To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

Karty Postaci - Davion Sage

Davion Sage - 2019-02-19, 16:10
Temat postu: Davion Sage
Davion Sage
urodzona/y w [Estevan, Kanada] 22 grudnia 1974 roku, mieszka [w Seattle od 5 lat, przynależy do oddziału taktycznego Niebieskich Szwadronów organizacji D.O.G.S, piastuje stanowisko zastępcy dowódcy oddziału taktycznego, wizerunku użycza Todd Kerns
historia
22 grudzień 1974 roku
To był najgorszy dzień w moim życiu. Bóle zaczęły się około pierwszej w nocy, leżałam jeszcze chwilę bez ruchu gdyż myślałam, że to fałszywy alarm jak większość z nich w ciągu ostatniej doby jednak tym razem było inaczej. Skurcze były częstsze i o wiele silniejsze. Obudziłam więc mojego męża i pojechaliśmy do szpitala na terenie jednostki. Zostałam szybko przyjęta na oddział położniczy i w sumie z porodu tyle pamiętałam. Później, gdy było po wszystkim pielęgniarka przyniosła do mnie małe zawiniątko, w którym leżał mój syn. Gdy tylko po raz pierwszy spojrzał na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami, pokochałam go bezwarunkowo. Teraz gdy piszę te słowa moja kruszyna słodko śpi, a za oknami jest ciemna noc.

To był pierwszy i zarazem ostatni wpis w moim dzienniku wykonany rękoma mojej matki. Oczywiście pamiętam ja doskonale i do tej pory gdy tylko mogę i mam czas to ją odwiedzam chociaż straciła już wiele ze swojej urody ja cały czas widzę w jej oczach ten sam blask jaki był tam zawsze gdy mnie widziała. Nie wiem skąd moi rodzice wytrzasnęli to imię. Davion. Mi i moim kolegom zawsze kojarzyło się z demonem ale jakoś nigdy nie potrafiłem się o tego przyznać. Jednak może zacznę od początku. Jestem synem emerytowanego już członka Komanda Foki, Jamesa i Oli, malarki oraz projektantki okładek płyt różnych znanych gwiazd muzyki. Zawsze byłem rozbrykanym i dość kłopotliwym brzdącem, a gdy mówiło mi się, że mam czegoś nie robic to po jakimś czasie i gdy nikt na mnie nie parzył pewne było, że wlezę na zakazane drzewo czy też skoczę z dachu lub też zrobię inną głupią rzecz. Moi rodzice nigdy nie wiedzieli kiedy i o co rozbiłem sobie kolano czy luk brwiowy. Jednym słowem byłem naprawdę niezłym ancymonem gdy jeszcze nie chodziłem do szkoły. Dopiero nauka i mój nauczyciel wychowania fizycznego znalazł sposób na moją nadaktywnośc. Wymyślał zawsze takie ćwiczenia, po których potrafiłem wysiedzieć spokojnie na każdej, nawet najbardziej nudnej lekcji i wysłuchać tego co inni, wówczas uważałem, że mądrzejsi ode mnie maja do powiedzenia. Lecz ta sielanka w szkole nie trwała długo. Mój ojciec w dniu moich dziesiątych urodzin ogłosił nam, że chce bym poszedł w jego ślady. Na początku się ucieszyłem ale gdy poszedłem na pierwszy trening z ojcem i jego kumplem oraz niejakim Michaelem od razu tego pożałowałem. Syn kumpla mojego ojca był ode mnie starszy i bardziej już doświadczony jednak moja ambitna natura nie pozwalała mi się poddac. Owszem wykonywałem wszystkie zadania i zawsze starałem się być lepszy od mojego „kolegi” w treningach. Z czasem stałem się rzeczywiście lepszy od Michaela co bardzo cieszyło mojego ojca lecz niestety obudziło też we mnie ducha dość nie zdrowej rywalizacji. To stało się też moim przekleństwem. Od czasu pierwszej wygranej z Michaelem zacząłem dążyc do tego, by wygrywać wszystkie konkursy czy też zadania jakie powierzali mi w szkole. Przez to nie miałem za wielu przyjaciół, a z rozrabiaki i wiecznego wesołka stałem się poważnym człowiekiem, który stawiał wyzwania wyżej od zabawy. Wtedy też zacząłem szukać coraz to nowych sprawdzianów dla swojego ciała, które bardzo często kończyły się na OIOMie czy też na chirurgii. Nie dlatego, że miałem takie słabe stawy i kości tylko przez moja głupotę. Szkoła średnia była dla mnie czymś do zapomnienia. Wtedy zacząłem przypominać strasznie nieforemnego człowieka i przez to większość osób ode mnie obrywała ale tak by nie wiedzieli kto ich załatwił. Pamiętam jeden taki przypadek, że zamiast osobnika wyśmiewającego się ze mnie ja dostałem niezły wycisk. Oczywiście później przyznałem się ojcu i od niego również dostałem burę nie za to, że się broniłem i chciałem komuś dać nauczkę ale dlatego, że dałem się w bardzo głupi sposób podejść. Od tamtej bójki częściej wykorzystywałem swoje umiejętności jakie zdobywałem na treningach z ojcem i najczęściej udawało mi się zajść przeciwnika niezauważenie i nawet jeśli szli większą grupą eliminowałem ich pojedynczo. Za którymś razem przydybał mnie na tym jeden z nauczycieli i na moje nieszczęście wezwał do szkoły rodziców, a mnie zawiesili na trzy miesiące. Oczywiście potem musiałem wszystko nadrobić ale nie było to dla mnie zbyt wielkim problemem. Lecz przez całe trzy miesiące gdy miałem szlaban na szkołę odbywałem bardzo ciężkie treningi i aż się sobie dziwiłem, że nic sobie nie zrobiłem.

8 grudnia 1992 roku.

-Szeregowy Sage wystąp. – wrzasnął do mnie mój dowódca podczas szkolenia. –Pokażcie reszcie kolegów jak należy się wspinać na czas. No ruchy, ruchy. – kolejny krzyk niemłodego już porucznika rozległ się po sali gimnastycznej. Ruszyłem sprintem do liny i nie minęło dziesięć sekund, a już byłem przy sznurze. Wspinaczka też nie trwała długo. Po dotarciu na sam szczyt zsunąłem się na dół i czekałem na werdykt.
-No, no Sage… Świetny wynik. Niewiele gorszy od rekordu akademii. Dwadzieścia osiem sekund to naprawdę coś. No a teraz wy panienki. Pokażcie na co was stać. A ty Sage na ściankę. Już. – ruszyłem szybkim krokiem na ścianę płaczu i gdy już do niej dotarłem kolejny wojskowy zaczął wydawać mi komendy, które już od dawna znałem. Po dziesięciu takich okrążeniach byłem lekko zmęczony. Nasz przełożony znowu stał przed nami i wymieniał nazwiska.
- Sage marsz do szatni. A potem do dowództwa. – krzyknął. Ze służbowym –Tak jest. – i oczywiście salucie pobiegłem do szatni, a potem odświeżony, w mundurze ćwiczebnym udałem się do kwatery dowodzących w akademii.
- Szeregowy Sage melduje się na rozkaz. – powiedziałem i stuknąłem obcasami przed niemłodym kapitanem.
- Zostajesz przeniesiony do innego ośrodka szkoleniowego. Od poniedziałku masz się stawić w Little Creek. Tam dostaniesz dalsze instrukcje. A teraz idź się spakować i masz wolne na resztę tygodnia. Odmaszerować. – powiedział kapitan, a potem wręczył mi list promocyjny i pogratulował mi jak i paru moim kolegom przede mną. Poszedłem do swojego pokoju, spakowałem się i po wszystkim pojechałem do domu, by przekazać tą radosną wiadomość rodzicom osobiście.

No i stało się. Zostałem przeniesiony do jednostki Marines, gdzie po kolejnym szesnastotygodniowym szkoleniu otrzymałem wreszcie swoją upragnioną odznakę zwaną przez Marines, Trójzębem Sealsów. Oczywiście nie było to takie proste jakby mogło się wydawać. Szkolenia były naprawdę mordercze i to co pokazywał mi mój ojciec gdy jeszcze byłe w szkole nie było nawet w połowie tak intensywne jak te ponad dziesięć miesięcy szkoleń. Owszem wiedziałem, że sobie poradzę chociaż czasem miałem chwilę zwątpienia. Lecz nigdy nie chciałem zrezygnować ze swojego marzenia. Nie było łatwo zdobyć to czego tak bardzo pragnąłem. Szkolenie w Little Creak było naprawdę wyczerpujące i niekiedy niebezpieczne, gdyż nasi przełożeni nie raz i nie dwa ostrzegali, że będą używali ostrej amunicji. Oczywiście ani razu tak się nie stało, a przynajmniej ja nie miałem takiego wrażenia. Treningi z ojcem i pierwszy wycisk jaki dostałem jako ochotnik jeszcze w pierwszej jednostce dały mi obraz tego jak może wyglądać dalsza walka o marzenia. Teoria jak wszędzie była nieco nudnawa jednak gdy przychodziło do rywalizacji zawsze pokazywałem co potrafię. Nawet podczas pierwszych skoków ze spadochronem pokazałem, że nie boję się wysokości i chociaż jak każdy aby wyskoczy dostałem najpierw kopa w tyłek ale po wylądowaniu od razu chciałem znaleźć się z powrotem w samolocie czy helikopterze i powtórzyć skok. Ta adrenalina stała się moim uzależnieniem i gdy w połowie szkolenia kazali nam wybrać specjalizację już wiedziałem co chciałem robić. Wybrałem oczywiście snajpera. Zawsze miałem dobry wzrok i potrafiłem się doskonale maskować, dlatego też wybór był dla mnie prosty. Kurs rzeczywiście było bardzo ciężkie. Cele, które musiałem likwidować znajdowały się o wiele dalej niż przy takim samym treningu w piechocie czy innym korpusie wojsk lądowych czy też morskich. Musiałem się bardzo przykładać i być bardzo precyzyjnym. Na szczęście na dziesięć celów w początkowym okresie kursu, dziewięć było strąconych co było jednym z najlepszych wyników wśród członków mojej grupy szkoleniowej. Oczywiście cały czas starałem się dojść do perfekcji i po dwunastu tygodniach wreszcie za każdym razem eliminowałem każdy cel nie zależnie od odległości jaka była założona podczas szkolenia. Doszedłem takiej wprawy, że ze swojego karabinu likwidowałem cele oddalone o dwa kilometry od miejsca gdzie się przyczaiłem. Oczywiście nie były to jakieś rekordowe strzały ale i tak plasowały się w pierwszej trójce wyników wśród członków mojego oddziału. I gdy wreszcie szkolenie dobiegło końca podczas ceremonii wręczenia dyplomów ukończenia szkolenia i przydzielenia do odpowiedniego oddziału otrzymałem też wyróżnienie dla najbardziej obiecującego rekruta w całej akademii. Widziałem ojca, który puchł z dumy i łzy w oczach mojej mamy, która wiedziała, że teraz nie będzie mnie widziała przez jakiś czas. Wreszcie gdy dostałem swój nowy przydział do TEAM 6 czyli oddziału do prowadzenia operacji antyterrorystycznych, przemianowanego później na DEVGRU.

Kwiecień 1993 do marzec 1995

Czołgałem się akurat pod nisko zawieszonym drutem kolczastym, a obok mnie wybuchały bomby i gdybym uniósł trochę wyżej głowę zapewne dostałbym jakimś pociskiem. Zaczął się tydzień w piekle, w jednostce zwanym jako tygodniem motywacyjnym. Byłem zmęczony, brudny, a parę razy pocisk prześlizgnął mi się po mundurze kalecząc nie tylko materiał ale i moje ciało. Na szczęście ten tydzień miał właśnie zbliżać się do końca. Widziałem jak rezygnują kolejni moi koledzy i odchodzą patrząc na to jak inni się męczą. Ja natomiast widziałem już cel swojej męczarni. Jeszcze tylko przejść przez tamte krzaki i czekają mnie pontony, którymi dostanę się na drugi brzeg, gdzie wreszcie będę bezpieczny. wmawiałem to sobie jak mantrę patrząc na czterech kolegów z którymi pokonywałem ostatnie metry kolczastej przeszkody. Gdy wreszcie się spod niej uwolniliśmy i dopadliśmy do wysokich krzaków przyczailiśmy się dwójkami pod dwoma z nich i jako skrzydłowy i operator zagłębiliśmy się w zielony labirynt. Mój partner niósł sprzęt nadawczy w plecaku, a ja szedłem krok po kroku z bronią gotową do strzału. Co jakiś czas wyskakiwali na nas inni komandosi z zamiarem zabicia nas ale jednak byłem szybszy i celując za każdym razem w serce położyłem tak około dziesięciu doborowych komandosów, którzy z tego co wiedziałem mieli na sobie kamizelki kuloodporne aż nagle mój skrzydłowy dostał w nogę. Odwróciłem się natychmiast i nie myśląc za długo nacisnąłem na spust. Zdjąłem kolejnego instruktora, a że Seals nikogo nie zostawiają wziąłem mojego kolegę na swoje plecy i pędem pognałem do pontonów. Dopadłem do nich razem z moimi dwoma kolegami. Wsiedliśmy na jeden z nich i po odpaleniu silnika przywarłem na płasko do dna omiatając lufą mojego karabinu snajperskiego brzeg. Parę razy oddałem strzał, który o dziwo za każdym razem był celny. W innej części łodzi kolega sanitariusz zajmował się rannym członkiem mojej czteroosobowej grupy. Gdy wreszcie przybiliśmy do brzegu kazałem chłopakom ewakuowali najpierw rannego. Sam zostałem by osłaniać ich odwrót. I miałem nosa. Nagle zza zakrętu na pełnym gazie wypłynęła na nas motorówka pełna wyszkolonych komandosów. Przycelowałem i oddałem strzał w silnik. Po czym szybko wyskoczyłem z pontonu i pognałem za kolegami. Gdy tylko wybiegłem z pomostu gdzie zacumowaliśmy nasz ponton powitał mnie dowódca szkolenia i dwóch moich kolegów. Trzeci był już w drodze do szpitala polowego. Dowódca pogratulował nam ukończenia szkolenia i wręczył każdemu po przepustce do domu, a potem oddelegował nas do dwóch jeepów, które zawiozły nas pod budynek koszarów. Dopiero będąc w swoimi pokoju pozwoliłem sobie na chwilową utratę czujności, jednak nóż taktyczny i kaburę z bronią zawsze miałem przy sobie. Poszedłem pod prysznic i gdy z niego wychodziłem usłyszałem szmer w pokoju. Ubrałem tylko czyste spodnie. Wziąłem służbowy pistolet i doczołgałem się do mojego karabinu. Szybko go odbezpieczyłem i czerwoną kropką celownika zacząłem wodzić po pokoju. Gdy usłyszałem dobra robota żołnierzu wyszedłem z moim karabinem zza przepierzenia trzymając na muszce mojego dowódcę i dwóch komandosów mających go osłaniać.
- Gratulacje Sage. Tydzień motywacyjny masz za sobą. Przeszliście go razem z twoimi kolegami doskonale. A teraz ubierz się i jedziemy do dowództwa. Mają ci coś do przekazania. – powiedział dowódca szkolenia i gdy się ubrałem w mundur oraz uczesałem mokre jeszcze włosy pojechałem jeepem do kwater dowodzących. Gdy wszedłem do kwatery głównodowodzących zauważyłem dziwne spojrzenia wszystkich, którzy tam byli. Niemłoda sekretarka wskazała mi pokój kapitana i bez słowa usiadła za swoim biurkiem. Zapukałem i czekałem na pozwolenie, by wejść. Nie trwało to długo gdy drzwi się otworzyły i adiutant kapitana wpuścił mnie do środka. Za stołem siedział dowódca całego oddziału, a na fotelu tyłem do mnie jakiś nieznany mi mężczyzna, którego na oko oceniałem na 30 lat. Gdy facet się odwrócił zamurowało mnie. Wreszcie dotarło do mnie kogo widzę.
- No młody zaimponowałeś nam. Niewielu rekrutów zdecydowałoby się na taki krok jak ty. Rozmawiałem już z twoim dowódcą i on wyraził zgodę. Teraz czekam na twoją odpowiedź na pytanie czy chcesz zostać pełnoprawnym członkiem Team 6 Navy Seals. – padło pytanie, a mnie aż wmurowało w podłogę. Nie wierzyłem w to co słyszę. Przed oczami przeleciał mi cały tydzień motywacyjny i reszta szkolenia. Patrzyłem na głównodowodzącego komandosami i czułem jak język staje mi kołkiem w gardle. Jednak po dłuższej chwili wreszcie mogłem się odezwać.
- Tak sir. To było moje marzenie od momentu Dy zacząłem treningi z moim ojcem. – rzekłem i odetchnąłem w duchu.
- W takim razie witamy w oddziale. Spakuj się i przejdź do budynku numer 10. Tam otrzymasz przydział do plutonu i nowy mundur. Gratuluję młody. Możesz odejść żołnierzu. – powiedział dowódca Sealsów. Zasalutowałem i wyszedłem z pokoju dowódcy. Od razu poszedłem do siebie, by zadzwonić do rodziców i przekazać im radosną wiadomość. Tak oto zakończyło się moje szkolenie.
Reszta mojej historii to seria kłamstw, wyrzeczeń i wielu zranień jednak jedna misja zmieniła całe moje życie na zawsze. Byłem wówczas z oddziałem w Afganistanie. Prowadziliśmy misję rozpoznawczą przed pojmaniem Osamy Bin Ladena. Nie wiedziałem, że właśnie ta misja zmieni całe moje życie. Razem z kolegą z oddziału ułożyłem się na dachu, by osłaniać ewentualny odwrót drużyny prowadzonej przez informatora. Przez lunetę przeczesywałem cały teren i co jakiś czas zdawałem raport dowódcy. Nagle poczułem się dziwnie. Moje oczy jakby stały się ślepe, a całe ciało zaczęło drętwieć. Widziałem, że koło mnie mój kolega odczuwa podobne dolegliwości. Musiałem się jednak skupić. Powiedziałem tylko dowódcy, że odkryli nas i tyle. Po jakiejś sekundzie przezwyciężyłem mrowienie i naprowadzany uwagami kolegów z oddziału oddałem cztery strzały. Dopiero po czwartym dolegliwości ustąpiły. Jednak cały czas czułem się dziwnie. Leżałem płasko na dachu i czekałem na zakończenie misji i znak od dowódcy, że mamy się zbierać. Po dwóch godzinach wreszcie nadszedł upragniony sygnał i lekko zamroczony, pomagając koledze zszedłem do jeepa czekającego na nas pod budynkiem. Z tyłu razem z moim oddziałem siedziała młoda dziewczyna. Miała zawiązane oczy i związane ręce jednak gdy tylko na nią spojrzałem aż zawyłem z bólu. Jeden z moich kolegów zdzielił ją kolbą w głowę, a drugi pomógł mi i ostatniemu członkowi oddziału dostać się do samochodu. Po tamtym zadaniu wycofali cały mój oddział z Afganistanu i zamknęli nas w odosobnionym budynku nie mówiąc nawet dlaczego. Mieliśmy oddzielne treningi, oddzielne posiłki i cały czas byliśmy pilnowani przez dwóch żandarmów. Po miesiącu takiego traktowania wreszcie nasz dowódca nie wytrzymał i zażądał spotkania z admirałem. Udzielono mu zgody jednak po tym spotkaniu już do nas nie wrócił. Tak minęły kolejne miesiące i lata. Przydzielili nam kolejnego dowódcę, który zabronił nam mówić o akcji w Afganistanie. Tym razem wykonywaliśmy głównie misje szpiegowskie na terenie Ameryki Południowej i likwidowaliśmy bossów karteli narkotykowych. W 2013 roku nie wytrzymałem i sam poprosiłem o spotkanie z admirałem. Również udzielono mi zgody i po tym spotkaniu nie dość, że dostałem rozkaz bym milczał jak grób, to jeszcze dostałem przeniesienie do jakiejś super tajnej bazy wojskowej czy cywilnej gdzie miałem dalej służyć ojczyźnie. Nie miałem wyjścia. Musiałem się zgodzić. Tak właśnie trafiłem do pierwszej placówki założonej przez braci Weelerów. Tam właśnie dowiedziałem się o ludziach, których w tym miejscu nazywano mutantami. Niewiele z tego rozumiałem ale przez dwa lata odbyłem kolejne szkolenia nie tylko bojowe ale również wysyłano mnie jako pracownika firmy Weeler na szkolenia stricte naukowe. Niewiele rozumiałem z tego co ci wszyscy jajogłowi do mnie mówili ale testy zawsze jakoś zdawałem. Wreszcie gdy świat dowiedział się o mutacji i wyszło na jaw kim są mutanci zadebiutowałem w nowej jednostce pewnego rodzaju policji nazwanej przez jej członków pieszczotliwie D.O.G.S. Mi to pasowało. Robiłem to samo co w marynarce wojennej tylko, że na terenie kraju. Jednak nie wiedziałem do czego może doprowadzić działalność ośrodka braci Weelerów. Owszem działania dywersyjne i wyłapywanie osób z mutacją było zadaniem bardzo prostym i choć wydawało się, że tylko do tego zostało stworzone D.O.G.S i moja jednostka zwana Niebieskimi Szwadronami to jednak cały czas czułem, że coś wisiało w powietrzu i nie myliłem się. Tak brałem udział we wszystkich akcjach D.O.G.S. Począwszy od pacyfikacji Bractwa Mutantów w kompleksie opuszczonych Domków letniskowych w Black Lake Bible Camp, po ostatnie działania wojenne, w których zginęło wielu z moich kolegów. Owszem kilku z nich udało mi się uratować i wyciągnąć z pola walki, aż do momentu gdy sam zostałem ranny. Gdy ewakuowałem do bazy rannego kolegę dostałem postrzał w lewy bark. Pocisk przebił kość, a ja choć półprzytomny z bólu doszedłem do najbliższego posterunku i dopiero gdy oddałem rannego w ręce sanitariuszy sam padłem jak długi na ziemię. Reszty wydarzeń nie pamiętałem. Gdy się obudziłem Fredrich Weeler stał przy moim łóżku z odznaką i uśmiechem na ustach.
- Davionie Sage, za twoje zasługi dla działalności D.O.G.S mam zaszczyt mianować cię zastępcą dowódcy Niebieskich Szwadronów. Gdy wydobrzejesz będziesz mógł objąć nowe stanowisko i zająć się szkoleniem nowych członków oddziałów. A teraz odpoczywaj. Dobra robota żołnierzu. – powiedział i położył na moim łóżku nowy mundur i odznakę. Przyjąłem stanowisko po długiej rehabilitacji. Oczywiście dalej działam w terenie jednak też pomagam podczas szkolenia nowych członków D.O.G.S oraz czasami sprawdzam ich lojalność dla organizacji, która stała się moim drugim domem i rodziną
charakter
Poznanie charakteru Daviona jest bardzo utrudnione przez wrażenie jakie odnosi na jego widok wielu ludzi. Sądzą oni, że to mężczyzna niedostępny i mrukliwy. Jeśli jednk znajdziesz w sobie duże pokłady cierpliwości, by do niego dotrzeć odkryjesz człowieka z bardzo ciekawym i zróżnicowanym charakterem. Już przy pierwszym spotkaniu z Davionem można się dowiedzieć, że jest to mężczyzna bardzo ambitny, który stara się zawsze dążyć do wyznaczonego sobie celu lub stara się zrealizować większość jak nie wszystkie swoje plany życiowe. Kolejną cechą, która wychodzi już przy pierwszym kontakcie z Sage’m to konsekwencja, przez to jest zadziwiająco skuteczny w osiąganiu założonych sobie szczytów bez względu na to jak wiele przeszkód będzie musiał pokonać. Można czasem odnieść wrażenie, że długowłosy mężczyzna idzie po trupach do celu co nie jest do końca prawdę. Davion jest człowiekiem, który nigdy nie złamie danego komuś słowa. Na uwagę również zasługuje to, że mężczyzna ten jest bardzo odważny jeśli chodzi o stawianie czoła przeciwnością losu. Jest osobą posiadającą duże pokłady energii, przez co potrafi podejmować największy wysiłek fizyczny jeśli jest to w stanie pomóc mu osiągnąć wymarzony cel. Wie kiedy może podjąć ryzyko, a kiedy powinien sobie odpuścić. Sage należy również do ludzi odważnych i gotowych do poświęceń. Dla kumpli z oddziału jest gotowy zrobić bardzo dużo, nawet oddać za nich życie. Niestety pomimo posiadanych zalet, Davion jak każdy ma też parę wad. Trzeba tutaj powiedzieć o tym, że ten mężczyzna jest bardzo popędliwy i impulsywny, co często sprowadza na niego rozmaite problemy. Bywa porywczy, nadpobudliwy, przez co często wdaje się w bójki. Zresztą chyba dlatego niektórzy wolą obchodzić go szerokim łukiem, by przypadkiem nie dostać od niego w pysk. Na pewno należy tutaj, również wspomnieć o bardzo specyficznym poczuciu humoru Sage’a, więc jeśli nie bawią cię dowcipy o flakach owiniętych wokół czyjejś szyi lepiej nie proś go, by opowiedział ci jakiś kawał. Davion jest też mistrzem ciętej riposty. Bardzo często zdarza mu się zbić z pantałyku nawet najbardziej wygadanych typków. Ponadto ten mężczyzna jest też bardzo pewny siebie co również nie ułatwia poznania go bliżej. Sage bywa arogancki i zwyczajnie wredny jeśli ktoś mu próbuje zaleźć za skórę. Gdy tylko nie chce z kimś rozmawiać albo obdarzy go jednym ze swoich burknięć albo zacznie ciebie obrażać ciebie i drwić z twojej odmienności. Davion czasem bywa zimny jak lód i nie zna słowa zmiłowanie. Jednak jeśli jesteś jego przyjacielem i znacie się wiele lat to któregoś dnia możesz się bardzo zdziwić gdyż Sage może cię zwyczajnie zaskoczyć pokazując ci zupełnie inną twarz niż do tej pory poznałeś.
ciekawostki
× poprzez zawód jaki wykonuje poznał podstawowe rodzaje broni palnej występującej na ziemi,
× posiada dwa pistolety Sig - Sauer 9MM, karabin snajperski M110, nóż bojowy i nóż taktyczny oraz pistolet Berrtta 92,
× posiada umiejętność prowadzenia pojazdów mechanicznych,
× posiada podstawową wiedzę na temat pierwszej pomocy, gdyż często sam musiał sobie pomagać leczyć różne zranienia oraz robić sobie opatrunki,
× jest dość wysokim mężczyzną, ma około 196 cm wzrostu i umięśnione ciało, co wiele razy uratowało mu życie,
× bardzo dużo godzin swojego życia poświęca sportowi i cały czas ćwiczy się w strzelaniu, by być jeszcze lepszym w tym co robi,
× kocha zwierzęta i nie da ich nikomu skrzywdzić. Jeśli ktoś na jego oczach zrobi krzywdę zwierzęciu może liczyć się z tym, że sam pożegna się z życiem, lub też w najlepszym wypadku zostanie poważnie okaleczony,
x cierpi na kolurofobię, czyli panicznie boi się klaunów, jednak nie pamięta o tym przez amnezję, ale sam widok osoby w przebraniu klauna budzi w nim niekomfortowe uczucia;
x zna kilka sztuk walki jednak najlepiej posługuje się Kick-boxingiem, potrafi również posługiwać się technikami samoobrony, wie jak długo utrzymywać duszenie, aby nie udusić człowieka tylko odciąć mu na kilkanaście sekund dopływ powietrza,
x brał udział w kilku znanych misjach SEALsów, i choć nie może zdradzać ich szczegółów kilka razy otarł się o śmierć,
x po jednej z misji został przeniesiony z oddziału komandosów i dostał się do otoczenia braci Wellerów,
x został wcielony do oddziału taktycznego D.O.G.S, gdzie przebywa do dzisiaj i pełni funkcję zastępcy dowódcy
x ma bardzo lekki sen przez co trudno go podejść,
x w Marines pełnił rolę strzelca wyborowego,
x brał udział we wszystkich operacjach prowadzonych przez D.O.G.S,



The Gifted - 2019-03-03, 18:42

Karta zaakceptowana!
Serdecznie witamy na forum!
Davion spędził większość swojego życia na walce, ale dopiero od kilku lat zajmuje się sprawami mutantów. W tym szalonym świecie, trzeba uważać na każdego, nawet najniewinniej wyglądającego człowieka - może okazać się posiadaczem zabójczych mocy, z resztą Davion przekonał się o tym jeszcze w Afganistanie. Niech trzyma się na baczności i uważa, część mutantów przeżyło atak na Bractwo i może pamiętać jego twarz...

Twoja grupa krwi to: A+



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group