenosząc wzrok na twarz dziewczyny.

Caroline McCoy - 2019-10-27, 00:01

//4 marca, garaż


Ile już czasu minęło, odkąd to dziecko wyprowadziło mnie z równowagi? Jak wiele czasu minęło, odkąd dowiedziałam się o tych paskudnych praktykach z wykorzystywaniem dzieci przez mutantów? Ile czasu w ogóle byłam już tu zamknięta?
Dnie i noce zdawały zlewać się już w pewnego rodzaju całość, nawet mimo niewielkich okienek rysujących się przy suficie. Moje najgorsze rany zdążyły się już zagoić, bądź były na dobrej drodze ku temu. Jedynie ta noga wciąż sprawiała mi olbrzymi problem, skutecznie utrudniając jakąkolwiek wizję ucieczki. Na boga! Nawet nie wiedziałam, gdzie mnie trzymają. Przecież to mogła być jakaś szopa na zapleczu ich bazy, a wyjście poza te ściany mogło się dla mnie równać ze śmiercią.
Ja... Ja chyba nie potrafiłam aż tak zaryzykować.
Przywykłam już do wizyt Vincenta. Dalej było między nami napięcie, ale rozmowy z nim... Pozwalały mi zachować jakąkolwiek przejrzystość umysłu. Inaczej - chyba już dawno bym tu zwariowała.
Znacznie gorzej znosiłam jednak wizyty tego blondyna. Sama jego obecność wprawiała moje ciało w spięcie. A dziś, gdy pojawił się z tą małą...
Och, nie przeczuwałam niczego dobrego.
- Dobrze. - Odpowiedziałam na jej pytanie, podpierając się mocniej o ścianę. Miałam świadomość, że niesubordynacja spotyka się z karą. I tak, jak mogłam znieść napady złości ze strony Edamsa - tak jakikolwiek dotyk ze strony jego mentora otwierał we mnie jakieś stare, wewnętrzne rany, których wciąż nie byłam w stanie zrozumieć.
Wiedziałam, że nie powinnam wchodzić z tą małą w dyskusję, ale przecież... Co niby miałam więcej zrobić?
- Nie wiem jak mam bardziej współpracować. - Dodałam po chwili, przełykając głośniej ślinę. Przeceniali mnie, tego było pewna, Nie miałam nic więcej do dodania w kwestii informacji, których pożądali. Co więc miałam czynić, by móc odzyskać tę upragnioną już wolność?

Vanessa Grenville - 2019-10-27, 17:35

Vanessa nie wychylała się gdy nie było takiej potrzeby. Jednak rosła, stawała się nie coraz młodsza a starsza. Musiała zacząć się uczyć nie tylko teorii, ale i praktyki. Gdy usłyszała, że znów będzie mogła iść z ojcem na przesłuchanie więźnia, z tym że to teraz ona będzie się uczyła wydobywać wiadomości ucieszyła się i to bardzo! Oczywiście wiedziała, że ma pytać o to samo co ostatnio, czyli adres, gdzie przebywają mutanci, ile jest straży etc. Nic nowego. Po prostu wszystkiego się dowiedzieć na tyle na ile będzie umiała. Cieszyła się bo chociaż mieli tylko upewnić się, czy kobieta podała prawdziwe dane, to dla małej Van był to dzień pełen wrażeń. Zadowolona szła u boku taty a gdy została sama z kobietą, gdzie tato czuwał nad jej bezpieczeństwem a raczej bezpieczeństwem więźnia ona przykucnęła.
- Jak to nie wiesz?
Uniosła brew zaskoczona.
- Powiedz wszystko co wiesz. To nie jest trudne prawda?
Zapytała na razie nie dotykając kobiety. Na to przyjdzie czas. Nie chciała jej jeszcze ranić. Nie jeszcze.

Caroline McCoy - 2019-10-28, 01:04

Oni... Oni naprawdę wierzyli, że ja wciąż coś ukrywam.
Nie wiem, czy uznali mnie za tak świetną aktorkę, czy rzeczywiście ostatni kontakt ze strony Dolores wprowadził mnie w to piekło. Wiedziałam jednak jedno - ta mała była zdeterminowana, a ja... Ja nie wiedziałam, jak z nią walczyć.
- Dostaliście adres. Macie jej numer telefonu, wiecie jak wygląda. Ja... Ja nie wiem nic więcej. - Próbowałam ciągnąć dalej tę - jak widać - wyłącznie mi znaną prawdę. Czułam, jak rośnie wewnątrz mnie złość, żal i smutek - bo naprawdę nie wiedziałam, czego więcej ode mnie oczekują. Z Alter Genetics nie pracowałam od lat, od lat próbowałam ich unikać, nie wiedziałam o niczym, co działo się w ich wnętrzu i byłam przekonana, że nie jestem w stanie nic więcej z siebie wycisnąć.
Chyba że chodziło im o nazwiska starych pracowników? Dane dzieciaków, które tam przebywały? Czy... Czy może o moją aktualną pracę, której mnie tak okrutnie pozbawili?
Nie odrywałam swojego spojrzenia od jej chłodnych oczu. Sama nie wiem czemu, przecież... Wydawały się teraz takie przerażające.
Spojrzenie żadnego dziecka nie powinno tak wyglądać...

Vanessa Grenville - 2019-10-28, 09:35

Vanessa swoje przeżyła i tego co ona przechodziła nie życzyła nikomu. Jej moc obudziła się w chwili gdy zabrano jej bliską osobę. Świadomość, że jej matka została zabrana przez złych ludzi, że może jej nigdy więcej nie zobaczyć mimo że tato zawsze ją pocieszał nie działało. Owszem, z czasem uwierzyła w to, w końcu to jej tato on nigdy nie kłamał. Obiecywał, że zrobi wszystko by odzyskać mamę to to zrobi, wiedziała o tym. Jednak nie miała zamiaru stać biernie i przyglądać się tylko. Nie miała już 4 lat tak jak wtedy, gdy jej rodzicielka została zabrana ale była o pięć lat starsza. Jej twarz nie była już twarzyczką niewinnego dziecka, które w głowie ma tylko to co spsocić, czy co skubnąć przed obiadem. Ona musiała dorosnąć. Nie miała rówieśników bo nie mogła uczęszczać do szkoły, musiała wszystko robić w cieniu innych. Uczyć się, żyć...oddychać.
- Może i mają...ale ja Ci nie wierzę, że to wszystko.
Powiedziała siadając po turecku przed kobietą. Spojrzała na nią z powagą na twarzy.
- Wiesz czemu tutaj jesteś? Pewnie wiesz...
Urwała na chwilę i cicho westchnęła dosłownie niemal jakby miała wyuczone zachowanie, tak jakby oglądała jakieś horrory w roli głównej z dziećmi.
- To samo zrobiliście z bliską mi osobą. Zabraliście ją i pewnie torturowaliście, może nie ty, ale tobie podobni. Ale Ty nie jesteś inna. Gdybyś była inna nie pozwoliłabyś by krzywdzili takich jak ja i moja rodzina. Wiesz jak to jest bojąc się zasnąć przez lata? Bo gdy tylko zamykasz oczy widzisz moment gdy zabierają Ci mamę. Moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że jesteś tylko dzieckiem, które nic nie może zrobić? Postaw się na moim miejscu...poczuj się tak, jak ja się wtedy czułam.
Odezwała się chłodno z nienawiścią w głosie. Dotknęła jej odkrytej dłoni. Położyła tylko dłoń pozwalając by gen robił swoje. Czuła, jak temperatura zaczyna przybierać w niej, jak zaczyna wytwarzać truciznę, która po tym jak dotknęła dłoni kobiety zmieniła się w broń. To co mogła odczuć Caroline to ciepło. Wpierw delikatne, przyjemne by z każdą chwilą czuć niemal pieczenie. Ale to był tylko początek. Nie chciała jej jeszcze krzywdzić, nie tak bardzo.
- Wiem, że nie powinnam...ale mam dość, tak jak moi nauczyciele.
Odparła ze spokojem. Nie mogła powiedzieć, że ojciec i brat mają dość. W końcu obiecała, żadnych imion i twarzy nic. No z tym ostatnim mogła jeszcze nieco uchylić rąbka. Ale imienia zdecydowanie nie a nawet gdyby poznała ją kiedyś to wyśmiałaby ją w żywe oczy bo czemu miałaby uwierzyć komuś, kto nawet nie zna jej imienia? Właśnie!
- Zacznij mówić, wszystko co wiesz o tym piekle. Mów wszystko co może Ci pomóc. A obiecuję, że nie będę więcej krzywdziła. A uwierz...mogę więcej.
Uprzedziła puszczając dłoń dziewczyny, na której pojawiła się czerwona plama, tak jakby za chwilę miał pojawić się tam ogromny pęcherz. Jeszcze się nie pojawił, jednak ból był nie do zniesienia. Mało tego, żadne maści nic nie pomogą w końcu to nie było zwykłe oparzenie. Van miała w sobie truciznę, która przedostawała się podskórnie i tworzyła ropne pęcherze.
- Hm...pewnie sądzisz, że żartuje...
Dodała z diabelskim uśmiechem by po chwili złapać w dłonie czerstwy kawałek pieczywa, który musiał leżeć tutaj od wczoraj. Spojrzała na nią z powagą na twarzy.
- Spójrz co się stanie, jeśli nie będziesz współpracować.
Odezwała się a gdy tamta spojrzała na pieczywo Vanessa poczuła jak wszystko z niej uchodzi. Całą wściekłość skierowała w stronę pieczywa, które wpierw zaczęło skwierczeć nieco, by po chwili zrobić się czarne i ostatecznie położyła je przed kobietą.
- Nie radzę dotykać.
Uśmiechnęła się lekko a smród zmieszany z przypalonym pieczywem oraz zmieszany z czymś jeszcze oznaczał, że to nie tylko przypalony kawałek chleba.
- Więc?

Caroline McCoy - 2019-10-31, 00:38

Choć wciąż młody umysł ej panienki mógł tego nie rozumieć... Nie tylko dzieci z aktywnym genem X były krzywdzone każdego dnia.
Co z głodnymi i chorymi w krajach trzeciego świata?
Co z dziećmi z rozbitych rodzin?
Co z tymi, u których w tej niby "bezpiecznej przystani" zwanej domem, codziennie lał się alkohol a przemoc była już jedynie punktem na liście dnia do odhaczenia?
Nie, żebym sama mogła coś o tym mówić - choć też nie uważałam się za największą szczęściarę, biorąc pod uwagę fakt, że własnych rodziców w ogóle nie pamiętałam. Ba - nie pamiętałam prawie połowy swojego życia, a wychowywało mnie wujostwo. Ta pustka... Była ciężka do wypełnienia.
Ale nie miałam czasu nad tym rozmyślać - nie tutaj, gdzie moje priorytety uległy znaczącej zmianie.
Zmarszczyłam swoje brwi na to jej oskarżenie. Czy ona, nie... Oni, naprawdę myśleli że mam coś do ukrycia? Że dobro tej pierdolonej Dolores jest dla mnie ważniejsze, niż moje własne życie? NA boga - zdradziłam nawet swoją obecną placówkę, prawdopodobnie serwując sobie wilczy bilet na powrót do pracy - gdyby to wszystko miało się skończyć. Jaki miałabym cel w ukrywaniu czegokolwiek?
Ja... Nie potrafiłam odpowiedzieć na jej pytanie. JA nawet nie mogłam sobie wyobrazić, jak moja matka mogła wyglądać. Ale jedno miałam z nią wspólne - i mnie dręczyły koszmary, choć moje... Miały chyba nieco inne podłoże.
W tym wszystkim zbyt łatwo umknął mi fakt, że jej drobna rączka właśnie dotknęła mojej dłoni. Swój wzrok skierowałam ku temu dotykowi dopiero, gdy ciepło ludzkiej skóry zaczęło się rozgrzewać do... Nieprzyjemnych temperatur. Moje oczy otworzyły się znacznie szerzej, gdy w głowie pojawiała się panika. Pierdolona mutantka użyła na mnie swojej mocy!
Czułam, jak jej palce niemal topią moją skórę, niczym rozżarzony, ostry węgielek rozpalony do czerwoności. Nie byłam w stanie powstrzymać łez ani krzyku, który wydarł się z mojego gardła. I właśnie wtedy... Puściła moją rękę.
Nerwowo przyciągnęłam zranioną kończynę ku sobie, przytulając ją do własnej klatki piersiowej. Skuliłam się - jeszcze mocniej, niż jeszcze przez kilkoma chwilami. To oparzenie nie było wielkie, ale... Nie potrafiłam porównać tego bólu do żadnego, jaki znałam do tej pory.
- Co Ty... Co Ty mi zrobiłaś?! - Wykrzyczałam przez łzy, nie znajdując w sobie sił na podniesienie wzroku. - JA naprawdę nic więcej nie wiem! - Dodałam po chwili, niemal zdesperowanym tonem.
Dziewczynka jednak wyraźnie zadbała o to, by nawet oczy nie były mi potrzebne - już po chwili nieprzyjemny zapach dotarł do moich nozdrzy, by po kolejnej sekundzie - przypalony kawałek pieczywa leżał już przede mną - na deskach, gdzie nawet mój rozmazany od łez wzrok mógł go dostrzec.
Złapanie normalnego oddechu wydawało się teraz niemożliwe. Każdy mój kolejny wdech był nieregularny, raz krótszy, raz dłuższy, co budziło we mnie jeszcze większy stres. Ja... Ja nie miałam zamiaru zmienić się tutaj w wypaloną zapałkę!
- Naw-wet... Nawet nie wiem... Nie wiem... Czego więcej chcecie... - Wydusiłam z siebie, starając się skryć każdy odsłonięty kawałek skóry jak najdalej od tej młodej. Dłonie - pod rękawami, stopy - klękając na nich, szyję i twarz... Opuszczając jak najniżej, przy własnej klatce piersiowej.
Nie miałam pomysłu jak się bronić. Ale wiedziałam, że nie ma sensu tu mówić, kto jaką kawę piję, ani w jakim kolorze marynarki nosi w piątki. Czego więc chcieli?
Cóż za ważne informacje wciąż mogłam posiadać, będąc tego tak nieświadomą?

Vanessa Grenville - 2019-10-31, 12:00

Van starała się nie przesadzać, wiec właśnie przez to wykorzystała pieczywo, które śmierdziało spalenizną owszem, ale również mieszanką nieznanego pochodzenia, tak jakby coś jeszcze było w tym wszystkim. Mimo to Van nie musiała obawiać się dotykania pieczywa. Jednak by kobieta nie dotknęła go przypadkowo zabrała pieczywo do siebie.
- Nie bój się, nie będzie blizn...gdybym chciała mogłabym Cię oszpecić i to bardzo ale nie o to chodzi. Nie jesteśmy potworami.
Uśmiechnęła się lekko i spojrzała na nią z powagą na twarzy.
- Powiedzmy...powiedz nam ilu jest mutantów zamkniętych, ilu strażników posiadacie...wszystko co może Tobie pomóc.
Powiedziała spokojnie kładąc dłoń na kolanie kobiety.
- Materiał nic Ci nie pomoże...jeśli będę chciała stanie się dla Ciebie...uciążliwy. I nie, nie mówię tutaj o poparzeniu...
Uśmiechnęła się delikatnie. Mimo, że przez materiał zawsze jest trudniej to nie oznaczało, że nie można było tego w ogóle przejść. Materiał bywał drobnostką. Gdyby chciała, mogłaby sprawić, że materiał stałby się jej koszmarem drażniącym poparzone miejsce i ocierając się o oparzone miejsce przecierałoby bąble, które pojawiłyby się na ciele kobiety a co za tym by poszło pęknięcia pęcherzy i sącząca się ropa, która śmierdziałaby podobnie do spalonego przez Van pieczywa. tyle, że Caroline by to bolało.
- Uwierz...nie chcesz demonstracji tego, co mogę Ci zrobić jak nie będziesz mówić. Szkoda Twojego śniadania.
Przyznała z uśmiechem niewinnego dziecka. W końcu zjeść parówkę a ją zniszczyć...no raczej wybór był oczywisty!

Caroline McCoy - 2019-11-04, 01:09

Nie jesteśmy potworami. Ciekawe słowa jak na grupę mutantów, którzy zabawiali się teraz moim kosztem chyba dla własnej rozrywki, trzymając mnie z dala od normalnego życia. Czym to tłumaczyli? Och, to całkiem zabawne. Że niby sama dopuszczałam się podobnych zbrodni i jestem "zbyt cenna"? Miałam ochotę się śmiać, choć przecież wcale nie było mi do śmiechu.
Bez problemu jednak dałam radę wycisnąć z siebie łzy - łzy rozpaczy, wywołane tym pytaniem.
Skąd u licha miałam to wiedzieć?!
- Od trzech lat nie mam nic wspólnego z Alter Gen! Nie wiem o niczym, co się tam dzieje! Nawet o ucieczce Edamsa dowiedziałam się dopiero po kilku miesiącach! - Wyznałam, niemal krzycząc rozpaczliwie. Nie chciałam znów czuć jej paskudnego dotyku, ale... Przecież naprawdę nic nie wiedziałam! - Trzy lata temu nie trzymali więcej, niż kilkunastu mutantów. Utrzymywali niską aktywność, żeby Rząd nie widział ich działalności. Podobnie było z pracownikami, to byli głównie naukowcy i większość poprzechodziła do innych laboratoriów. - Wyznałam po chwili, nieco spokojniej, choć mój oddech przybierał na tempie w tych nerwach. - Naprawdę nie wiem jak tam jest dzisiaj... Nie wiem, nie wiem, nie wiem... - Powtarzałam niczym mantrę, przyciskając swoje ciało do ściany, kuląc się w sobie i starając się trzymać każdy kawałek mojego ciała z dala od tej dziewczyny. Kompletnie wisiało mi to, co zrobi z przyniesionym przez nich jedzeniem - przecież po tym, co ona mi tu zaserwowała i tak nie przełknę już ani jednego kęsa.

Vanessa Grenville - 2019-11-06, 12:36

Spojrzała na kobietę z powagą na twarzy. Zaczęła krzyczeć. Do niej? Na nią? Nie podobało się to jej nikt, ale to nikt na nią nie krzyczał bez powodu, a ona właśnie to robiła. Zbliżyła się do niej jeszcze bardziej łapiąc za udo przez materiał, jaki miała na sobie.
- Nie unoś głosu. Za każde uniesienie się za bardzo i bez powodu....
Urwała czując jak dłonie jej zaczynają palić niemal materiał. Sama ciężko oddychała ale nie przerywała dopiero, gdy poczuła smród puściła. Ból? Na pewno. Pewnie też kilka bąbli, które przebiła jej by organizm się nie zatruł bardziej niż to konieczne.
- Zrób to jeszcze raz a nie przerwę, pozwolę by trucizna dostała się do Twojego organizmu.
Wycedziła wściekła przez zaciśnięte zęby. Jakim prawem ona na nią krzyczała?! Odsunęła się od niej i spojrzała uważnie gdy zaczęła mówić.
- Widzisz, potrafisz współpracować.
Przyznała z uśmiechem na ustach i podeszła do prowizorycznej apteczki wyjmując środek odkażający i odpowiednie laki przeciwbólowe.
- Wybacz, ale uprzedzałam. Teraz zaboli, ale przejdzie. Muszę oczyścić poparzenie.
Wyjaśniła i bez uprzedzenia wzięła nożyczki i rozcięła materiał by zaraz odnieść ostre narzędzie na miejsce i wrócić do oczyszczania. Gdy skończyła położyła jej opatrunek jałowy obok i kilka pigułek.
- To lek przeciwbólowy.
Dodała podając wodę.

Caroline McCoy - 2019-11-07, 02:26

Człowiek robi różne głupie rzeczy, gdy czuje się zagrożony. Dlaczego moją reakcją obronną był krzyk? Sama nie wiedziałam. Po prostu... Mój przerażony umysł tylko tak potrafił wyrzucać z siebie nadmiar emocji.
Nawet, jeśli oznaczało to dla mnie zgubę.
Pisnęłam, a moje ciało ponownie się spięło, gdy poczułam tę małą rączkę na swoim udzie. Chciałam się odsunąć, rany, jak bardzo chciałam ją kopnąć... Ale jednocześnie... Widziałam wzrok blondyna, który - choć tak daleko, ukryty gdzieś na drugim końcu pomieszczenia - nawet bez słów potrafił mi przypomnieć, co mi grozi. Czemu tak bardzo bałam się jego dotyku, jego bliskości, jego słów? Czemu, nawet te niewinne gesty z jego strony przerażały mnie bardziej, niż ten olbrzymi, fizyczny ból powodowany przez tę małą?
Moja noga drgnęła, ale nie zdołałam jej skrzywdzić. Nie, gdy on był tak blisko.
Z moich oczu znów popłynęły łzy, gdy gwałtownie zgięłam się w pół, czując palenie na skórze, czując ten smród unoszący się wprost do moich nozdrzy. Jak miałam nie krzyczeć, jak miałam nie płakać? Jak miałam zachować zimną krew, gdy poddawano mnie takiej próbie?
- Przestań, przestań, przestań, przestań... - Powtarzałam żałośnie, niczym dziwną mantrę, między kolejnymi szlochami. Samo przebijanie tych dziwnych bąbli, które pojawiły się na mojej skórze też nie było przyjemne, a nieprzyjemna woń unosząca się z tej wydzieliny... Och, jak słabo się przez nią poczułam!
Mimowolnie uniosłam dłoń do własnych ust, mając wrażenie, że zbiera mi się na wymioty. Nie byłam przystosowana do takiego traktowania - nawet po wybuchach Edamsa. Po prostu... Nie byłam...
Nienawidziłam się. Nienawidziłam się za to, że nie potrafiłam utrzymać języka za zębami. Nienawidziłam się za to, że byłam taka słaba. Nienawidziłam się za to, że mogli robić ze mną co chcieli - a ja nie miałam przed sobą żadnych perspektyw.
Po prostu... Byłam przegrana...
Gdy dziewczynka ode mnie odeszła, pozwoliłam sobie na zwykły płacz, na zwykły szloch. Łzy ciekły po moich policzkach a ja chowałam twarz w swoich dłoniach. Nie wiedziałam co robić, byłam bezradna, byłam na ich łasce - i pokazywali mi to za każdym pieprzonym razem! Nawet teraz - gdy musiałam się zgodzić na to, by te ręce które zadały mi to cierpienie znów zbliżyły się do tej rany. Nie trzeba było być lekarzem, by widzieć, jakie skutki za sobą będzie niosło jej nieoczyszczenie... Nim jednak brunetka zdążyła wyciągnąć jakiekolwiek gaziki, sama zagryzłam brzeg swojego dekoltu - w końcu już wiedziałam, że to będzie piekielnie boleć.
Z całą pewnością jęczałam z każdym jej dotykiem. Przyciskałam się cała do ściany, jakby to miało jakkolwiek pomóc, ale... No kto by zgadł - to nic nie dawało.
Gdy jednak było po wszystkim, złapałam ten opatrunek w dłonie. Wiedziałam, że nie ma sensu zakładać go przez dziurę w spodniach, więc... Musiałam czekać, aż oni wyjdą. Już mnie upadlali, gdy przychodziły "te dni". Chociaż tym razem chciałam sobie zapewnić choć trochę prywatności - więc nogę opatrzę dopiero, gdy oni stąd znikną.
Musiałam jednak podnieść wzrok na tę małą. Mój zapłakany, zaszklony wzrok. Tylko po to, żeby samej wycedzić przez swoje obolałe od zaciskania na materiale zęby:
- Mówiłaś... Że nie jesteście potworami... Ale bohaterowie też... Też tak... Nie postępują... - Zachrypiałam, jeszcze nie wiedząc, czy będę tego żałować, czy jednak zmuszę ją do jakiejkolwiek refleksji....

Vanessa Grenville - 2019-11-16, 12:57

Wzięła wdech wysłuchując jej w milczeniu. Na koniec dopiero przeniosła wzrok na jej twarz nieco odsuwając się od niej.
- Dobrze...kolejne pytanie...DOGS....powiesz mi co wiesz? Mam nadzieję, że nie będę musiała znów sprawiać Ci bólu.
Dodała z powagą na twarzy oczekując, że kobieta mimo wszystko odpowie na jej pytanie. Zacznie mówić wszystko co wie. Vanessa nie lubiła używać mocy, ale jeśli będzie musiała zrobi to. W końcu chodziło o takich jak ona, o jej rodzinę, przyszłość...o odzyskanie mamy, wujka...o odzyskanie rodziny. Spojrzała na kobietę z powaga na twarzy.
- No więc mów wszystko co wiesz, czym zajmuje się DOGS, co robią z mutantami...wszystko dosłownie wszystko. Nie radzę pominąć żadnego szczegółu jeśli dowiem się, że coś pominęłaś, albo mnie okłamałaś..nie skończy się na tym co teraz było.
Odparła ze spokojem. Słysząc jej słowa cicho westchnęła. Owszem, zachowała się nie tak jak powinna, ale czy oni są lepsi?
- Bohater...nikt nie mówi, że jesteśmy bohaterami. Walczymy o swoich i swoje prawa. Jestem dzieckiem, któremu zabrano matkę. Odebrano dzieciństwo i możliwość szkolenia jak inne dzieci, jak Pani sądzi...czy posiadając gen X miałabym normalne życie ucząc się teraz w takiej szkole? Jeden nietakt, a potraktowalibyście mnie jak terrorystę. Nie majcie pojęcia o terroryzmie a robicie z nas morderców, tych złych. Tym czasem to Wy tacy jesteście. Odbieracie dzieciom matki i ojców. Zabijacie ich na ich oczach. Traktujecie z pogardą i niechęcią...obrzydzeniem. Kto tutaj jest terrorystą? Kto uczy terroryzmu? Sądzisz, że mój ojciec? Mylisz się, gdyby wiedział że tutaj jestem i to co robię...nie byłby zadowolony.
Odparła ze spokojem po części zmyślając. W końcu jej ojciec obserwował wszystko w milczeniu.
- To tacy jak Wy nauczyliście nas nienawiści do innych ludzi. To Wy czynicie nas terrorystami w oczach innych. Ludzie nas nie znają, a gdy tylko ujrzą nasze zdolności traktują nas z pogardą. A czy ja byłam czemuś winna? Czy moją winą było to, że jestem taka a nie inna? Nie byłabym taka, gdybyście nie traktowali nas tak jak traktujecie.
Parsknęła pod nosem. Ona śmiała się nazwać ją terrorystką? Sama jest sobie winna, prosiła ją by współpracowała. Nie posłuchała...co począć? Poza tym...nie ona zaczęła wojnę...nie ona była tą złą. Ona chciała tylko odzyskać mamę i wujka...odzyskać rodzinę.

Caroline McCoy - 2020-01-05, 23:42

Doskonale widziałam, co ta mała chce osiągnąć. Czy to miała być jakaś próba treningu? Miała zgrywać złego glinę i wyciągać informacje? Nie byłam w dziale infiltracji, ale doskonale wiedziałam, że nie tędy droga. Tak... Tak pozbędzie się przesłuchiwanego szybciej, niż ten zdoła cokolwiek powiedzieć - co doskonale zapewne pokazywały i moje napady paniki, po każdym jej zbliżeniu, po każdej ranie, po każdej sekundzie bólu...
- Ja jestem tylko pionkiem... - Wyszlochałam żałośnie, choć przecież... Nie do końca to była prawda. Znaczy - jasne, nie miałam dostępu do najważniejszych informacji w Departamencie, byłam zdecydowanie bliżej dna, ale sama moja pozycja pozwalała mi chociażby na wgląd w bazy danych, do których często szwadronowcy dostępu nie mieli. - Przecież już Wam wszystko mówiłam. o DOMu. O kundlach. O badaniach. Co ja mam Wam więcej powiedzieć z punktu laborantki? Na jakich szczurach testowana jest mutazyna?! - T ostatnie zdecydowanie mogłam sobie darować, bo przecież odpowiedź na to była jedna - mutanci. Ci najmniej znaczący, ci bez bogatych rodzin, bez dobrej pozycji społecznej. Mutanci zgarniani z ulic albo ci, którzy skuszeni choćby najmniejszym zarobkiem - sami zgłaszali się do Rządu.
Kręciłam swoją głową z każdym kolejnym słowem, które z taką nienawiścią opuszczało jej małe usteczka. To... To było przerażające. Ja wciąż patrzałam na to przez pryzmat wojny - ofiary jak i sprawcy byli po obu stronach. Tak samo, jak tej małej mogli uprowadzić matkę do badań, tak i obdarzeni pozbawiali zwykłych obywateli życia - i to na ulicach!
Wiedziałam jednak, że nie mogę nic powiedzieć. Już raz mi pokazała, jak to się dla mnie skończy. Musiałam się więc powstrzymać - z tym gorzkim grymasem na twarzy.
- Skoro tak... To Ciebie kieruje wyłącznie nienawiść? - Zapytałam, nie wiedząc czy w ten sposób nie przeginam struny, ale... Jeśli tak małe dziecko mogło być napędzane tylko tak paskudnymi emocjami, wolałam nie wiedzieć, dokąd ten świat zmierza. Ja... Ja chciałam pomagać. Zostałam lekarzem. Światopoglądowo, według Rządu - robiłam wszystko jak należy. We własnym odczuciu nie biłam się z moralnością, nawet, jeśli według innych moje badania mogły być nieludzkie. Mimo wszystko jednak miałam nad sobą wyższy cel - większe dobro. A z tej ścieżki nie zamierzałam schodzić - nawet teraz, przed obliczem śmierci w tym przeklętym garażu...

Vanessa Grenville - 2020-01-06, 14:10

Starała się być grzeczna i nie uszkodzić kobiety za bardzo. W końcu nie chciała zrobić jej krzywdy jeśli nie będzie to konieczne. Niestety było koniecznym o czym mogła się przekonać. A na słowa o mutazynie uśmiechnęła się pod nosem.
- Tak nazywacie tych, którym mieszacie w głowach? Pięknie...szczur...to teraz szczurze powiesz mi dokładnie co robicie jak już wspomniałaś z tą całą...mutazyną. Kto ją dostał, ilu...chyba nie muszę mówić co jeszcze prawda?
Dodała zaraz pamiętając jak to było w filmach jakie ostatnio sobie oglądała. Czy grała złego glinę? Raczej nie...ona była hm...uprzejma...jeszcze.
- Słucham, chyba że zmienisz zdanie, to mogę spróbować poranić Ci inne miejsca...te gdzie zostaną widoczne blizny. Twój wybór.
Ostrzegła obserwując kobietę z powagą na twarzy.
- Mnie nienawiść? Skąd, ja chcę tylko odzyskać bliską mi osobę, która jest w waszych łapach. Chcę by znów mnie objęła i zapewniła, że wszystko będzie dobrze. Dziwisz się, że taka jestem? Dziwi Cię to co sami stworzyliście? Dzięki takim jak Ty jestem taka, gdy moja mama była ze mną nie miałam tego genu...byłam zwyczajnym dzieckiem. Od kiedy zabraliście ją na moich oczach...
Odezwała się i teatralnie podniosła się z klęczek by okręcić się przed kobietą.
- To Wasza zasługa. Więc nie wciskaj mi, że to we mnie jest nienawiść...chociaż...owszem, może i jest odrobina...zasiana przez takich jak Ty, przez moich rówieśników, którzy z krzykiem uciekają wołając mutek...
Warknęła zaciskając pięści z wściekłości. To właśnie oni sprawiali, że Ci, których uważała niegdyś za przyjaciół, za dobrych sąsiadów stali się wrogami.

Caroline McCoy - 2020-01-07, 00:35

- Szczury to szczury. Małe, białe, szare czy czarne. Z długimi ogonami. pierwsze, na których są testowane leki, jak bardzo może się to nie podobać ekologom. - Próbowałam się wybronić, bo - co jak co - rzeczywiście pierwsze próbki zawsze trafiają w krwioobiegi tych małych gryzoni - niestety tylko po to, by sprawdzić śmiertelność dawek. Bo - przynajmniej zgodnie z moją wiedzą - zwierzęta nie zaczęły mutować.
Może to i lepiej?
- Mutazyna to lekarstwo. Leczy z mutacji. Cofa jej objawy. Blokuje gen X. Sama mówisz, że chciałabyś móc znów normalnie żyć, nie rozumiesz, że mutazyna jest w stanie Ci to zagwarantować? To... To jest w stanie oddać Ci normalność, oddać dzieciństwo. Biorą ją dzieci, biorą dorośli. To... To nie jest nic złego, dopóki pochodzi z legalnego źrodła... - Próbowałam trzymać swoje nerwy na wodzy, ale szlochy czy podnoszenie i załamanie głosu po prostu... Samo się pojawiało. Byłam przepełniona emocjami, bałam się. Bałam się bólu, bałam się blondyna z głębi pomieszczenia, bałam się, że już nigdy nie zobaczę słońca i zdechnę w tym śmierdzącym garażu. Czy naprawdę tak miał wyglądać mój los?
Wiedziałam też, że nie ma już sensu wchodzić z nią w dyskusję. Zapętliła się w swoich poglądach, w swoim małym świecie gdzie liczył się tylko fakt, że to ona została skrzywdzona. A ja... Ja przecież nie pamiętałam własnego ojca, nie znałam własnej matki. Zostały mi po niej wyłącznie pojedyncze zdjęcia i mała pozytywka. To nie był też pierwszy raz, jak widziałam możliwości mutantów i terrorystów - widziałam, jak tamten mężczyzna się prawie wykrwawił na przystanku, osłaniając mnie własnym ciałem. Na własnej skórze czułam złamania i rany szarpane prosto spod rąk obdarzonych. Na litość boską - nawet ta mała dała tu piękny popis terroryzmu! Jeśli zamierzali tak zmienić mój światopogląd, niestety - to chyba nie miało prawa się zdarzyć. Tak, jak przy Vincencie byłam w stanie dostrzec swoje błędy, a w nim zauważyć młodego, ciekawego wiedzy ucznia - tak ta mała na nowo budziła we mnie niechęć do tych wynaturzeńców.
No cóż - nie tędy droga ku polepszeniu świata, zdecydowanie nie tędy...

Vanessa Grenville - 2020-01-07, 11:27

Uniosła brew słysząc jej słowa. Szczury, czytała i oglądała filmy naukowe, gdzie właśnie na szczurach testowano środki. Teraz nie żałowała tego czasu spędzonego na nauce. Gdyby nie nacisk taty na to by oglądała te nudne programy dzisiaj pewnie uwierzyłaby jej na każde słowo jakie padało.
- Jesteś taka głupia czy naiwna? A może myślisz, że skoro jestem kilkuletnim dzieckiem to wciśniesz mi ten kicz i odpuszczę?
Parsknęła pod nosem z niedowierzaniem. Na jej słowa nieco pojawiła się iskierka nadziei, ale po chwili ona zniknęła tak jak się pojawiła. Może i pragnęła normalności, ale co jej po niej nie mając u boku bliskich?
- To w końcu leczy, czy blokuje? A może to jest tak, że robicie z nas mięso armatnie? Mieszacie w głowach a tacy jak ja idą przed siebie jak na zatracenie? Czemu pomagasz takim jak oni? Gdy będziesz im niepotrzebna pozbędą się Ciebie jak śmiecia. Albo zabiją. Tutaj miałabyś normalne życie, normalną szansę na przetrwanie. Może i kiedyś ktoś z nas Ciebie skrzywdził, nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Ale czy to właśnie nie Ty pomagasz tym złym? My chcemy normalności. Nie wiesz jak to jest gdy musisz uczyć się w domu, nie masz nikogo z kim możesz spędzić czas. Uczysz się, oglądasz programy naukowe, wiadomości...uczysz się jak przeżyć kolejny dzień. To właśnie nam zafundowaliście a Ty mi mówisz o pozbyciu się genu? To dzięki niemu żyje. Ja i moi bliscy.
Parsknęła wściekła.
- Mów kto dostał ten lek imiona i nazwiska. Wszystkich. Nie mów, że nie masz o tym pojęcia bo nie uwierzę...jesteś tutaj więc coś wiesz...chyba...że wolisz bym przeniosła się na twarz...



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group